W
łaściwie nie wiadomo,jaki
naprawdę jest dzisiejszy
awangardowy dom i jak się
w nim żyje. Jeśli nie jesteśmy
posiadaczami takowego budynku, w swoich
osądach musimy się zdać na media. A te,
podobnie jak w innych kwestiach estetyki
i funkcjonalności naszego otoczenia, rozmi-
jają się z prawdą.
Dociekanie to można zresztą śmiało rozsze-
rzyć, pytając o dom przeciętny, lokujący się
gdzieś pośrodku wykresu Gaussa. (I przy-
znam, że mnie, architekta znudzonego już
żurnalową architekturą, takie szersze pyta-
nie bardzo by interesowało.) Jednak to, co
w periodykach architektonicznych i na pro-
fesjonalnych portalach internetowych jest
prezentowane jako godne największej uwagi,
wręcz najlepsze i najbardziej wartościowe,
jest nie mniej ciekawe. Żyjemy w świecie
zdominowanym przez media i to one kreują
bohaterów naszej codzienności. To truizm,
podobnie jak stwierdzenie, że media nie
przedstawiają świata w sposób obiektywny.
Przekazywana nam rzeczywistość – o ile
w ogóle można ją nazwać rzeczywistością –
w zależności od potrzeb jest wygładzona lub
udramatyzowana, upiększona lub zeszpe-
cona. W przeciwieństwie do socjologów,
przeciętność nie interesuje dziennikarzy. Ich
żywiołem są ekstrema, sytuacje i zjawiska
niezwyczajne, którą to niezwyczajność moż-
na w przekazie jeszcze wyolbrzymić.
Nie inaczej jest w architekturze. Magazyny ar-
chitektoniczne rzadko przeznaczają łamy na
sprawy powszechne, choć dziejące się gdzieś
na krańcach świata i dotyczące milionów
ludzi. Na co dzień nie interesują ich bolączki
mieszkaniowe w ubogich krajach, tamtejsze
problemy urbanistyczne, lokalności architek-
toniczne – egzotyczne, zanurzone w tradycji
i niewiele mające wspólnego z dwudziesto-
wiecznym dogmatem oryginalności. Jeżeli na-
wet pojawia się pewne zainteresowanie tymi
kwestiami, na ogół jest ono chwilowe i dość
pobieżne, praktycznie bez większego znacze-
nia dla współczesnej dyskusji o architekturze.
To raczej krótkotrwała moda, czy może wyrzut
sumienia, niż realne spojrzenie na kwestie
odległe w sensie geograficznym, kulturowym
lub finansowym. Liczy się wyłącznie archi-
tektura wyjątkowa: stojąca w niezwykłym
miejscu, skrojona podług niezwykłych potrzeb
lub dużego budżetu, bądź też – co najcenniej-
sze, ale właściwie najrzadsze – niezwykła
dzięki talentowi architekta. To właśnie ona,
zbudowana najczęściej w Europie, Ameryce
Północnej lub w części krajów azjatyckich,
uchodzi za awangardę.
Taka awangarda wypełnia strony grubych
magazynów wnętrzarskich i architektonicz-
nych. Zasada jest dosyć jasna: mało tekstu,
dużo ilustracji. Publikacje puchną, są coraz
bardziej kolorowe, coraz bardziej intensyw-
ne i coraz dalsze od przeciętności oglądanej
w naszych miastach. Badacz architektury po-
czątku XXI wieku niewiele dowie się z nich
o środowisku urbanistycznym interesującego
go okresu. O ile bowiem w średniowieczu,
renesansie czy nawet w XIX wieku istniał
rodzaj spójności między budowlami wybitny-
mi a ich architektonicznym tłem, o tyle w ar-
chitekturze ostatnich dekad tej spójności już
prawie nie ma. Jadąc przez nasze – polskie
lub europejskie – miasta, mamy marne szan-
se przypadkowo zobaczyć cokolwiek z tego,
co jest publikowane w magazynach architek-
tonicznych lub na profesjonalnych stronach
Roman Rutkowski
real foto
autoportret 2 [31] 2010 | 72
kańców osiedlu w Pessacpo prostu przyznał
rację życiu. Sterylne i septyczne, jakby nie-
dostępne i nieosiągalne, zdjęcia te doskonale
wpisują się w jedną z najważniejszych reguł
współczesności: przewagi wyobrażonego
i zmedializowanego nad rzeczywistym.
Myślę, że dobra architektura nie potrzebuje
tego rodzaju wizualnej manipulacji. Właściwie
skrojona i zbudowana nic nie traci, gdy w jej
przestrzenie wprowadza się życie. Ona i tak
w swoim założeniu jest tylko tłem dla życia,
dla różnych przejawów ludzkiej aktywności, po
prostu dla wszystkiego, czym człowiek może się
zajmować. Dyktat nieskazitelności po pewnym
czasie może się znudzić, a nawet stać się męczą-
cy. O wiele ciekawszy wydaje się styk architek-
tonicznej scenografii i akcji, która dzieje się
na jej tle. Para architektów francuskich, Anne
Lacaton i Jean-Philippe Vassal, na tym połą-
czeniu oparła motto swojej architektury. Ich
domy – poniekąd banalne za sprawą lokaliza-
cji, zupełnie przeciętnych finansowo klientów
i zastosowanych materiałów, prosto z budowla-
nego supermarketu – są zawsze fotografowane
jakby z zaskoczenia, jakby w przerwie między
pierwszym i drugim daniem obiadu lub wkrót-
ce po porannym, całorodzinnym rozgardiaszu.
Francuzi nie boją się życia w swojej architek-
turze, ich codzienność i banalność fascynuje
chyba bardziej od budowlanej perfekcji.
Tanie meble, nieporządek, całkowita swobo-
da w sposobie aranżacji wnętrza, wręcz brak
tak zwanego dobrego gustu – to wszystko, po
setkach niezwykle wyrafinowanych estetycznie
publikacji architektonicznych, paradoksalnie
budzi we mnie większe zaciekawienie. I mówi
zdecydowanie więcej o atmosferze współczesne-
go francuskiego domu.
Jak wiadomo, Internet to medium niezwykle
demokratyczne. Dziś niemal każdy może się
stać dziennikarzem, przy łucie (nie)szczę-
ścia – autorem gorącego newsa. Wyposażony
w cyfrową technikę jest w stanie z każdego
miejsca świata przekazać wiadomość zarów-
no tekstową, jak i wizualną. Ktoś zaintereso-
wany architekturą również na tym korzysta.
Internet, gdy się dobrze poszuka, jest pełen
nieprofesjonalnych zdjęć architektury. Blogi
i portale wypełnione amatorskimi, bogato
ilustrowanymi relacjami z placów budowy
i zakończonych realizacji objawiają strony
nieznane z profesjonalnych prezentacji. Stro-
ny w sensie dosłownym – gdy na zdjęciach
można zobaczyć części budynku skrzętnie
przez zawodowców pomijane, i również
metaforycznym – gdy wypracowana przez
architekta i wykonawców perfekcja archi-
tektoniczna otrzymuje konkurenta w postaci
zamieszania codzienności. Tu każdy ma
prawo do subiektywnego osądu. Tu archi-
tektura jest pokazana bez filtra, bez retuszu
i bez manipulacji – z dodatkową wycieraczką
przed wejściem, z niezapowiedzianą markizą
nad oknem, z niedbale rzuconym ręczni-
kiem, z niedokładnie pościelonym łóżkiem
i meblami kupionymi już bez konsultacji
z architektem. Dobra architektura pewnie na
tym nie traci, a całość zyskuje coś niezmier-
nie ważnego – autentyczność.
Dom własny we Wrocławiu, proj. Roman Rutkowski
fot.a.rutkowski
fot.a.rutkowski