W
łaściwie nie wiadomo, jaki
naprawdę jest dzisiejszy
awangardowy dom i jak się
w nim żyje. Jeśli nie jesteśmy
posiadaczami takowego budynku, w swoich
osądach musimy się zdać na media. A te,
podobnie jak w innych kwestiach estetyki
i funkcjonalności naszego otoczenia, rozmi-
jają się z prawdą.
Dociekanie to można zresztą śmiało rozsze-
rzyć, pytając o dom przeciętny, lokujący się
gdzieś pośrodku wykresu Gaussa. (I przy-
znam, że mnie, architekta znudzonego już
żurnalową architekturą, takie szersze pyta-
nie bardzo by interesowało.) Jednak to, co
w periodykach architektonicznych i na pro-
fesjonalnych portalach internetowych jest
prezentowane jako godne największej uwagi,
wręcz najlepsze i najbardziej wartościowe,
jest nie mniej ciekawe. Żyjemy w świecie
zdominowanym przez media i to one kreują
bohaterów naszej codzienności. To truizm,
podobnie jak stwierdzenie, że media nie
przedstawiają świata w sposób obiektywny.
Przekazywana nam rzeczywistość – o ile
w ogóle można ją nazwać rzeczywistością –
w zależności od potrzeb jest wygładzona lub
udramatyzowana, upiększona lub zeszpe-
cona. W przeciwieństwie do socjologów,
przeciętność nie interesuje dziennikarzy. Ich
żywiołem są ekstrema, sytuacje i zjawiska
niezwyczajne, którą to niezwyczajność moż-
na w przekazie jeszcze wyolbrzymić.
Nie inaczej jest w architekturze. Magazyny ar-
chitektoniczne rzadko przeznaczają łamy na
sprawy powszechne, choć dziejące się gdzieś
na krańcach świata i dotyczące milionów
ludzi. Na co dzień nie interesują ich bolączki
mieszkaniowe w ubogich krajach, tamtejsze
problemy urbanistyczne, lokalności architek-
toniczne – egzotyczne, zanurzone w tradycji
i niewiele mające wspólnego z dwudziesto-
wiecznym dogmatem oryginalności. Jeżeli na-
wet pojawia się pewne zainteresowanie tymi
kwestiami, na ogół jest ono chwilowe i dość
pobieżne, praktycznie bez większego znacze-
nia dla współczesnej dyskusji o architekturze.
To raczej krótkotrwała moda, czy może wyrzut
sumienia, niż realne spojrzenie na kwestie
odległe w sensie geograficznym, kulturowym
lub finansowym. Liczy się wyłącznie archi-
tektura wyjątkowa: stojąca w niezwykłym
miejscu, skrojona podług niezwykłych potrzeb
lub dużego budżetu, bądź też – co najcenniej-
sze, ale właściwie najrzadsze – niezwykła
dzięki talentowi architekta. To właśnie ona,
zbudowana najczęściej w Europie, Ameryce
Północnej lub w części krajów azjatyckich,
uchodzi za awangardę.
Taka awangarda wypełnia strony grubych
magazynów wnętrzarskich i architektonicz-
nych. Zasada jest dosyć jasna: mało tekstu,
dużo ilustracji. Publikacje puchną, są coraz
bardziej kolorowe, coraz bardziej intensyw-
ne i coraz dalsze od przeciętności oglądanej
w naszych miastach. Badacz architektury po-
czątku XXI wieku niewiele dowie się z nich
o środowisku urbanistycznym interesującego
go okresu. O ile bowiem w średniowieczu,
renesansie czy nawet w XIX wieku istniał
rodzaj spójności między budowlami wybitny-
mi a ich architektonicznym tłem, o tyle w ar-
chitekturze ostatnich dekad tej spójności już
prawie nie ma. Jadąc przez nasze – polskie
lub europejskie – miasta, mamy marne szan-
se przypadkowo zobaczyć cokolwiek z tego,
co jest publikowane w magazynach architek-
tonicznych lub na profesjonalnych stronach
Roman Rutkowski
real foto
autoportret 2 [31] 2010 | 72
internetowych. Jadąc przez nasze przedmie-
ścia, nie zobaczymy domów awangardowych:
zamiast nich podmiejski krajobraz wypełnią
domy skromne, tradycyjne, czasem nawet
wzruszająco pretensjonalne.
Zatem jaki właściwie jest współczesny dom,
który przez media jest określany mianem
awangardowego? Na zdjęciach suchy i sztyw-
ny, niemal wyzuty z wszelkiego życia, jakby
nigdy przez nikogo nie zamieszkany. Albo
inaczej: zamieszkany przez osobników nigdy
nie bałaganiących, gustujących wyłącznie
w prostokątnych, szarych sofach, namięt-
nie krojących zielone pomarańcze dużym,
błyszczącym nożem i stawiających na stole
wysoki, przezroczysty wazon ze śnieżnobia-
łymi kwiatami. Te zdjęcia – jak można się do-
myślać – nie mówią prawdy. Pokazują archi-
tekturę w stanie, który nigdy nie istniał i na
zaistnienie w przyszłości nie ma najmniej-
mują sterylny porządek? Czy rzeczywiście
meble w ich domach są zawsze ustawione
pod kątem prostym względem siebie i ścian?
Czy na stołach i półkach faktycznie nie ma
żadnych przedmiotów codziennego użytku?
I czy aby na pewno wszystko w nich jest
równe, gładkie i idealnie czyste?
Zamieszczane w publikacjach architekto-
nicznych zdjęcia są fałszowane podwójnie.
Najpierw w trakcie sesji fotograficznej, kiedy
eliminuje się wszystko, co nie pasuje do
klarownego wyobrażenia o architekturze.
Rzeczy nieładne i niemodne, zbyt jaskrawe
i za duże chwilowo się usuwa, albo pozosta-
wiając idealnie wysprzątaną pustkę, albo
– co dotyczy zwłaszcza czasopism wnętrzar-
skich – zastępując je rzeczami teoretycznie
ładniejszymi, bardziej modnymi i lepiej
pasującymi do oryginalnej wizji architekta
lub też do wizji szefa planu zdjęciowego.
szych szans. Wyjątkowość architektury jest
„podkręcona” przez wyjątkowość aranżacji.
Czy mieszkańcy tych domów rzeczywiście
są aż takimi minimalistami? Nie pobłażają
sobie ani na chwilę i przez cały czas utrzy-
Po prawej i poniżej: dom w Coutras, proj. Lacaton
& Vassal, architectes; fotografie prezentowane na
oficjalnej stronie biura Lacaton & Vassal, architectes
i w publikacjach prasowych
©lacaton&vassal,architectes
©lacaton&vassal,architectes
Na porządku dziennym jest wyposażanie
fotografowanej architektury przywiezio-
nymi przez stylistów meblami, obrazami,
tkaninami. U moich znajomych, których
świeżo wykonana kuchnia miała się znaleźć
w kwartalniku ekskluzywnej firmy AGD, do
zdjęć użyto nowszego modelu mikrofalówki,
piekarnika i zmywarki, dodatkowo jeszcze
zawieszono nad stołem jadalnianym inną
lampę. Na przedmiotach jednak się nie
kończy: w profesjonalne kadry wstawia się
również wynajętych statystów. Schludnie
ubrani i uczesani, często w nienaturalnych
pozach i z nieprawdziwym wyrazem twarzy,
mają wnieść to, co chwilę wcześniej fotograf
ze zdjęcia zabrał: życie i autentyczność.
Postprodukcja zdjęcia zniekształca obraz
jeszcze bardziej. Fotografia cyfrowa sprzyja
przecież manipulacji: zdjęcia tak naprawdę
składa się z kilku wykonanych w różnym
czasie naświetlania, dokonywana jest obrób-
ka kolorów i korekta błędów, zwiększa się
kontrast i ogólny odcień, wkleja się trawę
i niebo, dodaje różne elementy i odejmuje
to, o czym fotograf zapomniał w trakcie
sesji. Znamy „operacje”, jakim poddawani
są celebryci – ciała nagminnie odchudzane,
a nawet zastąpione przez inne z wyjątkiem,
rzecz jasna, głowy. Wolę sobie nawet nie
wyobrażać, co jest możliwe i co już się dzieje
w świecie prezentacji architektury. Bo jak
inaczej przełożyć na wnętrze jednorodzin-
nego domu fakt, że niektóre wyretuszowane
modelki na zdjęciach nie mają nawet pępka?
Rezultatem jest architektura odrealniona
i wyidealizowana, tylko przypominająca
rzeczywistość. Bliższa komputerowym wizu-
alizacjom niż atmosferze prawdziwego domu
– gdzie nie wszystkie przedmioty pochowano
w szufladach i gdzie czasem panuje swojski
nieporządek – staje się, zgodnie z najczęściej
słyszanym argumentem, bardziej muzeum
do oglądania niż domem do mieszkania.
Tak spreparowane zdjęcia są raczej obrazem
autorskiego wyobrażenia o projektowanej
architekturze: dziełem skończonym, wręcz
totalnym, pozostającym pod pełną kontrolą
architekta, zawsze w nieskazitelnym po-
rządku. Przypominające bardziej scenografię
mocno krytycznych pod adresem moder-
nizmu filmów Jacquesa Tatiego niż zgodne
z pełnymi pokory słowami Le Corbusiera,
który po wizycie w zaprojektowanym przez
siebie i gruntownie zmienionym przez miesz-
Dom Latapie, proj. Lacaton & Vassal, architectes;
fotografie prezentowane na oficjalnej stronie biura
Lacaton & Vassal, architectes i w publikacjach
prasowych
©lacaton&vassal,architectes
©lacaton&vassal,architectes
autoportret 2 [31] 2010 | 74
kańców osiedlu w Pessac po prostu przyznał
rację życiu. Sterylne i septyczne, jakby nie-
dostępne i nieosiągalne, zdjęcia te doskonale
wpisują się w jedną z najważniejszych reguł
współczesności: przewagi wyobrażonego
i zmedializowanego nad rzeczywistym.
Myślę, że dobra architektura nie potrzebuje
tego rodzaju wizualnej manipulacji. Właściwie
skrojona i zbudowana nic nie traci, gdy w jej
przestrzenie wprowadza się życie. Ona i tak
w swoim założeniu jest tylko tłem dla życia,
dla różnych przejawów ludzkiej aktywności, po
prostu dla wszystkiego, czym człowiek może się
zajmować. Dyktat nieskazitelności po pewnym
czasie może się znudzić, a nawet stać się męczą-
cy. O wiele ciekawszy wydaje się styk architek-
tonicznej scenografii i akcji, która dzieje się
na jej tle. Para architektów francuskich, Anne
Lacaton i Jean-Philippe Vassal, na tym połą-
czeniu oparła motto swojej architektury. Ich
domy – poniekąd banalne za sprawą lokaliza-
cji, zupełnie przeciętnych finansowo klientów
i zastosowanych materiałów, prosto z budowla-
nego supermarketu – są zawsze fotografowane
jakby z zaskoczenia, jakby w przerwie między
pierwszym i drugim daniem obiadu lub wkrót-
ce po porannym, całorodzinnym rozgardiaszu.
Francuzi nie boją się życia w swojej architek-
turze, ich codzienność i banalność fascynuje
chyba bardziej od budowlanej perfekcji.
Tanie meble, nieporządek, całkowita swobo-
da w sposobie aranżacji wnętrza, wręcz brak
tak zwanego dobrego gustu – to wszystko, po
setkach niezwykle wyrafinowanych estetycznie
publikacji architektonicznych, paradoksalnie
budzi we mnie większe zaciekawienie. I mówi
zdecydowanie więcej o atmosferze współczesne-
go francuskiego domu.
Jak wiadomo, Internet to medium niezwykle
demokratyczne. Dziś niemal każdy może się
stać dziennikarzem, przy łucie (nie)szczę-
ścia – autorem gorącego newsa. Wyposażony
w cyfrową technikę jest w stanie z każdego
miejsca świata przekazać wiadomość zarów-
no tekstową, jak i wizualną. Ktoś zaintereso-
wany architekturą również na tym korzysta.
Internet, gdy się dobrze poszuka, jest pełen
nieprofesjonalnych zdjęć architektury. Blogi
i portale wypełnione amatorskimi, bogato
ilustrowanymi relacjami z placów budowy
i zakończonych realizacji objawiają strony
nieznane z profesjonalnych prezentacji. Stro-
ny w sensie dosłownym – gdy na zdjęciach
można zobaczyć części budynku skrzętnie
przez zawodowców pomijane, i również
metaforycznym – gdy wypracowana przez
architekta i wykonawców perfekcja archi-
tektoniczna otrzymuje konkurenta w postaci
zamieszania codzienności. Tu każdy ma
prawo do subiektywnego osądu. Tu archi-
tektura jest pokazana bez filtra, bez retuszu
i bez manipulacji – z dodatkową wycieraczką
przed wejściem, z niezapowiedzianą markizą
nad oknem, z niedbale rzuconym ręczni-
kiem, z niedokładnie pościelonym łóżkiem
i meblami kupionymi już bez konsultacji
z architektem. Dobra architektura pewnie na
tym nie traci, a całość zyskuje coś niezmier-
nie ważnego – autentyczność.
Dom własny we Wrocławiu, proj. Roman Rutkowski
fot.a.rutkowski
fot.a.rutkowski

Roman Rutkowski, Real foto

  • 1.
    W łaściwie nie wiadomo,jaki naprawdę jest dzisiejszy awangardowy dom i jak się w nim żyje. Jeśli nie jesteśmy posiadaczami takowego budynku, w swoich osądach musimy się zdać na media. A te, podobnie jak w innych kwestiach estetyki i funkcjonalności naszego otoczenia, rozmi- jają się z prawdą. Dociekanie to można zresztą śmiało rozsze- rzyć, pytając o dom przeciętny, lokujący się gdzieś pośrodku wykresu Gaussa. (I przy- znam, że mnie, architekta znudzonego już żurnalową architekturą, takie szersze pyta- nie bardzo by interesowało.) Jednak to, co w periodykach architektonicznych i na pro- fesjonalnych portalach internetowych jest prezentowane jako godne największej uwagi, wręcz najlepsze i najbardziej wartościowe, jest nie mniej ciekawe. Żyjemy w świecie zdominowanym przez media i to one kreują bohaterów naszej codzienności. To truizm, podobnie jak stwierdzenie, że media nie przedstawiają świata w sposób obiektywny. Przekazywana nam rzeczywistość – o ile w ogóle można ją nazwać rzeczywistością – w zależności od potrzeb jest wygładzona lub udramatyzowana, upiększona lub zeszpe- cona. W przeciwieństwie do socjologów, przeciętność nie interesuje dziennikarzy. Ich żywiołem są ekstrema, sytuacje i zjawiska niezwyczajne, którą to niezwyczajność moż- na w przekazie jeszcze wyolbrzymić. Nie inaczej jest w architekturze. Magazyny ar- chitektoniczne rzadko przeznaczają łamy na sprawy powszechne, choć dziejące się gdzieś na krańcach świata i dotyczące milionów ludzi. Na co dzień nie interesują ich bolączki mieszkaniowe w ubogich krajach, tamtejsze problemy urbanistyczne, lokalności architek- toniczne – egzotyczne, zanurzone w tradycji i niewiele mające wspólnego z dwudziesto- wiecznym dogmatem oryginalności. Jeżeli na- wet pojawia się pewne zainteresowanie tymi kwestiami, na ogół jest ono chwilowe i dość pobieżne, praktycznie bez większego znacze- nia dla współczesnej dyskusji o architekturze. To raczej krótkotrwała moda, czy może wyrzut sumienia, niż realne spojrzenie na kwestie odległe w sensie geograficznym, kulturowym lub finansowym. Liczy się wyłącznie archi- tektura wyjątkowa: stojąca w niezwykłym miejscu, skrojona podług niezwykłych potrzeb lub dużego budżetu, bądź też – co najcenniej- sze, ale właściwie najrzadsze – niezwykła dzięki talentowi architekta. To właśnie ona, zbudowana najczęściej w Europie, Ameryce Północnej lub w części krajów azjatyckich, uchodzi za awangardę. Taka awangarda wypełnia strony grubych magazynów wnętrzarskich i architektonicz- nych. Zasada jest dosyć jasna: mało tekstu, dużo ilustracji. Publikacje puchną, są coraz bardziej kolorowe, coraz bardziej intensyw- ne i coraz dalsze od przeciętności oglądanej w naszych miastach. Badacz architektury po- czątku XXI wieku niewiele dowie się z nich o środowisku urbanistycznym interesującego go okresu. O ile bowiem w średniowieczu, renesansie czy nawet w XIX wieku istniał rodzaj spójności między budowlami wybitny- mi a ich architektonicznym tłem, o tyle w ar- chitekturze ostatnich dekad tej spójności już prawie nie ma. Jadąc przez nasze – polskie lub europejskie – miasta, mamy marne szan- se przypadkowo zobaczyć cokolwiek z tego, co jest publikowane w magazynach architek- tonicznych lub na profesjonalnych stronach Roman Rutkowski real foto autoportret 2 [31] 2010 | 72
  • 2.
    internetowych. Jadąc przeznasze przedmie- ścia, nie zobaczymy domów awangardowych: zamiast nich podmiejski krajobraz wypełnią domy skromne, tradycyjne, czasem nawet wzruszająco pretensjonalne. Zatem jaki właściwie jest współczesny dom, który przez media jest określany mianem awangardowego? Na zdjęciach suchy i sztyw- ny, niemal wyzuty z wszelkiego życia, jakby nigdy przez nikogo nie zamieszkany. Albo inaczej: zamieszkany przez osobników nigdy nie bałaganiących, gustujących wyłącznie w prostokątnych, szarych sofach, namięt- nie krojących zielone pomarańcze dużym, błyszczącym nożem i stawiających na stole wysoki, przezroczysty wazon ze śnieżnobia- łymi kwiatami. Te zdjęcia – jak można się do- myślać – nie mówią prawdy. Pokazują archi- tekturę w stanie, który nigdy nie istniał i na zaistnienie w przyszłości nie ma najmniej- mują sterylny porządek? Czy rzeczywiście meble w ich domach są zawsze ustawione pod kątem prostym względem siebie i ścian? Czy na stołach i półkach faktycznie nie ma żadnych przedmiotów codziennego użytku? I czy aby na pewno wszystko w nich jest równe, gładkie i idealnie czyste? Zamieszczane w publikacjach architekto- nicznych zdjęcia są fałszowane podwójnie. Najpierw w trakcie sesji fotograficznej, kiedy eliminuje się wszystko, co nie pasuje do klarownego wyobrażenia o architekturze. Rzeczy nieładne i niemodne, zbyt jaskrawe i za duże chwilowo się usuwa, albo pozosta- wiając idealnie wysprzątaną pustkę, albo – co dotyczy zwłaszcza czasopism wnętrzar- skich – zastępując je rzeczami teoretycznie ładniejszymi, bardziej modnymi i lepiej pasującymi do oryginalnej wizji architekta lub też do wizji szefa planu zdjęciowego. szych szans. Wyjątkowość architektury jest „podkręcona” przez wyjątkowość aranżacji. Czy mieszkańcy tych domów rzeczywiście są aż takimi minimalistami? Nie pobłażają sobie ani na chwilę i przez cały czas utrzy- Po prawej i poniżej: dom w Coutras, proj. Lacaton & Vassal, architectes; fotografie prezentowane na oficjalnej stronie biura Lacaton & Vassal, architectes i w publikacjach prasowych ©lacaton&vassal,architectes ©lacaton&vassal,architectes
  • 3.
    Na porządku dziennymjest wyposażanie fotografowanej architektury przywiezio- nymi przez stylistów meblami, obrazami, tkaninami. U moich znajomych, których świeżo wykonana kuchnia miała się znaleźć w kwartalniku ekskluzywnej firmy AGD, do zdjęć użyto nowszego modelu mikrofalówki, piekarnika i zmywarki, dodatkowo jeszcze zawieszono nad stołem jadalnianym inną lampę. Na przedmiotach jednak się nie kończy: w profesjonalne kadry wstawia się również wynajętych statystów. Schludnie ubrani i uczesani, często w nienaturalnych pozach i z nieprawdziwym wyrazem twarzy, mają wnieść to, co chwilę wcześniej fotograf ze zdjęcia zabrał: życie i autentyczność. Postprodukcja zdjęcia zniekształca obraz jeszcze bardziej. Fotografia cyfrowa sprzyja przecież manipulacji: zdjęcia tak naprawdę składa się z kilku wykonanych w różnym czasie naświetlania, dokonywana jest obrób- ka kolorów i korekta błędów, zwiększa się kontrast i ogólny odcień, wkleja się trawę i niebo, dodaje różne elementy i odejmuje to, o czym fotograf zapomniał w trakcie sesji. Znamy „operacje”, jakim poddawani są celebryci – ciała nagminnie odchudzane, a nawet zastąpione przez inne z wyjątkiem, rzecz jasna, głowy. Wolę sobie nawet nie wyobrażać, co jest możliwe i co już się dzieje w świecie prezentacji architektury. Bo jak inaczej przełożyć na wnętrze jednorodzin- nego domu fakt, że niektóre wyretuszowane modelki na zdjęciach nie mają nawet pępka? Rezultatem jest architektura odrealniona i wyidealizowana, tylko przypominająca rzeczywistość. Bliższa komputerowym wizu- alizacjom niż atmosferze prawdziwego domu – gdzie nie wszystkie przedmioty pochowano w szufladach i gdzie czasem panuje swojski nieporządek – staje się, zgodnie z najczęściej słyszanym argumentem, bardziej muzeum do oglądania niż domem do mieszkania. Tak spreparowane zdjęcia są raczej obrazem autorskiego wyobrażenia o projektowanej architekturze: dziełem skończonym, wręcz totalnym, pozostającym pod pełną kontrolą architekta, zawsze w nieskazitelnym po- rządku. Przypominające bardziej scenografię mocno krytycznych pod adresem moder- nizmu filmów Jacquesa Tatiego niż zgodne z pełnymi pokory słowami Le Corbusiera, który po wizycie w zaprojektowanym przez siebie i gruntownie zmienionym przez miesz- Dom Latapie, proj. Lacaton & Vassal, architectes; fotografie prezentowane na oficjalnej stronie biura Lacaton & Vassal, architectes i w publikacjach prasowych ©lacaton&vassal,architectes ©lacaton&vassal,architectes autoportret 2 [31] 2010 | 74
  • 4.
    kańców osiedlu w Pessacpo prostu przyznał rację życiu. Sterylne i septyczne, jakby nie- dostępne i nieosiągalne, zdjęcia te doskonale wpisują się w jedną z najważniejszych reguł współczesności: przewagi wyobrażonego i zmedializowanego nad rzeczywistym. Myślę, że dobra architektura nie potrzebuje tego rodzaju wizualnej manipulacji. Właściwie skrojona i zbudowana nic nie traci, gdy w jej przestrzenie wprowadza się życie. Ona i tak w swoim założeniu jest tylko tłem dla życia, dla różnych przejawów ludzkiej aktywności, po prostu dla wszystkiego, czym człowiek może się zajmować. Dyktat nieskazitelności po pewnym czasie może się znudzić, a nawet stać się męczą- cy. O wiele ciekawszy wydaje się styk architek- tonicznej scenografii i akcji, która dzieje się na jej tle. Para architektów francuskich, Anne Lacaton i Jean-Philippe Vassal, na tym połą- czeniu oparła motto swojej architektury. Ich domy – poniekąd banalne za sprawą lokaliza- cji, zupełnie przeciętnych finansowo klientów i zastosowanych materiałów, prosto z budowla- nego supermarketu – są zawsze fotografowane jakby z zaskoczenia, jakby w przerwie między pierwszym i drugim daniem obiadu lub wkrót- ce po porannym, całorodzinnym rozgardiaszu. Francuzi nie boją się życia w swojej architek- turze, ich codzienność i banalność fascynuje chyba bardziej od budowlanej perfekcji. Tanie meble, nieporządek, całkowita swobo- da w sposobie aranżacji wnętrza, wręcz brak tak zwanego dobrego gustu – to wszystko, po setkach niezwykle wyrafinowanych estetycznie publikacji architektonicznych, paradoksalnie budzi we mnie większe zaciekawienie. I mówi zdecydowanie więcej o atmosferze współczesne- go francuskiego domu. Jak wiadomo, Internet to medium niezwykle demokratyczne. Dziś niemal każdy może się stać dziennikarzem, przy łucie (nie)szczę- ścia – autorem gorącego newsa. Wyposażony w cyfrową technikę jest w stanie z każdego miejsca świata przekazać wiadomość zarów- no tekstową, jak i wizualną. Ktoś zaintereso- wany architekturą również na tym korzysta. Internet, gdy się dobrze poszuka, jest pełen nieprofesjonalnych zdjęć architektury. Blogi i portale wypełnione amatorskimi, bogato ilustrowanymi relacjami z placów budowy i zakończonych realizacji objawiają strony nieznane z profesjonalnych prezentacji. Stro- ny w sensie dosłownym – gdy na zdjęciach można zobaczyć części budynku skrzętnie przez zawodowców pomijane, i również metaforycznym – gdy wypracowana przez architekta i wykonawców perfekcja archi- tektoniczna otrzymuje konkurenta w postaci zamieszania codzienności. Tu każdy ma prawo do subiektywnego osądu. Tu archi- tektura jest pokazana bez filtra, bez retuszu i bez manipulacji – z dodatkową wycieraczką przed wejściem, z niezapowiedzianą markizą nad oknem, z niedbale rzuconym ręczni- kiem, z niedokładnie pościelonym łóżkiem i meblami kupionymi już bez konsultacji z architektem. Dobra architektura pewnie na tym nie traci, a całość zyskuje coś niezmier- nie ważnego – autentyczność. Dom własny we Wrocławiu, proj. Roman Rutkowski fot.a.rutkowski fot.a.rutkowski