Kwantologia stosowana – kto ma rację?
Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie).
część ... – Wielowymiarowa płaszczyzna.
- Płaszczyzna wielowymiarowa? Już było.
- Stajemy dziś przed ścianą poznania, której bez wsparcia filozofii
(logiki) nie pokonamy. Tak, mówiliśmy o tym, chciałbym jednak do tego
wrócić, ponieważ to bardzo istotny element zrozumienia rzeczywistości
(jej analizy i definiowania).
- Pamiętam, że opowieść przebiegała, jakby delikatnie to określić...
cóż, to było wysoce emocjonalne zaprezentowanie tematu.
- Decydował kontekst, miało być efektownie, z odpowiednio dobranym
słownictwem - i takie było. A co więcej uważam, że dobrze spełniło
swoje zadanie. Obecnie jednak warto opisać to w innym zbiorze pojęć,
bez przesłaniającego treść nadmiaru, właśnie dlatego, że zagadnienie
należy do fundamentalnych.
- O ile poprawnie zapamiętałem klimat tamtego opisu, to jego głęboki
sens, a więc abstrakcja "płaszczyzna wielowymiarowa", to nie zostało
w jasny, tak do końca jednoznaczny sposób przedstawione, przynajmniej
dla mnie. Niby wiem, ale...
- Przypominam ci, że co prawda nie wprost, ale w innych pogadankach
temat również wracał, logicznie lokuje się w podstawie postrzegania,
dlatego musiał wielokrotnie zaistnieć... Z tego też powodu używane
dziś pojęcia, odniesienia i porównania, to - siłą rzeczy - musi się
powtarzać, więc się nie czepiaj.
- Urozmaicenie wypowiedzi nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
- Powtórzę, i to z siłą wniosku, że "płaszczyzna wielowymiarowa" to
zasadniczy, fundamentalny element zrozumienia rzeczywistości, przede
wszystkim dla cienie, dla fizyka.
- Ponieważ?...
- Dobrze, zacznijmy od początku... Oczywiście takie pojęcie, w taki
sposób sformułowane, to narzut na toczącą się nieskończenie (a też
wiecznie) zmianę - to logiczna konstrukcja, którą obserwator tworzy
sam dla siebie, i tylko dla siebie. Przecież realnie, tam - na samym
dole zmiany - niczego więcej poza tą zmianą nie ma. Jest jednostka
"czegoś" w kosmicznej nieskończoności-wieczności, przemieszcza się
zawsze o jednostkę (i tylko o jednostkę), a wszelkie inne, tak dla
ciebie istotne, to tylko w tobie - to wytwarza twoje spojrzenie (co
by pod pojęciem "spojrzenie" nie rozumieć). Atom nie atom, świat czy
wszechświat, nie ma znaczenie - to złożenie, które jest dostępne w
pewnym, ściśle określonym (nadprogowym) zakresie - i które zawsze w
twojej obserwacji i rozumieniu jest złożeniem. To abstrakcja, która
jest tylko w tobie i dla ciebie.
- Atom mogę zmierzyć, nawet rozbić - albo scalić w użyteczny fakt,
który pozwala inne fakty poznać. I zawsze takie zadziałanie wymaga
zastosowania przeróżnych nakładów - jakoś nie zauważam, żebym samym
spojrzeniem deformował atomowe struktury.
- Nie o tym teraz mówimy, temat jeszcze wróci, jednak obecnie trzeba
podkreślić, że wszelkie i w dowolny sposób wypracowane abstrakcje,
które odnoszą się do świata i które zawierają się w osobniku tenże
świat postrzegającym - że to naddatek, więc zewnętrzna wobec zmiany
1
instrukcja obsługi, którą pisze dla siebie byt. Fizycznie, na każdym
poziomie poznania, aż po fundamentalny, zawsze jest tylko jednostka
w ruchu. - Znasz to, COŚ przemieszcza się w/poprzez NIC, bo nic nie
hamuje tego ruchu, a ponieważ owego "czegoś" jest sporo, nawet tak
nieskończenie - to lokalnie, "co jakiś czas", zbiega się w takie i
owakie, na przykład wszechświat albo obserwatora. Banał kosmiczny i
konieczność wynikła z samej zmiany.
- Gdzie tu płaszczyzna? Jeżeli mam to sobie wyobrażać, to żadnej w
tym płaszczyzny, to wszechkierunkowość.
- I słusznie. Fizycznie nie ma niczego w formie płaszczyzny, takie
ujęcie to pomocna w opisie zjawisk abstrakcja. Geometria i podobne
nauki, przypominam, to wyabstrahowany ze świata schemat, ale nie ma
realnego odniesienia. Tylko że, niestety, niczego więcej nie mamy do
dyspozycji - abstrakcje to wszystko, czym możemy się posłużyć. Oraz
wszystko czym jesteśmy.
- Czyli "płaszczyzna wielowymiarowa" to?...
- Również abstrakcja, jak najbardziej abstrakcja - niczego takiego
nie ma. To sposób na opisanie świata, podpórka rozumu w działaniu,
dokładnie taka sama, jak każda inna. Tyle że odnosząca się już do
wszystkiego - to logicznie maksymalna (szczytowa) konstrukcja, która
pozwala zdefiniować fundament rzeczywistości.
- Ale dlaczego jest możliwa i co wnosi?
- Plus za pytanie. Nie ma znaczenia, że realnie, że Fizycznie zmiana
dzieje się jakoś-tam, ani tego nie poznamy, ani nawet to potrzebne.
Mamy symbol tej zmiany, tu w formule płaszczyzny, on się sprawdza w
operacjach na/w świecie - i dobrze, to wystarczy. A z czego wynika?
Z logicznego, na tym poziomie już wyłącznie logicznego operowania
pojęciami. Jeżeli dochodzimy w swoim analizowaniu świata do pojęcia
"jednostki", czyli najmniejszego z najmniejszych, czego w żaden już
sposób nie można rozdrobnić (a dochodzimy do tego wniosku, ponieważ
kawałkowanie rzeczywistości w nieskończoność prowadzi do głębokich
sprzeczności), to tak zdefiniowana jednostka - w logicznie również
koniecznym sprzężeniu z "niczym" - ona musi, musi być w ruchu, w nie
kończącym się (tu: wiecznym) ruchu.
- Bo nic nie hamuje.
- A skoro tych jednostek, jedynek czegoś jest nieskończenie wiele,
to łączne ich postrzeganie (oczami duszy) tworzy płaszczyznę. I nie
ma znaczenia, że - jak nadmieniłeś - Fizycznie jest to rozłożone w
Kosmosie wszechkierunkowo i jest tym samym mieszaniną doskonałą, w
ujęciu logicznym jest to uporządkowane, znumerowane i policzalne -
i sumuje się w geometryczną płaszczyznę. Dla obserwatora prezentuje
się to jako płaszczyzna - tak to sobie wyobraża... Jeżeli dokonasz
w nieskończoności (logicznego) unieruchomienia jednostek, to masz w
efekcie prostą, która w przesunięciu buduje płaszczyznę.
- Płaszczyznę czy prostą?
- To zależy na czym się skoncentrujesz. Zobrazowanie Fizyczne tego
stanu w Kosmosie, na skutek nieskończonego oraz "w każdym kierunku"
rozłożenia elementów - to musi w twoim wyobrażeniu przybrać postać
"płaszczyzny", bo jak rozciąga się w nieskończoność i jest to jeden
"stan chwili" wiecznej zmiany, to takie zobrazowanie jest najbliższe
pojęciu płaszczyzny.
Ale zarazem, zauważ, ten sam rozkład elementów można zdefiniować jako
"prostą"; jeżeli uszeregujesz (w nieskończoność) owe jedynki czegoś i
2
zdefiniujesz je jako liczby, to w takim działaniu tworzysz prostą. W
zależności od tego, czy masz świadomość, że w takim obrazie zawiera
się zero (logicznie pojęta pustka) - albo że zawiera się zmiana-ruch,
w zależności na czym się skoncentrujesz lub co pominiesz w opisie,
to raz uzyskasz prostą, a raz płaszczyznę.
Kiedy redukujesz przerwy między jednostkami (ponieważ są dla ciebie
niepotrzebne, bo przeszkadzają /choć w ten sposób fałszujesz obraz
zmiany, przecież jedynka dlatego jest widoczna, że dopełnia ją nic,
pustka) - to w tym obrazie uzyskujesz prostą i wszelkie związane z
tym analogie i skojarzenia. Uszeregowane w nieskończoność jedynki to
prosta.
Ale jest ruch, wszystko w Kosmosie przemieszcza się - wiecznie się
z punktu do punktu (i punktowo) porusza, bo nic nie hamuje. A skoro
elementy są w ruchu, to symbolizująca taki nieskończony zbiór prosta
również - cały zbiór przesuwa się o jednostkę - i o kolejną - i tak
w nieskończoność. A nie kończący się ruch to wieczność, przypominam.
Czyli tak pojęta prosta składa się (tworzy) w tym ruchu strukturę,
którą nazywamy sobie płaszczyzną.
Tylko że, widzisz, problem w tym, że pomijamy ten ruch, a nawet nie
wiemy, że on współtworzy nieruchomą dla nas "płaszczyznę" - szkolna
nauka tak się w mózgowiu rozpanoszyła abstrakcją, że teraz za nic w
niej nie może się znaleźć zmiana. Ruch w płaszczyźnie?, niepodobne,
niepotrzebny, itd. Efekt? Zachodzi renormalizacja, coś, co doskonale
znasz. A ponieważ operacje tak spreparowanym obrazem sprawdzają się
i prowadzą do użytecznego wyniku, to nie ma nacisku na zastanawianie
się, czym taka prosta lub płaszczyzna jest. Że to dalej prowadzi do
zapętleń i nieporozumień? A prowadzi.
- I fizyka samodzielnie tego nie przeniknie, powtarzasz się.
...
- Początek w ujęciu logicznym mamy z grubsza omówiony, szczegóły w
innych rozmowach już padły. Dlatego obecnie pojawia się zasadnicze
dla nas pytanie: jak postrzegamy świat? Jak odbiera świat osobnik o
cechach obserwatora, byt skomplikowany?
- Na przykład widzi.
- Rzeczywiście skoncentrujemy się na tym zmyśle, jest dla nas bardzo
istotny, ale tu omawiane podejście odnosi się do każdego, mechanizm
jest zawsze ten sam. Bo świat jest jeden i reguła zmiany jedna.
Po pierwsze, przyznasz, że nasze podłączenie do świata jest małe, a
wręcz niebywale skromne. Z całej puli dostępnych częstotliwości, do
których dobraliśmy się całkiem niedawno, z całej palety atomowych i
cząsteczkowych struktur - z tego wszystkiego nasza konstrukcja może
odebrać niewiele. To trudno ocenić liczbowo, ale myślę, że jest tego
na sławetne "cztery procent" z całości, nie więcej.
- Radzimy sobie, istniejemy.
- Tylko trzeba mieć świadomość, że poza dostępnym zakresem istnieje
ogrom możliwości, których nie sięgamy, których nie możemy osobiście
poznać. A tam przecież się dzieje, tam może znajdować się coś mało
dla nas dobrego. Egzystujemy, żeby skorzystać ze znanego ujęcia, na
wąskiej, wąziutkiej ścieżce, którą otacza z każdej strony ciemność,
dosłownie ciemność - a która to ścieżka prowadzi z niewiadomego dla
osobnika zakresu w nieskończone.
I jeszcze więcej, co wprowadza w obraz dramaturgię, a co wynika wprost
z ustalenia, że to zmiana i tylko zmiana: ta "ścieżka" buduje się w
3
każdej chwili. Fakt, umożliwia postawienia tego jednego i jedynego
kroku, co pozwala się przemieścić - ale tyknięcie dalej rozpada się
i przechodzi do historii; struktura i wszystkie elementy tej dróżki
w wieczności to tak na mgnienie, tylko na jeden krok.
- Wystarczy, żebym mógł cię zobaczyć.
- Tak... Ale, to po drugie, tylko ile wymagało wysiłku, pilnego, a
niekiedy nawet bolesnego uczenia się, żebyś teraz, prawie dla siebie
niezauważalnie (o ile coś się nie zepsuje) mógł taką rejestrację w
świecie prowadzić i na jej podstawie wyciągać wnioski o tym świecie.
Przecież to trwa i trwa, a i tak na każdym kroku trzeba uważać, co
by się nie osunąć w niebyt.
- Znów skręcasz w literaturę, miało być o płaszczyźnie...
- Po trzecie, teraz musimy przeprowadzić rekonstrukcję początków w
naszym rejestrowaniu świata, w postrzeganiu jako osobnik, ale również
jako zbiorowość - musimy zastanowić się nad mechanizmem odbierania
zewnętrznego do nas zakresu. Dziś już sporo na ten temat wiadomo, a
jeżeli dodać do tego zaprezentowane wyżej logiczne podejście do ruchu
(zmiany) w zakresach fizycznie skrytych i nieoznaczonych, to - właśnie
logicznie - możemy te pierwsze chwile odtworzyć, nawet w szczegółach.
I ma to znaczenie.
- Dlaczego? To po prostu fizyka.
- Jak najbardziej fizyka (i tylko fizyka), ale wielopoziomowa. A do
tego zasada, tok poznawania, powtarza się w każdym innym przypadku,
nawet w tym najbardziej generalnym, który stosujesz do definiowania
otoczenia.
- Więcej światła.
- Fizjologicznie na początku jest chaos. Osobnik "rejestruje" (to w
żadnym przypadku nie jest aktywna rejestracja) tak splątany oraz w
jego doznaniu zagmatwany stan energetyczny, że trzeba to zdefiniować
jako chaos. Nie doskonały, ponieważ rytm świata wnosi regularności,
co dalej pozwala "załapać wątek" w tym wszystkim, jednak przyznasz,
że to chaos...
Co "widzi" osobnik (czy zbiorowość) w chwili pierwszej? Jak wygląda
we wstecznej rekonstrukcji ten etap? - Najkrócej można to ująć jako
"ścianę", praktycznie jednorodną ścianę, na którą składa się mozaika
mniej lub bardziej dynamicznie przemieszczających się plam - i które
z czymkolwiek trudno powiązać, bowiem nie ma punktu odniesienia. Tak
to wygląda w zakresie widzialnym. I nie inaczej prezentuje się dla
kanału dźwiękowego, gdzie poszczególne fakty są zbiorowiskiem drgań
powietrza i nic, a raczej bardzo niewiele znaczą (mówię niewiele, bo
jednak przychodząc na świat pewien zasób dźwięków już posiadamy). I
ten sam opis można przeprowadzić dla każdego zmysłu, to zawsze jest
chaotyczny początek, "plamiasty" zbiór oddalonych od siebie w czasie
i przestrzeni jednostek czegoś docierających do obserwatora. Każdy
wyróżniony z otoczenia element jest w tej rejestracji sam dla siebie
i niczego nie oznacza; zaczyna proces rejestracji, jednak nie jest
świadomie postrzegany. Nie jest odbierany świadomie, ponieważ na tym
etapie (za)istnienia nie ma świadomości - nie ma stanu, który jako
świadomość definiujemy.
- To oczywiste.
- A przy okazji, widzisz podobieństwo tego opisu i tak zbudowanego
obrazu zjawisk zachodzących w osobniku i w świecie - dostrzegasz w
tym analogię do "stanu początku", który jako fizyk (albo kosmolog)
4
ustalasz dla wszechświata i chwili zero?
- Jeden świat, jedna reguła, tak to chyba ujmowałeś?...
- Dokładnie... Pozwól jednak, że nie będę wchodził w kolejne detale
poznania, ponieważ, jak nadmieniłem, to z grubsza jest znane, a też
ciągle nowe składowe są w opracowywaniu - możesz to sobie doskonale
wyobrazić, po prostu szkoda na to czasu. Ale, co zrozumiałe, przez
całość naszej rozmowy do tego będę się odnosił, to ujęcie musi być w
naszej stałej pamięci, jest niezbędne.
Dlaczego niezbędne? Ponieważ dziś, po wszystkich zakrętach historii
zbiorowej oraz osobniczej, po rozciągniętym na lata (i miliony lat)
szukaniu związków i reguł w świecie, szukania podstawowego rytmu w
tym docierającym do nas z otoczenia "plamiastym" zbiorze danych, po
pokoleniowych zmaganiach z fizyką i logiką - dziś znajdujemy się w
dokładnie takim samym punkcie-stanie jak noworodek: mamy przed sobą
"płaszczyznę ściany" z "plamami", którą musimy zrozumieć.
- Przesada.
- Nie, zapewniam. To nie jest nadmiernie literackie czy fantazyjne
opisanie obecnego momentu w dziejach, przed nami rzeczywiście coś,
co najlepiej zdefiniować terminem "ściana". To realna ściana, a na
niej (oraz w niej) zbiór "plam", które coś znaczą... I więcej, już
przeczuwamy, że w tym obrazie są głębokie związki, że jest sens, który
z jednej strony kusi "zrozumieniem wszystkiego", ale z drugiej jest
wyzwaniem i życiową koniecznością - już to wiemy, ale jeszcze tych
powiązań nie dostrzegamy. Mamy przed sobą wszystko, co można z fizyki
świata wydobyć (zaobserwować w dowolny sposób), ale to nie zmienia
faktu, że to dla nas przysłowiowa ściana. Zauważ, że "chwili zero",
ty, jako fizyk, żadnym mykiem nie przebijesz, widzisz jednolity stan
początku i subtelne "plamy", ale to dla ciebie realnie i faktycznie
ściana, dalszego dla ciebie nie ma. Po prostu nie ma. Możesz takie
"dalsze" postulować (bo konieczne w tłumaczeniu), w zapamiętaniu i
chciejstwie rozgorączkowanego rozumu je modelować, a nawet próbować
opisywać tak lub siak (głównie wzorami albo słowotokiem), ale poza
tak wyznaczoną ścianę-płaszczyznę danych się nie przemieścisz, nie
możesz. I ważne pytanie: dlaczego? dlaczego to niemożliwe? Ponieważ
tego "dalszego" dla ciebie nie ma.
A dlaczego nie ma? Bo nie ma elementów, które to by umożliwiały...
Tak, dalej nie ma dostępnego dla ciebie fizycznego nośnika - dalsze
dla ciebie nie istnieje.
Przed nami ściana, ostatni punkt-etap-moment, który można poznawać
fizycznym pomiarem. "Dalsze" to już refleksja, czyli nadbudowana nad
rozpoznanym w jego "plamach" światem logiczna (re)konstrukcja. To już
Fizyka.
- Dużo słów, a treść... taka sobie.
- Mam świadomość, że to cię nie przekonuje, dlatego - jak zawsze -
trzeba odwołać się do analogii, skojarzeń, może i rozbudowanego za
pomocą słów zobrazowania, ale to konieczność. Zwłaszcza że obecnie
opis dotyczy strefy granicznej, a nawet wykracza poza fizykę. Nie ma
innej metody na opisanie tego zakresu, muszę posiłkować się ujęciami
wywiedzionymi z tutejszego obszaru i przenieść je na "dalsze" - acz
zawsze z tym zastrzeżeniem, że to logiczna (pojęciowa) konstrukcja
i wspomożenie w działaniu, a nie detaliczne pokazanie zmiany w jej
przekształcaniach.
- Analogia, proszę bardzo. Ale, upieram się, wiedza o rzeczywistości
5
nie jest zbudowana z plam i chaotyczna, jednak atom istnieje, nawet
jeżeli to dynamiczna struktura, są góry i doliny zbudowane z takich
atomów, wyże i niże w atmosferze, zakresy temperatur, itd. Może nie
ma wiedzy, którą dałoby się określić jako ostateczną, o ile taka w
ogóle istnieje, ale na pewno nie jest to etap początkowy - pierwsze
kroki, a nawet kolejne, już zostały postawione.
- O to mi chodzi, o takie opisanie obecnego stanu posiadania. Mamy na
widoku owe górki czy niże, opisujemy zależności przestrzenią wespół
z czasem, mamy miarki i termometry w czymś tam wyskalowane, widzimy
nawet głębię z jej mikro elementami oraz głębię z dalekimi gwiazdami
- rejestrujemy "fakty" od horyzontu do horyzontu...
I właśnie w tym momencie, dokładnie w takim punkcie naszej wiedzy o
świecie należy wprowadzić do opisu analogie, to konieczność, bez tego
się nie obejdzie. Na tym etapie dwie, które są ze sobą funkcjonalnie
powiązane i wzajemnie się dopełniają.
- Obserwator, łuk, strzała i podobne?
- Żarty żartami, ale obserwator w oczywisty sposób jest niezbędny,
bez niego nie ma ani świata, ani jego mechanizmu, ani opisu. Tylko
że tym razem okoliczności są nieco inne, to musi być rozbudowany i
nawet skomplikowany obraz.
- Cóż za odmiana.
- Analogia numer jeden to "film" - film jako całość fabularna, więc
powiązanie miejsca akcji i fabuły, ale i film w rozumieniu "kadrów",
poszczególnych scen, które składają się na film. A analogia druga,
jak najbardziej łącząca się z pierwszą, to "sala kinowa" - czyli rzędy
krzeseł, logicznie rozmieszczone miejsca zasiadania faktów.
I jeszcze jeden, bardzo istotny element: ekran. Płachta białego, od
sufitu do podłogi materiału, na (i w) którym pojawiają się dostępne
obserwatorowi zjawiska, dowolnie pojęte fakty. Czyli wspomniane przez
ciebie górki i doliny, wyże i niże, poziomice, izobary, i tak dalej.
Nie ma znaczenia co konkretnie, chodzi o symboliczne pokazanie, że
w/na takim zakresie pojawia się, istnieje i przekształca się to, co
sobie jako fizyk notujesz - podkreślam, każdy fizyczny fakt. Łącznie
z samym obserwatorem, co zrozumiałe, przecież on również zawiera się
w tak zdefiniowanym "ekranie".
- Ale ekran to płaszczyzna, a świat to czas, przestrzeń, a nawet tu
i ówdzie więcej wymiarów.
- Bo to symbol, analogia - wspomożenie w zrozumieniu. To, że sobie
te wymiary w oparciu o wzory ustalasz w świecie, to nie oznacza, że
one realnie istnieją, przecież te wzory to również tylko abstrakcje
- a nawet, zanalizuj takie ujęcie, to analogie, metoda na oddanie w
strawnym dla ciebie kształcie zakresu zjawisk, którego inaczej w żaden
sposób nie poznasz. Znasz przecież te idące przez wieki dywagacje,
czy matematyka to realny fakt, czy też poprawna logicznie konstrukcja,
ale za którą nic namacalnego się nie kryje.
Takie pytanie: czy abstrakcja "ekran" różni się czymś od abstrakcji
"wymiar"?... Milczysz, i dobrze, bo w żadnym zakresie się nie różni,
w sensie głębokim chodzi o to samo. Wszak nie będziesz dowodził, mam
taką nadzieję, że to miejsce zaistnienia pojęcia i operacji na mim
jest czynnikiem decydującym, że to pochodzenie symbolu uszlachetnia
operującego nim osobnika oraz treść przez ten symbol przenoszoną. I
że dlatego należy ją wywyższyć, natomiast inne już tego godne nie są,
bo takie codziennie pospolite...
6
- Czepiasz się.
- Nie tak bardzo. Praktyka jest taka, sam przyznasz, że im częściej
w opisie pojawia się niezrozumiałe słownictwo, im bardziej ono wobec
świata dalekie, a kreślone schematy bardziej splątane-nieoznaczone,
tym dla tworzącego lepiej. Bo prostota jest podejrzana - jak łatwe i
przyjemne, to na pewno prostackie... Rzeczywistość, tak się powiada,
jest tak skomplikowana, że zapewne nigdy jej nie poznany, jesteśmy
na początku drogi, która biegnie w nieskończoność. Tylko nie bierze
się w tym dowodzeniu pod uwagę tego, że wzmiankowana "rzeczywistość"
to nie skomplikowanie do n-wymiaru, ale prostota - że to tak proste,
że już prostsze być nie może. Że ta "prostota" wymaga morza słów na
oddanie, to inna sprawa, wynika z naszego sposobu działania.
...
- I jest sobie "ekran"...
- Płaszczyzna symbolizująca obecny stan wiedzy. Płaszczyzna, ale z
kilkoma rozpoznanymi już wymiarami - niby "płaskość" ściany, tylko
że symbolizuje to, co widzimy. Czyli "góry" i "doliny", "wyże" oraz
"niże" - i "foton", i "komórka", i podobne...
Dowcip tego ujęcia polega na tym, że w maksymalnym stopniu zbieżne
jest do tego, co już robimy. Przecież te wszelkie mapy i schematy, i
dowolne szkice, to na/w płaszczyźnie notowane w jakiś sposób stany
świata. - Widzisz oczami "izobary", a umysł "widzi" w tym pionowy i
fizycznie (realnie) dziejący się rozkład ciśnień w wyżu albo niżu;
kreślisz na kartce zawijas, a dalej kolejny - i stwierdzasz, że to
poziomice góry, która w terenie ponad ustalony za odniesienie poziom
wystaje (ponad poziom, który traktujesz za próg zaistnienia). I dla
ciebie, zauważ, wystające ponad próg jest rzeczywiście górą, tak do
tego się odnosisz - a to tylko "kreseczki" na płaszczyźnie.
Wszelkie "mapy" to nic innego, jak płaszczyzna (wielowymiarowa), w
której zakodowane (odwzorowane) jest realne zróżnicowanie. I musimy
tak postępować, żeby uchwycić, zrozumieć otoczenie i zjawiska (w ich
czasowo-przestrzennej złożoności).
I więcej jeszcze, ten sam tok "mapowania" świata stosujesz w innych
rejonach, pozornie odległych. Bo czy inaczej rozrysowujesz tak zwany
"atom"?, zastanów się. Ten logicznie czterowymiarowy co najmniej dla
ciebie konstrukt, to w (z)rzutowaniu na kartkę papieru zbiór podobnych
(analogicznych) zawijasów, które kreślisz dla góry - skala ukazanych
zjawisk inna, ale schemat działania dokładnie ten sam. I wynik ten
sam.
I jeszcze, a obraz, który powołuje do istnienia malarz, czy to nie
płaszczyzna - płaszczyzna, do której ileś tam "wymiarów" dodajesz w
trakcie oglądania? Przecież obraz to "zabazgrana kartka", do której
historię ("wymiary") dopisujesz w każdym swoim spojrzeniu - zauważ i
uwzględnij to, że obraz bez twojej interpretacji to pusty fakt, nie
istnieje... I dalej, znasz te nowoczesne obrazy, na których rozpędzony
w działaniu na abstrakcjach malarz umieszcza kilka znaków, na przykład
w postaci figur geometrycznych, czy wręcz tylko nanosi ślady pędzla
z niewielkimi odcieniami farby. I pytanie: dlaczego w odbiorze (dla
niektórych) jest to ciekawy opis świata, dlaczego są zainteresowani,
a niekiedy zachwyceni? Czy to "samoistna gra kolorów" w taki sposób
na nich działa?...
- O gustach się nie dyskutuje.
- Błąd, poważny błąd. Bo to nie jakiś mityczny (czy mistyczny) gust
7
się za tym kryje, ale zasób danych zgromadzonych o świecie w głowie
osobnika. Widzi płaski, dwuwymiarowy obraz, ale żeby go zdekodować
i zobaczyć jego "treść", odnosi do całego zbioru danych, które przez
swoje życie zebrał - za każdym jego (naszym) spojrzeniem, za każdym
najmniejszym nawet elementem tego spojrzenia lokuje się historia, i
to historia osobnicza oraz zbiorowa. Widzę "kwadraty" na/w obrazie,
dla kogoś to nic więcej jak kreski na płaszczyźnie, ale dla mnie to
sięgające szeroko-wysoko-głęboko-(i w latach) chwilowe (tu-i-teraz)
doznanie - widzę "plamę" na ścianie-ekranie, a to jest dopełnione w
mojej głowie osiągnięciami pokoleń; odniesieniem jest całość zebranej
wiedzy, która w chwili obserwacji jest poniżej progu (tu: w zakresie
ciemnym i "podświadomym"). Ale jest konieczna, żebym w aktualności
mógł stwierdzić, że to jest piękne, ładne, interesujące, mądre. Ja
wiem, że ten obraz jest takim, ponieważ punkt chwili osadzony jest
w (nieskończonym) zbiorze chwil; chwila "teraz", której doświadczam,
to jest podbudowane (unoszone) życiorysem i wszelkimi doznaniami - i
dlatego jest zrozumiała.
Widzę w aktualności i punktowo - ale "widzę" dlatego, że to szczyt
góry (z odniesieniami do wszystkiego).
...
- Czyli "mapa" jest w nas?
- Oczywiście, rola obserwatora jest niezbywalna - nie ma świata poza
obserwatorem.
A jak już o osobniku obserwującym mowa, to warto go odnieść do tych
analogii i umiejscowić na ich tle, to ma znaczenie...
- "Sala kinowa"?
- Niech będzie, choć zamierzałem rozpocząć od "filmu", ponieważ to
historycznie fakt pierwszy... Taka sytuacja badawcza: wielka, a co
najważniejsze, ciemna sala kinowa. W miejscu wiadomym ekran, czyli
płachta (płaszczyzna) materii, na/w której rozgrywa się fabuła. Mam
nadzieję, że choć takie doświadczenie dostępne jest dziś mało licznej
grupie, to jednak obecne w myśleniu i łatwo przyswajalne.
Przed ekranem stoi obserwator i pilnie, maksymalnie pilnie notuje to,
co się na nim dzieje. Ten ekran to wszystko, co może dojrzeć, więcej
niczego nie ma. Tylko "ekran" i "plamy" w ruchu.
Przy czym, mimo że to już padło, powtórzę: obserwator, byt obserwujący
fizycznie jest elementem "ekranu", dla wyrazistości (tu: logicznie)
umiejscawiam go przed, ale to zabieg wspomagający, obserwator jest
składnikiem świata, który w zapale poznaje (bo musi). Jednak trzeba
mieć świadomość, że poznaje "od środka" - doznaje zmianę zawierając
się w niej, ale poznaje jako byt zewnętrzny ("stoi z boku").
Ważnym elementem tego zobrazowania są "rzędy" krzeseł, które znaczą
(zapełniają) "salę", za chwilę więcej na ten temat. Ważne jest to,
że są rozmieszczone logicznie, a więc w policzalnych (oraz stałych)
"odstępach", że zawartość rzędów jest regularna, że rozmieszczenie
"rzędów" w głąb (od ekranu aż po najdalsze) jest takie, że najbliżej
są małe i "przenikliwe" fakty, a im dalej, tym bardziej rozbudowane
i "zasobne" w siłę (rażenia). I że w całości tak zabudowanej "sali"
nie ma chaosu, to przewidywalnie (policzalnie) rozmieszczone fakty i
elementy świata.
- A "film"?
- Dopełnia zobrazowanie, pozwala zrozumieć, jak i dlaczego "cienie"
na/w "ekranie" się przekształcają. "Sala kinowa" wnosi zrozumienie,
8
dlaczego i jak pojawiają się "wiry" na mapie-ekranie, a analogia w
formule "film" opowiada, dlaczego i jak te "zawirowania" zmieniają
się i dlaczego tak to się prezentuje obserwatorowi.
- Omawiamy więc "seans filmowy"? Momenty będą?
- Wyłącznie.
- I o to chodzi.
- Jeszcze doprecyzowanie do "filmu", co zarazem jest już wstępem do
streszczania "fabuły". Znów muszę zrobić zastrzeżenie historyczne,
bo w tej analogii chodzi o film w starym znaczeniu - czyli płaskiej
taśmy celuloidu, na/w której zawierają się poszczególne sceny, tu w
postaci "klatek" (kadrów), a ponieważ taśma przesuwa się w znacznym
tempie, obserwator widzi na ekranie ruch. - To oczywiście nie musi
być dokładnie takie odniesienie, ale ponieważ chodzi o salę kinową,
to takie skojarzenie nasuwa się samoistnie. To może być na przykład
talia kart, a jeszcze lepiej - chyba to pamiętasz - zbiór ułożonych
jedna za drugą ramek do rzutnika, kiedyś coś takiego było. Dlaczego
tak, to za chwilę padnie. Najważniejszym elementem tego ujęcia jest
następowanie po sobie "kadrów" filmu (jednostek, kwantów).
- Fabuła to świat w przekształceniach, tak?
- Owszem. Ale ciągle i zawsze z tym niezbędnym dodatkiem, nigdy dość
podkreślania tego, że "treść" jest w obserwatorze, a realnie dzieje
się tylko zmiana (ruch "czegoś" w "niczym")...
Dobrze, mamy tego naszego osobnika zapatrzonego w ekran, na którym
dzieją się, jak to określiłeś, "momenty". Czyli co? Realnie, sam to
przyznasz, widać jedynie "plamy", kolorowe czy nie, to nie ma teraz
znaczenia, ale niewątpliwie to są plamy - omawiana sytuacja odnosi
się do zjawisk z przedziału widzialnego, więc plamy światła. To, że
nazywamy je sobie "wyżem" czy "niżem", to również nie ma znaczenia,
chodzi o to, że to "plama". Że dzieje się, że została wykreślona w
czterech wymiarach fizycznie (proces dokonał się realnie) - fakt, ale
to tylko i zawsze "plama"; na mapie, na której pogodziarz zaznacza
rozkład zmierzonego ciśnienia, po prostu jest plama. Owszem, dobrze
zdefiniowana wartością brzegową - w/na tej kresce granicznej lokuje
się strefa oznaczająca tę wartość ciśnienia, którą przypisujemy do
wyżu lub niżu, a dalsze to już inne (pokrewne, jednak inne). I jest
jasność w temacie, wir został opisany...
I pytanie: czy to już wszystko? Czy tak zaznaczona na mapie plama to
już całość? Zastanów się. Czy obserwator, który to notuje i w taki
sposób definiuje (tu jako wyż atmosferyczny), czy on widzi wszystko,
czy może w pełni wyjaśnić taki fakt przyrodniczy?
- Pytanie zbędne, nie może. W najlepszym przypadku dokładność jego
opisu sięga dwu, trzech dni, a bywa, że już po godzinie prognoza do
kosza się nadaje.
- Prawda, ale fizyczna.
- Sugerujesz?...
- Niczego nie sugeruję, stwierdzam: fizyk widzi "wir" energii, ale
dlaczego on się pojawia, dlaczego się zmienia i jak, dlaczego znika
gdzieś tam - to dla ciebie, który notujesz takie "fakty", wiedza z
zakresu niedocieczonego. Ona dla ciebie nie istnieje.
Dlaczego? Oczywistość: żeby ustalić powody zaistnienia czy zanikania
faktów, musiałbyś stanąć "przed" - przed "ekranem". A to, już chyba
masz tego świadomość, niemożliwe. Dla ciebie, dla fizyka, to w żaden
sposób niemożliwe. - Powód, o powód się dopytujesz? Jesteś związany
9
ze zmianą na/w "ekranie". Kiedy jest zmiana, jest pomiar, ale kiedy
zmiana (lub fakt) zanika, nie ma pomiaru - proste, jak budowa wiesz
czego.
- Dobrze, niech będzie. Ale na jakiej podstawie, w jaki sposób można
tego "przemieszczenia" się przed ekran dokonać? Jeżeli powiesz, że
logicznie, to tyle i ja wiem. Nie pierwszy tak powiesz. Zresztą te
tak pogardliwie przez ciebie traktowane wzory wiedzę o tym wnoszą,
problem tylko w tym, że trudno się w nich rozeznać.
- Wzorów nie odrzucam, tylko mam świadomość, że treść, która za ich
wspomożeniem się pokazuje, że ona jest zmieszana, nieostra, po prostu
zsumowana z wielu "plam" (warstw). Odwołam się do analogii z filmem
i obserwowanej fabuły, w tym momencie jest bardzo pomocną - poprzez
odniesienie do scenerii, ale także wspomnianych wzorów.
Zastanów się, co zobaczysz, co zarejestrujesz na ekranie (ścianie),
kiedy będziesz rzutował na płaszczyznę sceny z filmu? - Tylko taka
uwaga techniczna: nie kadr jeden po drugim, jak w filmie linearnym,
nie następczo, ale wszystkie łącznie. Pociąłeś film na kawałki, masz
je ustawione w kolejności (jak ramki w rzutniku) - i puszczasz przez
wszystkie strumień światła. Co zobaczysz na ekranie?
- Coś zobaczę.
- Uciekasz od odpowiedzi. Owszem, coś się pojawi, to prawda, ale w
tej chwili zasadniczym pytaniem jest, co oraz jak będzie wyglądało?
Czy to będzie fabuła filmu, czy wyróżnisz poszczególne sceny - czy
możesz w takim "skompresowanym" na przestrzał ujęciu dojrzeć fakty
i szczegóły? - Czy wyróżnisz, określisz kolejność następowania scen,
czy w ogóle coś ostro na/w "ekranie" wyodrębnisz?
- Coś będzie widać.
- Jak najbardziej. Tylko że to "coś" będzie niebywale splątane ze
wszystkim innym. Zamiast "fabuły" filmu masz jeden "płaski" kadr, i
to ten kadr jest dla ciebie całością (i wszystkim). Tak (z)rzutowana
10
na/w ekran akcja - która w ramach filmu dzieje się na przestrzeni i
w czasie - ona scala się dla ciebie w jedno ujęcie, w jeden zmienny
wir energetyczny, który postrzegasz łącznie. Który, to ważne w tym
ujęciu, budowany jest z jednostek (i stanów chwilowych), ale który
dla ciebie jest sumą tych "płaskich" kadrów - nałożeniem się ich w
twojej obserwacji w jeden fakt. Poszczególne "kadry" filmu realnie
są od siebie odległe (widzisz to?) - są oddalone o jednostkę i tym
samym skwantowane - ale ty widzisz je łącznie, bo "przerwy" między
nimi zostały w tym obrazie zrenormalizowane (usunięte), rejestrujesz
ciągłość jednego kadru, kiedy to wielowymiarowy film.
Widzisz to "skompresowanie" obrazu w jedność? - Widzisz tę wielość,
która dla ciebie stała się (rozmazaną) jednością?
I teraz, na bazie powiedzianego, zadaniem opisującego - który już o
tym "scaleniu" w jedną scenę wie - jego zadaniem (logicznym) jest te
połączone sceny oddalić od siebie, rozsunąć, podzielić na kadry - w
sposób dla siebie zrozumiały opracować. Nie ma znaczenia, jak to się
zrobi, to może być drobienie matematycznego wzoru (niewykonalne, to
już wiadome), to może być fizyczne drobienie świata (nie da się) -
to może być filozoficzny (abstrakcyjny, logiczny) namysł. I to jest
jedynie dostępny tok działania.
A najlepiej przy pomocy analogii, w tym przypadku skonstruowanej na
zasadzie filmu w sali kinowej. Tu widać, tu słychać - tu każdy zmysł
ma zastosowanie.
...
- Rusza projektor, i?...
- I "coś" pokazuje się na ekranie. A skoro to film z fabułą, warto
zastanowić się, co widać i jak widać...
Wspomniałeś wcześniej, że widzisz atom lub podobne i że to badasz w
zapale poznawczym. I teraz, w nawiązaniu do powiedzianego o ekranie
i płaszczyźnie (poznania), w odniesieniu do zobrazowanie tego jako
złożenia "kadrów" filmu, które są dla ciebie jednością obserwacyjną,
warto zastanowić się, jak "naprawdę" to wygląda, i dlaczego tak. I
jest to istotne zagadnienie. Bo czy, jako fizyk, widzisz fakt, czy
"cień" na "ekranie"-ścianie?
A w ogóle, warto spytać generalnie: co to znaczy "fakt"?
- Cienie, jaskinia, do tego nawiązujesz?
- Tak, ale na zasadzie dalekiego skojarzenia, jako odniesienie oraz
konieczny w tych okolicznościach ukłon wobec historii. A również i
dlatego, że choć to może i pospolite, literackie zobrazowania, to z
uwagi na ich przystawalność do codzienności, przez ich zakotwiczenie
w naszym poznaniu i naszym opisywaniu poznanego - że są doskonale z
tego powodu zrozumiałe. A przecież o zrozumienie głównie chodzi, a
nie o wielopiętrowe konstrukcje, w których niełatwo się odnaleźć i
których ślady trudno odszukać w otoczeniu. Maksymalnie prosty opis
to jest to, że jeszcze raz podkreślę.
- Czyli, twoim zdaniem, "atom" to cień? Tylko gdzie jaskinia?
- Jaskinia? Ależ to oczywiste, to "ekran"-ściana, to wielowymiarowa
płaszczyzna. Za chwilę sam to stwierdzisz... Dobrze, czym jest tak
zwany "atom"?
- Elektrony, protony - jądro i pustka...
- Tak. Opis poprawny, ale całkowicie błędny. To, co dla ciebie jest
atomem, co tak skrupulatnie wyliczasz, a co poznawałeś przez iks z
okładem wieków (i tysiącleci), to przede wszystkim złożenie. Zresztą
11
z tej wyliczanki to wynika samoistnie, jakby to była jednostka, to
jej byś nie podzielił. A po drugie (i najważniejsze): to zewnętrzne
zdefiniowanie, to opis przeprowadzony przez obserwatora, który wobec
postrzeganego faktu lokuje się na zewnątrz.
- Wnętrze, co by pod tym nie rozumieć, jest z zasady niedostępne -
nieoznaczone.
- Znów fraza, która tak cię denerwuje: dla fizyka, dla zawierającego
się w zmianie (i efektu tejże), dla kogoś takiego faktycznie wnętrze
"atomu" jest niedostępne. Nigdy i nigdzie. Choć, przyznaj, ciągle o
to się zabiega - przecież te różne machiny, zderzacze i podobne, to
w tym celu.
- Wolno bo wolno, ale...
- I "ściana", na końcu tego czołgania się jest ściana. Płaszczyzna
oraz filmowy taniec plam na ekranie... Tyle w temacie, za dużo o tym
mówimy. A "atom" czeka, żeby go prześwietlić...
Otóż to, słowo "prześwietlić" jest tu jak najbardziej na miejscu, o
tym chcę teraz powiedzieć, to pozwala zrozumieć taki tam atom, a też
wszelkie inne (przecież "atom" tu za przykład robi)...
Ponownie odwołam się do zobrazowania, w którym poszczególne "kadry
filmu" ustawiamy jeden za drugim - kadry, czyli "płaskie" i chwilowe
stany tworzące-składające się w rejestrowaną przez ciebie zmianę (to
są te sławetne "tyknięcia kwantowe"). Nasze zadziałanie w film było
takie, że kawałkujemy ciągłość fabuły notowanej w świecie, ustalamy
"porcje" czegoś w oparciu o jakieś kryteria; kwantujemy zmianę w celu
jej zrozumienia (uchwycenia; zmiany ciągłej nie zdefiniujemy) - ale
zawsze musimy mieć świadomość, że na samym dole są tylko jednostki w
ruchu, nic więcej. - W tym przypadku nasze działanie dotyczy atomu
(tego, co za taki stan uznajemy).
Logicznie, jak wyżej pało, na dnie jest jedynka czegoś w ruchu poprzez
nicość - znane, zrozumiałe, inaczej nie może być (bo sprzeczności).
Ale to oznacza, że jest najmniejszy "skok" w tym przemieszczaniu się,
że ruch jest nieciągły. Na najniższym, w naszym spojrzeniu już nie
występującym zakresie (fizycznie nie można w to wejść poznaniem), tu
jest "przerwa" (pustka, zero), która oddziela jeden "kadr" (stan) od
drugiego - i zawsze jest to przerwa na stan jednostkowy (to zawsze
odległość "na jedynkę"; większa nie może zaistnieć, ponieważ proces
traci spoistość, rwie się - większa przerwa oznacza, że to już inny
fakt)...
Tym samym, zauważ, mamy zdefiniowaną odległość kwantu ("kadru") od
następnego, mamy elementarny skok, nie mniej, ale i nie więcej (o ile
"fabuła" ma być zachowana). Mamy jednostkę zmiany.
I teraz - film to zazwyczaj długa sekwencja zdarzeń, trudno obecnie
odnosić nasz eksperyment do wszystkich zawartych w nim scen, nie o
to chodzi. Dlatego skupimy się na jednym wątku, np. na osobowości w
ramach filmu, jednym wyróżnionym z tła fakcie - ot, wybrałeś sobie
coś do analizy, bo się spodobało. Atom nie atom, nie ma znaczenia. I
ten element pojawia się w którejś scenie, trwa pewien okres czasu, a
następnie zanika. Wniosek jest oczywisty: muszę do jego poznania (z
dostępnej całości) wybrać te kadry, które go zawierają, na których
widzę jego postać (fizyczną dla mnie). Czyli to zawsze jest skończony
zbiór "scen", jest początek, środek, zakończenie - jak w porządnym
scenariuszu być powinno.
- Ale atom to dynamiczna struktura, to ruch, że aż.
12
- Do tego zmierzam, nie przerywaj. - Skąd ten ruch oraz zmiana? Mamy
oto kilka, kilkanaście "zdjęć" (które symbolizują stany chwilowe),
tak sobie upraszczamy nasz eksperyment. Tylko że realnie, trzeba o
tym pamiętać (i mieć tego świadomość), w skali o którą tu chodzi, a
więc o te "drobiazgowe tyknięcia" (kwantowe), tam jedynek ("klatek
na sekundę") jest wiele, z naszej perspektywy nieprzeliczalnie wiele,
to pędzi, że ho-ho...
I zestawiamy te kadry filmu w kolejności. Jeden-zero-jeden-zero. I
tak całą wybraną "scenę" porządkujemy. - Wspominałem, że najlepszym
oddaniem jest postrzeganie tego jako uszeregowanie w pakiet kadrów
i ramek do rzutnika - pozwala zrozumieć, a wyprodukowane tak obrazy
łatwo i przyjemnie podpowiadają, co i jak się dzieje... Widzisz to,
masz przed oczyma elementy naszego eksperymentu?
- Tak.
- To działamy. Co należy w tym momencie zrobić? Oczywiście puścić
przez tak zestawiony zbiór strumień światła, oczywiście po to, żeby
na ekranie (ścianie) coś się nam pojawiło. - Widzisz ten strumień,
który przedziera się przez "kadry" (klatki) filmu? Widzisz "obraz"
wytworzony na płaszczyźnie? Widzisz ostro?
- W miarę ostro.
- No nie, kolego, jak możesz mówić, że widzisz ostro - błąd, błąd i
jeszcze raz błąd.
- Ależ widzę, szczerze.
- Przecież ja wiem, co ty widzisz - problem w tym, że ty nie wiesz,
co oraz dlaczego tak widzisz. Opowiadasz o swoich wrażeniach, o tym,
co jako fizyk stwierdzasz - i oczywiście opisujesz prawdę, niczego
więcej nie ma. Ale, powtarzam, to spojrzenie z boku (z zewnątrz), to
zobrazowanie jedynie dla ciebie możliwe, ale nie jest ani ostre, ani
jednoznaczne. I o to teraz głównie chodzi. I dlatego z uporem (i na
różne sposoby) do tego wracam. Zawierasz się w zmianie, jesteś bytem
budowanym przez zmianę, doznajesz jej na wszelkie sposoby - ale nie
możesz swoim pomiarem wniknąć "do końca" (do dna) w proces, ponieważ
elementy tego procesu tworzą twoje poznanie.
Musisz odnotować sobie głęboko i poważnie w pamięci, że nie można w
rzeczywistości nigdy i niczego dojrzeć w ostrej, ściśle określonej
i jednoznacznej postaci - to niemożliwe.
- Dlaczego?
- Jeszcze raz, co widzisz na ścianie?
- Mam powiedzieć, że "plamy", o to ci chodzi?
- Plamy, plamy - słowa, słowa. Nie, plamiastość świata w omawianym
tu "rzucie" na/w płaszczyznę to oczywistość. Chodzi o "ziarnistość"
i "zwiewność" tych plam, tak to określę - oraz o to, co z nich się
sumarycznie tworzy...
- Nie rozumiem.
- Zastanów się, co zawierają poszczególne kadry filmu z wyróżnionym
przez ciebie faktem (tu w postaci "atomu"). Co tu jest ważne? Że w
ramach jednego kadru jest jakiś rozkład elementów tworzących obiekt.
I więcej: jest to skwantowany (i unikatowy) rozkład elementów, taki
"odcisk palca" w całości zbioru. Istotne jest tu to rozłożenie. Są
elementy, musi być ich rozmieszczenie w czasie-przestrzeni "kadru";
każdy postrzegany przez ciebie fakt (każdy, co by nim nie było), to
złożenie. - A co to znaczy, że złożenie? Że jeden element budujący
obiekt znajduje się na/w brzegu, że inne elementy są w środku, inne
13
jeszcze pomiędzy tak wyznaczonymi punktami zasadniczymi. A jeszcze
kolejne albo do niego się zbliżają i kiedyś tam będą go tworzyły (w
jego strukturę wejdą), albo wręcz oddalają się "do nieskończoności"
(po pokonaniu licznych i skomplikowanych zakrętów - "przetrawieniu").
Rozumiesz?
To nie jest i nie może być ostro i jednoznacznie wyróżniony stan w
środowisku - bo to nigdy nie jest ostro zdefiniowane. Coś pozyskuje
się do istnienia, coś się traci, a obserwowana konstrukcja to tylko
(i aż) dynamicznie zmienny efekt łączny. I dlatego nigdy w pełni i
dokładnie do ustalenia. Fizycznie nie ma ostrych granic.
- Niech będzie.
- Kadr dostępnego dla nas fizycznie filmu, żeby ciągnąć tę analogię,
zawiera rozrzucone w przestrzeni (to relacje, łączność "na jednostkę"
między elementami zawierającymi się w ramach kadru) oraz czasie (to
relacje, łączność "na jednostkę" między kadrami) punkty-stany. Tylko
tyle i aż tyle.
Zobacz, w ramach jednej chwili elementy czegoś są jakoś rozłożone -
każdy z nich pędzi, ale znajdują się wobec siebie w ściśle określonym
położeniu. I jeżeli są odległe na jednostkę, to zachodzi między nimi
funkcjonalna łączność (nie ma przerwy między nimi i razem budują w
twoim pomiarze konkret). I zauważ, to ten rozrzucony "po płaszczyźnie
kadru" zbiór jednostek (oraz w tej konkretnej chwili, którą badawczo
sobie unieruchomiłeś), jest "kwantem filmu" oddającego rejestrowany
fakt.
Ale, teraz istotne - mimo że w ramach kadru ustalasz elementy i ich
jednoznaczne położenie, to sumaryczny obraz jest nieostry, rozmyty -
statystyczny. Widzisz to? ...
Co zrozumiałe, w tak prowadzonym eksperymencie znacząco ułatwiliśmy
sobie zadanie, mamy tylko kilka elementów, jednak nie można zapominać,
że na każdy (nawet najmniejszy fizyczny stan) trzeba ich wprowadzić
do obliczeń dużo więcej, przecież fizyczny obiekt to "skondensowany
pył nieskończoności", warto mieć tego świadomość.
- No...
- Rejestruję brak przekonania. Więc jeszcze raz... Spójrz na zestaw
kadrów filmu, które uporządkowaliśmy w postaci zbioru, tu w postaci
ramek do rzutnika. Taki czasoprzestrzenny prostopadłościan, w którym
kadr od kadru jest oddalmy na jednostkę. I wyobraź sobie, że jest na
nich "sfotografowany" atom, na przykład atom. Jak będzie wyglądał w
twoim zewnętrznym (z boku) ujęciu?
- Trochę tu, trochę tam, będzie rozwleczony w czasie.
- I przestrzeni, nie zapominaj. Przecież ramka od ramki znajduje się
o pewien dystans, to nie tylko jednostka czasu, ale i przestrzeni.
Pięknie, o to chodzi. Najważniejsze jest tu to "rozciągnięcie" - że
elementy, które w ramach jednego kadru są rozmieszczone po orbitach
i są ze sobą powiązane, tak samo w kolejnych kadrach łączą się, są
jednostką i zborną w pewnym zakresie "osobowością". Połączyły się w
tę jednostkę (tu: atom), trwają w dynamicznej stabilizacji na takim
a takim zakresie (kadrów filmu), a następnie zanikają w tle.
I teraz zrób takie działanie myślowe: połącz w pionie i poziomie (w
ramach jednego kadru - i jednocześnie między kadrami) punkty, które
przynależą do wyróżnionego konkretu, co widzisz? Przyporządkowałeś
do siebie elementy, przyszpiliłeś w jedność zbiór?
- Tak. Skoro to czasoprzestrzenna struktura, to oddaje kolejne etapy
14
i odmiany faktu. Tylko że obserwuję je jednocześnie.
- Otóż to, ustawiłeś się na pozycji obserwatora idealnego, który ma
wgląd we wszystkie stadia procesu tworzącego fakt - procesu, którego
realnie (fizycznie) nigdy nie ma. Jest przecież tylko stan chwilowy,
przypominam.
- Ale jest atom.
- Nie, złożenie w atom, które rejestrujesz dlatego, że widzisz wolno
i z boku - za moment o tym więcej. Widzisz "atom" na zasadzie muchy
uwięzionej w bursztynie - w wyodrębnionym w świecie zakresie zmiany
energetycznej jest zawarty zbiór elementów, które są wobec siebie (i
dla ciebie) w łączności, są związane funkcjonalnie. Zbiegło się na
moment w taki stan, zaraz się rozpadnie (powstaje i ginie ciągle). I
ty to scalasz w jedność faktu. Ty to scalasz.
...
Obecnie ponownie spójrz na obraz na ścianie. Skoro jest to (z)rzut
na/w płaszczyznę całego (licznego) zbioru stanów chwilowych, skoro
odbija się w tym obrazie wszystko, co w każdej chwili składało się na
"atom", co tworzyło go w każdym momencie i punkcie - to co zobaczysz
jako wypadkową, łączną, skompresowaną do jednego "faktu" konstrukcję,
co zarejestrujesz?
- Opiszę to jako "mgłę", "chmurę", "rój" jednostek, które składają
się razem w plamę o postaci "elementu".
- Robimy postępy. Dobrze. A określenie "chmura" coś ci przypomina,
co?... Nie musisz odpowiadać...
Kolejne, zauważ, że tych jednostek w ramach poszczególnych "scen"
jest dużo, fizycznie ogrom - tylko że realnie nie musi tak być. To
nie sprzeczność. - Oczywiście w "stanie chwilowym" (jednym kadrze),
o ile opis będzie prowadzony w strefie granicznej, czyli prostej z
nieskończoności do nieskończoności, to w tym ujęciu pojedynczy kadr
zawiera jednostkę, i koniec. Ale znajdujemy się w ramach zbioru o
cechach (wszech)świata, a to oznacza, że "prosta" jest zapętlona, a
po drugie tych prostych tworzących jest co najmniej kilka. Czyli w
efekcie do jednego "kadru" należy wprowadzić kilka jednostek i nie
więcej (więcej wniesie zaburzenia, chaos).
- Czy to ma znaczenie?
- Tak, ponieważ zmienia obraz, a raczej go "wyostrza". Dlaczego? Bo
w miejsce nieprzeliczalnego zbioru elementów, które tworzą "chmurę"
na ekranie, mogę wprowadzić kilka jednostek - tyle że w ruchu. Tyle
że w znacznie większym pędzie od tego, który mogę w/na swoim poziomie
zanotować. Tam się kręci tak, że świst i błysk, a tu foton, atom -
czy cokolwiek daje się pomacać; tam, podprogowo, po wielekroć "coś"
się z punktu do punktu przesunie, a ja mam stałość gruntu pod nogą
i mogę zrobić krok; tam zmiana, tu stabilizacja jako efekt zmiany -
tam dynamika, tu konstrukcja w dynamicznym trwaniu... Jestem bytem
skomplikowanym, rozbudowanym, rozciągam się w czasie-przestrzeni -
ale dlatego jestem takim i dlatego tak postrzegam świat (i siebie),
że tam to się tak zmienia; ogarniam swoim spojrzeniem ogrom faktów,
ale one dla mnie są jednością (i jednostką); "widzę" w pomiarze (lub
wzorem) "chmurę" elektronów, a to tylko złożenie "zdjęć" układające
się w "fabułę atomu". Itd.
...
- Zazwyczaj film to kilka scen i kilku bohaterów...
- Uwaga jak najbardziej na miejscu, idziemy dalej w naszym opisie,
15
tym razem w formule "sala kinowa". Z jakiego powodu muszę teraz do
zobrazowania wprowadzić "otoczenie"? - Rozejrzyj się, jeden świat,
jedna reguła, a tu, proszę, mnogość dających się zaobserwować faktów
i elementów, "bohaterów" filmu, jak to określiłeś. Widzisz ekran i
jego składowe, łączysz je w konstelacje gwiazd czy atomów, robisz to
na bazie jakoś ustalonych własności, a dalej operujesz nimi i masz z
tego korzyści. Tylko pytanie: dlaczego jest to zbiór, a nie jeden i
całościowy "atom"?
I tu pojawia się odpowiedź: to jest "atom". - A raczej, że należy do
zagadnienia podejść dokładnie tak samo, jak do atomu, wyróżnionej w
tle jednostki.
Zrozum, nie ma znaczenia, czy opisujesz fakt czy zbiór faktów, na/w
ekranie, na/w "płaszczyźnie wielowymiarowej" - która to abstrakcja
symbolizuje dla nas rzeczywistość - w takim zakresie nie jest ważne,
czy "prześwietlasz" jeden atom, czy "atom"-świat, zasada działania
(tu: "przepuszczania strumienia światła") jest dokładanie ta sama -
i efekty są te same. Skala inna, zgoda, ale mechanika eksperymentu
ta sama.
- Bo świat jest jeden i całościowy, o to chodzi?
- Nie, ale jeżeli tak to zrozumiałeś, niech będzie. "Wszechświat" w
twoim ujęciu jest rzeczywiście jeden i jedyny (i nieskończony), więc
możesz tak do tego podejść, logicznie zresztą to poprawne, tylko że
odnosi się do Kosmosu, ale to drobnostka. Skoro to jeden mechanizm
zmiany, to nie ma znaczenia, czy bierzesz do analizy fragment, czy
całość, podejście jest takie same i wyniki również.
Nie, istotą jest tu tożsamość obrazów, brak różnic w konstruowanym
obrazie zmiany jest sprawą zasadniczą. Czy będziesz analizował atom
w ramach wszechświata, czy wszechświat w ramach Kosmosu (więc jako
"atom" w nieskończoności-wieczności), metoda postępowania jest taka
sama - właśnie jako "rzutowanie" na/w płaszczyznę "obrazu" (faktu),
jako zsumowanie (się) elementów w "chmurę" czegoś fizycznego. I ta
chmura stanów (suma położeń jednostek tworzących) jest i elementem
świata, i światem, i tobą - rozumiesz?
Poszczególne kadry z Fizycznie dziejącego się filmu odbierasz jako
ciągłość i jedność fabuły (w jakimś zakresie) - ale logicznie musisz
to podzielić na sceny i poszczególne ujęcia. Podzielić po to, żeby
ustalić w tym rytm (załapać sens i odczytać przekaz) - a następnie,
już zrozumiawszy tok zachodzenia, ponownie zebrać w jedność i puścić
w ruch. - Choć tym razem oczywiście już na prawach autorskich, jako
intelektualną (reżyserską) własność.
- Kolejny raz jako rzutnik i ekran?
- Na nieco innej, rozszerzonej zasadzie. Wcześniej, dla "atomu", nie
musiałem wprowadzać zależności liczbowych, wystarczyła opowieść - i
akcja z momentami rozwijała się pięknie. Na pewnym poziomie to już
nie wystarczy, słowa i podobne abstrakcje muszą ustąpić zależnościom
policzalnym, chodzi przecież o przewidywalność oraz powtarzalność,
to warunek zrozumienia i wykorzystania.
Nie, nie zamierzam zanudzać cię w tej chwili matematyką, nie ma to
większego sensu, aczkolwiek to prosta matematyka. W tej rozmowie i
w tu zastosowanej stylistyce warto jedynie podkreślić, że działanie
takie jest jak najbardziej możliwe - bo że konieczne, tego nie muszę
przecież podnosić.
Powiedzieć natomiast warto, że przechodząc do opisu "sali kinowej",
16
stosując tę analogię, trzeba wymienić jako fakt ważny - zasadniczy
nawet - jej zmatematyzowaną regularność. Tak, sala kinowa, w której
wyświetlany jest film z/o naszej rzeczywistości (a też z nami jako
postaciami /czasami jako statystami, czasem coś więcej/) - ta "sala
kinowa" to ani losowo obsadzone "rzędy" (orbity), ani też na zawsze
skryta w ciemności podszewka świata; rzeczywistość to nie statystyka
poganiana chaosem, ale regularność i reguła...
Jeszcze raz konieczna w tym punkcie uwaga: "sala kinowa" to tylko i
wyłącznie abstrakcja, pomoc w zrozumieniu rzeczywistości. Ponieważ
doskonale wiem, jaką moc mają abstrakcje, którymi się operuje, jak
potrafią nieszczęśnika zamknąć w objęciach i zniewolić, jak narzucają
się z siłą, aż byt traktuje je za fakty - dlatego również zaznaczam
z mocą, że to abstrakcja. Jeżeli nie ma się świadomości, że to znak
zmiany i pomoc w jej zrozumieniu, jeżeli traktuje się za "prawdę" (z
małej lub wielkiej litery), to później ów znak wiekami utwardza się,
pęta i utrudnia pokonanie zakrętu...
Nie, prowadzony tu opis to logiczna (i tylko logiczna) konstrukcja,
która ma rozsupłać węzeł "płaszczyzny wielowymiarowej", realnie jest
energetyczna zmiana, a modelowanie ma wspomóc jej zrozumienie.
- To przecież oczywiste.
- Oby. - W jaki sposób wyobrażać sobie taką "salę"? Nawiążę do tego
ujęcia sprzed chwili, że aby poznać atom w jego rozkładzie, trzeba
było wyznaczyć stany chwilowe, unieruchomić je oraz zanotować jako
"kadry filmu", a następnie zestawić w kolejności i powiązaniu (czyli
na jednostkę). A dalej poprzez tak skompresowany zbiór przepuszczałem
strumień światła...
Przypominam to dlatego, że znaczenie ma tu i wytworzony obraz na/w
ekranie - owa "chmura", nieostry obraz kolejnych położeń elementów
tworzących fakt - i istotne jest to, że poszczególne kadry ułożone
są wobec siebie następczo (są "znumerowane" w prostą). W przypadku
atomu, czyli w zakresie małej skali zjawisk (podatomowej drobnicy),
można było pominąć w opisie sprawę zdefiniowania takiego rozkładu,
bowiem, jak powiedziałem, obraz narzuca się samoistnie, tu wszystko
widać i nie wymaga rozbudowanego tłumaczenia. Co innego w przypadku
świata (o cechach "wszechświata"), wzmiankowana następczość ma duże
znaczenie, wręcz fundamentalne.
Dlaczego? Rozejrzyj się, czy w dowolny sposób spenetrowana okolica
to płaszczyzna? Nie, jest horyzont. I wyprowadzasz z tego wniosek:
jest zakrzywienie w sferę. A skoro tu, to wszędzie.
- Wniosek spoza, wykraczasz poza fizykę.
- Ależ naturalnie, cały czas to robię. A i ciebie wszelkim sposobem
staram się przekonać, że to jedyna droga poznania. Że niedostępna dla
fizyka, prawda, ale fizyk też człowiek, może pofilozofować, zakazu
nie ma.
Tak, staję przed "ekranem" i ustawiam się na zewnątrz toczącej się
zmiany, obserwuję scena po scenie film, notuję rozłożenie elementów
w pamięci - i wyciągam wnioski. A dlatego tak czynię, ponieważ nie
ma innego sposobu. Eksperyment fizyczny jest jedynie dostępnym dla
mnie działaniem, ale to "spojrzenie z boku" (logiczne, filozoficzne)
jest jedynym, które pozwala zrozumieć.
A po drugie - co jest ważkim argumentem - lokalnie notowany schemat
zmiany, w tym przypadku objawiający się horyzontem i zakrzywieniem,
to nie może być sprzeczne w odniesieniu do całości. Nie może. Fakt
17
lokalny nie może składać się z odrębnych (odmiennych) wobec całości
stanów, ponieważ takie "odchyłki" nie mogą zaistnieć. Powód? Wnoszą
chaos w strukturę. A targana sprzecznościami konstrukcja musi się na
elementy składowe rozpaść...
Chcę jedynie powiedzieć, że "ekran" w sali kinowej to płaszczyzna,
skompresowana, zsumowana - złączona z wielu (niepoliczalnie wielu)
warstw i stanów chwilowych jedność, to nasza rzeczywistość. A sama
sala robi tutaj za model tej rzeczywistości - fizycznie widać płaski
ekran, a logicznie to wielowymiarowa konstrukcja, która rozciąga się
wszechkierunkowo i jest sferą. - Tak, "sala" to wycinek sfery, coś,
co dla nas ma kształt prostopadłościanu (czy podobnie), to fragment
większej całości. Ale choć to fragment, pozwala zrozumieć.
Zapewne powiesz w tym momencie, że są amfiteatry, że odnoszenie się
do ciemnicy kinowej jest niepotrzebnym uproszczeniem - zgoda, tylko
pełne odwzorowanie musi zawierać wszechkierunkowość, a my budowli o
takich cechach nie potrafimy wznieść. I pozostaje sala.
Owszem, są konstrukcje zwane "amfiteatrem", to krok dalej w opisie,
możesz sobie tak wyobrażać, ale z dodaniem działania z każdej strony
- z każdego kierunku. Ponieważ rozłożenie "rzędów" w tym maksymalnym
modelu jest takie, że otaczają "ekran" z każdej strony. I otaczają
szczelnie, tworzą - co życiowo istotne - barierę przed kontaktem z
destrukcyjną nicością. Otaczają sferycznie ekran i fizycznie w nim
zawartego obserwatora (a logicznie przed nim), otaczają jak orbity
planetarne, jak orbity elektronowe - jak dowolne orbity (czy w innym
nazwaniu powłoki; modelem jest tu astrolabium). W naszym ograniczonym
zakresie muszę to prezentować jako ułożenie początek-środek-koniec,
góra-dół, albo pion-poziom, albo jeszcze jakoś inaczej. Tylko że te
dookreślenia, dla mnie konieczne, są próbą-sposobem na oddanie zmiany
i jej wszechkierunkowego działania. To sfera. Zawsze sfera.
- To takie istotne?
- W przywoływanym tu opisie "sali" nie, ale w opisie świata bardzo,
bez tego zobrazowania niczego nie zrozumiesz.
Ważne w takim modelu (budynku czy sfery) jest to, że poszczególne
"rzędy" zawierają taką samą liczbę miejsc, ale zasiedlają je fakty
o różniej zawartości (o różnych "gabarytach"). Z tym dodatkiem, że
są względem siebie w ściśle określonych proporcjach, tu nie ma - i
to na żadnym poziomie - wartości przypadkowych, pamiętaj o tym. To
znaczy, że - idąc od "ekranu" w górę - mam takie ułożenie rzędów i
osobników (widzów-uczestników), że na dole są małe i szybkozmienne
elementy (drobiazg dziecięcy), w środku, jak to w środku, lokują się
najlepiej dopasowane do świata (w jego tu-i-teraz) - a na samej górze,
w rejonach skrajnych, wielkie, zasobne w energię, szerokie w każdym
kierunku byty (ale przez to już powolne)...
I ciemność, w "sali", poza ekranem, jest ciemno - ekran to jedyne w
tym obrazie miejsce, w/na którym coś się dzieje. Podkreślam to tak
mocno dlatego, żeby uzmysłowić wyjątkowość zakresu-miejsca-chwili,
którą tu sobie definiujemy jako "ekran". Nie ma niczego poza, jest
wyłącznie ten szalenie skromny w czasie-i-przestrzeni płaski ekran
- to nasze miejsce w nieskończoności.
I jeszcze więcej, ten ekran, wspomniane czas oraz przestrzeń, to w
każdym rozumieniu złożenie, co najmniej dwie warstwy, dwa chwilowe
stany ("punktochwile"). "Coś" przemieściło się z punktu do punktu,
a w naszej obserwacji to jednostka, najmniejsze tyknięcie świata -
18
nie ma fizycznie niczego mniejszego. W fundamencie jest jednostka w
ruchu, ale takie ustalenie może już wnieść tylko Fizyka (logika), w
naszej obserwacji i doznaniach tylko złożenie...
Dalej, ponieważ zazwyczaj wyobrażam sobie taką salę i ekran poprzez
odniesienie do mapy pogodowej - znasz to, pokrzywione w najróżniejszy
sposób linie, gęściej lub rzadziej rozmieszczone, z centrum, w którym
zaznaczano wartość maksymalną ciśnienia, a tych wirów na mapie jest
kilka lub więcej. Dlatego, żeby to oddać w dynamice i wielkościach,
przypisuję do poszczególnych rzędów i rozmieszczonych krzeseł źródło
światła, fizycznie w postaci mniejszej albo większej latarki - im
dalej od ekranu, tym silniejsze źródło sygnału.
Ale, przyznaję, ten sam efekt, czyli "zaplamiony ekran" i zmianę w
nim, można uzyskać w taki sposób - i będzie to nawiązanie do naszej
dzisiejszej rozmowy - że jest jedno źródło światła (od razu narzuca
się określenie "projektor"), które wysyła (tu: rzutuje) na/w ekran
strumień kwantów poprzez zasiadających (poprzez rzędy i elementy w
rzędach). I tak "prześwietlony" zestaw odbija się w swoim zbiorczym
rozkładzie czasoprzestrzennym na/w płaskiej materii ekranu.
Projektor, co zrozumiałe, jest w ruchu ("wszystko płynie"). A jeżeli
dodasz do tego jeszcze również konieczny ruch poszczególnych powłok
energetycznych (bo nic nie stoi w miejscu, wszystko się kręci, nawet
abstrakcja), jeżeli uwzględnisz rotację ekranu-świata i obserwatora
- to wypadkowa w postaci rozmieszczenia, powstawania oraz zanikania
elementów na/w ekranie - to tak skonstruowany obraz będzie w miarę
oddaniem tego, co jako fizyk obserwujesz w otoczeniu. "Plamy" na/w
ekranie to cień "sali".
- Nieco skomplikowane.
- Wiem, acz bliższe prawdy. Tylko sygnalizuję, że tak należy zmianę
prezentować, dodatkowo jeszcze z wartościami liczbowymi. Jednak tu
ograniczę się do pierwszego sposobu, bo wydaje się prostszy. Mam w
ręku latarkę i w ciemności puszczam "zajączki" na ekran - proste i
sympatyczne.
- Chyba nie powiesz, że to wystarczy.
- Ty na pewno mnie słuchasz? Powiedziałem, że drugi sposób jest tym
pełniejszym, pozwala zmianę policzyć. Nie podaję gotowego i pełnego
przepisu objaśniającego, tutejsze to opowieść wprowadzająca, to ujęte
w słowa i obrazy działanie pozwalające zrozumieć zmianę. Tylko tyle.
To propozycja, moja i autorska, każdy musi wypracować własną.
- Rozumiem.
- Okoliczność eksperymentalna wygląda tak, że jest obiekt z ekranem,
są przemieszczające się na/w nim plamy światła, duże i małe, szybkie
i wolne, kręcą się w jedną lub drugą stronę, wyłaniają się punktowo
lub na dużym obszarze, trajektoria ich ruchu biegnie raz z lewej na
prawą stronę lub odwrotnie - pojawiają się niespodziewanie i znikają
w trudny do precyzyjnego ustalenia sposób. Kiedy próbujesz policzyć
zależności, znaleźć regułę obserwowanego zjawiska, szybko dochodzisz
do wniosku, że to niemożliwe. Na dzień, na dwa jeszcze udaje się to
przeprowadzić, jednak dalsze to już "trzepot motyla". Mimo wszystko
czujesz (i jesteś o tym przekonany), że za rejestrowaną na ekranie
mozaiką plam jest głębszy seans, że jest reguła. Dlaczego? Ponieważ
czysta losowość wyklucza jakikolwiek ład i treść, zwłaszcza w długiej
skali zjawisk. A ty, choć tak mgnieniowy w stosunku do badanego, w
zmianie istniejesz przez tyle "tyknięć", żeby wyprowadzić wniosek o
19
głębokim (acz skrytym) rytmie.
Powiesz na to w swoim stylu, że przecież ustalasz rozmycie na fali i
że statystycznie obsadzasz orbity podatomowe, że nawet postulujesz
nieoznaczoność zakresu podprogowego, itd. Ale jest problem, sam to
dostrzegasz. Bo w tym ujęciu, które dziś postulujesz, które mocno i
z uporem narzucasz innym, w tym jest głębokie pęknięcie i podział na
tutejsze, duże i skomplikowane, i te drobne, tak rozedrgane, że aż
sam w przypływie zwątpienia (czy realizmu) głosisz, że trzeba liczyć
i nie zastanawiać się. Widzisz w tym tajemnicę, a poniektórzy nawet
wielką tajemnicę.
Wszystko to doskonale znasz...
A jak wygląda prawda? Sala skryta w absolutnej ciemności, wiedza o
tym, że jest dopełnieniem do obserwowanego znikoma, co najwyżej tacy
jacyś o tym pokątnie wspominają (bo inaczej tutejsze trudno w pełni
wyjaśnić)... I jest w tej sali obserwator, stoi przed płaszczyzną,
która oznacza dla niego cały świat. I pojawia się element w dostępnym
mu zakresie (tu: widzialnym). Wędruje po/w ekranie, jest w rotacji,
zmienia położenie bez powodu lub na skutek działania podobnych bytów.
I po jakimś czasie znika gdzieś w strefie brzegowej.
Co istotne, to zawsze są wiry energetyczne, różne wielkością, mają
inne tempo ruchu i siłę działania, ale to wir w płaskim tle. Wielkie
fakty, rzutowane na/w ekran z ostatnich rzędów (przez silne źródła,
reflektory), one przemieszczają się wolno, jednak działają z takim
natężeniem, że potrafią stłumić inne (po prostu przyćmić, zagłuszyć).
Natomiast te drobne, te skaczą po/w rzeczywistości ekranu, wgryzają
się w większe, podszczypują, a bywa, że zbierają się większe twory
i potrafią się zaznaczyć...
Wystarczy, nadmiar jest wrogiem przejrzystości. Ale jeszcze jeden, i
to bardzo (bardzo!) istotny element opisu musi paść w tym momencie
(a dotyczy wielkich oraz ogromnych "plam" na/w ekranie): to proces
skwantowany.
- Przecież każdy takim jest.
- Pięknie, cieszę się, że już to zaakceptowałeś. Dlatego podkreślam
tak mocno ten fakt, dlatego notuję to w osobnym akapicie rozmowy, że
warunkuje zrozumienie, to fundamentalnie ważna sprawa. Owszem, każdy
proces jest zero-jedynkowy, zwłaszcza fizyczny. Co nie weźmiesz do
eksperymentu, to jest skwantowaną zmianą - najmniejsze poznawalne to
złożenie. - Problem tylko w tym, widzisz, że o ile drobiazg gdzieś
tam na dole traktujesz jako strukturę porcjowaną, i jest to w twoim
spojrzeniu naturalny fakt - o tyle, zauważ i doceń (i zrozum), tego
skwantowanego podejścia nie stosujesz, nie uwzględniasz dla faktów
dużych, a już zwłaszcza dla bardzo dużych.
- Jaśniej.
- Zobacz, siedzisz w ostatnim rzędzie, kierujesz na ekran strumień
światła z olbrzymiego reflektora, to zaznacza się intensywnie na/w
płaszczyźnie (jako wieki wyż czy niż) - i teraz zastanów się: co i
jak się dzieje? Czym jest ten strumień energii?
- Naciskiem na rzeczywistość, a więc deformuje ją.
- Poprawny wniosek, ale nie to miałem na myśli. Deformuje i naciska,
jak najbardziej, to obserwujesz w każdym takim działaniu. - Nie, tu
istotne jest to, że ten strumień światła jest zbudowany z porcji, z
kwantów - ze stanów chwilowych z ich wewnętrznym rozkładem.
- Przecież to banał.
20
- Tak? A uwzględniłeś w swoim obrazie, podobno tak banalnym, że ten
skwantowany strumień zdarzeń zaczął się, na przykład, kiedy szły z
kierunku w inny dinozaury - albo jeszcze starsze egzemplarze fauny
czy flory, co? Widzisz ten początek gdzieś tam i koniec gdzieś oraz
kiedyś? Dostrzegasz, że to, co dla ciebie jest całością w postaci a
to wyżu, a to niżu (góry czy doliny), że to tylko fragment z dużego
zjawiska, którego ani ty, ani nikt inny w całości nie widział i nie
zobaczy? A dlatego tego nie zobaczy, bo to nigdy nie istnieje w tej
łącznej postaci. Uświadamiasz sobie, że twoja obserwacja to jedynie
kwant po kwancie oglądany film, ale zawsze tylko na "szerokość" tego
kwantu, nie więcej?...
Owszem, to ma cechy łączne, to jest jeden fakt - tyle tylko, zauważ,
że rozwleczony poprzez czas i przestrzeń, on realizuje-dzieje się po
kawałku. I dla ciebie tylko ten kawałek (kwant) jest dostępny.
- Może.
- Tak jest, mój drogi - tak wygląda to, co rejestrujesz. Zresztą to
dotyczy każdego przypadku, tylko dla wielkich elementów świata jest
tak istotne.
Twoje poznanie to "od tego do tego" - zawsze w granicach. Jest fakt,
badasz go - kiedy znika (kończy się), twoje badanie zamiera. Bo jak
badać brak elementu? Nie można. Ale w takim podejściu, a innego nie
może być fizycznie, ginie ustalenie (ono nigdy nie zaistnieje), że
owszem, badanie się skończyło i że chwilowo nie ma dalszego, ale za
moment będzie, bo badane tylko przechodzi przez etap ciemny, poniżej
progu; że to przerwa (punkt zerowy) jednego zjawiska...
Dla ciebie - przemyśl to - takie podejście nie istnieje. Ciąg dalszy
faktu, kiedy znajdzie się ponownie w polu obserwacji, traktujesz za
nowość - i badasz od początku, i kwantujesz tak proces, i giniesz w
domysłach. Bo nie masz jak tego scalić w jedność funkcjonalną.
Jak coś małego, taki drobiazg atomowy czy podatomowy, tu sprawa dla
ciebie prosta: samo się scala w jednostkę i zawsze w obserwacji jest
jednostką (bowiem rozpad-łącznie przebiega tak szybko, że przerwy nie
notujesz). Natomiast wielkie "atomowe" konstrukcje (całe światy), tu
odwrotnie, widzisz od środka i kawałek za kawałkiem - a w efekcie
pokawałkowane. I są skutki.
- Jakie?
- Jeszcze raz rzuć okiem na ekran, w jaki sposób to opisujesz, jak
w swoim zestawie fizycznych ustaleń to definiujesz? Chaos, może nie
aż zupełny, ale jednak chaos. "Ekran", przypominam, to wielokrotne
(wielowymiarowe) złożenie, to zsumowane rzutowanie poprzez "rzędy"
i fakty - widzisz chmurę i cień, ale nie konkret. Owszem, traktujesz
cień za konkret, bo niczego więcej nie ma, ale przecież masz pełną
świadomość, że to złożenie i "statystyczna chmura" lokalizacji oraz
stanów - może to fakt, a może tylko matematyczna formułka. Ponieważ
widać wszystko łącznie, odszukanie w tym sensu jest trudne, a wręcz
niemożliwe, fizycznie niemożliwe. Bo jak? W twoim spojrzeniu nie ma
podziału na rzędy, elementy w rzędach - nie ma skali. Jest równość
każdego elementu. Czy w tych warunkach możesz ustalić ład reguły?
No nie, z trudem w plamach dojrzysz związek w skali godzin lub dni,
ale nie tysiącleci - chmura prawdopodobieństwa w twoim ujęciu jest
skali kosmicznej, a w czymś takim zagubienie się jest gwarantowane.
Tak na wieczność zagubienie...
- A abstrakcja "sali kinowej" i "filmu" pozwala to poznać?
21
- Tak. I to do dna, do końca. Dlatego, że kiedy już wiesz, jak taka
sala wygląda, kiedy znasz jej rozkład i matematyczny schemat, możesz
na tej podstawie przypisać do obserwowanego fizycznego "cienia" jego
źródło. Niby obraz jest doskonale ten sam, innego nie będzie, tylko
twoja sytuacja uległa dramatycznej odmianie. O ile wcześniej, przed
poznaniem sali, pozostawałeś w ciemności (i niewiedzy), o tyle teraz
(choć nadal w ciemności się gnieździsz), to już wiesz... Wiesz, że
ten plamiasty wir na/w ekranie to efekt takiego a takiego złożenia
elementów i będzie istniał od tego punktu do tego momentu. Fizycznie
na zawsze pozostając w wąziutkim przedziale zmiany, logicznie widzisz
każdy szczegół - fizycznie oglądasz kawałeczek (kwant) płaszczyzny,
logicznie nieskończoność ci niestraszna.
Rozumiesz? ...
Ale sprawa, widzisz, jest jeszcze bardziej splątana, zaprezentowane
ujęcie ma skutki na wielu poziomach. W czym rzecz? Owszem, złożenie
"kadrów" filmu w zborną fabułę jest metodą na zrozumienie zależności
w tworzeniu się faktów (materii, świata jako takiego). Ale złożenie,
a raczej konstatacja, że to tak fizycznie wygląda oraz logiczne jej
podzielenie na "stany chwilowe" i oddalenie od siebie, to pozwala na
ustalenie reguły tworzenia się wszystkiego... Tylko że jest jeszcze
druga strona tego medalu: widok istniejącego wokół...
Spójrz w dal. Co notujesz? Galaktyki, mrowie konstelacji gwiezdnych,
struktury większe i coraz większe. Które, przyjrzyj się i skojarz,
są rozmieszczone dokładnie tak samo, jak sieć połączeń w tym, co nam
pozwala to podobieństwo ustalić. - I pytanie: czy tego jest aż tak
wiele, czy to zafałszowany obraz? Zafałszowany naszą (w tu i teraz
zawartą) pozycją obserwacyjną. Czy widzimy (wszech)świat takim, jakim
jest, czy zdeformowany?
- Jaka odpowiedź?
- Że zdeformowany, to przecież oczywiste, już to wiesz. Tylko że w
tym przypadku nie chodzi ani o skończoną (graniczną) wartość zmiany
i przenoszonych sygnałów, ani o to, że na każdym etapie naszego się
po świecie szwendania inaczej (z inną ostrością) odbieramy zjawiska,
ani o to, że stosowane przez nas przyrządy mierzą świat dla siebie
i musimy to tłumaczyć "na nasze". Nie, sprawa w czym innym, i wiąże
się ściśle z prezentowanym tu zobrazowaniem.
"Sala kinowa", tak to określiłem, symbolizuje wielowymiarowe złożenie
faktu (dowolnego elementu świata i świata jako takiego), złożenie,
które obserwator - dla zrozumienia - musi "rozsunąć" w jego stanach
chwilowych, następnie poszczególne i "zamrożone" (unieruchomione) w
zmianie "kadry" rozpoznać w rozłożeniu tworzących je elementów - aby
na koniec ponownie je złożyć w jedność, ale już z wiedzą, jak i co
się dzieje na/w każdym etapie...
Tylko że, sam to dostrzegasz, "sala kinowa", w której trwa seans, to
świat w jego dla nas dostępnych "scenach" ("ujęciach"). A ponieważ
sygnały są powolne w przemieszczaniu się (i skwantowane), ponieważ w
naszej obserwacji dostępne są tym samym liczne (prawie wszystkie) w
filmie dziejące się sceny odnoszące się do gwiazd (i są jednocześnie
dostępne) - to zachodzi taka sytuacja (druga z możliwych), że widzimy
więcej niż potrzeba. I to skutecznie "deformuje" obraz...
Nie traktuj określenia "więcej niż potrzeba" w sposób dogmatyczny,
chodzi o wyrazistość wypowiedzi, chcę jedynie zasygnalizować ważne
skutki takiej obserwacji.
22
- Jakie?
- O ile w przypadku małych elementów rzeczywistości, na skutek naszej
powolnej obserwacji i rozciągnięcia jej na wielkie dystanse (wielkie
wobec postrzeganego faktu) - o ile tu widzimy "całość" faktu i on w
naszej obserwacji jest "zamknięty" w jednostkę (szybka zmiana jest
dla nas stałością; mnogie "kadry filmu" są kamieniem, atomem, moim
ciałem, itp.) - o tyle w sytuacji drugiej, kiedy analizujemy duże i
wielkie, a nawet (wszech)światowe obiekty, tu ma miejsce odmienny
sposób rejestracji: widzimy po kawałku.
Jak ci tłumaczyłem przed chwilą, widzimy "wyż" albo "górę", jednak
nie mamy świadomości, że kwant tego wyżu zrealizował się dawno temu,
dziś jest kolejny kawałek, a za ileś tam wieków będzie następny. A
kiedy obserwujemy skrajnie wielkie fakty, zauważ, tu sytuacja robi
się zupełnie kłopotliwa. Dlaczego? Ponieważ nie kawałek z całości w
twoim polu obserwacyjnym się znajduje, ale kawałek z kawałka. Nawet
więcej, być może jest to któryś tam kawałek z kawałka.
Z czego to wynika? Bo zmiana jest skwantowana. Na samym dole lokuje
się jednostka czegoś w ruchu, przemieści się, a rezultatem jest to,
co mierzysz. Zmiana na każdym poziomie musi dokonywać się jednostkami
najmniejszymi z najmniejszych, jednak dopiero suma takich jednostek
składa się w to, co widzimy, co badamy - czym jesteśmy...
I teraz, jeżeli spoglądamy "w górę" ("sali"), to oczywiście widzimy
te kwanty (sceny) "pokawałkowane", widzimy część z całości. Ale tu
wchodzi do gry zaskakująca dla nas, a też mocno gmatwająca pomiar
okoliczność: skończona wartość przenoszenia sygnału. Oczywiście nie
ma to żadnego znaczenia, kiedy mierzymy odległość do budynku sąsiada
czy pobliskiej wioski, ale kiedy rozpoznać trzeba wielkie i bardzo
wielkie zakresy - cóż, tu już sprawa robi się problematyczna. Bo tu
w zakres pomiaru (postrzegania), na skutek nakładania się "zdjęć",
wchodzi wszystko - aktualne, dawne, a nawet przyszłe (już istnieje,
ale dopiero zza horyzontu się wyłoni). Czyli widać wszystkie etapy
zmiany, i to łącznie - w "prześwietleniu" przez rzeczywistość widać
"kadry" filmu jednocześnie. I tym samym widać "chmurę" zaistnień w/na
naszym płaskim ekranie - chmurę, w której trudno się rozeznać.
Czyli, o ile w przypadku małych obiektów obserwator musi kadry filmu
oddalać od siebie, o tyle tutaj musi je zbliżyć - zrozumienie zjawisk
i ich łączności ze sobą wymaga scalenia (skompresowania). Przecież te
wszelkie galaktyki i gwiazdy zaistniały, ciągle się przekształcają i
ciągle są w ruchu - ale to są te same obiekty (a my w tej chwili je
widzimy w określonym punkcie). Widzimy "atom galaktyczny", nawet już
widzimy tworzące go "elektrony" i "chmurę" - ale widzimy oderwany od
innych i samodzielny punkt, a to fałsz. To błąd obserwacyjny, który
nadaje "kawałkowi" ("kadrowi filmu") cechy odrębności, kiedy za nim
ciągnie się wielowymiarowa legenda (historia przekształceń). Jeżeli
tej opowieści nie zbudujemy, jeżeli nie połączymy punktów w jedność
i zależności (a to zadanie obserwatora, tylko jego), to w oglądzie
będą dominowały punkty - chaotycznie rozrzucone fakty, które coś ze
sobą łączy. Ale co i jak, ech...
Widzimy "obraz" oraz jego "plamy", ale czy on jest piękny, czy ma w
sobie głęboką historię (sens), to musi ocenić obserwator. Ocenić na
podbudowie tego, czego się wcześniej nauczył sczytując "literki" i
inne znaczki ze świata.
Piękno rzeczywistości jest w obserwatorze, tylko w nas.
23
...
- Wniosek jest taki: "płaszczyzna poznania" to konieczność, dobrze
to wyraziłem?
- Mamy przed sobą (oraz w sobie) wielowymiarową płaszczyznę, w taki
sposób zdefiniowany świat to nie abstrakcja, to nie literackie, dla
zrozumienia wyprodukowane ujęcie - to konkret. Rzeczywistość, w taki
sposób określany przez nas zbiór kwantowych jednostek, to "płaski",
na cztery wymiary rozciągający się zakres energetycznej kipieli, nic
więcej. Nie ma żadnych innych wymiarów, one nie są gdzieś ukryte lub
inaczej niedostępne. Ich nie ma.
Jednak, i to trzeba podkreślić, wszelkie ustalane wielowymiarowości
świata, te produkowane (za wzorami) ujęcia - tak, one są poprawne,
oddają (opisują) zmianę w toku przekształceń. Ale opisują ją nam i
w naszym zbiorze pojęć - to my nanosimy na pozornie chaotyczny tok
zjawisk rytm i ustalamy regułę - to my te "wymiary" widzimy i jest
to konieczność poznawcza, ale już "spoza" zmiany, ustawiamy się na
pozycji zewnętrznego obserwatora, porządkujemy strumień elementów i
widzimy ład w chaosie.
Że proces nic o tym nie wie? A co to ma za znaczenie, chodzi o nas.
Tylko o nas.
cdn.
Janusz Łozowski
copyright © 2017 by Janusz Łozowski
wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-944295-2-2
ja.lozowski@gmail.com
24

kwantologia ... Wielowymiarowa płaszczyzna.

  • 1.
    Kwantologia stosowana –kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). część ... – Wielowymiarowa płaszczyzna. - Płaszczyzna wielowymiarowa? Już było. - Stajemy dziś przed ścianą poznania, której bez wsparcia filozofii (logiki) nie pokonamy. Tak, mówiliśmy o tym, chciałbym jednak do tego wrócić, ponieważ to bardzo istotny element zrozumienia rzeczywistości (jej analizy i definiowania). - Pamiętam, że opowieść przebiegała, jakby delikatnie to określić... cóż, to było wysoce emocjonalne zaprezentowanie tematu. - Decydował kontekst, miało być efektownie, z odpowiednio dobranym słownictwem - i takie było. A co więcej uważam, że dobrze spełniło swoje zadanie. Obecnie jednak warto opisać to w innym zbiorze pojęć, bez przesłaniającego treść nadmiaru, właśnie dlatego, że zagadnienie należy do fundamentalnych. - O ile poprawnie zapamiętałem klimat tamtego opisu, to jego głęboki sens, a więc abstrakcja "płaszczyzna wielowymiarowa", to nie zostało w jasny, tak do końca jednoznaczny sposób przedstawione, przynajmniej dla mnie. Niby wiem, ale... - Przypominam ci, że co prawda nie wprost, ale w innych pogadankach temat również wracał, logicznie lokuje się w podstawie postrzegania, dlatego musiał wielokrotnie zaistnieć... Z tego też powodu używane dziś pojęcia, odniesienia i porównania, to - siłą rzeczy - musi się powtarzać, więc się nie czepiaj. - Urozmaicenie wypowiedzi nikomu jeszcze nie zaszkodziło. - Powtórzę, i to z siłą wniosku, że "płaszczyzna wielowymiarowa" to zasadniczy, fundamentalny element zrozumienia rzeczywistości, przede wszystkim dla cienie, dla fizyka. - Ponieważ?... - Dobrze, zacznijmy od początku... Oczywiście takie pojęcie, w taki sposób sformułowane, to narzut na toczącą się nieskończenie (a też wiecznie) zmianę - to logiczna konstrukcja, którą obserwator tworzy sam dla siebie, i tylko dla siebie. Przecież realnie, tam - na samym dole zmiany - niczego więcej poza tą zmianą nie ma. Jest jednostka "czegoś" w kosmicznej nieskończoności-wieczności, przemieszcza się zawsze o jednostkę (i tylko o jednostkę), a wszelkie inne, tak dla ciebie istotne, to tylko w tobie - to wytwarza twoje spojrzenie (co by pod pojęciem "spojrzenie" nie rozumieć). Atom nie atom, świat czy wszechświat, nie ma znaczenie - to złożenie, które jest dostępne w pewnym, ściśle określonym (nadprogowym) zakresie - i które zawsze w twojej obserwacji i rozumieniu jest złożeniem. To abstrakcja, która jest tylko w tobie i dla ciebie. - Atom mogę zmierzyć, nawet rozbić - albo scalić w użyteczny fakt, który pozwala inne fakty poznać. I zawsze takie zadziałanie wymaga zastosowania przeróżnych nakładów - jakoś nie zauważam, żebym samym spojrzeniem deformował atomowe struktury. - Nie o tym teraz mówimy, temat jeszcze wróci, jednak obecnie trzeba podkreślić, że wszelkie i w dowolny sposób wypracowane abstrakcje, które odnoszą się do świata i które zawierają się w osobniku tenże świat postrzegającym - że to naddatek, więc zewnętrzna wobec zmiany 1
  • 2.
    instrukcja obsługi, którąpisze dla siebie byt. Fizycznie, na każdym poziomie poznania, aż po fundamentalny, zawsze jest tylko jednostka w ruchu. - Znasz to, COŚ przemieszcza się w/poprzez NIC, bo nic nie hamuje tego ruchu, a ponieważ owego "czegoś" jest sporo, nawet tak nieskończenie - to lokalnie, "co jakiś czas", zbiega się w takie i owakie, na przykład wszechświat albo obserwatora. Banał kosmiczny i konieczność wynikła z samej zmiany. - Gdzie tu płaszczyzna? Jeżeli mam to sobie wyobrażać, to żadnej w tym płaszczyzny, to wszechkierunkowość. - I słusznie. Fizycznie nie ma niczego w formie płaszczyzny, takie ujęcie to pomocna w opisie zjawisk abstrakcja. Geometria i podobne nauki, przypominam, to wyabstrahowany ze świata schemat, ale nie ma realnego odniesienia. Tylko że, niestety, niczego więcej nie mamy do dyspozycji - abstrakcje to wszystko, czym możemy się posłużyć. Oraz wszystko czym jesteśmy. - Czyli "płaszczyzna wielowymiarowa" to?... - Również abstrakcja, jak najbardziej abstrakcja - niczego takiego nie ma. To sposób na opisanie świata, podpórka rozumu w działaniu, dokładnie taka sama, jak każda inna. Tyle że odnosząca się już do wszystkiego - to logicznie maksymalna (szczytowa) konstrukcja, która pozwala zdefiniować fundament rzeczywistości. - Ale dlaczego jest możliwa i co wnosi? - Plus za pytanie. Nie ma znaczenia, że realnie, że Fizycznie zmiana dzieje się jakoś-tam, ani tego nie poznamy, ani nawet to potrzebne. Mamy symbol tej zmiany, tu w formule płaszczyzny, on się sprawdza w operacjach na/w świecie - i dobrze, to wystarczy. A z czego wynika? Z logicznego, na tym poziomie już wyłącznie logicznego operowania pojęciami. Jeżeli dochodzimy w swoim analizowaniu świata do pojęcia "jednostki", czyli najmniejszego z najmniejszych, czego w żaden już sposób nie można rozdrobnić (a dochodzimy do tego wniosku, ponieważ kawałkowanie rzeczywistości w nieskończoność prowadzi do głębokich sprzeczności), to tak zdefiniowana jednostka - w logicznie również koniecznym sprzężeniu z "niczym" - ona musi, musi być w ruchu, w nie kończącym się (tu: wiecznym) ruchu. - Bo nic nie hamuje. - A skoro tych jednostek, jedynek czegoś jest nieskończenie wiele, to łączne ich postrzeganie (oczami duszy) tworzy płaszczyznę. I nie ma znaczenia, że - jak nadmieniłeś - Fizycznie jest to rozłożone w Kosmosie wszechkierunkowo i jest tym samym mieszaniną doskonałą, w ujęciu logicznym jest to uporządkowane, znumerowane i policzalne - i sumuje się w geometryczną płaszczyznę. Dla obserwatora prezentuje się to jako płaszczyzna - tak to sobie wyobraża... Jeżeli dokonasz w nieskończoności (logicznego) unieruchomienia jednostek, to masz w efekcie prostą, która w przesunięciu buduje płaszczyznę. - Płaszczyznę czy prostą? - To zależy na czym się skoncentrujesz. Zobrazowanie Fizyczne tego stanu w Kosmosie, na skutek nieskończonego oraz "w każdym kierunku" rozłożenia elementów - to musi w twoim wyobrażeniu przybrać postać "płaszczyzny", bo jak rozciąga się w nieskończoność i jest to jeden "stan chwili" wiecznej zmiany, to takie zobrazowanie jest najbliższe pojęciu płaszczyzny. Ale zarazem, zauważ, ten sam rozkład elementów można zdefiniować jako "prostą"; jeżeli uszeregujesz (w nieskończoność) owe jedynki czegoś i 2
  • 3.
    zdefiniujesz je jakoliczby, to w takim działaniu tworzysz prostą. W zależności od tego, czy masz świadomość, że w takim obrazie zawiera się zero (logicznie pojęta pustka) - albo że zawiera się zmiana-ruch, w zależności na czym się skoncentrujesz lub co pominiesz w opisie, to raz uzyskasz prostą, a raz płaszczyznę. Kiedy redukujesz przerwy między jednostkami (ponieważ są dla ciebie niepotrzebne, bo przeszkadzają /choć w ten sposób fałszujesz obraz zmiany, przecież jedynka dlatego jest widoczna, że dopełnia ją nic, pustka) - to w tym obrazie uzyskujesz prostą i wszelkie związane z tym analogie i skojarzenia. Uszeregowane w nieskończoność jedynki to prosta. Ale jest ruch, wszystko w Kosmosie przemieszcza się - wiecznie się z punktu do punktu (i punktowo) porusza, bo nic nie hamuje. A skoro elementy są w ruchu, to symbolizująca taki nieskończony zbiór prosta również - cały zbiór przesuwa się o jednostkę - i o kolejną - i tak w nieskończoność. A nie kończący się ruch to wieczność, przypominam. Czyli tak pojęta prosta składa się (tworzy) w tym ruchu strukturę, którą nazywamy sobie płaszczyzną. Tylko że, widzisz, problem w tym, że pomijamy ten ruch, a nawet nie wiemy, że on współtworzy nieruchomą dla nas "płaszczyznę" - szkolna nauka tak się w mózgowiu rozpanoszyła abstrakcją, że teraz za nic w niej nie może się znaleźć zmiana. Ruch w płaszczyźnie?, niepodobne, niepotrzebny, itd. Efekt? Zachodzi renormalizacja, coś, co doskonale znasz. A ponieważ operacje tak spreparowanym obrazem sprawdzają się i prowadzą do użytecznego wyniku, to nie ma nacisku na zastanawianie się, czym taka prosta lub płaszczyzna jest. Że to dalej prowadzi do zapętleń i nieporozumień? A prowadzi. - I fizyka samodzielnie tego nie przeniknie, powtarzasz się. ... - Początek w ujęciu logicznym mamy z grubsza omówiony, szczegóły w innych rozmowach już padły. Dlatego obecnie pojawia się zasadnicze dla nas pytanie: jak postrzegamy świat? Jak odbiera świat osobnik o cechach obserwatora, byt skomplikowany? - Na przykład widzi. - Rzeczywiście skoncentrujemy się na tym zmyśle, jest dla nas bardzo istotny, ale tu omawiane podejście odnosi się do każdego, mechanizm jest zawsze ten sam. Bo świat jest jeden i reguła zmiany jedna. Po pierwsze, przyznasz, że nasze podłączenie do świata jest małe, a wręcz niebywale skromne. Z całej puli dostępnych częstotliwości, do których dobraliśmy się całkiem niedawno, z całej palety atomowych i cząsteczkowych struktur - z tego wszystkiego nasza konstrukcja może odebrać niewiele. To trudno ocenić liczbowo, ale myślę, że jest tego na sławetne "cztery procent" z całości, nie więcej. - Radzimy sobie, istniejemy. - Tylko trzeba mieć świadomość, że poza dostępnym zakresem istnieje ogrom możliwości, których nie sięgamy, których nie możemy osobiście poznać. A tam przecież się dzieje, tam może znajdować się coś mało dla nas dobrego. Egzystujemy, żeby skorzystać ze znanego ujęcia, na wąskiej, wąziutkiej ścieżce, którą otacza z każdej strony ciemność, dosłownie ciemność - a która to ścieżka prowadzi z niewiadomego dla osobnika zakresu w nieskończone. I jeszcze więcej, co wprowadza w obraz dramaturgię, a co wynika wprost z ustalenia, że to zmiana i tylko zmiana: ta "ścieżka" buduje się w 3
  • 4.
    każdej chwili. Fakt,umożliwia postawienia tego jednego i jedynego kroku, co pozwala się przemieścić - ale tyknięcie dalej rozpada się i przechodzi do historii; struktura i wszystkie elementy tej dróżki w wieczności to tak na mgnienie, tylko na jeden krok. - Wystarczy, żebym mógł cię zobaczyć. - Tak... Ale, to po drugie, tylko ile wymagało wysiłku, pilnego, a niekiedy nawet bolesnego uczenia się, żebyś teraz, prawie dla siebie niezauważalnie (o ile coś się nie zepsuje) mógł taką rejestrację w świecie prowadzić i na jej podstawie wyciągać wnioski o tym świecie. Przecież to trwa i trwa, a i tak na każdym kroku trzeba uważać, co by się nie osunąć w niebyt. - Znów skręcasz w literaturę, miało być o płaszczyźnie... - Po trzecie, teraz musimy przeprowadzić rekonstrukcję początków w naszym rejestrowaniu świata, w postrzeganiu jako osobnik, ale również jako zbiorowość - musimy zastanowić się nad mechanizmem odbierania zewnętrznego do nas zakresu. Dziś już sporo na ten temat wiadomo, a jeżeli dodać do tego zaprezentowane wyżej logiczne podejście do ruchu (zmiany) w zakresach fizycznie skrytych i nieoznaczonych, to - właśnie logicznie - możemy te pierwsze chwile odtworzyć, nawet w szczegółach. I ma to znaczenie. - Dlaczego? To po prostu fizyka. - Jak najbardziej fizyka (i tylko fizyka), ale wielopoziomowa. A do tego zasada, tok poznawania, powtarza się w każdym innym przypadku, nawet w tym najbardziej generalnym, który stosujesz do definiowania otoczenia. - Więcej światła. - Fizjologicznie na początku jest chaos. Osobnik "rejestruje" (to w żadnym przypadku nie jest aktywna rejestracja) tak splątany oraz w jego doznaniu zagmatwany stan energetyczny, że trzeba to zdefiniować jako chaos. Nie doskonały, ponieważ rytm świata wnosi regularności, co dalej pozwala "załapać wątek" w tym wszystkim, jednak przyznasz, że to chaos... Co "widzi" osobnik (czy zbiorowość) w chwili pierwszej? Jak wygląda we wstecznej rekonstrukcji ten etap? - Najkrócej można to ująć jako "ścianę", praktycznie jednorodną ścianę, na którą składa się mozaika mniej lub bardziej dynamicznie przemieszczających się plam - i które z czymkolwiek trudno powiązać, bowiem nie ma punktu odniesienia. Tak to wygląda w zakresie widzialnym. I nie inaczej prezentuje się dla kanału dźwiękowego, gdzie poszczególne fakty są zbiorowiskiem drgań powietrza i nic, a raczej bardzo niewiele znaczą (mówię niewiele, bo jednak przychodząc na świat pewien zasób dźwięków już posiadamy). I ten sam opis można przeprowadzić dla każdego zmysłu, to zawsze jest chaotyczny początek, "plamiasty" zbiór oddalonych od siebie w czasie i przestrzeni jednostek czegoś docierających do obserwatora. Każdy wyróżniony z otoczenia element jest w tej rejestracji sam dla siebie i niczego nie oznacza; zaczyna proces rejestracji, jednak nie jest świadomie postrzegany. Nie jest odbierany świadomie, ponieważ na tym etapie (za)istnienia nie ma świadomości - nie ma stanu, który jako świadomość definiujemy. - To oczywiste. - A przy okazji, widzisz podobieństwo tego opisu i tak zbudowanego obrazu zjawisk zachodzących w osobniku i w świecie - dostrzegasz w tym analogię do "stanu początku", który jako fizyk (albo kosmolog) 4
  • 5.
    ustalasz dla wszechświatai chwili zero? - Jeden świat, jedna reguła, tak to chyba ujmowałeś?... - Dokładnie... Pozwól jednak, że nie będę wchodził w kolejne detale poznania, ponieważ, jak nadmieniłem, to z grubsza jest znane, a też ciągle nowe składowe są w opracowywaniu - możesz to sobie doskonale wyobrazić, po prostu szkoda na to czasu. Ale, co zrozumiałe, przez całość naszej rozmowy do tego będę się odnosił, to ujęcie musi być w naszej stałej pamięci, jest niezbędne. Dlaczego niezbędne? Ponieważ dziś, po wszystkich zakrętach historii zbiorowej oraz osobniczej, po rozciągniętym na lata (i miliony lat) szukaniu związków i reguł w świecie, szukania podstawowego rytmu w tym docierającym do nas z otoczenia "plamiastym" zbiorze danych, po pokoleniowych zmaganiach z fizyką i logiką - dziś znajdujemy się w dokładnie takim samym punkcie-stanie jak noworodek: mamy przed sobą "płaszczyznę ściany" z "plamami", którą musimy zrozumieć. - Przesada. - Nie, zapewniam. To nie jest nadmiernie literackie czy fantazyjne opisanie obecnego momentu w dziejach, przed nami rzeczywiście coś, co najlepiej zdefiniować terminem "ściana". To realna ściana, a na niej (oraz w niej) zbiór "plam", które coś znaczą... I więcej, już przeczuwamy, że w tym obrazie są głębokie związki, że jest sens, który z jednej strony kusi "zrozumieniem wszystkiego", ale z drugiej jest wyzwaniem i życiową koniecznością - już to wiemy, ale jeszcze tych powiązań nie dostrzegamy. Mamy przed sobą wszystko, co można z fizyki świata wydobyć (zaobserwować w dowolny sposób), ale to nie zmienia faktu, że to dla nas przysłowiowa ściana. Zauważ, że "chwili zero", ty, jako fizyk, żadnym mykiem nie przebijesz, widzisz jednolity stan początku i subtelne "plamy", ale to dla ciebie realnie i faktycznie ściana, dalszego dla ciebie nie ma. Po prostu nie ma. Możesz takie "dalsze" postulować (bo konieczne w tłumaczeniu), w zapamiętaniu i chciejstwie rozgorączkowanego rozumu je modelować, a nawet próbować opisywać tak lub siak (głównie wzorami albo słowotokiem), ale poza tak wyznaczoną ścianę-płaszczyznę danych się nie przemieścisz, nie możesz. I ważne pytanie: dlaczego? dlaczego to niemożliwe? Ponieważ tego "dalszego" dla ciebie nie ma. A dlaczego nie ma? Bo nie ma elementów, które to by umożliwiały... Tak, dalej nie ma dostępnego dla ciebie fizycznego nośnika - dalsze dla ciebie nie istnieje. Przed nami ściana, ostatni punkt-etap-moment, który można poznawać fizycznym pomiarem. "Dalsze" to już refleksja, czyli nadbudowana nad rozpoznanym w jego "plamach" światem logiczna (re)konstrukcja. To już Fizyka. - Dużo słów, a treść... taka sobie. - Mam świadomość, że to cię nie przekonuje, dlatego - jak zawsze - trzeba odwołać się do analogii, skojarzeń, może i rozbudowanego za pomocą słów zobrazowania, ale to konieczność. Zwłaszcza że obecnie opis dotyczy strefy granicznej, a nawet wykracza poza fizykę. Nie ma innej metody na opisanie tego zakresu, muszę posiłkować się ujęciami wywiedzionymi z tutejszego obszaru i przenieść je na "dalsze" - acz zawsze z tym zastrzeżeniem, że to logiczna (pojęciowa) konstrukcja i wspomożenie w działaniu, a nie detaliczne pokazanie zmiany w jej przekształcaniach. - Analogia, proszę bardzo. Ale, upieram się, wiedza o rzeczywistości 5
  • 6.
    nie jest zbudowanaz plam i chaotyczna, jednak atom istnieje, nawet jeżeli to dynamiczna struktura, są góry i doliny zbudowane z takich atomów, wyże i niże w atmosferze, zakresy temperatur, itd. Może nie ma wiedzy, którą dałoby się określić jako ostateczną, o ile taka w ogóle istnieje, ale na pewno nie jest to etap początkowy - pierwsze kroki, a nawet kolejne, już zostały postawione. - O to mi chodzi, o takie opisanie obecnego stanu posiadania. Mamy na widoku owe górki czy niże, opisujemy zależności przestrzenią wespół z czasem, mamy miarki i termometry w czymś tam wyskalowane, widzimy nawet głębię z jej mikro elementami oraz głębię z dalekimi gwiazdami - rejestrujemy "fakty" od horyzontu do horyzontu... I właśnie w tym momencie, dokładnie w takim punkcie naszej wiedzy o świecie należy wprowadzić do opisu analogie, to konieczność, bez tego się nie obejdzie. Na tym etapie dwie, które są ze sobą funkcjonalnie powiązane i wzajemnie się dopełniają. - Obserwator, łuk, strzała i podobne? - Żarty żartami, ale obserwator w oczywisty sposób jest niezbędny, bez niego nie ma ani świata, ani jego mechanizmu, ani opisu. Tylko że tym razem okoliczności są nieco inne, to musi być rozbudowany i nawet skomplikowany obraz. - Cóż za odmiana. - Analogia numer jeden to "film" - film jako całość fabularna, więc powiązanie miejsca akcji i fabuły, ale i film w rozumieniu "kadrów", poszczególnych scen, które składają się na film. A analogia druga, jak najbardziej łącząca się z pierwszą, to "sala kinowa" - czyli rzędy krzeseł, logicznie rozmieszczone miejsca zasiadania faktów. I jeszcze jeden, bardzo istotny element: ekran. Płachta białego, od sufitu do podłogi materiału, na (i w) którym pojawiają się dostępne obserwatorowi zjawiska, dowolnie pojęte fakty. Czyli wspomniane przez ciebie górki i doliny, wyże i niże, poziomice, izobary, i tak dalej. Nie ma znaczenia co konkretnie, chodzi o symboliczne pokazanie, że w/na takim zakresie pojawia się, istnieje i przekształca się to, co sobie jako fizyk notujesz - podkreślam, każdy fizyczny fakt. Łącznie z samym obserwatorem, co zrozumiałe, przecież on również zawiera się w tak zdefiniowanym "ekranie". - Ale ekran to płaszczyzna, a świat to czas, przestrzeń, a nawet tu i ówdzie więcej wymiarów. - Bo to symbol, analogia - wspomożenie w zrozumieniu. To, że sobie te wymiary w oparciu o wzory ustalasz w świecie, to nie oznacza, że one realnie istnieją, przecież te wzory to również tylko abstrakcje - a nawet, zanalizuj takie ujęcie, to analogie, metoda na oddanie w strawnym dla ciebie kształcie zakresu zjawisk, którego inaczej w żaden sposób nie poznasz. Znasz przecież te idące przez wieki dywagacje, czy matematyka to realny fakt, czy też poprawna logicznie konstrukcja, ale za którą nic namacalnego się nie kryje. Takie pytanie: czy abstrakcja "ekran" różni się czymś od abstrakcji "wymiar"?... Milczysz, i dobrze, bo w żadnym zakresie się nie różni, w sensie głębokim chodzi o to samo. Wszak nie będziesz dowodził, mam taką nadzieję, że to miejsce zaistnienia pojęcia i operacji na mim jest czynnikiem decydującym, że to pochodzenie symbolu uszlachetnia operującego nim osobnika oraz treść przez ten symbol przenoszoną. I że dlatego należy ją wywyższyć, natomiast inne już tego godne nie są, bo takie codziennie pospolite... 6
  • 7.
    - Czepiasz się. -Nie tak bardzo. Praktyka jest taka, sam przyznasz, że im częściej w opisie pojawia się niezrozumiałe słownictwo, im bardziej ono wobec świata dalekie, a kreślone schematy bardziej splątane-nieoznaczone, tym dla tworzącego lepiej. Bo prostota jest podejrzana - jak łatwe i przyjemne, to na pewno prostackie... Rzeczywistość, tak się powiada, jest tak skomplikowana, że zapewne nigdy jej nie poznany, jesteśmy na początku drogi, która biegnie w nieskończoność. Tylko nie bierze się w tym dowodzeniu pod uwagę tego, że wzmiankowana "rzeczywistość" to nie skomplikowanie do n-wymiaru, ale prostota - że to tak proste, że już prostsze być nie może. Że ta "prostota" wymaga morza słów na oddanie, to inna sprawa, wynika z naszego sposobu działania. ... - I jest sobie "ekran"... - Płaszczyzna symbolizująca obecny stan wiedzy. Płaszczyzna, ale z kilkoma rozpoznanymi już wymiarami - niby "płaskość" ściany, tylko że symbolizuje to, co widzimy. Czyli "góry" i "doliny", "wyże" oraz "niże" - i "foton", i "komórka", i podobne... Dowcip tego ujęcia polega na tym, że w maksymalnym stopniu zbieżne jest do tego, co już robimy. Przecież te wszelkie mapy i schematy, i dowolne szkice, to na/w płaszczyźnie notowane w jakiś sposób stany świata. - Widzisz oczami "izobary", a umysł "widzi" w tym pionowy i fizycznie (realnie) dziejący się rozkład ciśnień w wyżu albo niżu; kreślisz na kartce zawijas, a dalej kolejny - i stwierdzasz, że to poziomice góry, która w terenie ponad ustalony za odniesienie poziom wystaje (ponad poziom, który traktujesz za próg zaistnienia). I dla ciebie, zauważ, wystające ponad próg jest rzeczywiście górą, tak do tego się odnosisz - a to tylko "kreseczki" na płaszczyźnie. Wszelkie "mapy" to nic innego, jak płaszczyzna (wielowymiarowa), w której zakodowane (odwzorowane) jest realne zróżnicowanie. I musimy tak postępować, żeby uchwycić, zrozumieć otoczenie i zjawiska (w ich czasowo-przestrzennej złożoności). I więcej jeszcze, ten sam tok "mapowania" świata stosujesz w innych rejonach, pozornie odległych. Bo czy inaczej rozrysowujesz tak zwany "atom"?, zastanów się. Ten logicznie czterowymiarowy co najmniej dla ciebie konstrukt, to w (z)rzutowaniu na kartkę papieru zbiór podobnych (analogicznych) zawijasów, które kreślisz dla góry - skala ukazanych zjawisk inna, ale schemat działania dokładnie ten sam. I wynik ten sam. I jeszcze, a obraz, który powołuje do istnienia malarz, czy to nie płaszczyzna - płaszczyzna, do której ileś tam "wymiarów" dodajesz w trakcie oglądania? Przecież obraz to "zabazgrana kartka", do której historię ("wymiary") dopisujesz w każdym swoim spojrzeniu - zauważ i uwzględnij to, że obraz bez twojej interpretacji to pusty fakt, nie istnieje... I dalej, znasz te nowoczesne obrazy, na których rozpędzony w działaniu na abstrakcjach malarz umieszcza kilka znaków, na przykład w postaci figur geometrycznych, czy wręcz tylko nanosi ślady pędzla z niewielkimi odcieniami farby. I pytanie: dlaczego w odbiorze (dla niektórych) jest to ciekawy opis świata, dlaczego są zainteresowani, a niekiedy zachwyceni? Czy to "samoistna gra kolorów" w taki sposób na nich działa?... - O gustach się nie dyskutuje. - Błąd, poważny błąd. Bo to nie jakiś mityczny (czy mistyczny) gust 7
  • 8.
    się za tymkryje, ale zasób danych zgromadzonych o świecie w głowie osobnika. Widzi płaski, dwuwymiarowy obraz, ale żeby go zdekodować i zobaczyć jego "treść", odnosi do całego zbioru danych, które przez swoje życie zebrał - za każdym jego (naszym) spojrzeniem, za każdym najmniejszym nawet elementem tego spojrzenia lokuje się historia, i to historia osobnicza oraz zbiorowa. Widzę "kwadraty" na/w obrazie, dla kogoś to nic więcej jak kreski na płaszczyźnie, ale dla mnie to sięgające szeroko-wysoko-głęboko-(i w latach) chwilowe (tu-i-teraz) doznanie - widzę "plamę" na ścianie-ekranie, a to jest dopełnione w mojej głowie osiągnięciami pokoleń; odniesieniem jest całość zebranej wiedzy, która w chwili obserwacji jest poniżej progu (tu: w zakresie ciemnym i "podświadomym"). Ale jest konieczna, żebym w aktualności mógł stwierdzić, że to jest piękne, ładne, interesujące, mądre. Ja wiem, że ten obraz jest takim, ponieważ punkt chwili osadzony jest w (nieskończonym) zbiorze chwil; chwila "teraz", której doświadczam, to jest podbudowane (unoszone) życiorysem i wszelkimi doznaniami - i dlatego jest zrozumiała. Widzę w aktualności i punktowo - ale "widzę" dlatego, że to szczyt góry (z odniesieniami do wszystkiego). ... - Czyli "mapa" jest w nas? - Oczywiście, rola obserwatora jest niezbywalna - nie ma świata poza obserwatorem. A jak już o osobniku obserwującym mowa, to warto go odnieść do tych analogii i umiejscowić na ich tle, to ma znaczenie... - "Sala kinowa"? - Niech będzie, choć zamierzałem rozpocząć od "filmu", ponieważ to historycznie fakt pierwszy... Taka sytuacja badawcza: wielka, a co najważniejsze, ciemna sala kinowa. W miejscu wiadomym ekran, czyli płachta (płaszczyzna) materii, na/w której rozgrywa się fabuła. Mam nadzieję, że choć takie doświadczenie dostępne jest dziś mało licznej grupie, to jednak obecne w myśleniu i łatwo przyswajalne. Przed ekranem stoi obserwator i pilnie, maksymalnie pilnie notuje to, co się na nim dzieje. Ten ekran to wszystko, co może dojrzeć, więcej niczego nie ma. Tylko "ekran" i "plamy" w ruchu. Przy czym, mimo że to już padło, powtórzę: obserwator, byt obserwujący fizycznie jest elementem "ekranu", dla wyrazistości (tu: logicznie) umiejscawiam go przed, ale to zabieg wspomagający, obserwator jest składnikiem świata, który w zapale poznaje (bo musi). Jednak trzeba mieć świadomość, że poznaje "od środka" - doznaje zmianę zawierając się w niej, ale poznaje jako byt zewnętrzny ("stoi z boku"). Ważnym elementem tego zobrazowania są "rzędy" krzeseł, które znaczą (zapełniają) "salę", za chwilę więcej na ten temat. Ważne jest to, że są rozmieszczone logicznie, a więc w policzalnych (oraz stałych) "odstępach", że zawartość rzędów jest regularna, że rozmieszczenie "rzędów" w głąb (od ekranu aż po najdalsze) jest takie, że najbliżej są małe i "przenikliwe" fakty, a im dalej, tym bardziej rozbudowane i "zasobne" w siłę (rażenia). I że w całości tak zabudowanej "sali" nie ma chaosu, to przewidywalnie (policzalnie) rozmieszczone fakty i elementy świata. - A "film"? - Dopełnia zobrazowanie, pozwala zrozumieć, jak i dlaczego "cienie" na/w "ekranie" się przekształcają. "Sala kinowa" wnosi zrozumienie, 8
  • 9.
    dlaczego i jakpojawiają się "wiry" na mapie-ekranie, a analogia w formule "film" opowiada, dlaczego i jak te "zawirowania" zmieniają się i dlaczego tak to się prezentuje obserwatorowi. - Omawiamy więc "seans filmowy"? Momenty będą? - Wyłącznie. - I o to chodzi. - Jeszcze doprecyzowanie do "filmu", co zarazem jest już wstępem do streszczania "fabuły". Znów muszę zrobić zastrzeżenie historyczne, bo w tej analogii chodzi o film w starym znaczeniu - czyli płaskiej taśmy celuloidu, na/w której zawierają się poszczególne sceny, tu w postaci "klatek" (kadrów), a ponieważ taśma przesuwa się w znacznym tempie, obserwator widzi na ekranie ruch. - To oczywiście nie musi być dokładnie takie odniesienie, ale ponieważ chodzi o salę kinową, to takie skojarzenie nasuwa się samoistnie. To może być na przykład talia kart, a jeszcze lepiej - chyba to pamiętasz - zbiór ułożonych jedna za drugą ramek do rzutnika, kiedyś coś takiego było. Dlaczego tak, to za chwilę padnie. Najważniejszym elementem tego ujęcia jest następowanie po sobie "kadrów" filmu (jednostek, kwantów). - Fabuła to świat w przekształceniach, tak? - Owszem. Ale ciągle i zawsze z tym niezbędnym dodatkiem, nigdy dość podkreślania tego, że "treść" jest w obserwatorze, a realnie dzieje się tylko zmiana (ruch "czegoś" w "niczym")... Dobrze, mamy tego naszego osobnika zapatrzonego w ekran, na którym dzieją się, jak to określiłeś, "momenty". Czyli co? Realnie, sam to przyznasz, widać jedynie "plamy", kolorowe czy nie, to nie ma teraz znaczenia, ale niewątpliwie to są plamy - omawiana sytuacja odnosi się do zjawisk z przedziału widzialnego, więc plamy światła. To, że nazywamy je sobie "wyżem" czy "niżem", to również nie ma znaczenia, chodzi o to, że to "plama". Że dzieje się, że została wykreślona w czterech wymiarach fizycznie (proces dokonał się realnie) - fakt, ale to tylko i zawsze "plama"; na mapie, na której pogodziarz zaznacza rozkład zmierzonego ciśnienia, po prostu jest plama. Owszem, dobrze zdefiniowana wartością brzegową - w/na tej kresce granicznej lokuje się strefa oznaczająca tę wartość ciśnienia, którą przypisujemy do wyżu lub niżu, a dalsze to już inne (pokrewne, jednak inne). I jest jasność w temacie, wir został opisany... I pytanie: czy to już wszystko? Czy tak zaznaczona na mapie plama to już całość? Zastanów się. Czy obserwator, który to notuje i w taki sposób definiuje (tu jako wyż atmosferyczny), czy on widzi wszystko, czy może w pełni wyjaśnić taki fakt przyrodniczy? - Pytanie zbędne, nie może. W najlepszym przypadku dokładność jego opisu sięga dwu, trzech dni, a bywa, że już po godzinie prognoza do kosza się nadaje. - Prawda, ale fizyczna. - Sugerujesz?... - Niczego nie sugeruję, stwierdzam: fizyk widzi "wir" energii, ale dlaczego on się pojawia, dlaczego się zmienia i jak, dlaczego znika gdzieś tam - to dla ciebie, który notujesz takie "fakty", wiedza z zakresu niedocieczonego. Ona dla ciebie nie istnieje. Dlaczego? Oczywistość: żeby ustalić powody zaistnienia czy zanikania faktów, musiałbyś stanąć "przed" - przed "ekranem". A to, już chyba masz tego świadomość, niemożliwe. Dla ciebie, dla fizyka, to w żaden sposób niemożliwe. - Powód, o powód się dopytujesz? Jesteś związany 9
  • 10.
    ze zmianą na/w"ekranie". Kiedy jest zmiana, jest pomiar, ale kiedy zmiana (lub fakt) zanika, nie ma pomiaru - proste, jak budowa wiesz czego. - Dobrze, niech będzie. Ale na jakiej podstawie, w jaki sposób można tego "przemieszczenia" się przed ekran dokonać? Jeżeli powiesz, że logicznie, to tyle i ja wiem. Nie pierwszy tak powiesz. Zresztą te tak pogardliwie przez ciebie traktowane wzory wiedzę o tym wnoszą, problem tylko w tym, że trudno się w nich rozeznać. - Wzorów nie odrzucam, tylko mam świadomość, że treść, która za ich wspomożeniem się pokazuje, że ona jest zmieszana, nieostra, po prostu zsumowana z wielu "plam" (warstw). Odwołam się do analogii z filmem i obserwowanej fabuły, w tym momencie jest bardzo pomocną - poprzez odniesienie do scenerii, ale także wspomnianych wzorów. Zastanów się, co zobaczysz, co zarejestrujesz na ekranie (ścianie), kiedy będziesz rzutował na płaszczyznę sceny z filmu? - Tylko taka uwaga techniczna: nie kadr jeden po drugim, jak w filmie linearnym, nie następczo, ale wszystkie łącznie. Pociąłeś film na kawałki, masz je ustawione w kolejności (jak ramki w rzutniku) - i puszczasz przez wszystkie strumień światła. Co zobaczysz na ekranie? - Coś zobaczę. - Uciekasz od odpowiedzi. Owszem, coś się pojawi, to prawda, ale w tej chwili zasadniczym pytaniem jest, co oraz jak będzie wyglądało? Czy to będzie fabuła filmu, czy wyróżnisz poszczególne sceny - czy możesz w takim "skompresowanym" na przestrzał ujęciu dojrzeć fakty i szczegóły? - Czy wyróżnisz, określisz kolejność następowania scen, czy w ogóle coś ostro na/w "ekranie" wyodrębnisz? - Coś będzie widać. - Jak najbardziej. Tylko że to "coś" będzie niebywale splątane ze wszystkim innym. Zamiast "fabuły" filmu masz jeden "płaski" kadr, i to ten kadr jest dla ciebie całością (i wszystkim). Tak (z)rzutowana 10
  • 11.
    na/w ekran akcja- która w ramach filmu dzieje się na przestrzeni i w czasie - ona scala się dla ciebie w jedno ujęcie, w jeden zmienny wir energetyczny, który postrzegasz łącznie. Który, to ważne w tym ujęciu, budowany jest z jednostek (i stanów chwilowych), ale który dla ciebie jest sumą tych "płaskich" kadrów - nałożeniem się ich w twojej obserwacji w jeden fakt. Poszczególne "kadry" filmu realnie są od siebie odległe (widzisz to?) - są oddalone o jednostkę i tym samym skwantowane - ale ty widzisz je łącznie, bo "przerwy" między nimi zostały w tym obrazie zrenormalizowane (usunięte), rejestrujesz ciągłość jednego kadru, kiedy to wielowymiarowy film. Widzisz to "skompresowanie" obrazu w jedność? - Widzisz tę wielość, która dla ciebie stała się (rozmazaną) jednością? I teraz, na bazie powiedzianego, zadaniem opisującego - który już o tym "scaleniu" w jedną scenę wie - jego zadaniem (logicznym) jest te połączone sceny oddalić od siebie, rozsunąć, podzielić na kadry - w sposób dla siebie zrozumiały opracować. Nie ma znaczenia, jak to się zrobi, to może być drobienie matematycznego wzoru (niewykonalne, to już wiadome), to może być fizyczne drobienie świata (nie da się) - to może być filozoficzny (abstrakcyjny, logiczny) namysł. I to jest jedynie dostępny tok działania. A najlepiej przy pomocy analogii, w tym przypadku skonstruowanej na zasadzie filmu w sali kinowej. Tu widać, tu słychać - tu każdy zmysł ma zastosowanie. ... - Rusza projektor, i?... - I "coś" pokazuje się na ekranie. A skoro to film z fabułą, warto zastanowić się, co widać i jak widać... Wspomniałeś wcześniej, że widzisz atom lub podobne i że to badasz w zapale poznawczym. I teraz, w nawiązaniu do powiedzianego o ekranie i płaszczyźnie (poznania), w odniesieniu do zobrazowanie tego jako złożenia "kadrów" filmu, które są dla ciebie jednością obserwacyjną, warto zastanowić się, jak "naprawdę" to wygląda, i dlaczego tak. I jest to istotne zagadnienie. Bo czy, jako fizyk, widzisz fakt, czy "cień" na "ekranie"-ścianie? A w ogóle, warto spytać generalnie: co to znaczy "fakt"? - Cienie, jaskinia, do tego nawiązujesz? - Tak, ale na zasadzie dalekiego skojarzenia, jako odniesienie oraz konieczny w tych okolicznościach ukłon wobec historii. A również i dlatego, że choć to może i pospolite, literackie zobrazowania, to z uwagi na ich przystawalność do codzienności, przez ich zakotwiczenie w naszym poznaniu i naszym opisywaniu poznanego - że są doskonale z tego powodu zrozumiałe. A przecież o zrozumienie głównie chodzi, a nie o wielopiętrowe konstrukcje, w których niełatwo się odnaleźć i których ślady trudno odszukać w otoczeniu. Maksymalnie prosty opis to jest to, że jeszcze raz podkreślę. - Czyli, twoim zdaniem, "atom" to cień? Tylko gdzie jaskinia? - Jaskinia? Ależ to oczywiste, to "ekran"-ściana, to wielowymiarowa płaszczyzna. Za chwilę sam to stwierdzisz... Dobrze, czym jest tak zwany "atom"? - Elektrony, protony - jądro i pustka... - Tak. Opis poprawny, ale całkowicie błędny. To, co dla ciebie jest atomem, co tak skrupulatnie wyliczasz, a co poznawałeś przez iks z okładem wieków (i tysiącleci), to przede wszystkim złożenie. Zresztą 11
  • 12.
    z tej wyliczankito wynika samoistnie, jakby to była jednostka, to jej byś nie podzielił. A po drugie (i najważniejsze): to zewnętrzne zdefiniowanie, to opis przeprowadzony przez obserwatora, który wobec postrzeganego faktu lokuje się na zewnątrz. - Wnętrze, co by pod tym nie rozumieć, jest z zasady niedostępne - nieoznaczone. - Znów fraza, która tak cię denerwuje: dla fizyka, dla zawierającego się w zmianie (i efektu tejże), dla kogoś takiego faktycznie wnętrze "atomu" jest niedostępne. Nigdy i nigdzie. Choć, przyznaj, ciągle o to się zabiega - przecież te różne machiny, zderzacze i podobne, to w tym celu. - Wolno bo wolno, ale... - I "ściana", na końcu tego czołgania się jest ściana. Płaszczyzna oraz filmowy taniec plam na ekranie... Tyle w temacie, za dużo o tym mówimy. A "atom" czeka, żeby go prześwietlić... Otóż to, słowo "prześwietlić" jest tu jak najbardziej na miejscu, o tym chcę teraz powiedzieć, to pozwala zrozumieć taki tam atom, a też wszelkie inne (przecież "atom" tu za przykład robi)... Ponownie odwołam się do zobrazowania, w którym poszczególne "kadry filmu" ustawiamy jeden za drugim - kadry, czyli "płaskie" i chwilowe stany tworzące-składające się w rejestrowaną przez ciebie zmianę (to są te sławetne "tyknięcia kwantowe"). Nasze zadziałanie w film było takie, że kawałkujemy ciągłość fabuły notowanej w świecie, ustalamy "porcje" czegoś w oparciu o jakieś kryteria; kwantujemy zmianę w celu jej zrozumienia (uchwycenia; zmiany ciągłej nie zdefiniujemy) - ale zawsze musimy mieć świadomość, że na samym dole są tylko jednostki w ruchu, nic więcej. - W tym przypadku nasze działanie dotyczy atomu (tego, co za taki stan uznajemy). Logicznie, jak wyżej pało, na dnie jest jedynka czegoś w ruchu poprzez nicość - znane, zrozumiałe, inaczej nie może być (bo sprzeczności). Ale to oznacza, że jest najmniejszy "skok" w tym przemieszczaniu się, że ruch jest nieciągły. Na najniższym, w naszym spojrzeniu już nie występującym zakresie (fizycznie nie można w to wejść poznaniem), tu jest "przerwa" (pustka, zero), która oddziela jeden "kadr" (stan) od drugiego - i zawsze jest to przerwa na stan jednostkowy (to zawsze odległość "na jedynkę"; większa nie może zaistnieć, ponieważ proces traci spoistość, rwie się - większa przerwa oznacza, że to już inny fakt)... Tym samym, zauważ, mamy zdefiniowaną odległość kwantu ("kadru") od następnego, mamy elementarny skok, nie mniej, ale i nie więcej (o ile "fabuła" ma być zachowana). Mamy jednostkę zmiany. I teraz - film to zazwyczaj długa sekwencja zdarzeń, trudno obecnie odnosić nasz eksperyment do wszystkich zawartych w nim scen, nie o to chodzi. Dlatego skupimy się na jednym wątku, np. na osobowości w ramach filmu, jednym wyróżnionym z tła fakcie - ot, wybrałeś sobie coś do analizy, bo się spodobało. Atom nie atom, nie ma znaczenia. I ten element pojawia się w którejś scenie, trwa pewien okres czasu, a następnie zanika. Wniosek jest oczywisty: muszę do jego poznania (z dostępnej całości) wybrać te kadry, które go zawierają, na których widzę jego postać (fizyczną dla mnie). Czyli to zawsze jest skończony zbiór "scen", jest początek, środek, zakończenie - jak w porządnym scenariuszu być powinno. - Ale atom to dynamiczna struktura, to ruch, że aż. 12
  • 13.
    - Do tegozmierzam, nie przerywaj. - Skąd ten ruch oraz zmiana? Mamy oto kilka, kilkanaście "zdjęć" (które symbolizują stany chwilowe), tak sobie upraszczamy nasz eksperyment. Tylko że realnie, trzeba o tym pamiętać (i mieć tego świadomość), w skali o którą tu chodzi, a więc o te "drobiazgowe tyknięcia" (kwantowe), tam jedynek ("klatek na sekundę") jest wiele, z naszej perspektywy nieprzeliczalnie wiele, to pędzi, że ho-ho... I zestawiamy te kadry filmu w kolejności. Jeden-zero-jeden-zero. I tak całą wybraną "scenę" porządkujemy. - Wspominałem, że najlepszym oddaniem jest postrzeganie tego jako uszeregowanie w pakiet kadrów i ramek do rzutnika - pozwala zrozumieć, a wyprodukowane tak obrazy łatwo i przyjemnie podpowiadają, co i jak się dzieje... Widzisz to, masz przed oczyma elementy naszego eksperymentu? - Tak. - To działamy. Co należy w tym momencie zrobić? Oczywiście puścić przez tak zestawiony zbiór strumień światła, oczywiście po to, żeby na ekranie (ścianie) coś się nam pojawiło. - Widzisz ten strumień, który przedziera się przez "kadry" (klatki) filmu? Widzisz "obraz" wytworzony na płaszczyźnie? Widzisz ostro? - W miarę ostro. - No nie, kolego, jak możesz mówić, że widzisz ostro - błąd, błąd i jeszcze raz błąd. - Ależ widzę, szczerze. - Przecież ja wiem, co ty widzisz - problem w tym, że ty nie wiesz, co oraz dlaczego tak widzisz. Opowiadasz o swoich wrażeniach, o tym, co jako fizyk stwierdzasz - i oczywiście opisujesz prawdę, niczego więcej nie ma. Ale, powtarzam, to spojrzenie z boku (z zewnątrz), to zobrazowanie jedynie dla ciebie możliwe, ale nie jest ani ostre, ani jednoznaczne. I o to teraz głównie chodzi. I dlatego z uporem (i na różne sposoby) do tego wracam. Zawierasz się w zmianie, jesteś bytem budowanym przez zmianę, doznajesz jej na wszelkie sposoby - ale nie możesz swoim pomiarem wniknąć "do końca" (do dna) w proces, ponieważ elementy tego procesu tworzą twoje poznanie. Musisz odnotować sobie głęboko i poważnie w pamięci, że nie można w rzeczywistości nigdy i niczego dojrzeć w ostrej, ściśle określonej i jednoznacznej postaci - to niemożliwe. - Dlaczego? - Jeszcze raz, co widzisz na ścianie? - Mam powiedzieć, że "plamy", o to ci chodzi? - Plamy, plamy - słowa, słowa. Nie, plamiastość świata w omawianym tu "rzucie" na/w płaszczyznę to oczywistość. Chodzi o "ziarnistość" i "zwiewność" tych plam, tak to określę - oraz o to, co z nich się sumarycznie tworzy... - Nie rozumiem. - Zastanów się, co zawierają poszczególne kadry filmu z wyróżnionym przez ciebie faktem (tu w postaci "atomu"). Co tu jest ważne? Że w ramach jednego kadru jest jakiś rozkład elementów tworzących obiekt. I więcej: jest to skwantowany (i unikatowy) rozkład elementów, taki "odcisk palca" w całości zbioru. Istotne jest tu to rozłożenie. Są elementy, musi być ich rozmieszczenie w czasie-przestrzeni "kadru"; każdy postrzegany przez ciebie fakt (każdy, co by nim nie było), to złożenie. - A co to znaczy, że złożenie? Że jeden element budujący obiekt znajduje się na/w brzegu, że inne elementy są w środku, inne 13
  • 14.
    jeszcze pomiędzy takwyznaczonymi punktami zasadniczymi. A jeszcze kolejne albo do niego się zbliżają i kiedyś tam będą go tworzyły (w jego strukturę wejdą), albo wręcz oddalają się "do nieskończoności" (po pokonaniu licznych i skomplikowanych zakrętów - "przetrawieniu"). Rozumiesz? To nie jest i nie może być ostro i jednoznacznie wyróżniony stan w środowisku - bo to nigdy nie jest ostro zdefiniowane. Coś pozyskuje się do istnienia, coś się traci, a obserwowana konstrukcja to tylko (i aż) dynamicznie zmienny efekt łączny. I dlatego nigdy w pełni i dokładnie do ustalenia. Fizycznie nie ma ostrych granic. - Niech będzie. - Kadr dostępnego dla nas fizycznie filmu, żeby ciągnąć tę analogię, zawiera rozrzucone w przestrzeni (to relacje, łączność "na jednostkę" między elementami zawierającymi się w ramach kadru) oraz czasie (to relacje, łączność "na jednostkę" między kadrami) punkty-stany. Tylko tyle i aż tyle. Zobacz, w ramach jednej chwili elementy czegoś są jakoś rozłożone - każdy z nich pędzi, ale znajdują się wobec siebie w ściśle określonym położeniu. I jeżeli są odległe na jednostkę, to zachodzi między nimi funkcjonalna łączność (nie ma przerwy między nimi i razem budują w twoim pomiarze konkret). I zauważ, to ten rozrzucony "po płaszczyźnie kadru" zbiór jednostek (oraz w tej konkretnej chwili, którą badawczo sobie unieruchomiłeś), jest "kwantem filmu" oddającego rejestrowany fakt. Ale, teraz istotne - mimo że w ramach kadru ustalasz elementy i ich jednoznaczne położenie, to sumaryczny obraz jest nieostry, rozmyty - statystyczny. Widzisz to? ... Co zrozumiałe, w tak prowadzonym eksperymencie znacząco ułatwiliśmy sobie zadanie, mamy tylko kilka elementów, jednak nie można zapominać, że na każdy (nawet najmniejszy fizyczny stan) trzeba ich wprowadzić do obliczeń dużo więcej, przecież fizyczny obiekt to "skondensowany pył nieskończoności", warto mieć tego świadomość. - No... - Rejestruję brak przekonania. Więc jeszcze raz... Spójrz na zestaw kadrów filmu, które uporządkowaliśmy w postaci zbioru, tu w postaci ramek do rzutnika. Taki czasoprzestrzenny prostopadłościan, w którym kadr od kadru jest oddalmy na jednostkę. I wyobraź sobie, że jest na nich "sfotografowany" atom, na przykład atom. Jak będzie wyglądał w twoim zewnętrznym (z boku) ujęciu? - Trochę tu, trochę tam, będzie rozwleczony w czasie. - I przestrzeni, nie zapominaj. Przecież ramka od ramki znajduje się o pewien dystans, to nie tylko jednostka czasu, ale i przestrzeni. Pięknie, o to chodzi. Najważniejsze jest tu to "rozciągnięcie" - że elementy, które w ramach jednego kadru są rozmieszczone po orbitach i są ze sobą powiązane, tak samo w kolejnych kadrach łączą się, są jednostką i zborną w pewnym zakresie "osobowością". Połączyły się w tę jednostkę (tu: atom), trwają w dynamicznej stabilizacji na takim a takim zakresie (kadrów filmu), a następnie zanikają w tle. I teraz zrób takie działanie myślowe: połącz w pionie i poziomie (w ramach jednego kadru - i jednocześnie między kadrami) punkty, które przynależą do wyróżnionego konkretu, co widzisz? Przyporządkowałeś do siebie elementy, przyszpiliłeś w jedność zbiór? - Tak. Skoro to czasoprzestrzenna struktura, to oddaje kolejne etapy 14
  • 15.
    i odmiany faktu.Tylko że obserwuję je jednocześnie. - Otóż to, ustawiłeś się na pozycji obserwatora idealnego, który ma wgląd we wszystkie stadia procesu tworzącego fakt - procesu, którego realnie (fizycznie) nigdy nie ma. Jest przecież tylko stan chwilowy, przypominam. - Ale jest atom. - Nie, złożenie w atom, które rejestrujesz dlatego, że widzisz wolno i z boku - za moment o tym więcej. Widzisz "atom" na zasadzie muchy uwięzionej w bursztynie - w wyodrębnionym w świecie zakresie zmiany energetycznej jest zawarty zbiór elementów, które są wobec siebie (i dla ciebie) w łączności, są związane funkcjonalnie. Zbiegło się na moment w taki stan, zaraz się rozpadnie (powstaje i ginie ciągle). I ty to scalasz w jedność faktu. Ty to scalasz. ... Obecnie ponownie spójrz na obraz na ścianie. Skoro jest to (z)rzut na/w płaszczyznę całego (licznego) zbioru stanów chwilowych, skoro odbija się w tym obrazie wszystko, co w każdej chwili składało się na "atom", co tworzyło go w każdym momencie i punkcie - to co zobaczysz jako wypadkową, łączną, skompresowaną do jednego "faktu" konstrukcję, co zarejestrujesz? - Opiszę to jako "mgłę", "chmurę", "rój" jednostek, które składają się razem w plamę o postaci "elementu". - Robimy postępy. Dobrze. A określenie "chmura" coś ci przypomina, co?... Nie musisz odpowiadać... Kolejne, zauważ, że tych jednostek w ramach poszczególnych "scen" jest dużo, fizycznie ogrom - tylko że realnie nie musi tak być. To nie sprzeczność. - Oczywiście w "stanie chwilowym" (jednym kadrze), o ile opis będzie prowadzony w strefie granicznej, czyli prostej z nieskończoności do nieskończoności, to w tym ujęciu pojedynczy kadr zawiera jednostkę, i koniec. Ale znajdujemy się w ramach zbioru o cechach (wszech)świata, a to oznacza, że "prosta" jest zapętlona, a po drugie tych prostych tworzących jest co najmniej kilka. Czyli w efekcie do jednego "kadru" należy wprowadzić kilka jednostek i nie więcej (więcej wniesie zaburzenia, chaos). - Czy to ma znaczenie? - Tak, ponieważ zmienia obraz, a raczej go "wyostrza". Dlaczego? Bo w miejsce nieprzeliczalnego zbioru elementów, które tworzą "chmurę" na ekranie, mogę wprowadzić kilka jednostek - tyle że w ruchu. Tyle że w znacznie większym pędzie od tego, który mogę w/na swoim poziomie zanotować. Tam się kręci tak, że świst i błysk, a tu foton, atom - czy cokolwiek daje się pomacać; tam, podprogowo, po wielekroć "coś" się z punktu do punktu przesunie, a ja mam stałość gruntu pod nogą i mogę zrobić krok; tam zmiana, tu stabilizacja jako efekt zmiany - tam dynamika, tu konstrukcja w dynamicznym trwaniu... Jestem bytem skomplikowanym, rozbudowanym, rozciągam się w czasie-przestrzeni - ale dlatego jestem takim i dlatego tak postrzegam świat (i siebie), że tam to się tak zmienia; ogarniam swoim spojrzeniem ogrom faktów, ale one dla mnie są jednością (i jednostką); "widzę" w pomiarze (lub wzorem) "chmurę" elektronów, a to tylko złożenie "zdjęć" układające się w "fabułę atomu". Itd. ... - Zazwyczaj film to kilka scen i kilku bohaterów... - Uwaga jak najbardziej na miejscu, idziemy dalej w naszym opisie, 15
  • 16.
    tym razem wformule "sala kinowa". Z jakiego powodu muszę teraz do zobrazowania wprowadzić "otoczenie"? - Rozejrzyj się, jeden świat, jedna reguła, a tu, proszę, mnogość dających się zaobserwować faktów i elementów, "bohaterów" filmu, jak to określiłeś. Widzisz ekran i jego składowe, łączysz je w konstelacje gwiazd czy atomów, robisz to na bazie jakoś ustalonych własności, a dalej operujesz nimi i masz z tego korzyści. Tylko pytanie: dlaczego jest to zbiór, a nie jeden i całościowy "atom"? I tu pojawia się odpowiedź: to jest "atom". - A raczej, że należy do zagadnienia podejść dokładnie tak samo, jak do atomu, wyróżnionej w tle jednostki. Zrozum, nie ma znaczenia, czy opisujesz fakt czy zbiór faktów, na/w ekranie, na/w "płaszczyźnie wielowymiarowej" - która to abstrakcja symbolizuje dla nas rzeczywistość - w takim zakresie nie jest ważne, czy "prześwietlasz" jeden atom, czy "atom"-świat, zasada działania (tu: "przepuszczania strumienia światła") jest dokładanie ta sama - i efekty są te same. Skala inna, zgoda, ale mechanika eksperymentu ta sama. - Bo świat jest jeden i całościowy, o to chodzi? - Nie, ale jeżeli tak to zrozumiałeś, niech będzie. "Wszechświat" w twoim ujęciu jest rzeczywiście jeden i jedyny (i nieskończony), więc możesz tak do tego podejść, logicznie zresztą to poprawne, tylko że odnosi się do Kosmosu, ale to drobnostka. Skoro to jeden mechanizm zmiany, to nie ma znaczenia, czy bierzesz do analizy fragment, czy całość, podejście jest takie same i wyniki również. Nie, istotą jest tu tożsamość obrazów, brak różnic w konstruowanym obrazie zmiany jest sprawą zasadniczą. Czy będziesz analizował atom w ramach wszechświata, czy wszechświat w ramach Kosmosu (więc jako "atom" w nieskończoności-wieczności), metoda postępowania jest taka sama - właśnie jako "rzutowanie" na/w płaszczyznę "obrazu" (faktu), jako zsumowanie (się) elementów w "chmurę" czegoś fizycznego. I ta chmura stanów (suma położeń jednostek tworzących) jest i elementem świata, i światem, i tobą - rozumiesz? Poszczególne kadry z Fizycznie dziejącego się filmu odbierasz jako ciągłość i jedność fabuły (w jakimś zakresie) - ale logicznie musisz to podzielić na sceny i poszczególne ujęcia. Podzielić po to, żeby ustalić w tym rytm (załapać sens i odczytać przekaz) - a następnie, już zrozumiawszy tok zachodzenia, ponownie zebrać w jedność i puścić w ruch. - Choć tym razem oczywiście już na prawach autorskich, jako intelektualną (reżyserską) własność. - Kolejny raz jako rzutnik i ekran? - Na nieco innej, rozszerzonej zasadzie. Wcześniej, dla "atomu", nie musiałem wprowadzać zależności liczbowych, wystarczyła opowieść - i akcja z momentami rozwijała się pięknie. Na pewnym poziomie to już nie wystarczy, słowa i podobne abstrakcje muszą ustąpić zależnościom policzalnym, chodzi przecież o przewidywalność oraz powtarzalność, to warunek zrozumienia i wykorzystania. Nie, nie zamierzam zanudzać cię w tej chwili matematyką, nie ma to większego sensu, aczkolwiek to prosta matematyka. W tej rozmowie i w tu zastosowanej stylistyce warto jedynie podkreślić, że działanie takie jest jak najbardziej możliwe - bo że konieczne, tego nie muszę przecież podnosić. Powiedzieć natomiast warto, że przechodząc do opisu "sali kinowej", 16
  • 17.
    stosując tę analogię,trzeba wymienić jako fakt ważny - zasadniczy nawet - jej zmatematyzowaną regularność. Tak, sala kinowa, w której wyświetlany jest film z/o naszej rzeczywistości (a też z nami jako postaciami /czasami jako statystami, czasem coś więcej/) - ta "sala kinowa" to ani losowo obsadzone "rzędy" (orbity), ani też na zawsze skryta w ciemności podszewka świata; rzeczywistość to nie statystyka poganiana chaosem, ale regularność i reguła... Jeszcze raz konieczna w tym punkcie uwaga: "sala kinowa" to tylko i wyłącznie abstrakcja, pomoc w zrozumieniu rzeczywistości. Ponieważ doskonale wiem, jaką moc mają abstrakcje, którymi się operuje, jak potrafią nieszczęśnika zamknąć w objęciach i zniewolić, jak narzucają się z siłą, aż byt traktuje je za fakty - dlatego również zaznaczam z mocą, że to abstrakcja. Jeżeli nie ma się świadomości, że to znak zmiany i pomoc w jej zrozumieniu, jeżeli traktuje się za "prawdę" (z małej lub wielkiej litery), to później ów znak wiekami utwardza się, pęta i utrudnia pokonanie zakrętu... Nie, prowadzony tu opis to logiczna (i tylko logiczna) konstrukcja, która ma rozsupłać węzeł "płaszczyzny wielowymiarowej", realnie jest energetyczna zmiana, a modelowanie ma wspomóc jej zrozumienie. - To przecież oczywiste. - Oby. - W jaki sposób wyobrażać sobie taką "salę"? Nawiążę do tego ujęcia sprzed chwili, że aby poznać atom w jego rozkładzie, trzeba było wyznaczyć stany chwilowe, unieruchomić je oraz zanotować jako "kadry filmu", a następnie zestawić w kolejności i powiązaniu (czyli na jednostkę). A dalej poprzez tak skompresowany zbiór przepuszczałem strumień światła... Przypominam to dlatego, że znaczenie ma tu i wytworzony obraz na/w ekranie - owa "chmura", nieostry obraz kolejnych położeń elementów tworzących fakt - i istotne jest to, że poszczególne kadry ułożone są wobec siebie następczo (są "znumerowane" w prostą). W przypadku atomu, czyli w zakresie małej skali zjawisk (podatomowej drobnicy), można było pominąć w opisie sprawę zdefiniowania takiego rozkładu, bowiem, jak powiedziałem, obraz narzuca się samoistnie, tu wszystko widać i nie wymaga rozbudowanego tłumaczenia. Co innego w przypadku świata (o cechach "wszechświata"), wzmiankowana następczość ma duże znaczenie, wręcz fundamentalne. Dlaczego? Rozejrzyj się, czy w dowolny sposób spenetrowana okolica to płaszczyzna? Nie, jest horyzont. I wyprowadzasz z tego wniosek: jest zakrzywienie w sferę. A skoro tu, to wszędzie. - Wniosek spoza, wykraczasz poza fizykę. - Ależ naturalnie, cały czas to robię. A i ciebie wszelkim sposobem staram się przekonać, że to jedyna droga poznania. Że niedostępna dla fizyka, prawda, ale fizyk też człowiek, może pofilozofować, zakazu nie ma. Tak, staję przed "ekranem" i ustawiam się na zewnątrz toczącej się zmiany, obserwuję scena po scenie film, notuję rozłożenie elementów w pamięci - i wyciągam wnioski. A dlatego tak czynię, ponieważ nie ma innego sposobu. Eksperyment fizyczny jest jedynie dostępnym dla mnie działaniem, ale to "spojrzenie z boku" (logiczne, filozoficzne) jest jedynym, które pozwala zrozumieć. A po drugie - co jest ważkim argumentem - lokalnie notowany schemat zmiany, w tym przypadku objawiający się horyzontem i zakrzywieniem, to nie może być sprzeczne w odniesieniu do całości. Nie może. Fakt 17
  • 18.
    lokalny nie możeskładać się z odrębnych (odmiennych) wobec całości stanów, ponieważ takie "odchyłki" nie mogą zaistnieć. Powód? Wnoszą chaos w strukturę. A targana sprzecznościami konstrukcja musi się na elementy składowe rozpaść... Chcę jedynie powiedzieć, że "ekran" w sali kinowej to płaszczyzna, skompresowana, zsumowana - złączona z wielu (niepoliczalnie wielu) warstw i stanów chwilowych jedność, to nasza rzeczywistość. A sama sala robi tutaj za model tej rzeczywistości - fizycznie widać płaski ekran, a logicznie to wielowymiarowa konstrukcja, która rozciąga się wszechkierunkowo i jest sferą. - Tak, "sala" to wycinek sfery, coś, co dla nas ma kształt prostopadłościanu (czy podobnie), to fragment większej całości. Ale choć to fragment, pozwala zrozumieć. Zapewne powiesz w tym momencie, że są amfiteatry, że odnoszenie się do ciemnicy kinowej jest niepotrzebnym uproszczeniem - zgoda, tylko pełne odwzorowanie musi zawierać wszechkierunkowość, a my budowli o takich cechach nie potrafimy wznieść. I pozostaje sala. Owszem, są konstrukcje zwane "amfiteatrem", to krok dalej w opisie, możesz sobie tak wyobrażać, ale z dodaniem działania z każdej strony - z każdego kierunku. Ponieważ rozłożenie "rzędów" w tym maksymalnym modelu jest takie, że otaczają "ekran" z każdej strony. I otaczają szczelnie, tworzą - co życiowo istotne - barierę przed kontaktem z destrukcyjną nicością. Otaczają sferycznie ekran i fizycznie w nim zawartego obserwatora (a logicznie przed nim), otaczają jak orbity planetarne, jak orbity elektronowe - jak dowolne orbity (czy w innym nazwaniu powłoki; modelem jest tu astrolabium). W naszym ograniczonym zakresie muszę to prezentować jako ułożenie początek-środek-koniec, góra-dół, albo pion-poziom, albo jeszcze jakoś inaczej. Tylko że te dookreślenia, dla mnie konieczne, są próbą-sposobem na oddanie zmiany i jej wszechkierunkowego działania. To sfera. Zawsze sfera. - To takie istotne? - W przywoływanym tu opisie "sali" nie, ale w opisie świata bardzo, bez tego zobrazowania niczego nie zrozumiesz. Ważne w takim modelu (budynku czy sfery) jest to, że poszczególne "rzędy" zawierają taką samą liczbę miejsc, ale zasiedlają je fakty o różniej zawartości (o różnych "gabarytach"). Z tym dodatkiem, że są względem siebie w ściśle określonych proporcjach, tu nie ma - i to na żadnym poziomie - wartości przypadkowych, pamiętaj o tym. To znaczy, że - idąc od "ekranu" w górę - mam takie ułożenie rzędów i osobników (widzów-uczestników), że na dole są małe i szybkozmienne elementy (drobiazg dziecięcy), w środku, jak to w środku, lokują się najlepiej dopasowane do świata (w jego tu-i-teraz) - a na samej górze, w rejonach skrajnych, wielkie, zasobne w energię, szerokie w każdym kierunku byty (ale przez to już powolne)... I ciemność, w "sali", poza ekranem, jest ciemno - ekran to jedyne w tym obrazie miejsce, w/na którym coś się dzieje. Podkreślam to tak mocno dlatego, żeby uzmysłowić wyjątkowość zakresu-miejsca-chwili, którą tu sobie definiujemy jako "ekran". Nie ma niczego poza, jest wyłącznie ten szalenie skromny w czasie-i-przestrzeni płaski ekran - to nasze miejsce w nieskończoności. I jeszcze więcej, ten ekran, wspomniane czas oraz przestrzeń, to w każdym rozumieniu złożenie, co najmniej dwie warstwy, dwa chwilowe stany ("punktochwile"). "Coś" przemieściło się z punktu do punktu, a w naszej obserwacji to jednostka, najmniejsze tyknięcie świata - 18
  • 19.
    nie ma fizycznieniczego mniejszego. W fundamencie jest jednostka w ruchu, ale takie ustalenie może już wnieść tylko Fizyka (logika), w naszej obserwacji i doznaniach tylko złożenie... Dalej, ponieważ zazwyczaj wyobrażam sobie taką salę i ekran poprzez odniesienie do mapy pogodowej - znasz to, pokrzywione w najróżniejszy sposób linie, gęściej lub rzadziej rozmieszczone, z centrum, w którym zaznaczano wartość maksymalną ciśnienia, a tych wirów na mapie jest kilka lub więcej. Dlatego, żeby to oddać w dynamice i wielkościach, przypisuję do poszczególnych rzędów i rozmieszczonych krzeseł źródło światła, fizycznie w postaci mniejszej albo większej latarki - im dalej od ekranu, tym silniejsze źródło sygnału. Ale, przyznaję, ten sam efekt, czyli "zaplamiony ekran" i zmianę w nim, można uzyskać w taki sposób - i będzie to nawiązanie do naszej dzisiejszej rozmowy - że jest jedno źródło światła (od razu narzuca się określenie "projektor"), które wysyła (tu: rzutuje) na/w ekran strumień kwantów poprzez zasiadających (poprzez rzędy i elementy w rzędach). I tak "prześwietlony" zestaw odbija się w swoim zbiorczym rozkładzie czasoprzestrzennym na/w płaskiej materii ekranu. Projektor, co zrozumiałe, jest w ruchu ("wszystko płynie"). A jeżeli dodasz do tego jeszcze również konieczny ruch poszczególnych powłok energetycznych (bo nic nie stoi w miejscu, wszystko się kręci, nawet abstrakcja), jeżeli uwzględnisz rotację ekranu-świata i obserwatora - to wypadkowa w postaci rozmieszczenia, powstawania oraz zanikania elementów na/w ekranie - to tak skonstruowany obraz będzie w miarę oddaniem tego, co jako fizyk obserwujesz w otoczeniu. "Plamy" na/w ekranie to cień "sali". - Nieco skomplikowane. - Wiem, acz bliższe prawdy. Tylko sygnalizuję, że tak należy zmianę prezentować, dodatkowo jeszcze z wartościami liczbowymi. Jednak tu ograniczę się do pierwszego sposobu, bo wydaje się prostszy. Mam w ręku latarkę i w ciemności puszczam "zajączki" na ekran - proste i sympatyczne. - Chyba nie powiesz, że to wystarczy. - Ty na pewno mnie słuchasz? Powiedziałem, że drugi sposób jest tym pełniejszym, pozwala zmianę policzyć. Nie podaję gotowego i pełnego przepisu objaśniającego, tutejsze to opowieść wprowadzająca, to ujęte w słowa i obrazy działanie pozwalające zrozumieć zmianę. Tylko tyle. To propozycja, moja i autorska, każdy musi wypracować własną. - Rozumiem. - Okoliczność eksperymentalna wygląda tak, że jest obiekt z ekranem, są przemieszczające się na/w nim plamy światła, duże i małe, szybkie i wolne, kręcą się w jedną lub drugą stronę, wyłaniają się punktowo lub na dużym obszarze, trajektoria ich ruchu biegnie raz z lewej na prawą stronę lub odwrotnie - pojawiają się niespodziewanie i znikają w trudny do precyzyjnego ustalenia sposób. Kiedy próbujesz policzyć zależności, znaleźć regułę obserwowanego zjawiska, szybko dochodzisz do wniosku, że to niemożliwe. Na dzień, na dwa jeszcze udaje się to przeprowadzić, jednak dalsze to już "trzepot motyla". Mimo wszystko czujesz (i jesteś o tym przekonany), że za rejestrowaną na ekranie mozaiką plam jest głębszy seans, że jest reguła. Dlaczego? Ponieważ czysta losowość wyklucza jakikolwiek ład i treść, zwłaszcza w długiej skali zjawisk. A ty, choć tak mgnieniowy w stosunku do badanego, w zmianie istniejesz przez tyle "tyknięć", żeby wyprowadzić wniosek o 19
  • 20.
    głębokim (acz skrytym)rytmie. Powiesz na to w swoim stylu, że przecież ustalasz rozmycie na fali i że statystycznie obsadzasz orbity podatomowe, że nawet postulujesz nieoznaczoność zakresu podprogowego, itd. Ale jest problem, sam to dostrzegasz. Bo w tym ujęciu, które dziś postulujesz, które mocno i z uporem narzucasz innym, w tym jest głębokie pęknięcie i podział na tutejsze, duże i skomplikowane, i te drobne, tak rozedrgane, że aż sam w przypływie zwątpienia (czy realizmu) głosisz, że trzeba liczyć i nie zastanawiać się. Widzisz w tym tajemnicę, a poniektórzy nawet wielką tajemnicę. Wszystko to doskonale znasz... A jak wygląda prawda? Sala skryta w absolutnej ciemności, wiedza o tym, że jest dopełnieniem do obserwowanego znikoma, co najwyżej tacy jacyś o tym pokątnie wspominają (bo inaczej tutejsze trudno w pełni wyjaśnić)... I jest w tej sali obserwator, stoi przed płaszczyzną, która oznacza dla niego cały świat. I pojawia się element w dostępnym mu zakresie (tu: widzialnym). Wędruje po/w ekranie, jest w rotacji, zmienia położenie bez powodu lub na skutek działania podobnych bytów. I po jakimś czasie znika gdzieś w strefie brzegowej. Co istotne, to zawsze są wiry energetyczne, różne wielkością, mają inne tempo ruchu i siłę działania, ale to wir w płaskim tle. Wielkie fakty, rzutowane na/w ekran z ostatnich rzędów (przez silne źródła, reflektory), one przemieszczają się wolno, jednak działają z takim natężeniem, że potrafią stłumić inne (po prostu przyćmić, zagłuszyć). Natomiast te drobne, te skaczą po/w rzeczywistości ekranu, wgryzają się w większe, podszczypują, a bywa, że zbierają się większe twory i potrafią się zaznaczyć... Wystarczy, nadmiar jest wrogiem przejrzystości. Ale jeszcze jeden, i to bardzo (bardzo!) istotny element opisu musi paść w tym momencie (a dotyczy wielkich oraz ogromnych "plam" na/w ekranie): to proces skwantowany. - Przecież każdy takim jest. - Pięknie, cieszę się, że już to zaakceptowałeś. Dlatego podkreślam tak mocno ten fakt, dlatego notuję to w osobnym akapicie rozmowy, że warunkuje zrozumienie, to fundamentalnie ważna sprawa. Owszem, każdy proces jest zero-jedynkowy, zwłaszcza fizyczny. Co nie weźmiesz do eksperymentu, to jest skwantowaną zmianą - najmniejsze poznawalne to złożenie. - Problem tylko w tym, widzisz, że o ile drobiazg gdzieś tam na dole traktujesz jako strukturę porcjowaną, i jest to w twoim spojrzeniu naturalny fakt - o tyle, zauważ i doceń (i zrozum), tego skwantowanego podejścia nie stosujesz, nie uwzględniasz dla faktów dużych, a już zwłaszcza dla bardzo dużych. - Jaśniej. - Zobacz, siedzisz w ostatnim rzędzie, kierujesz na ekran strumień światła z olbrzymiego reflektora, to zaznacza się intensywnie na/w płaszczyźnie (jako wieki wyż czy niż) - i teraz zastanów się: co i jak się dzieje? Czym jest ten strumień energii? - Naciskiem na rzeczywistość, a więc deformuje ją. - Poprawny wniosek, ale nie to miałem na myśli. Deformuje i naciska, jak najbardziej, to obserwujesz w każdym takim działaniu. - Nie, tu istotne jest to, że ten strumień światła jest zbudowany z porcji, z kwantów - ze stanów chwilowych z ich wewnętrznym rozkładem. - Przecież to banał. 20
  • 21.
    - Tak? Auwzględniłeś w swoim obrazie, podobno tak banalnym, że ten skwantowany strumień zdarzeń zaczął się, na przykład, kiedy szły z kierunku w inny dinozaury - albo jeszcze starsze egzemplarze fauny czy flory, co? Widzisz ten początek gdzieś tam i koniec gdzieś oraz kiedyś? Dostrzegasz, że to, co dla ciebie jest całością w postaci a to wyżu, a to niżu (góry czy doliny), że to tylko fragment z dużego zjawiska, którego ani ty, ani nikt inny w całości nie widział i nie zobaczy? A dlatego tego nie zobaczy, bo to nigdy nie istnieje w tej łącznej postaci. Uświadamiasz sobie, że twoja obserwacja to jedynie kwant po kwancie oglądany film, ale zawsze tylko na "szerokość" tego kwantu, nie więcej?... Owszem, to ma cechy łączne, to jest jeden fakt - tyle tylko, zauważ, że rozwleczony poprzez czas i przestrzeń, on realizuje-dzieje się po kawałku. I dla ciebie tylko ten kawałek (kwant) jest dostępny. - Może. - Tak jest, mój drogi - tak wygląda to, co rejestrujesz. Zresztą to dotyczy każdego przypadku, tylko dla wielkich elementów świata jest tak istotne. Twoje poznanie to "od tego do tego" - zawsze w granicach. Jest fakt, badasz go - kiedy znika (kończy się), twoje badanie zamiera. Bo jak badać brak elementu? Nie można. Ale w takim podejściu, a innego nie może być fizycznie, ginie ustalenie (ono nigdy nie zaistnieje), że owszem, badanie się skończyło i że chwilowo nie ma dalszego, ale za moment będzie, bo badane tylko przechodzi przez etap ciemny, poniżej progu; że to przerwa (punkt zerowy) jednego zjawiska... Dla ciebie - przemyśl to - takie podejście nie istnieje. Ciąg dalszy faktu, kiedy znajdzie się ponownie w polu obserwacji, traktujesz za nowość - i badasz od początku, i kwantujesz tak proces, i giniesz w domysłach. Bo nie masz jak tego scalić w jedność funkcjonalną. Jak coś małego, taki drobiazg atomowy czy podatomowy, tu sprawa dla ciebie prosta: samo się scala w jednostkę i zawsze w obserwacji jest jednostką (bowiem rozpad-łącznie przebiega tak szybko, że przerwy nie notujesz). Natomiast wielkie "atomowe" konstrukcje (całe światy), tu odwrotnie, widzisz od środka i kawałek za kawałkiem - a w efekcie pokawałkowane. I są skutki. - Jakie? - Jeszcze raz rzuć okiem na ekran, w jaki sposób to opisujesz, jak w swoim zestawie fizycznych ustaleń to definiujesz? Chaos, może nie aż zupełny, ale jednak chaos. "Ekran", przypominam, to wielokrotne (wielowymiarowe) złożenie, to zsumowane rzutowanie poprzez "rzędy" i fakty - widzisz chmurę i cień, ale nie konkret. Owszem, traktujesz cień za konkret, bo niczego więcej nie ma, ale przecież masz pełną świadomość, że to złożenie i "statystyczna chmura" lokalizacji oraz stanów - może to fakt, a może tylko matematyczna formułka. Ponieważ widać wszystko łącznie, odszukanie w tym sensu jest trudne, a wręcz niemożliwe, fizycznie niemożliwe. Bo jak? W twoim spojrzeniu nie ma podziału na rzędy, elementy w rzędach - nie ma skali. Jest równość każdego elementu. Czy w tych warunkach możesz ustalić ład reguły? No nie, z trudem w plamach dojrzysz związek w skali godzin lub dni, ale nie tysiącleci - chmura prawdopodobieństwa w twoim ujęciu jest skali kosmicznej, a w czymś takim zagubienie się jest gwarantowane. Tak na wieczność zagubienie... - A abstrakcja "sali kinowej" i "filmu" pozwala to poznać? 21
  • 22.
    - Tak. Ito do dna, do końca. Dlatego, że kiedy już wiesz, jak taka sala wygląda, kiedy znasz jej rozkład i matematyczny schemat, możesz na tej podstawie przypisać do obserwowanego fizycznego "cienia" jego źródło. Niby obraz jest doskonale ten sam, innego nie będzie, tylko twoja sytuacja uległa dramatycznej odmianie. O ile wcześniej, przed poznaniem sali, pozostawałeś w ciemności (i niewiedzy), o tyle teraz (choć nadal w ciemności się gnieździsz), to już wiesz... Wiesz, że ten plamiasty wir na/w ekranie to efekt takiego a takiego złożenia elementów i będzie istniał od tego punktu do tego momentu. Fizycznie na zawsze pozostając w wąziutkim przedziale zmiany, logicznie widzisz każdy szczegół - fizycznie oglądasz kawałeczek (kwant) płaszczyzny, logicznie nieskończoność ci niestraszna. Rozumiesz? ... Ale sprawa, widzisz, jest jeszcze bardziej splątana, zaprezentowane ujęcie ma skutki na wielu poziomach. W czym rzecz? Owszem, złożenie "kadrów" filmu w zborną fabułę jest metodą na zrozumienie zależności w tworzeniu się faktów (materii, świata jako takiego). Ale złożenie, a raczej konstatacja, że to tak fizycznie wygląda oraz logiczne jej podzielenie na "stany chwilowe" i oddalenie od siebie, to pozwala na ustalenie reguły tworzenia się wszystkiego... Tylko że jest jeszcze druga strona tego medalu: widok istniejącego wokół... Spójrz w dal. Co notujesz? Galaktyki, mrowie konstelacji gwiezdnych, struktury większe i coraz większe. Które, przyjrzyj się i skojarz, są rozmieszczone dokładnie tak samo, jak sieć połączeń w tym, co nam pozwala to podobieństwo ustalić. - I pytanie: czy tego jest aż tak wiele, czy to zafałszowany obraz? Zafałszowany naszą (w tu i teraz zawartą) pozycją obserwacyjną. Czy widzimy (wszech)świat takim, jakim jest, czy zdeformowany? - Jaka odpowiedź? - Że zdeformowany, to przecież oczywiste, już to wiesz. Tylko że w tym przypadku nie chodzi ani o skończoną (graniczną) wartość zmiany i przenoszonych sygnałów, ani o to, że na każdym etapie naszego się po świecie szwendania inaczej (z inną ostrością) odbieramy zjawiska, ani o to, że stosowane przez nas przyrządy mierzą świat dla siebie i musimy to tłumaczyć "na nasze". Nie, sprawa w czym innym, i wiąże się ściśle z prezentowanym tu zobrazowaniem. "Sala kinowa", tak to określiłem, symbolizuje wielowymiarowe złożenie faktu (dowolnego elementu świata i świata jako takiego), złożenie, które obserwator - dla zrozumienia - musi "rozsunąć" w jego stanach chwilowych, następnie poszczególne i "zamrożone" (unieruchomione) w zmianie "kadry" rozpoznać w rozłożeniu tworzących je elementów - aby na koniec ponownie je złożyć w jedność, ale już z wiedzą, jak i co się dzieje na/w każdym etapie... Tylko że, sam to dostrzegasz, "sala kinowa", w której trwa seans, to świat w jego dla nas dostępnych "scenach" ("ujęciach"). A ponieważ sygnały są powolne w przemieszczaniu się (i skwantowane), ponieważ w naszej obserwacji dostępne są tym samym liczne (prawie wszystkie) w filmie dziejące się sceny odnoszące się do gwiazd (i są jednocześnie dostępne) - to zachodzi taka sytuacja (druga z możliwych), że widzimy więcej niż potrzeba. I to skutecznie "deformuje" obraz... Nie traktuj określenia "więcej niż potrzeba" w sposób dogmatyczny, chodzi o wyrazistość wypowiedzi, chcę jedynie zasygnalizować ważne skutki takiej obserwacji. 22
  • 23.
    - Jakie? - Oile w przypadku małych elementów rzeczywistości, na skutek naszej powolnej obserwacji i rozciągnięcia jej na wielkie dystanse (wielkie wobec postrzeganego faktu) - o ile tu widzimy "całość" faktu i on w naszej obserwacji jest "zamknięty" w jednostkę (szybka zmiana jest dla nas stałością; mnogie "kadry filmu" są kamieniem, atomem, moim ciałem, itp.) - o tyle w sytuacji drugiej, kiedy analizujemy duże i wielkie, a nawet (wszech)światowe obiekty, tu ma miejsce odmienny sposób rejestracji: widzimy po kawałku. Jak ci tłumaczyłem przed chwilą, widzimy "wyż" albo "górę", jednak nie mamy świadomości, że kwant tego wyżu zrealizował się dawno temu, dziś jest kolejny kawałek, a za ileś tam wieków będzie następny. A kiedy obserwujemy skrajnie wielkie fakty, zauważ, tu sytuacja robi się zupełnie kłopotliwa. Dlaczego? Ponieważ nie kawałek z całości w twoim polu obserwacyjnym się znajduje, ale kawałek z kawałka. Nawet więcej, być może jest to któryś tam kawałek z kawałka. Z czego to wynika? Bo zmiana jest skwantowana. Na samym dole lokuje się jednostka czegoś w ruchu, przemieści się, a rezultatem jest to, co mierzysz. Zmiana na każdym poziomie musi dokonywać się jednostkami najmniejszymi z najmniejszych, jednak dopiero suma takich jednostek składa się w to, co widzimy, co badamy - czym jesteśmy... I teraz, jeżeli spoglądamy "w górę" ("sali"), to oczywiście widzimy te kwanty (sceny) "pokawałkowane", widzimy część z całości. Ale tu wchodzi do gry zaskakująca dla nas, a też mocno gmatwająca pomiar okoliczność: skończona wartość przenoszenia sygnału. Oczywiście nie ma to żadnego znaczenia, kiedy mierzymy odległość do budynku sąsiada czy pobliskiej wioski, ale kiedy rozpoznać trzeba wielkie i bardzo wielkie zakresy - cóż, tu już sprawa robi się problematyczna. Bo tu w zakres pomiaru (postrzegania), na skutek nakładania się "zdjęć", wchodzi wszystko - aktualne, dawne, a nawet przyszłe (już istnieje, ale dopiero zza horyzontu się wyłoni). Czyli widać wszystkie etapy zmiany, i to łącznie - w "prześwietleniu" przez rzeczywistość widać "kadry" filmu jednocześnie. I tym samym widać "chmurę" zaistnień w/na naszym płaskim ekranie - chmurę, w której trudno się rozeznać. Czyli, o ile w przypadku małych obiektów obserwator musi kadry filmu oddalać od siebie, o tyle tutaj musi je zbliżyć - zrozumienie zjawisk i ich łączności ze sobą wymaga scalenia (skompresowania). Przecież te wszelkie galaktyki i gwiazdy zaistniały, ciągle się przekształcają i ciągle są w ruchu - ale to są te same obiekty (a my w tej chwili je widzimy w określonym punkcie). Widzimy "atom galaktyczny", nawet już widzimy tworzące go "elektrony" i "chmurę" - ale widzimy oderwany od innych i samodzielny punkt, a to fałsz. To błąd obserwacyjny, który nadaje "kawałkowi" ("kadrowi filmu") cechy odrębności, kiedy za nim ciągnie się wielowymiarowa legenda (historia przekształceń). Jeżeli tej opowieści nie zbudujemy, jeżeli nie połączymy punktów w jedność i zależności (a to zadanie obserwatora, tylko jego), to w oglądzie będą dominowały punkty - chaotycznie rozrzucone fakty, które coś ze sobą łączy. Ale co i jak, ech... Widzimy "obraz" oraz jego "plamy", ale czy on jest piękny, czy ma w sobie głęboką historię (sens), to musi ocenić obserwator. Ocenić na podbudowie tego, czego się wcześniej nauczył sczytując "literki" i inne znaczki ze świata. Piękno rzeczywistości jest w obserwatorze, tylko w nas. 23
  • 24.
    ... - Wniosek jesttaki: "płaszczyzna poznania" to konieczność, dobrze to wyraziłem? - Mamy przed sobą (oraz w sobie) wielowymiarową płaszczyznę, w taki sposób zdefiniowany świat to nie abstrakcja, to nie literackie, dla zrozumienia wyprodukowane ujęcie - to konkret. Rzeczywistość, w taki sposób określany przez nas zbiór kwantowych jednostek, to "płaski", na cztery wymiary rozciągający się zakres energetycznej kipieli, nic więcej. Nie ma żadnych innych wymiarów, one nie są gdzieś ukryte lub inaczej niedostępne. Ich nie ma. Jednak, i to trzeba podkreślić, wszelkie ustalane wielowymiarowości świata, te produkowane (za wzorami) ujęcia - tak, one są poprawne, oddają (opisują) zmianę w toku przekształceń. Ale opisują ją nam i w naszym zbiorze pojęć - to my nanosimy na pozornie chaotyczny tok zjawisk rytm i ustalamy regułę - to my te "wymiary" widzimy i jest to konieczność poznawcza, ale już "spoza" zmiany, ustawiamy się na pozycji zewnętrznego obserwatora, porządkujemy strumień elementów i widzimy ład w chaosie. Że proces nic o tym nie wie? A co to ma za znaczenie, chodzi o nas. Tylko o nas. cdn. Janusz Łozowski copyright © 2017 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-944295-2-2 ja.lozowski@gmail.com 24