Successfully reported this slideshow.
We use your LinkedIn profile and activity data to personalize ads and to show you more relevant ads. You can change your ad preferences anytime.

Ogien w Kościele

2,207 views

Published on

Pierwsza sesja apologetyczna w Ziębicach

Published in: Spiritual
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

Ogien w Kościele

  1. 1. 2
  2. 2. Ks. Andrzej Siemieniewski Ogień w Kościele Pierwsza Sesja Apologetyczna Ziębice 24-26 sierpnia 2001 r. Tęsknota za jednym widzialnym Kościołem – ekumenizm mniej lub bardziej skuteczny Katolicki Serwis Apologetyczny Wrocław 2001 3
  3. 3. Redakcja: JACEK JURECZKO Korekta: ALEKSANDRA KOWAL Grafika: JACEK SCHMIDT 4
  4. 4. WPROWADZENIE OGIEŃ W KOMINKU CZY OGNISKO W SALONIE? 5
  5. 5. Zdarza nam się niekiedy zwiedzać wielkie gmaszysko, które w dawnych wiekach służyło za siedzibę bogatego rodu. Z tamtych właśnie czasów pochodzą w szacownej budowli piękne salony z bogato zdobionymi kominkami. W jesienne wieczory, gdy zimne wiatry sprawią, że salony stają się mocno wychłodzone, niejednemu przychodzi na myśl wizja płomieni wesoło migoczących w głębi kominka. Jakże rozgrzałyby wyziębione wnętrze, ileż ciepła i światła wniosłyby w życie mieszkańców tych sal! Co by się jednak stało, gdyby ktoś − zamiast trudzić się nad rozpalaniem ognia w przeznaczonym na to miejscu − zgromadził na dywanie na środku salonu kilka zabytkowych foteli, dorzucił ze dwa wyściełane krzesła, do tego dołączył parę obrazów zdjętych ze ścian – i w ten sposób przystąpił do ogrzewania wyziębionej sali?… Przez kilka godzin można by cieszyć się sukcesem: na pewno zrobiłoby się trochę cieplej i wieczór upłynąłby nieco milej. Dopiero przebudzenie następnego dnia przyniosłoby zupełnie inne wrażenie. Spojrzenie wokół ujawniłoby smętny stan salonu: po zabytkowych fotelach zostało kilka gwoździ, obrazy z dawnych epok zamieniły się w stertę popiołu, w dywanie na środku zieje wielka dziura. A i ogień jakoś szybko zniknął, i − jak się zdaje − w salonie znowu jakby wieje chłodem. Na pewno wtedy pojawiłoby się pytanie: czy podniesienie temperatury wychłodzonego pomieszczenia takim kosztem na pewno jest zgodne z zamiarami właściciela domu? Czy nie lepiej było na początku rozejrzeć się za miejscem przewidzianym dla płomieni przez konstruktora gmachu? Czy nie lepiej było najpierw znaleźć w salonie kominek? Pojawiłaby się też refleksja: popiół i zgliszcza to nie wina płomieni ani nie wina budowniczego salonu… Podobnie może być w salonie domu Bożego. „Każdy bowiem dom jest przez kogoś zbudowany, a Tym, który zbudował wszystko, jest Bóg” (Hbr 3, 4). Kościół Boży jest takim właśnie gmachem mającym już dwa tysiące lat: „Chrystus, jako Syn [jest] nad swoim domem. Jego domem my jesteśmy” (Hbr 3, 6). Nie brak w Bożym domu salonów przygasłej już nieco wiary, zziębniętych od dawna serc, wychłodzonych pomieszczeń. Nie brak tęsknych spojrzeń szukających migoczących płomieni żywego działania Boga pośród swojego ludu. Mamy przecież zapewnienia Jezusa, które nigdy nie przeminą: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął.” (Łk 12, 49); „Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy go proszą” (Łk 11, 13). Może się zdarzyć, że ktoś słyszy te zapewnienie Jezusa: „przyszedłem ogień rzucić na ziemię” (Łk 12, 49), ale zamiast rozpalać ognisko w kominku, aby grzało wszystkich obecnych zgodnie z planami Bożego Konstruktora, rzuca hasło do rozpalenia ogniska na dywanie na środku salonu Kościoła. Wszystko jedno jakim kosztem, obojętnie, co się przy tym niszczy, jak depcze się przywiązanie do tradycyjnych prawd wiary, do parafii, do katolickich pasterzy. Płoną w takim ognisku meble Tradycji i mądrość Ojców Kościoła, wrzuca się do ognia cenne obrazy liturgii i tradycyjnych form modlitwy, w imię zasady: wszystko wolno, gdy szuka się duchowego rozgrzania i gdy nagrodą ma być duchowy power. Dziki ogień zostawia po 6
  6. 6. sobie znacznie mniej jedności, mniej pokoju i mniej duchowego zbudowania, niż było przed nim. Popiół i zgliszcza to nie wina płomieni ani nie wina budowniczego Bożego salonu. Duch Święty naprawdę jest ogniem i charyzmaty rzeczywiście są darem Ojca. Jezus prawdziwie aż do dziś gorąco pragnie, aby płomień zajaśniał. Ale ten sam Bóg jest też Konstruktorem domu Bożego. Wyznaczył stosowne miejsce dla ognia. Pierwszy List do Koryntian jest takim konstruktorskim projektem zostawionym nam przez budowniczego: „Ustanowił Bóg w Kościele najprzód apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, a następnie tych, co mają dar czynienia cudów, wspierania pomocą, rządzenia oraz przemawiania rozmaitymi językami” (1 Kor 12, 28). Jest w salonie Kościoła budowanego według Biblii centralne miejsce na apostolską posługę biskupów, jest miejsce na korekty płynące z nauczycielskiego urzędu, jest miejsce dla tych, którym powierzył Bóg dar zarządzania ludem Bożym, pasterzowania i przełożeństwa (por Hbr 13, 17). W takim salonie Kościoła katolickiego jest też kominek. Jeśli w nim zaczniemy oczekiwać płomieni Ducha Świętego, światło i ciepło będą się rozchodzić wokół – nie tylko przez kilka godzin pewnego wieczoru pełnego ekstatycznej atmosfery, ale starczy nam tych Bożych darów na całe życie. 7
  7. 7. ROZDZIAŁ 1 WSPÓŁCZESNY PENTEKOSTALIZM W SPOTKANIU Z KATOLICYZMEM W SKALI GLOBALNEJ 8
  8. 8. 1. CO CZWARTY CHRZEŚCIJANIN: DYNAMIKA ROZSZERZANIA SIĘ DUCHOWOŚCI PENTEKOSTALNEJ W ŚWIECIE „Zanim odejdziemy stąd do Pana, nasze oczy ujrzą największe ewangeliczne żniwa w całej historii chrześcijaństwa. Żyjemy w najwspanialszych dniach historii Kościoła” − wołał do zgromadzonych tłumów pod koniec lat 90. baptysta Alberto Mottesi, nazywany „Billym Grahamem” Ameryki Południowej, w czasie swojej krucjaty ewangelizacyjnej w Argentynie1. To triumfalne zwiastowanie jest typowym wyrazem ducha, charakterystycznym także dla współczesnego ruchu doświadczenia Ducha Świętego, a więc dla tzw. pentekostalizmu. Aura ta wynika z pewności bycia w samym centrum dziejącej się na naszych oczach historii zbawienia, przekonanie o niezwykłej bliskości Boga dotykalnej w przebudzeniowym ruchu ewangelikalnej oraz pentekostalnej „Reformacji” w Ameryce Łacińskiej, która ze szczególnym nasileniem trwała przez całe lata 80. i 90. i nic bynajmniej nie straciła na swojej dynamice w pierwszym okresie nowego tysiąclecia2. Ponad 70 lat temu możliwa była jeszcze uwaga w rodzaju: „Ekspansja protestancka załamała się całkowicie w Ameryce Łacińskiej”3. W wydanej 35 lat temu książce Daniel Rops informował o istnieniu na całym świecie od kilku do 10 milionów zielonoświątkowców, w tym na przykład w Chile − 150 tysięcy4. Tymczasem 20 lat temu było już około 19 milionów „ewangelikalnych protestantów” (evangelicals) w samej Ameryce Łacińskiej, a obecnie jest ich tam ponad 60 milionów, w tej liczbie około 40 milionów chrześcijan pentekostalnych. W niektórych krajach tego regionu stanowią już znaczny procent ludności (od kilku do ponad 30%) i nic nie wskazuje na zahamowanie tempa tego procesu. Wręcz przeciwnie, według danych Konferencji Biskupów Ameryki Łacińskiej średnia dzienna liczba tych konwersji wynosi około 8 tysięcy: skutkiem tego − według innych ocen − 40% współczesnych zielonoświątkowców żyje w Ameryce Łacińskiej5. Socjologowie przypuszczają, że jest możliwe, aby w wieku XXI co trzeci mieszkaniec tego kontynentu był protestantem, w porównaniu z około 12% − stanem obecnym. W Chile protestanci (głównie pentekostalni) już dzisiaj stanowią 14% mieszkańców, w Peru 7%, obliczano, że w Gwatemali, Salwadorze i Nikaragui protestancki pentekostalizm obejmie 25% mieszkańców na przełomie wieków XX i XXI6. W 1981 roku Peter C. Wagner, ekspert do spraw wzrostu Kościołów z Los Angeles, obliczał ilość charyzmatycznych chrześcijan w świecie na 90 milionów; w roku 1995 podawał ich liczbę na 400 milionów, co dałoby oko1 P.C. Moreno, Rapture and Renewal in Latin America, „First Things” 74 (June/July 1997), s. 31. Por. H. Cox, Religion in the Secular City: Toward a Postmodern Theology, New York 1984, s. 263-267. 3 Za: D. Rops, Ces chrétiens nos frères, Fayard 1965, s. 242. 4 Tamże, s. 96. 5 P.C. Moreno, art. cyt., s. 31. 6 B.L.M. Campos, El Pentecostalismo, en la fuerza del Espíritu, „Cyberjournal for Pentecostal/Charismatic Research” [http://www.pctii.org/cybertab1.html] 9 (2001); dla całości obrazu trzeba jednak dodać, że − jak podaje Daniel Rops, Ces chrétiens nos frères, Fayard 1965, s. 242 − już w 1965 roku 13,3% mieszkańców Chile było protestantami, wzrost nie byłby więc w tym przypadku zbyt spektakularny. 2 9
  9. 9. ło 25% chrześcijan na świecie7. Ta forma wiary, kładąca niezwykle silny nacisk na „resakralizację”, w przeciwieństwie do zauważanej dawniej „desakralizacji”, występująca w społecznościach zarówno przednowoczesnych, jak i postmodernistycznych, pociąga co roku około 20 milionów nowych zwolenników w skali światowej8. Liczbę pół miliarda podaje z kolei Walter J. Hollenweger9, najbardziej zapewne znany badacz pentekostalizmu w skali globalnej, przez 18 lat profesor misjologii Uniwersytetu Birmingham10. Są to liczby absolutnie zdumiewające. Strona internetowa pentekostalnych Kościołów szwedzkich podawała prognozę liczby uczestników pentekostalno-charyzmatycznego sposobu przeżywania wiary na rok 2025: przy zachowaniu dzisiejszej dynamiki wzrostu liczba ta ma sięgnąć 812 milionów11. Niezależnie od tego, czy przychylać się do pozytywnej, czy negatywnej oceny tego zjawiska, liczby potwierdzają, że „ruch pentekostalny jest jednym z najważniejszych doświadczeń religijnych minionego wieku […] chodzi tu o globalne zjawisko społeczno-religijne i o alternatywny ruch życia i misji Kościoła”12. Czy jest to inwazja amerykańskiego imperializmu kulturowego, tym razem w dziedzinie religijnej?13 Z pewnością nie, skoro 99% przywódców tego nurtu jest miejscowego pochodzenia. Nawet niezielonoświątkowi protestanci twierdzą, że ruch pentekostalny to najbardziej zgodna z mentalnością miejscowego ludu forma wiary. W tej sytuacji nie może dziwić zapewnienie o niezwykłej wspaniałości naszych czasów w ocenie promotorów tych globalnych przemian. W ich oczach jawi się to jako spełnienie odwiecznych marzeń o powszechnym „Wielkim Przebudzeniu” (Great Awakening). Doświadczenie południowoamerykańskie, jakkolwiek najbardziej spektakularne w tym zakresie, nie jest jedyne w skali świata. Podobnie zaskakujące przemiany, choć w nieco mniejszej skali, można obserwować w innych częściach globu. Nie inaczej dzieje się nawet na terenie niektórych krajów Europy: podczas gdy w latach 80. minionego wieku główne wyznania chrześcijańskie w Anglii, z Kościołem anglikańskim na czele, od- 7 Za: N. Scotland, Charismatics and the Next Millennium: Do They Have a Future?, London/Sydney/Auckland 1995, s. 1. 8 Liczbą taką posiłkuje się H. Cox, będący również zwolennikiem oszacowania liczby pentekostalnocharyzmatycznych chrześcijan na około 400 milionów. H. Cox, Fire from Heaven – the Rise of Pentecostal Spirituality and the Reshaping of Religion in the 21st-Century, Reading (Mass.) 1995. 9 Autorytet Hollenwegera w tej materii bazuje na doświadczeniu wychowania we wspólnocie pentekostalnej i 40 lat badań tego nurtu duchowości. Od 1965 do 1971 roku pełnił funkcję sekretarza Światowej Rady Kościołów. Jego dzieła The Pentecostals i Pentecostalism: Origins and Developments Worldwide należą do podstawowej lektury każdego badacza zjawisk pentekostalnych. Pentecostalism’s Global Language, wywiad z nim za: Walter J. Hollenweger, Christianity Today, „Christian History Magazine” Spring 1998, t. XVII, nr 2, s. 42. 10 W.J. Hollenweger, The Pentecostals, Hendrickson, 1972; tenże: Pentecostalism: Origins and Developments Worldwide, Hendrickson, 1997. 11 Church Members Involved in the Pentecostal/Charismatic Renewal Worldwide, http://www.pri.pingst.se/english/statisticsworldwide.htm (August 2001), za: „International Bulletin of Missionary Research” 24 (January 2000) nr 1. 12 B.L.M. Campos, art. cyt. 13 Nie brak i takich ocen omawianego zjawiska. Wspomina o nich Bernardo L. Campos M., art. cyt. 10
  10. 10. notowały spadek liczebności o około 5% w ciągu dekady, chrześcijan charyzmatycznych w tym samym czasie przybyło o 9%14. W radykalnej opozycji do wizji nadchodzącego „miasta zsekularyzowanego” oraz nieuchronnej rewolucji społecznej pod wodzą „Chrystusa z karabinem”, powstała w 1995 roku praca Coxa nosi znamienny tytuł: Ogień z nieba15. Oczywiste odwołanie się do ewangelicznej zapowiedzi Jezusa Chrystusa − „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię” (Łk 12, 49) − jest zwiastunem oczekiwanej duchowości na czas przyszły, jako że podtytuł pracy Coxa głosi: Zmiany w religii: ku XXI wiekowi. Omawiany tutaj fenomen dotyczy katolików nie tylko w tym sensie, że często ma miejsce na terytoriach tradycyjnie uważanych za katolickie, jak Ameryka Południowa. Promieniowanie stylu duchowości ewangelikalno-pentekostalnej na katolików dalej pozostających wiernymi członkami swojego Kościoła zachodzi także w ramach zataczającej coraz szersze kręgi Odnowy Charyzmatycznej w Kościele katolickim, a także wskutek faktu uważania się sporej liczby katolików za „katolików ewangelikalnych” (evangelical Catholics). 2. NOWY KOŚCIÓŁ CZY NOWA WSPÓLNOTA W KOŚCIELE? a. trzy fale pentekostalizmu Wielu badaczy opisujących zjawisko dwudziestowiecznego pentekostalizmu dzieliło jego historię na etapy, mówiąc o kolejnych „falach”. Na przykład Margaret M. Poloma zaczyna się od wskazania na przebudzenie w Walii (1903-04) znajdujące swoje ukoronowanie w kalifornijskim przebudzeniu w Los Angeles przy Azusa Street (1906-07), co zaowocowało powstaniem klasycznych denominacji (wyznań) zielonoświątkowych. Była to tak zwana pierwsza fala. Dominującym elementem uważanym za znak działania Ducha Świętego był wtedy dar języków, przez bardzo wielu wczesnych zielonoświątkowców uważany za faktyczną zdolność głoszenia Ewangelii w nieznanych im uprzednio językach używanych przez rozmaite ludy na ziemi. „Druga fala” zaczęła się w latach czterdziestych XX wieku od ruchu nazywanego przez aluzję do tekstu proroka Joela „deszczem jesiennym” (The Latter Rain, por. Jl 2, 23), a uzupełniona została w latach 60. i 70. naszego stulecia przez Ruch Charyzmatyczny, czyli przenikanie duchowości pentekostalnej do tradycyjnych Kościołów, łącznie z Kościołem katolickim (od roku 1967). Spektrum oczekiwanych zwyczajowo znaków działania Ducha Świętego poszerzyło się nieco w porównaniu z pierwszą falą, chociaż dalej kładziono główny nacisk na modlitwę o chrzest w Duchu Świętym i na modlitwę w językach. Duchowość tego etapu oddaje na przykład niezwykle popularna książka Davida Wilkersona Krzyż i sztylet. 14 15 P. Brierley, Christian England, Marc Europe 1991, s. 11 i 175. H. Cox, Fire from Heaven, dz. cyt. 11
  11. 11. „Trzecia fala” to nowy styl duchowości pentekostalnej ucieleśniony w postaci Johna Wimbera, najbardziej rozwinięty w latach osiemdziesiątych. Uczestnicy tej fal kładli największy nacisk na „znaki i cuda”, przez co rozumieli zarówno fizyczne uzdrowienia, jak i niezwykłe manifestacje na spotkaniach modlitewnych (padanie na podłogę, śmiech, drgawki). Ten ostatni element miał wyraźnie zdominować oczekiwania modlitewne członków grup charyzmatycznych końca XX wieku, zarówno w Kościołach pentekostalnych, nowo powstałych wolnych Kościołach, jak i w Odnowie Charyzmatycznej, w tym także katolickiej. Niezmiernie ważny jest pewien nurt z lat 90. związany z centralnym „sanktuarium pentekostalnym” w Toronto (od 1994), ale przejawiający się także w miejscowości Pensacola na Florydzie (1995) i w wielu innych miejscach, jak Sunderland w Anglii, Pasadena w Kalifornii, Portland w Oregonie, australijskie Sydney czy wreszcie południowoafrykańska Pretoria16. Zradykalizował on oczekiwania „trzeciej fali” do niespotykanego wcześniej stopnia, upatrując dowody działania Ducha Świętego w padaniu na podłogę, w konwulsjach i drgawkach, w głośnych, długotrwałych i zbiorowych śmiechach, a nawet w wydawaniu przypominających zwierzęce odgłosów. b. idea „chrześcijaństwa ponadwyznaniowego” Część „biblijnych chrześcijan” związanych z duchowością pentekostalną głosi tezę, że uczeń Jezusa nie powinien być w ogóle członkiem denominacji (katolickiej, prawosławnej, luterańskiej, baptystycznej, zielonoświątkowej czy jakiejkolwiek innej), gdyż wszystkie one, według nich, opierają się tylko na ludzkich ideach i interpretacjach wiary. Prawdziwe chrześcijaństwo, jak głoszą, ma być „ponaddenominacyjne”, czyli niezwiązane z żadnym dotychczasowym wyznaniem. Ludzie tacy nazywają się „chrześcijanami” w bardzo specjalnym znaczeniu. Mówią: „nie jestem ani katolikiem, ani baptystą, ani luteraninem: jestem za to chrześcijaninem”. Często tacy chrześcijanie głoszą, że jest rzeczą niewłaściwą, aby na danym terenie lub w danej miejscowości były różne wyznania chrześcijańskie. Uczą, że zgodnie z Biblią lokalna wspólnota chrześcijan ma być tylko jedna i powinna nazywać się „Kościołem lokalnym”. Nie trzeba dodawać, że w praktyce spodziewają się, że wszystkie inne grupy i wyznania zanikną, a wierzący bez wyjątków przyłączą się do ich wspólnoty. Druga forma omawianego zjawiska to cały szereg organizacji „ponaddenominacyjnych” w innym jeszcze sensie. Oto w takich grupach, 16 M.M. Poloma, The Toronto Report, Terra Nova Publications (U.K.) 1996; The „Toronto Blessing” in Postmodern Society: Manifestations, Metaphor and Myth, w: M. Dempster, B. Klaus, D. Peterson (red.), The Globalization of Pentecostalism, Regnum Books International 1998; „Toronto Blessing”: Charisma, Institutionalization and Revival, „Journal for the Scientific Study of Religion” t. XXXVI, nr 2, s. 257-271; The Assemblies of God at the Crossroads: Charisma and Institutional Dilemmas, The University of Tennessee Press, Knoxville 1989; Richard i Katherine Riss, Images of Revival. Another Wave Rolls In, Destiny Image Publishers: Shippensburg (Pa) 1997; Renee DeLoriea, Portal in Pensacola, Destiny Image Publishers Inc.: Shippensburg (Pa) 1997. 12
  12. 12. jak Młodzież z Misją, Nawigatorzy czy Ruch Nowego Życia, proponuje się chrześcijanom różnych wyznań wspólny cel: ewangelizację. Zdarza się, że zakorzenienie ich członków w swoich wspólnotach wyznaniowych jest czysto zewnętrzne, a formacja proponowana w takiej organizacji w praktyce zastępuje uczestnikom poprzednie sposoby modlitwy i chrześcijańskiego życia. Powstaje wspólnota chrześcijan, która wszystkie formy modlitwy ma wspólne, podejmuje wspólne dzieła i w praktyce nie dba o regularne, cotygodniowe kontakty z macierzystymi Kościołami, a więc w praktyce jest to nowe wyznanie, choć noszące nazwę „wspólnoty ponaddenominacyjnej”. Zarysowane w ten sposób istotne zróżnicowanie organizacyjne jest niezmiernie ważne dla zrozumienia istoty zjawiska ekspansji pentekostalizmu. Duchowość pentekostalna może występować jako odrębne wyznanie, może stanowić formę przeżywania tożsamości protestanckiej we wspólnocie luterańskiej, metodystycznej lub prezbiteriańskiej, może istnieć w postaci któregoś z nowych Kościołów charyzmatycznych lub organizacji ponaddenominacyjnych, wreszcie − może być osnową ruchu eklezjalnego w Kościele katolickim. „Pentekostalizm jest przede wszystkim ruchem religijnym, a nie «denominacją» albo organizacją religijną. I chociaż istnieją wspólnoty religijne określające same siebie jako «pentekostalne» i grupy religijne znane jako «charyzmatyczne» pośród katolików, to jednak tym, co nadaje im dynamikę i udziela widzialnego i całościowego kształtu, jest ruch pentekostalny (el movimiento de lo Pentecostal)”17. Walter Hollenweger, światowej sławy badacz pentekostalizmu, przypomina, że w duchowości pentekostalnej nie chodzi o jakiś zewnętrzny jedynie atrybut zachowania, ale o „odmienny sposób bycia chrześcijaninem”18. Jego zdaniem ten półmiliardowy ruch najszybciej rosnący w całym chrześcijaństwie, rozwijający się nie tylko w krajach trzeciego świata: Afryki lub Ameryki Łacińskiej, ale także w USA i w Europie, do tego stopnia jest trudny do zdefiniowania, że Hollenweger dochodzi do wniosku: „w skali globalnej różnorodność jest tak wielka, że wszystko, co można powiedzieć, to tyle, że chrześcijaninem pentekostalnym jest ten, kto sam siebie nazywa chrześcijaninem pentekostalnym”. Dlatego jest on zwolennikiem definicji nie tyle teologicznej, co raczej fenomenologicznej: o ile na przykład Amerykanie z upodobaniem podkreślają dar języków, o tyle w innych miejscach świata bardziej ceni się uzdrawianie lub dary „racjonalne”, takie jak organizacja lub budowanie szkół. Jedną z przyczyn jest ogromna różnorodność kulturowa związana z występowaniem pentekostalizmu praktycznie wszędzie. W Afryce i w Meksyku, jak przypomniał Hollenweger, modlitwa w językach lub uzdrawianie nie uchodzi za coś nadzwyczajnego, jako że stanowi normalny element lokalnych religii pogańskich. W wielu krajach trzeciego świata chrześcijanie 17 18 B.L.M. Campos, art. cyt. Pentecostalism’s Global Language, dz. cyt., s. 42. 13
  13. 13. pentekostalni nie modlą się w językach, a zamiast tego koncentrują się na wspólnotowym uwielbianiu, śpiewaniu i na edukacji chrześcijańskiej. 3. PENTEKOSTALIZM A TEOLOGICZNE EKSTRAWAGANCJE Rodney Howard-Browne, jeden z najbardziej znanych propagatorów „błogosławieństwa z Toronto”, ostatniej w XX wieku fali pentekostalnych fenomenów, w 1994 roku w wywiadzie telewizyjnym na temat początków tego przebudzenia wyznał: „Moc Boża spadła bez ostrzeżenia. Ludzie zaczęli spadać z krzeseł i tarzali się po podłodze. Im mniej głosiłem, tym więcej ludzi dostępowało zbawienia”19. W obliczu takich postaw, wcale nierzadkich w pentekostalnym świecie, trzeba koniecznie zadawać pytanie, które padło już na początku głoszenia (tak, jednak właśnie głoszenia) Ewangelii: „Cóż mamy czynić, aby dostąpić zbawienia?” (por. Dz 2, 37 i 16, 30). a. mistycyzm materializmu praktycznego: pentekostalny New Age? Czy łączenie tak bardzo biblijnej − w pragnieniach i deklaracjach − duchowości, jak pentekostalizm, z mglistymi i synkretycznymi wątkami New Age nie jest niesprawiedliwe? Z powodu zdecydowanego radykalizmu tych surowych ocen trzeba nam się odwołać do autora z całą pewnością niezmiernie przychylnego pentekostalizmowi, jakim jest protestant Harvey Cox: „Pentekostalizm mógłby zniknąć, rozpływając się w fali New Age. Popularność «teologii zdrowia i zamożności» pokazuje, jak szybko mogłoby to nastąpić”20. Cóż takiego niewłaściwego jest z zdrowiu i zamożności, aby wywołać taką reakcję zdecydowanie sympatyzującego z pentekostalizmem teologa? Nie chodzi mu oczywiście o pragnienie zdrowia i zabezpieczenia materialnego, co każdy człowiek uzna za normalne i pożądane. „Teologia zdrowia i zamożności” (health-and-wealth theology) oznacza jednak przekonanie, że Bóg zobowiązał się „na piśmie” (to jest w Biblii) do obdarowania chrześcijan doskonałym zdrowiem i obfitością materialną jako należną nagrodę za wiarę. H. Cox nazywa taki kierunek myślenia „poważnym odstępstwem od Ewangelii chrześcijańskiej, pochodzącym z takich źródeł sekciarskich (cultic sources), jak New Thought czy dziewiętnastowieczne ruchy leczenia umysłem (mind-healing 21 movements)” . 19 R.M. Riss, A History of the Worldwide Awakening of 1992-1995, „Eleventh Edition” October 15, 1995. Możemy się zorientować w stylu jego służby na podstawie innych fragmentów tego artykułu R. Rissa: kiedy Rodney Howard-Browne posługiwał u Kennetha Copelanda podczas spotkań w latach 1992 czy 1993, Kenneth Copeland zagadnął Rodneya „w językach”, wskazując na niego gestami. Zwrócony do Kennetha Copelanda Rodney odpowiedział mu w językach, sprawiając wrażenie, jakby się obaj zrozumieli. „Kenneth Copeland zaśmiał się w odpowiedzi. Z kolei Rodney też się roześmiał”. 20 H. Cox, Fire from Heaven, s. 313. 21 H. Cox, Fire from Heaven, s. 271-271. 14
  14. 14. Dziewiętnastowieczny mistyczny i magiczny ruch New Thought i pochodzący z tego samego stulecia pseudochrześcijański Kościół pod nazwą Christian Science mają jedną wspólna cechę: Bóg był przedstawiany w tych ruchach nie tyle jako byt osobowy, co raczej na sposób Uniwersalnego Umysłu. Myśl ludzka miała mieć moc uruchamiania potęgi tego Boskiego Umysłu. Jedynym problemem stojącym przed człowiekiem była znajomość metody dostępu do Uniwersalnej Mocy. Wychodząc z założenia, że natura człowieka jest boska, wyprowadzono cały system sterowania rzeczywistością za pomocą potęgi myśli. Nie bez przyczyny jeden z autorów systematyzujących mnogość amerykańskich prądów religijnych nazwał ugrupowania tego nurtu sektami egocentrycznymi22. Wliczył do ich grona Christian Science, Divine Scientists, Unity School of Christianity i New Thought. Wszystkie one stopniowo przekształciły religię chrześcijańską w system osobistych gratyfikacji dla wyznawców Ewangelii. Główną ich tendencją było zapewnienie wiernym psychicznego komfortu, powodzenia życiowego i zdrowia fizycznego. Chrystus jawił się w tych systemach jako człowiek, który posiadł tajemnicę dostępu do boskiej mocy. Celem członka egocentrycznych sekt było nauczenie się, jak wejść w posiadanie tej samej uzdrawiającej mocy i jak za jej pośrednictwem dowolnie sterować rzeczywistością. Mary Baker Eddy, założycielka Christian Science, najbardziej wpływowego z tych ruchów, była niewątpliwie największą gwiazdą na firmamencie tak pojętego „naukowego chrześcijaństwa”, obiecującego pewną i ściśle naukową drogę do życia bez bólu, bez chorób i problemów, za to będącego nieustannym pasmem satysfakcji i wewnętrznego zadowolenia. M. Baker Eddy najodważniej też sformułowała tezy, które miały znaleźć tak szeroki oddźwięk w późniejszym New Age. Głosiła mianowicie, że świat ma naturę dogłębnie duchową, że jest fundamentalnie dobry i że dla osób wtajemniczonych dostępne są techniki dowolnych manipulacji rzeczywistością. Nieprzyjemne strony życia (na przykład choroba) miałyby być jedynie iluzją zbłąkanego umysłu. Deformacja chrześcijaństwa coraz wyraźniej szła w stronę, którą zdefiniować można jednym słowem: okultyzm. W ostatnich latach pojawiły się interpretacje wskazujące na zastanawiające dzieje idei ruchu New Thought i New Age w obrębie pentekostalnego nurtu protestantyzmu amerykańskiego23. Pentekostalizm, nurt protestantyzmu amerykańskiego werbalnie przywiązany do biblijnej ortodoksji, okazał się (paradoksalnie) szczególnie podatny na inwazję chrześcijaństwa zdominowanego przez teorie psychologiczne, coraz bardziej redukowanego do sfery przeżyć. Linia rozwoju tradycji New Age biegnie od ruchu New Thought, poprzez skrajne formy pentekostalizmu. W ten sposób tak zwana ewangelia sukcesu (prosperity Gospel), absolutyzująca wartość osobistego sukcesu i redukująca chrześcijaństwo do techniki sterowania rzeczywistością, znalazła drogę do serca chrześcijaństwa. ZjawiSignature Not Verified Jacek Jureczko Digitally signed by Jacek Jureczko DN: cn=Jacek Jureczko, o=KSA, ou=Polska, c=PL Date: 2001.03.20 00:26:53 +01'00' 22 E.T. Clark, The Small Sects in America, New York-Nashville 1949, s. 232 n. Por. opinię prezesa Christian Research Institute H. Hanegraaffa o nauczaniu ewangelizatorów pentekostalnych, takich jak np. K. Copeland: „This is nothing but the New Age technique of creative visualization”, H. Hanegraaff, Christianity in Crisis, Eugene: Harvest House 1993, s. 81. 23 15
  15. 15. sko to reprezentuje wewnątrz Kościoła to samo, co New Age w świecie laickim. Liczni obserwatorzy pentekostalnej sceny potwierdzają istnienie takiego niebezpieczeństwa. R.H. Krapohl, pisząc o takich środowiskach przebudzeniowych w USA jak na przykład Ruch Słowa Wiary (Word of Faith Movement), w którym udzielają się Kenneth Hagin, Kenneth G. Copeland, Ch. Capps czy R. Tilton, stwierdził jasno: wywodzą się one z dziewiętnastowiecznych sekt uzdrawiania umysłem, jak New Thought czy Christian Science. Wynikiem tych historycznych i teologicznych powiązań jest obecność wielu elementów gnostycznych w Word of Faith Movement i w innych podobnych grupach. Doszło w nich do ubóstwienia amerykańskiego pojęcia świeckiego sukcesu i materialnej pomyślności aż do utrzymywania, że choroba jest złudzeniem, a materialna zamożność naturalnym prawem każdego dziecka Bożego24. Jeden z początkowych liderów Ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele baptystów w Anglii, główny superintendent unii baptystów w Londynie (skądinąd wyrażając swoje wielkie nadzieje i sympatie związane z Odnową: „jestem pewien, że odnowa charyzmatyczna jest darem od Boga dla całego Kościoła”), stwierdza jednocześnie, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do swojej oceny nurtu pseudoewangelii dobrobytu: „Kościół na Zachodzie jest łatwym łupem pochodzących od Antychrysta duchów konsumpcjonizmu i materializmu. Najnowsza osobliwa dewiacja wspierana przez kilku nauczycieli tak zwanej ewangelii powodzenia (prosperity Gospel) jest dziwacznym przykładem tego, co dzieje się, jeśli ludzie ceniący sobie Biblię stracą z pola widzenia wielkie zasady sprawiedliwości, prawości i posłannictwa. Bezbożny wiek łaknie alternatywy: samozaspokojenia w obfitości zdrowia i powodzenia (health and wealth)”25. Inni jeszcze sugerują, że pseudopentekostalne „nowe religie”, takie jak wspomniany Ruch Słowa Wiary, posuwają się do wejścia w świat magii. W ostrych słowach bywa wyrażane przekonanie, że wiara objęta hasłem health and wealth i towarzyszący jej „metafizyczny” rytuał jest schlebianiem „tępemu materializmowi – współczesnej religii kłaniającej się temu światu”26. „Kultura amerykańska przeżywa obsesję bezmyślnego materializmu, a [Ruch Słowa Wiary] spełnia w tym rolę stręczyciela. Tuczy się on, propagując ideę, że «dzieci Boże» mogą nabywać bogactwo bez pracy […] Smutne jest to, że tak duża część współczesnego chrześcijaństwa weszła w to orędzie, mówiące, że przecież raz się żyje i trzeba korzystać, póki tu 24 R.H. Krapohl, Ch.H. Lippy, The Evangelicals: A Historical and Biographical Guide, Westport (Conn.)/London 1999, s. 149. 25 D. McBain, Discerning the Spirits, London 1992, s. viii, 18. 26 P. Hunt, Magical Moments: An Intellectualist Approach to the Neo-Pentecostal Faith Ministries, „Religion” 28 (1998) nr 3, s. 278-279. 16
  16. 16. jesteśmy. Zamiast śpiewać: «Wszystko Tobie oddać pragnę», mówimy: «Mogę wszystko powołać do istnienia magiczną formułą mojej wiary»27. Tragiczny stan, do jakiego zostali doprowadzeni wyznawcy pociągnięci orędziem „ewangelii sukcesu” obrazuje konieczność przypominania dziś w środowisku pentekostalno-charyzmatycznym dawniej zupełnie fundamentalnych oczywistości: „głoszone przez nas orędzie ma więcej wspólnego z problemem grzechu niż z bólami głowy, winy i przebaczenia − niż reumatyzmu”28. Pewne nurty pentekostalizmu zeszły na dno tak głębokie, że należy wygłaszać takie właśnie zdania, informujące, co to jest chrześcijaństwo… b. „mistyka chciwości” i „grzech ubóstwa” Szczególnie przygnębiającym wątkiem prosperity Gospel jest systematycznie prowadzone religijne oszustwo i wyzysk łatwowiernych wyznawców pentekostalnego chrześcijaństwa przez nie mających skrupułów samozwańczych proroków, którzy zawsze mają potrzebne informacje o Bożej woli w sprawie ich własnego wzbogacenia się. Rozbudowując najpierw przez swoje głoszenie rodzaj mistycznej chciwości, zapewniając o stuprocentowej gwarancji Bożego błogosławieństwa materialnego dla każdego, kto „uchwyci się” obietnicy, uzależniają później owo błogosławieństwo od finansowych datków dla samych siebie. Oto próbka takiego pseudoproroczego działania w najgorszym stylu: jeden z listów niezmiernie popularnego głosiciela pentekostalnej wizji health and wealth Gospel nazwiskiem M. Cerullo. List ten został rozesłany masowo w latach 90. w Wielkiej Brytanii. Niestety, nie jest to odosobniony przypadek, podobne ekscesy spotyka się niekiedy również w Polsce, zarówno w niekatolickich, jak i katolickich formach pentekostalno-charyzmatycznych. „Bóg często działa w niezwykły sposób i dziś z drżeniem piszę o tym: Bóg powiedział mi, abym uwolnił Namaszczenie Finansowe Czasów Ostatecznych. Czy chcesz tego błogosławieństwa? Jeszcze nigdy w czasie mojej posługi Bóg nie polecił mi czegoś podobnego. Ale muszę być posłuszny Jego planom. Dla uczczenia moich 63. urodzin proszę cię, abyś modlił się, by poszerzyła się twoja wiara i byś przesłał mi 63 funty, jeden funt za każdy rok. Nie prosiłbym o to, gdybym nie wiedział, że Bóg obficie WYNAGRODZI CI TO. Nie zwlekaj. Zrób to teraz. Zrób to duchowo. Zrób to zaraz − a ja połączę się w Duchu Świętym, modląc się w językach za twoje potrzeby. Nie czekaj. Uruchom swoją wiarę, odsyłając wypełniony formularz Namaszczenia Finansowego Czasów Ostatecznych”29. 27 H. Hanegraaff, Christianity in Crisis, s. 190. D. McBain, Discerning the Spirits, London 1992, s. viii, 44. 29 M. Cerullo, Receive it!, September 1994, w: N. Scotland, Charismatics and the New Millennium, dz. cyt., s. 167-168. 28 17
  17. 17. Wspomniany już R. Tilton zapewniał kiedyś, że „bycie ubogim jest grzechem”30. Dlaczego? Jaka logika za tym stoi? Cóż, jeśli Jezus obiecuje zamożność i zdrowie, to człowiek ubogi i chory najwidoczniej grzeszy brakiem wiary. Jego kłopoty są ewidentnym dowodem braku zaufania do Jezusa. Dlatego z choroby i ubóstwa powinien się… nawrócić. Kenneth Hagin, główny nauczyciel osławionego Ruchu Słowa Wiary, uczy: „Mamy modlić się o konkretny rezultat. Jeśli nie ma rezultatu, to nasze życie modlitwy jest klęską […] jeśli modlisz się o pieniądze, to wydaj rozkaz, aby te pieniądze zostały uwolnione w imię Jezusa […] W imię Jezusa mogę rozkazać pieniądzom, aby przyszły do mnie”31. Jest to w pojęciu Hagina prosta i skuteczna technika: „Kiedy się modlisz o coś, nigdy nie używaj słowa «jeśli» w tej modlitwie. Gdybyś go użył, to zastosujesz błędną regułę, i modlitwa nie zadziała”32. Gdyby zaś ktoś kłopotał się, że być może niektóre pragnienia wyrażane na takiej „modlitwie” są niewłaściwe, to uspokajająca odpowiedź jest gotowa: „człowiek zbawiony i chodzący w towarzystwie Boga ma właściwe pragnienia w swoim sercu”33. Jako komentarz do tych słów Hagina dodać można tylko już tylko jedno pytanie: jeśli to nie jest gnostyczna magia w najczystszym wydaniu, to co nią jest? Jakkolwiek chrześcijaninowi o tradycyjnych poglądach prawdopodobnie trudno w ogóle uwierzyć, że taki sposób myślenia jest możliwy u chrześcijanina, to jednak wcale nie jest wyjątkową rzadkością w środowiskach pentekostalnych. Aby sięgnąć po dalsze przykłady z najbardziej znanych kręgów teleewangelistów pentekostalizmu obiecujących pewność błogosławieństwa materialnego: John Avanzini głosi, że Kościół przez dwa tysiące lat z zupełnie niezrozumiałych powodów nie zauważył, że Jezus wcale nie żył w ubóstwie34, a Oral Roberts napisał dzieło pod tytułem Jak dowiedziałem się, że Jezus nie był ubogi. Frederick Price naucza: „Biblia mówi, że Jezus zostawił nam przykład i że powinniśmy iść w jego ślady. To właśnie dlatego jeżdżę rolls-royce’em. Idę w ślady Jezusa”35. O ile jednak rzekoma obietnica całkowitej zamożności i zdrowia dla tłumu wiernych zależy bezpośrednio od Boga, o tyle − rzecz ciekawa − ta sama obietnica dla głoszącego ją kaznodziei ma się zrealizować w postaci czeków i portfeli owych wiernych. Oral Roberts, jeden z najsławniejszych teleewangelistów i autor dziełka pod tytułem Codzienny przewodnik cudotwórcy36, ogłosił na początku 1987 roku, że jeśli nie zbierze do marca od ofiarodawców 8 milionów dolarów, to Bóg odbierze mu życie. Publiczne odliczanie pozostałego czasu odbywało się na oczach telewidzów, przy na30 Za: H. Hanegraaff, Christianity in Crisis, Eugene, s. 186. K. Hagin, Bible Prayer Study Course, Tulsa (Okl.) 1974, s. 29 i 31. 32 Tamże, s. 81. 33 Tamże. 34 Za: H. Hanegraaff, Christianity in Crisis, s. 187. 35 Za: tamże. 36 O. Roberts, A Daily Guide to Miracles, Tulsa (Ok.) 1975. 31 18
  18. 18. glących apelach syna Orala, Richarda Robertsa: „Nie możemy pozwolić umrzeć temu mężowi Bożemu. Dlatego prześlij czek. PRZEŚLIJ GO SZYBKO DZIŚ”37. Śmierć pojawia się też w innym kontekście w posłudze tego „męża Bożego”. W swoim transmitowanym w telewizji przemówieniu na Światowej Konferencji Charyzmatycznej (World Charismatic Conference) w Anaheim w 1992 roku ogłaszał: „Ktoś z oglądających ten program obiecał dużą sumę Bogu […] Ale nie dał. Jesteś tak bliski kłamstwa wobec Ducha Świętego, że w ciągu kilku dni będziesz martwy, jeśli nie zapłacisz sumy, jakiej Bóg zażądał! […] Tak rzekł prorok”38. Ta część konferencji jest szczególnie obficie zilustrowana długimi cytatami, a to dlatego, że trudno inaczej byłoby uwierzyć, że zwrócenie się pentekostalnych wiernych ku duchowości mistycznej chciwości, i to masowe, jest w ogóle możliwe. Niech przekonaniu się, że realia są w tej mierze zatrważające, posłuży jeszcze jeden tekst, tym razem autorstwa Glorii Copeland. Jest to osoba popularna w kręgach ludzi poszukujących prowadzenia przez Ducha Świętego, a jej przybycie do Frankfurtu wraz z mężem Kennethem Copelandem we wrześniu 2001 roku anonsowało poważne pentekostalne czasopismo „Charisma”39, tworzone przy współpracy Odnowy Charyzmatycznej głównych Kościołów Niemiec. Gloria Copeland, pisząc, że „wolą Bożą jest powodzenie”, rozwija nauczanie Johna Avanziniego i Morrisa Cerullo i snuje swoje refleksje na temat obietnicy Jezus „otrzymania stokroć więcej” przez tych, którzy „opuszczą wszystko dla Niego” (Mk 10, 30): „Daj 10 dolarów a otrzymasz tysiąc. Daj tysiąc, a otrzymasz sto tysięcy. Wiem, że umiesz mnożyć, ale chcę, abyś czarno na białym zobaczył, ile to naprawdę jest «stokroć». Daj dom – a otrzymasz sto domów; albo wartość jednego domu – a otrzymasz sto razy więcej. Daj samochód – a będziesz zaopatrzony w samochody przez całe życie. Krótko mówiąc, tekst Marka 10, 30 to dobry interes”40. Oczywiście, zdarzało się aż nazbyt często w historii chrześcijaństwa niegodziwe czerpanie korzyści materialnych przez grzesznych chrześcijan w Kościele, to chyba jeszcze nikt nigdy w dziejach nie reklamował otwarcie Ewangelii Jezusa Chrystusa jako świetnego interesu finansowego, mając przy tym poklask milionów ludzi uważających się za chrześcijan. 37 Za: H. Hanegraaff, Christianity in Crisis, s. 197. H. Hanegraaff, Christianity in Crisis, s. 198. 39 Kommen Sie zusammen mit Kenneth und Gloria Copeland, „Charisma” (Juli-Sept. 2001) nr 117, s. 9. 40 G. Copeland, God’s Will is Prosperity, Tulsa (Ok.): Harrison House 1978, s. 54. 38 19
  19. 19. c. w Toronto: czy na pewno błogosławieństwo? Innym powodem potrzeby zadawania pytań pod adresem duchowości pentekostalnej jest coraz większy nacisk kładziony na doświadczenie. Niekiedy proces ten pogłębia się tak dalece, że zaczyna prowokować diagnozę duchowości „pneuma-somatycznej”. Najbardziej znanym na świecie i najbardziej wpływowym w kręgach pentekostalnych jest tak zwane błogosławieństwo z Toronto, fenomen zawierający w sobie zdecydowanie niezwykłe i niekiedy szokujące doświadczenia duchowej i zmysłowej natury. Już w czerwcu 1994 roku donoszono z Anglii o „histerycznej fascynacji «błogosławieństwem z Toronto»”: „Pewien proboszcz [anglikański] został zmuszony do odwołania wieczornego nabożeństwa Komunii świętej i do wyniesienia krzeseł z nawy głównej, gdyż tak wielu członków jego parafii leżało na podłodze po doświadczeniu «błogosławieństwa z Toronto». Obserwatorzy opisywali sceny, kiedy wierni padali masowo na podłogę i wybuchali śmiechem w czasie nabożeństwa”41. W kanadyjskim Toronto kościół na lotnisku stał się od stycznia 1994 roku sanktuarium „postmodernistycznego przebudzenia”42. Budynek kościelny znajduje się na terenach przemysłowych przylegających do głównego portu lotniczego. Pomimo że członków lokalnej społeczności kościelnej jest zaledwie około tysiąca dwustu, to całkowita liczba pielgrzymów przekroczyła milion na przestrzeni lat dziewięćdziesiątych. Miejsce to stało się w ciągu ostatniej dekady centrum promieniującym na cały pentekostalny świat zaraźliwym typem duchowości, imitowanym lub z pożądaniem oczekiwanym w tysiącach miejsc pentekostalnego kultu na całym globie ziemskim. Opisywany fenomen ma swoje początki w przebudzeniu w Argentynie pod wodzą pastora Claudio Friedzona oraz w krucjatach południowoafrykańskiego ewangelizatora nazwiskiem Rodney Howard-Browne. Friedzon, należący do tradycyjnej zielonoświątkowej wspólnoty wyznaniowej Assemblies of God (Zbory Boże), już wcześniej przewodził podobnemu przebudzeniu w wielu częściach Ameryki Południowej, a Howard-Browne sprowadził swoje „przebudzenie śmiechu” (laughing revival) do USA z Południowej Afryki w roku 1987. Dopiero jednak budynek kościelny na lotnisku w Toronto nadał temu zjawisku światowy rozgłos43. Dnia 20 stycznia 1994 roku Randy Clark, pastor Kościoła z sieci o nazwie Vineyard (Winnica) z St. Louis w stanie Missouri został zaproszony przez pastora Johna Arnotta z Toronto do przeprowadzenia serii spotkań44. 41 R. Gledhill, Spread of Hysteria Fad Worries Church: „Toronto Blessing”, „London Times” 18 June 1994. M. Percy, The Morphology of Pilgrimage in the Toronto Blessing, „Religion” 28 (1998) nr 3, s. 282; por. też F. Stolz, Fundamentalist Movements as a Post-Modern Type of Christianity, „Temenos” 34 (1998), s. 257-262. 43 M.M. Poloma, The Spirit and The Bride: The „Toronto Blessing” and Church Structure, „Evangelical Studies Bulletin” Winter 1999, t. XIII, nr 4, s. 1-5. 44 G. Chevreau, Catch the Fire, Marshall Pickering, London 1994; John Arnott, The Father’s Blessing, Creation House, Orlando (Flo) 1995; 42 20
  20. 20. Duchowość „błogosławieństwa z Toronto” charakteryzuje się kształtowaniem świadomości idealnego stanu uszczęśliwiającego spotkania, graniczącego z „orgazmem mistycznym” (orgasmic mysticism)45. W pieśniach pochodzących z tego najnowszego centrum duchowości pentekostalnej Jezus jest przedstawiany jako Oblubieniec, Kościół jako Oblubienica, przebudzenie zaś − w obrazach deszczu, fal lub rzeki. Mnożą się nieustanne wezwania, aby pozwolić się nasączyć przez Ducha Świętego, aby pożeglować na fali Ducha (surf on a wave of the Spirit), a wszystko to wśród powtarzania obietnic „poznania pocałunków Chrystusa”. Jest to − jak trafnie określono − „romantyczna miłość z Jezusem skoncentrowana na relacji Ja – Ty”46. Praktykuje się częste „padanie w Duchu”, co − biorąc pod uwagę powszechne pentekostalne nawyki lat ostatnich − nie byłoby jeszcze takie nadzwyczajne. Dochodzi do tego nie tylko „namaszczenie mocą” i ekstatyczne doświadczenia Boga, ale także trans, odmienne stany świadomości, drżenia, konwulsje, łkania, płacz, łzy i śmiech. Wiele z tych objawów znanych jest z osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych zgromadzeń przebudzeniowych amerykańskiego (a także brytyjskiego) protestantyzmu ewangelikalnego. Niektóre zaś są istotnie nowe, jak na przykład wydawanie dźwięków imitujących odgłosy zwierząt. Pewien duszpasterz anglikański „leżał tam na podłodze i ryczał jak lew”47, podczas gdy inni wydawali dźwięki „podobne do głosów królików”. „Święty śmiech” bywa − jak określają to świadkowie − „histeryczny, a nawet maniakalny”48. Jeden ze szczególnie aktywnych przy początkach Toronto blessing pastorów Rodney Howard-Browne zasłynął ze zdolności „sprowadzania mocy” na zgromadzonych (bring under power) oraz z umiejętności doprowadzania tych, co „padli w duchu”, do niekontrolowanego śmiechu, uważanego za „śmiech w Panu”. Inna z jego specjalności to doprowadzanie uczestników do takiego „padania w Duchu”, aby następnie nie byli w stanie podnieść się o własnych siłach. Jedno z prasowych sprawozdań form dotyczących form pobożności praktykowanych w Chrześcijańskiej Społeczności Lotniska w Toronto (Toronto Airport Christian Fellowship − TACF) zawierało następujący fragment: „Dywany w salonie zasłane były leżącymi ciałami ludzi wyglądających na pobożnych, którzy − jak czują − poruszeni zostali zjawiskiem nazywanym przez nich Duchem Świętym. Tak bardzo poruszeni, że wydają odgłosy wycia z radości lub z powodu uwolnienia od ukrytego bólu. Padają na ziemie, niektórzy sztywni, jakby umarli, niektórzy wiją się w konwulsjach histerycznego śmiechu. Z jednego pomieszczenia do drugiego przetaczają się dźwięki jak ze stodoły, dźwięki słyszane tylko w dziczy, jęki tak 45 M. Percy, The Morphology of Pilgrimage in the Toronto Blessing, „Religion” 28 (1998) nr 3, s. 285. M. Percy, The Morphology of Pilgrimage in the Toronto Blessing, „Religion” 28 (1998) nr 3, s. 285. 47 N. Scotland, Charismatics and the Next Millennium: Do They Have a Future?, London/Sydney/Auckland 1995, s. 207. 48 N. Scotland, Charismatics and the Next Millennium, s. 212 i 222. 46 21
  21. 21. głębokie, że przypominają trudy zrodzenia dziecka, podczas gdy rzeczywiście mężczyźni i kobiety przybierają pozycję rodzenia dzieci […] Pośród tych scen szaleństwa spotyka się kochające ramię podtrzymujące padających, uśmiechnięte twarze, szeptane modlitwy wsparcia, zachęty, aby poddać się temu wszystkiemu, aby się rozluźnić”49. Zapewne tu właśnie stosowne będzie przypomnienie uwagi Harveya Coxa: uczestnicy ruchu pentekostalnego stoją wobec pilnej potrzeby określenia, co właściwie rozumieją jako „doświadczenie”, gdyż w przeciwnym przypadku „może wytworzyć się wśród nich prawdziwy kult doświadczenia, który skończy się jakąś formą New Age”50. To samo pytanie stoi przed katolicką wersją pentekostalizmu − eklezjalną Odnową Charyzmatyczną. O ile bowiem pod koniec lat 60. i w latach 70. katolicy tego kierunku przejmowali duchowość klasycznych wyznań zielonoświątkowych, jak na przykład Assemblies of God, i fascynowali się przełomowym przeżyciem chrztu w Duchu Świętym, to w latach 90. zdecydowanie zatriumfował styl „błogosławieństwa z Toronto”51. Margaret M. Poloma, pracująca jako socjolog na Uniwersytecie w Akron (USA), mająca tradycyjne religijne wychowanie katolickie i wieloletni staż w katolickiej Odnowie Charyzmatycznej, pisze z wyraźną sympatią o „błogosławieństwie z Toronto”. Jednak potrafi w odstępie kilku zdań napisać najpierw: „jako socjolog nie jestem przygotowana, aby przypisywać biblijne znaczenie do tego najnowszego wylania charyzmatów”, aby później, po przywołaniu świadectwa posługującego w Toronto pastora Johna Arnotta („ludzie często drżą, kiedy moc Boża spada na nich […] Boża moc to prawdziwa moc: dynamis z nieba”52) wydać jednak własną teologiczną opinię. A opinia ta brzmi: „oceniając na podstawie relacjonowanych objawów” (Poloma wymienia glossolalię, dzikie wstrząsy, drżenie i tarzanie się, zataczanie jak pod wpływem alkoholu, łagodne padanie na podłogę zwane „dywanikowaniem” − carpet time), „wydaje się, że naprawdę Duch Boży jest tu i działa”. Jak dalece jednak podane kryteria oceny są niewystarczające i w jakim stopniu przygotowanie biblijno-historyczne pomogłoby w dalszym rozeznaniu, świadczyć mogą następujące dane: „W Afryce i w Meksyku, modlitwa w językach lub uzdrawianie nie uchodzi za coś nadzwyczajnego, jako że stanowi normalny element lokalnych religii pogańskich”53. Pogańskie wyobrażenia religijne mogą z łatwością mieszać się ze światopoglądem chrześcijańskim. Typowym przykładem jest południowoamerykański kult voodoo, gdzie zdarza się bezładne leżenie wierzących na ziemi jeszcze wiele godzin po spotkaniach religijnych, co traktowane jest jako skutek 49 M.M. Poloma, Mysticism and Identity Formation in Social Context: The Case of the Pentecostal-Charismatic Movement: Identity and Character Conference; The Seventh International Congress of Professors World Peace Academy. The Washington Hilton and Towers. Washington D.C., November 24-29, 1997. 50 H. Cox, Fire from Heaven, s. 4. 51 M.J. Cartledge, The Future of Glossolalia: Fundamentalist or Experientialist?, „Religion” 28 (1998) nr 3, s. 233. 52 Por. John Arnott, The Father’s Blessing, Creation House, Orlando 1995, s. 153. 53 Pentecostalism’s Global Language, dz. cyt., s. 42. 22
  22. 22. zawładnięcia przez loa, czyli potężnego ducha54. Zresztą sam termin voodoo pochodzi od słowa vodun zaczerpniętego z języka ludu Fon zamieszkującego Benin i Nigerię. Słowo to oznacza „ducha”. Kontakt z takimi duchami przejawia się u wyznawców voodoo przez padanie, potężne drżenie całego ciała, zdolność prorokowania. Zdarza się, że świadkowie starają się dotknąć osób, które przez krzyki, zataczanie się, drżenie i padanie okazują, że moc ducha zamieszkała w nich. Przez dotyk inni pragną dostąpić udziału w tym samym błogosławieństwie. Bywa, że czasowe opanowanie przez ducha objawia się ruchami podobnymi do zwierzęcych. Wyznawcy voodoo potrafią zidentyfikować rodzaj ducha poprzez obserwowanie zachowania osób, które duch taki tymczasowo opanował w czasie modlitewnego spotkania lub pielgrzymki. Osoby napełnione mocą potrafią krzyczeć i tańczyć w ekstazie55. Nie znaczy to oczywiście, że wspomniane ekscentryczne zachowania religijne muszą świadczyć o działaniu powiązanym ze światopoglądem zdecydowanie pogańskim, że muszą świadczyć o powiązaniu z religijnością spirytyzmu i animizmu. Znaczy to jednak, że takie zachowania świadczyć o tym mogą i że wnioski wyciągane na podstawie padania, drżenia i tarzania się są mocno wątpliwe. Że znaki takie mogą towarzyszą działaniu Ducha Świętego, to trzeba by dopiero wykazać, gdyż Biblia w żadnej mierze nie zaleca tak wyglądających spotkań chrześcijańskich. Z całą pewnością jednak już od dawna towarzyszą takim religiom jak voodoo, mieszającym wierzenia chrześcijańskie z tradycyjnymi wierzeniami ludów Afryki. Sympatycy zjawiska starają się wyjaśnić je w kategoriach odwołujących się do historii Kościoła, zwłaszcza Wielkiego Przebudzenia w pierwszej połowie XVIII wieku w Ameryce Północnej, a także do uznanych pisarzy chrześcijańskich. Widać to wyraźnie w twórczości M.M. Polomy, która metodą socjologiczną opracowała wyznania 900 uczestników przebudzenia w Toronto z 1995 roku (badania powtórzono potem w roku 1997). Bliższe przyjrzenie się przytaczanym przez nią danym budzi jednak pewne teologiczne wątpliwości. Oto przykład opisany przez nią jako „przypadek numer 121”: „Usłyszałem kogoś ryczącego jak lew. Jakiś człowiek wyprostowywał swoje nogi, podciągał je, a potem gwałtownie kopał nimi w czasie, kiedy ryczał. […] Obok pewna dziewczyna tańczyła. Zazdrościłem jej wolności. W przerwach szczekała jak mały piesek. Przypomniałem sobie, co mówił [pastor] John Arnott: «Bóg bawi się z tymi dziećmi». Te dziwne zjawiska sprawiły, że poczułem się jak w krainie «Narnii» opisywanej przez C.S. Lewisa. Wybuchnąłem świętym śmiechem”56. Odwołanie się do tak znanego pisarza jak C.S. Lewis jest elementem pewnej szerszej postawy, mianowicie szukania uzasadnień nadzwyczajnych fenomenów przebudzeniowych u uznanych autorytetów historycz54 C.E. Cobb, jr., Haiti Against All Odds, „National Geographic” t. 172 (1987), nr 5, s. 669. C. Devillers, Haiti’s Voodoo Pilgrimages: Of Spirits and Saints, „National Geographic” t. 167 (1985), nr 3, s. 395-408. 56 M.M. Poloma, Mysticism and Identity Formation in Social Context, dz. cyt., 1997. 55 23
  23. 23. nych świata chrześcijańskiego. Cóż, o ile C.S. Lewis opisuje w Kronikach Narnii przemawiające ludzkim głosem zwierzęta, o tyle wydawanie zwierzęcych głosów przez ludzi przytoczone jest przez niego jako redukcja, jako kara Boża zesłana na grzesznika. Intuicje Lewisa idą w ślad za biblijnym opowiadaniem o Nabuchodonozorze, który za karę stał się podobny do zwierzęcia, a dopiero gdy „wrócił mu rozum”, mógł wychwalać Boga (Dn 4, 30-31). Oto jaki los spotkał z ręki szlachetnego i potężnego Aslana (który u Lewisa jest obrazem Zbawiciela) przewrotnego Rabadasza jako kara za jego niecne postępki. Opiewany na kartach kolejnych tomów Kronik Narnii Aslan zaczął zmieniać Rabadasza stopniowo w osła, zaczynając od zewnętrznej postaci, a kończąc na zmianie jego sposobu wydawania dźwięków. „Rabadasz stał na czterech kończynach […] a jego ludzka mowa trwała zaledwie jeden moment dłużej niż jego ludzki kształt, więc gdy zorientował się w zmianie, jaka w nim zachodziła, zawołał: «Nie, byle nie być osłem! Litości! Gdybym chociaż był konieeem! ieeeem…, eeee…, eeee…!»… I w ten sposób jego słowa utonęły w rżeniu osła. «Posłuchaj mnie, Rabadaszu», rzekł Aslan. «Sprawiedliwość będzie połączona z miłosierdziem. Nie zawsze będziesz osłem»”57. Mamy nadzieję, że nie o takie „znalezienie się w krainie Narnii” chodziło zachwyconemu uczestnikowi namaszczonego spotkania odzwierciedlającego „błogosławieństwo z Toronto”. W dziewiętnastym wieku w USA zaszedł już raz stopniowy proces degeneracji pojęcia „religii doświadczalnej”. To, co w osiemnastym wieku było prawdziwie ewangelicznym powiewem Ducha w metodystycznym wydaniu Johna Wesleya i George’a Whitefielda albo w kongregacjonalistycznym wydaniu Jonathana Edwardsa, stało stopniowo zrytualizowanym schematem, następnie zostało określone jako pożądane dzieło ludzkiej przedsiębiorczości religijnej w pismach Ch.G. Finneya (np. Lectures on Revivals of Religion)58, aby w końcu przemienić się w produkt wyspecjalizowanych przedsiębiorców przebudzeniowych. Można obawiać się podobnego procesu w niektórych pentekostalnych i charyzmatycznokatolickich kręgach: to, co było skoncentrowane początkowo na ofiarnym, nowym życiu w Chrystusie, może zmieniać się w poszukiwanie doświadczenia dla samego doświadczenia, a im bardziej owo doświadczenie staje się niezwykłe, tym lepiej… 57 58 C.S. Lewis, The Horse and His Boy, Harper Trophy 1994, s. 234-235. Ch.G. Finney, Lectures on Revivals of Religion, Cambridge (Mass.) 1960. 24
  24. 24. ROZDZIAŁ 2 BIBLIJNE PODSTAWY EKUMENIZMU 25
  25. 25. a. Ekumenizm wynika z Tradycji Kościoła, czyli z katolickiej interpretacji Biblii Św. Augustyn, wielki Doktor Kościoła, pisał o donatystach, którzy wyznawali Chrystusa, ale oddzieleni byli od wspólnoty Kościoła katolickiego. Działo się to w V wieku, a słowa Augustyna zawarte są w komentarzu do Psalmu 33 [32], 2259. Ten wielki autorytet Kościoła wyłożył przy tym swoje Credo ekumenizmu, aktualne także dziś. Cytując biblijne słowa: „Niech nas ogarnie łaska Twoja, Panie, według ufności pokładanej w Tobie”, św. Augustyn pisze o miłości „w stosunku do oderwanych od nas: wraz z nami wyznających Głowę [tj. Chrystusa], ale oderwanych od ciała”. Ciekawe, że Augustyn potrafi najpierw dostrzec to, co łączy chrześcijan („wyznają z nami głowę), a dopiero potem to, ich dzieli („oderwani od ciała”). Najpierw opisuje postawę wobec katolików, jaką widzi u chrześcijan V wieku oddzielonych od katolickiej wspólnoty: „[Donatyści] powiedzą [katolikom]: «Nie jesteście naszymi braćmi», nazywają nas poganami. Dlatego też chcą nas ponownie chrzcić; twierdzą, że nie mamy tego, co oni dają”. Potem jednak Doktor Kościoła zachęca, aby odpowiadać chrześcijanom odłączonym od katolickiej wspólnoty postawą zupełnie inną: „Bolejemy nad nimi, bracia, jako nad naszymi braćmi. Czy chcą, czy nie chcą, są naszymi braćmi. Wtedy przestaliby być naszymi braćmi, gdyby przestali odmawiać «Ojcze nasz» […] Oni, nie uznając naszego chrztu, zaprzeczają, że jesteśmy ich braćmi. My zaś, nie powtarzając ich [chrztu], ale uznając [go za] własny, mówimy do nich: «Braćmi naszymi jesteście». Oni twierdzą: Odejdźcie od nas, nie mamy z wami nic wspólnego. A właśnie, że mamy z wami coś wspólnego: wyznajemy jednego Chrystusa: [dlatego] w jednym Ciele, pod jedną Głową powinniśmy być”. Widzimy więc, że obecna sytuacja podzielonego chrześcijaństwa nie jest czymś absolutnie nowym. W drobnych nawet szczegółach powtarza tylko sytuację na przykład z V wieku. Prawdę mówiąc, problem ten istniał nawet przed św. Augustynem, mianowicie od samego początku historii wspólnoty chrześcijan, i dlatego od pierwszych dziesięcioleci istnienia Kościoła był potrzebny ekumeniczny wysiłek tworzenia jedności. „Zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa». Czyż Chrystus jest podzielony?” (1 Kor 1, 12-13). Z tego powodu ekumenizm nie jest, jak błędnie rozumieją to niektórzy, każdym spotykaniem się chrześcijan różnych wyznań. Określenie to przysługuje tylko takiemu rodzajowi spotkań, który owocuje wzrostem jedności. „Jeśli jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku?” (1 Kor 3, 3). Ekumenizm jest, 59 Św. Augustyn, Objaśnienia psalmów, Warszawa 1986, s. 321. 26
  26. 26. jak sformułował to Jan Paweł II: „ruchem ku jedności”, a uczestniczą w nim ludzie „w społecznościach, w których Ewangelię usłyszeli i o których każdy mówi, że to jego własny i Boży Kościół”. Chociaż to przekonanie z natury rzeczy rodzi możliwość konfliktu, to jednak – przypomina papież – „wszyscy tęsknią za jednym i widzialnym Kościołem Bożym, który by był naprawdę powszechny i miał posłannictwo do całego świata, aby ten świat zwrócił się do Ewangelii i w ten sposób zyskał zbawienie na chwałę Bożą”. Określenie „katolicki” znaczy przecież po grecku „powszechny”. Bez dogłębnego zrozumienia tej biblijnej prawdy pod hasłem ekumenizmu może następować dalsze rozbicie chrześcijaństwa, a więc faktyczny antyekumenizm. b. Różnorodna jedność czy monotonna jednorodność? Potrzebujemy się nawzajem między innymi dlatego, aby się nawzajem jedni od drugich uczyć. Zacznijmy tę naukę od zaraz, choćby od jednego z prekursorów przebudzenia pentekostalnego w Stanach Zjednoczonych, Charlesa Parhama (1873-1929). Był on związany z pierwszymi wspólnotami zielonoświątkowymi na początku XX wieku. Ten wielki chrześcijanin przypomniał, że istnieje w społeczności wierzących „różnorodność niedzieląca”. Na przykład lud Starego Testamentu podzielony był na 12 pokoleń Izraela. Nie było w tym nic złego, wręcz przeciwnie, odczuwane było bardzo pozytywnie, jako część danej przez Boga struktury ludu. Taka różnorodność istnieje od samego początku w Kościele: „Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami, drugi zaś uważa wszystkie dni za równe: niech się każdy trzyma swego przekonania” (Rz 14, 5). Różnorodność ta pozostanie na całą wieczność. „Opieczętowani”, czyli zbawieni, są opisani jako należący do „wszystkich pokoleń synów Izraela: Judy, Rubena, Gada czy Asera (por. Ap 7, 4). Wielobarwność Kościoła, rozmaitość zwyczajów czy mnogość ruchów eklezjalnych to bogactwo cieszące serce Boga i mające być zachowane na wieki, gdyż wszystko to jest owocem ogromu łaski, której ani pojedynczy człowiek, ani jednostkowy sposób wyrazu ogarnąć nie zdoła. Obok różnorodności pozytywnej istnieje jednak też „różnorodność dzieląca”. Jest ona skutkiem grzechu, ogromu zarozumiałości i pychy, a nie ogromu łaski. Ponieważ grzechów zarozumialstwa i wyniosłości nie brakuje nigdy i nigdzie, dlatego często nie można jednostronnie przypisać tego grzechu jakiejś konkretnej wspólnocie kościelnej żyjącej dziś w oddzieleniu wskutek dawnego rozłamu (to właśnie dlatego ekumenizm bywa synonimem nawrócenia i prawdziwej chrześcijańskiej pokory). Starotestamentowym przykładem „różnorodności dzielącej” jest rozpad narodu Izraela na dwa królestwa: północne i południowe. Biblijna ocena tego faktu jest radykalnie odmienna niż istnienie 12 pokoleń Izraela. Podział na królestwa jest odbierany jako tragedia i kara za grzech. „Król nie wysłuchał ludu, gdyż to wydarzenie dokonało się z woli Pana, aby spełniła się Jego groźba […] Kiedy cały Izrael zobaczył, że lud go nie wysłuchał, wtedy odrzekł królowi tak: «Nie mamy dziedzictwa z synem 27
  27. 27. Jessego; do swoich namiotów idź, Izraelu» […] I odpadł Izrael od rodu Dawida po dziś dzień” (1 Krl 12, 16-19). To nie jest relacja o ubogaceniu przez różnorodność. To jest tragiczny opis skutków grzechu. Na znak dramatyzmu sytuacji prorok Achiasz rozdziera płaszcz (1 Krl 11, 29-32 i 12, 15-19). Nic dziwnego, że Jan Paweł II w encyklice o ekumenizmie Ut unum sint (nr 5) prorokuje o przyszłej jedności Kościoła, opierając się na wizji Ezechiela: „Pan skierował [do Ezechiela] następujące słowa: «Powiedz im: Oto biorę drewno Józefa, które jest w ręce Efraima, oraz plemion Izraela, jego sprzymierzeńców, i czynię je jednym drewnem po to, by w moim ręku byli jedno. I uczynię ich jednym ludem, i już nie będą podzieleni na dwa królestwa, i wszyscy oni będą mieć jedynego Pasterza; ludy zaś pogańskie poznają, że ja jestem Pan»” (por. Ez 37, 15-28). Zamiarem Boga jest przezwyciężenie „różnorodności dzielącej” i przywrócenie widzialnej jedności jego ludu, oczywiście przy zachowaniu „różnorodności niedzielącej” cieszącej bogactwem łaski Bożej. c. Ekumenizm pozwala dostrzec pełnię bogactwa Chrystusowego Świat nie będzie mógł odkryć Jezusa jako Syna Bożego posłanego przez Ojca, dopóki chrześcijanie nie będą zespoleni w jedno. Przejmująco wyraził to Jan Paweł II: „Jeśli wierzący w Chrystusa chcą się skutecznie przeciwstawić dążeniu świata do zniweczenia Tajemnicy Odkupienia, muszą razem wyznawać tę samą prawdę o krzyżu!” Ekumenizm, jak widzimy, to nie kwestia mody lub politycznej poprawności, ale to sprawa wierności nakazowi Jezusa Chrystusa i sprawa skuteczności chrześcijaństwa. Jakkolwiek podziały między poszczególnymi wyznaniami mogą wydawać się nam dziś nie do pokonania, to jednak Bóg czynił już w historii cuda burzenia murów: „On jest naszym pokojem. On, który obie części uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość […] aby jednych i drugich znów pojednać z Bogiem w jednym ciele przez krzyż” (Ef 2, 14). Z tego powodu jest potrzebny nam, katolikom, ekumenizm z chrześcijanami prawosławnymi i z tymi, którzy uwielbiają Chrystusa w Kościele ewangelicko-augsburskim. Potrzebny jest nam ekumenizm z wyznawcami Zbawiciela ze wspólnot metodystycznych, zielonoświątkowych, baptystycznych i z tymi, którzy pochodzą z rozmaitych tak zwanych wolnych Kościołów. Gdyż, bardzo praktycznie patrząc i bardzo biblijnie oceniając, całkiem po prostu potrzebujemy się nawzajem. Potrzebujemy zielonoświątkowego zapału modlitewnego, ich wiary, że „Bóg jest wciąż taki sam”, żaru radości w Chrystusie Jezusie i nieustępliwości w głoszeniu Ewangelii – także w więzieniach lub w środowiskach patologicznych. Dalej, potrzebujemy powagi baptystów w posłuszeństwie biblijnemu tekstowi i ich odwagi w przeciwstawianiu się duchowi tego świata. Potrzebujemy jeszcze wielu innych darów szczególnie rozwiniętych i cenionych w poszczególnych 28
  28. 28. wspólnotach chrześcijańskich. Ale sądzimy, że koniecznie potrzebne są także dary katolickiego, ewangelicznego spojrzenia na świat: sięgająca w nieprzerwanej świadomości historycznej łączność ze świadkami wiary z pierwszych wieków, szacunek dla takiego rozumienia Biblii, jakie dane było kolejnym pokoleniom uczniów Jezusa, rodzinne poczucie jedności rozciągające się w najgłębszej „katolickości” na wszystkie wieki istnienia Kościoła i na wszystkie geograficzne regiony. Ile dobra mogłoby wyniknąć, gdyby te uzupełniające się sposoby widzenia zaczęły wpływać na siebie, ubogacając się wzajemnie. I odwrotnie, ile strat, jeśli spotkanie polega tylko i wyłącznie, jak czasem to widzimy, na budzeniu niechęci i uprzedzeń wobec katolików. Największą stratą jest zapewne utrata możliwości spojrzenia na swoją własną społeczność chrześcijańską krytycznie, oczami współchrześcijanina życzliwego, choć należącego do odmiennego Kościoła. Kochający krytycyzm wzywający do powrotu do normy Bożej jest zawsze po myśli naszego Pana. Ta właśnie postawa otwiera ku modlitwie o Boże światło w świecie, w którym – jak być może nigdy przedtem – potrzebne jest świadectwo i głos nieskłóconych i niepodzielonych chrześcijan. Potrzebujemy się nawzajem. Co więcej, wygląda na to, że dla spełnienia swego planu objawienia się światu sam Jezus Chrystus potrzebuje nas wszystkich! „Jeśliby noga powiedziała: «Ponieważ nie jestem ręką, nie należę do ciała» – czy wskutek tego rzeczywiście nie należy do ciała? Lub jeśliby ucho powiedziało: «Ponieważ nie jestem okiem, nie należę do ciała» – czy wskutek tego rzeczywiście nie należałoby do ciała? […] Nie może więc oko powiedzieć ręce: «Nie jesteś mi potrzebna»” (1 Kor 12, 15-16. 21). Potrzebujemy się, nawet jeśli czasem nie chcemy tego przyjąć do wiadomości. Jak powiedział św. Augustyn o sytuacji ekumenicznej w V wieku: „Oni więc, nie uznając naszego chrztu, nie uważają nas za braci, my natomiast, nie powtarzając [chrztu] udzielonego przez nich, ale uznając ich chrzest za swój własny, mówimy: «Jesteście naszymi braćmi»”. 29
  29. 29. ROZDZIAŁ 3 TRUDNOŚCI W SPOTKANIU KATOLIKÓW Z WOLNOKOŚCIELNYM PENTEKOSTALIZMEM 30
  30. 30. a. Co to znaczy „jedność między chrześcijanami”? Przenieśmy się na chwilę w świat fantazji. Wyobraźmy sobie, że idąc ulicą dużego polskiego miasta, mijamy wejście do sali, w której − jak zauważamy − odbywa się jakaś konferencja. Słyszymy gwar głosów. Stopniowo sens dociera do naszych uszu coraz wyraźniej: to chrześcijanie. Zatrzymujemy się, by podchwycić kilka słów. Za uchylonymi drzwiami toczy się dyskusja na temat dzisiejszej potrzeby jedności chrześcijan w Polsce. − „jeden z naszych filarów to jedność w Kościele; Pan chce zobaczyć jedność w Kościele”; − „Kościoły powinny zbierać ludzi z ulicy, a nie wykradać sobie wzajemnie; my tego nie robimy”; − „za cel stawiamy sobie pogłębienie jedności pomiędzy chrześcijanami”; − „nasza wizja to integracja środowisk chrześcijańskich i budowanie Ciała Chrystusa”. Wchodzimy, by z pełnym zaufaniem pozdrowić uczestników dyskusji, i nagle rozpoznajemy głównych mówców. Pierwszy z nich to pastor Apostolskiego Kościoła Wolnych Chrześcijan, który zapewnia: „Przychodzą [do nas] ludzie z różnych miejsc: katolicy, baptyści, ludzie z ulicy […] Nie chcemy ściągać ludzi z innych Kościołów, jestem osobiście tego przeciwnikiem. Nigdy się nie zgodzę, aby [nasz Kościół] był Kościołem, który wykrada owce z innych Kościołów. Mówię: «Jeśli jesteś w innym Kościele [a chcesz przyjść do nas], to idź do swojego pasterza, czyli swojego pastora, i na piśmie przynieś, że on o tym wie i błogosławi cię. Wtedy cię przyjmiemy. I uważam, że tak powinno być w Kościołach. I uważam, że Kościół powinien zbierać ludzi z ulicy, a nie wykradać sobie wzajemnie. My tego nie robimy»”. „Jeden z naszych filarów to jedność w Kościele; Pan chce zobaczyć jedność w Kościele, jedność w swoim Ciele, jedność wśród dzieci”60. Jednak pastor ten był do 1994 jednym z liderów dużej wspólnoty modlitewnej, która uprzednio była przyparafialną wspólnotą katolicką Ruchu Światło-Życie. Część Kościoła tego pastora stanowią byli animatorzy tego ruchu. Rzecz ciekawa, co jako swoje Credo na temat jedności chrześcijan wspomniany pastor wyłożył w tym samym artykule-wywiadzie: „Nazwa [naszego] Kościoła jest prorocza: «Apostolski Kościół Wolnych Chrześcijan», czyli takich, którzy nie żyją w denominacji. Na Zachodzie takich Kościołów jest bardzo wiele, w Polsce dopiero to się zaczyna” 61 . 60 61 Spójrz, co Jezus czyni we Wrocławiu, „Absolutnie Fantastyczne” 1997 [http://www.af.com.pl/]. Spójrz, co Jezus czyni we Wrocławiu, „Absolutnie Fantastyczne” 1997. 31
  31. 31. Jak widać, słowa o tym, że „Pan chce zobaczyć jedność w Kościele, jedność w swoim Ciele, jedność wśród dzieci” w zamyśle tego pastora mają się zrealizować w ten sposób, że ludzie żyjący do tej pory „w denominacji” zaczną ową denominację opuszczać i zakładać w mieście dziesiątki i setki wolnych Kościołów. Tak się składa, że w całej Polsce dominującą liczebnie denominacją jest Kościół katolicki. Katolicy, słysząc słowa o jedności, powinni więc wiedzieć, czego się po nich spodziewać, gdyż nie wszyscy słowo jedność rozumieją − jak widać − w ten sam sposób. Zapał ekumenicznego pojednania nie zastąpi wiedzy o faktach, które mogą to pojednanie uniemożliwiać. Drugi z mówców wyobrażonego spotkania mógłby pochodzić ze Wspólnoty Chrześcijańskiej o pięknej nazwie „Pojednanie”. Ks. bp Z. Pawłowicz pisze o niej: „Wywodzi się [ona] z Ruchu Światło-Życie. W 1989 roku pewna grupa oderwała się od tego ruchu i zerwała z katolicyzmem. Funkcjonuje jako niezależna wspólnota, nieutożsamiająca się z żadnym wyznaniem. Za cel stawia sobie pogłębienie jedności pomiędzy chrześcijanami”62. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że istnieją tacy ludzie wierzący w Chrystusa, którzy cel swojego powołania − pogłębienie jedności pomiędzy chrześcijanami − pragną wprowadzać w życie, opuszczając Kościół katolicki, a realizując się w niezależnych wspólnotach nieutożsamiających się z żadnym wyznaniem, zapewne z „denominacją katolicką” na czele. Trzeba o tym wiedzieć, bo niewiedza nie jest cnotą, a naiwność nie wchodzi w skład darów Ducha Świętego. Roztropny chrześcijanin buduje, opierając się na faktach, a nie na iluzjach. Trzeci z wyobrażonych mówców mógłby być członkiem redakcji znanego chrześcijańskiego czasopisma. W piśmie tym natkniemy się na następujący fragment: „W latach 1988-1989 w Strzelcach Krajeńskich setki młodych ludzi przyjęło Pana Jezusa Chrystusa do swego serca w grupie ludzi spotykających się jako Odnowa w Duchu Świętym w «salkach». W roku 1991 około dwudziestoosobowa grupka ludzi poczuła prowadzenie (niezależnie w tym samym czasie kilkoro osób otrzymało od Pana Jezusa słowo na ten temat), by założyć niezależny Kościół. W ten sposób powstała Społeczność Chrześcijańska «Szalom». Po pierwszej fali prześladowań pozostało członków «Szalom» około 10. […] Dziś «Szalom» już nie istnieje, członkowie tej społeczności są aktywnymi członkami rozwijających się Kościołów (Kościół Chrześcijański «Arka» w Poznaniu, Wspólnota «Słowo Życia» we Wrocławiu, Kościół «Słowo Życia» w Szczecinie, Kościół Chrześcijański w Warszawie). Chwała Jezusowi, to naprawdę bardzo budujące!” Wspomniane „salki”, jak się domyślamy, zapewne należały do lokalnej parafii katolickiej. „Prześladowania” to zapewne głosy krytyki wyrażo62 Z. Pawłowicz, Kościół i sekty w Polsce, Gdańsk 1996, s. 193. 32
  32. 32. ne przez duszpasterzy oraz słowa oburzenia, że gorliwi katolicy korzystający z gościnności pomieszczeń parafialnych zostali nakłonieni przez rzekome prowadzenie duchowe do opuszczenia społeczności Kościoła. Całość przebiegu wydarzeń została odebrana przez bohatera tych zdarzeń jako „bardzo budująca”. Warto więc wiedzieć, że różni ludzie szukający w Nowym Testamencie natchnienia do życia duchowego czują się zbudowani bardzo rozmaitymi rzeczami, także takimi, które nam, katolikom, wydają się gorszącymi grzechami. W artykule nie zabrakło dalej nieodłącznych wyznań na temat głębokiej troski o jedność: „W 1994 roku Bóg dał mi wizję: budowanie Ciała Chrystusa dobrym nauczaniem biblijnym, integracja środowisk chrześcijańskich”63. Koniecznie trzeba też pamiętać, że kiedy usłyszymy o wizji budowania Ciała Chrystusa, o dobrym nauczaniu biblijnym w celu integracji środowisk chrześcijańskich, to jest możliwe, że autor ma na myśli „duchowe prowadzenie byłych katolików przez Pana Jezusa ku założeniu niezależnego Kościoła”. Wspomniane na początku spotkanie w sali było wytworem fantazji. Ale wszystkie podane cytaty są, niestety, autentyczne. Ilustrują sposób myślenia wielu ludzi reprezentujących tzw. wolne Kościoły, a więc liczne nowe chrześcijańskie organizacje wyznaniowe zarejestrowane w Polsce w latach dziewięćdziesiątych. Najczęściej trzonem takich nowych wspólnot były uprzednio katolickie wspólnoty, które odeszły od Kościoła katolickiego. Projekt ostateczny tej wersji ekumenizmu jest jasny. Jest nim plejada setek i tysięcy niezależnych wolnych Kościołów, gdzie ludzie przepływają od jednego pastora do drugiego, szukając tego, co im duchowo odpowiada. To jest właśnie upragniony cel tak pojętego ekumenizmu i pojednania, to jest wolnokościelna wizja jedności. Pewna wspólnota składająca się z byłych katolików, w czasie pomiędzy należeniem do Kościoła katolickiego a założeniem i oficjalnym zarejestrowaniem prywatnego „wolnego Kościoła” (w tych przejściowych miesiącach wspólnota nazwała się niezobowiązująco „Stowarzyszeniem Chrześcijańskim”) zorganizowała konferencję pogłębiania wiary. W programie konferencji zapewniano: „Oczekujemy, że wspólne uwielbienie naszego Pana przełamie wszelką niezgodę i podziały Kościołów w Polsce, w naszym kraju”64. Wypada nam wiedzieć, ze „przełamywanie podziałów” w wyobraźni organizatorów takich konferencji przybiera postać tworzenia i rejestrowania nowych wyznań jako wolnych Kościołów chrześcijańskich. Przeciętny katolik miewa duże opory przed opuszczeniem Kościoła. Dlatego stosuje się sprytne sposoby uciszenia budzącego się w tej materii sumienia. Jedną z metod przekonujących katolików do zmiany wyznania i do wstąpienia do któregoś z wolnych Kościołów jest wskazywanie na możliwość zbawienia dla niekatolików. Mówi się przy tym: „Zapytaj swojego 63 64 Redaktor pisma „Absolutnie Fantastyczne”, „Absolutnie Fantastyczne” 1 (1997) nr 25. Por. program konferencji Ellel Ministries: Boże namaszczenie, Wrocław, 13-16 listopada 1995. 33
  33. 33. księdza proboszcza, czy tylko katolicy będą zbawieni. Zobaczysz, że powie ci, że nie! Powie, że członek każdej wspólnoty chrześcijańskiej ma otwartą drogę do zbawienia. Sam więc widzisz, że nic złego się nie stanie, jeśli przestaniesz chodzić w niedzielę do katolickiego kościoła, a przystaniesz do nas!” Innym sposobem łagodzenia wyrzutów sumienia jest pokazywanie ewolucji katolickich postaw wobec „braci odłącznych”: „Zobacz, katolicy sto lat temu nazywali protestantów heretykami; dziś nazywają ich braćmi w wierze. Jak odejdziesz od Kościoła katolickiego, a przyłączysz się do nas, to z tobą też za kilka lat będą prowadzić braterski dialog ekumeniczny!” Kolejna metodą jest zapożyczanie prawdziwie ekumenicznych haseł z innego kontekstu kulturowego i wykorzystywanie ich dla celów antyekumenicznych. Typowym przykładem może być hasło: „nieważne jest twoje wyznanie, ważne jest odnowienie relacji z Jezusem”. Otóż w czasie wielkich ekumenicznych kampanii ewangelizacyjnych prowadzonych w USA przez Billy’ego Grahama i podobnych mu masowych ewangelizatorów często daje się słyszeć zapewnienie: „Nie jest ważne, do jakiego Kościoła należysz. Wszystko jedno, czy jesteś metodystą, prezbiterianinem, baptystą, czy zielonoświątkowcem, katolikiem, czy członkiem innej lokalnej społeczności chrześcijańskiej, ważne jest tylko jedno: czy chcesz przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela”. W wielowyznaniowym środowisku amerykańskim celem tych zapewnień jest usunięcie wrażenia, jakoby baptysta Billy Graham organizował wyznaniową ewangelizację dla celów tylko swojej denominacji. Chodzi mu o podkreślenie, że treść ewangelizacji pasuje do każdego z reprezentowanych wyznań chrześcijańskich i że po skorzystaniu z zachęty organizatorów ewangelizacji nie ma oczywiście żadnej konieczności zmiany wyznania, na przykład z katolickiego na niekatolickie. Pomyślmy jednak: jaki skutek te same słowa mogą wywrzeć w środowisku polskim, zwykle dość jednolitym wyznaniowo? Oto zdarzało się, że z naciskiem głoszono w czasie ewangelizacji w czysto katolickich wspólnotach: „Nie jest ważne, do jakiego Kościoła należysz. Wszystko jedno, czy jesteś baptystą, czy zielonoświątkowcem, katolikiem, czy członkiem innej lokalnej społeczności chrześcijańskiej, ważne jest, czy chcesz przyjąć Jezusa”. Po dziesiątym lub dwudziestym powtórzeniu tego zapewnienia ludzie dochodzili do wniosku, że ich katolicyzm nie ma żadnej istotnej wartości, a katolicka dawniej wspólnota może przekształcić się w federację frakcji: zielonoświątkowej, baptystycznej, wolnokościelnej oraz − czemu nie, w ramach ekumenizmu − także katolickiej. Skutki takich samych słów w innym środowisku mogą być zdecydowanie odmienne! Okazuje się wtedy, że jedyny pożytek z istnienia Kościoła katolickiego jest taki, że ludzie wiedzą o istnieniu Jezusa i że Biblia jest dla nich autorytetem, co można wykorzystać w „ewangelizowaniu katolików przez chrześcijan” (to tytuł istniejącej strony internetowej, poświęconej takiej właśnie „ewangelizacji”). Łatwo się domyślić, że Kościół katolicki ze swoim niezłomnym przywiązaniem do nierozerwalnej, rodzinnej jedności wspólnoty uczniów jawi się raczej jako przeszkoda na drodze realizowania wizji: „ku jedności przez 34
  34. 34. rozłamy”. W bieżącym roku cytowane już wcześniej bardzo chrześcijańskie pismo zachęcało do zamawiania swoich kolejnych egzemplarzy takimi słowami: „Pomyśl też o zamówieniu dodatkowego numeru dla np. niewierzącego kolegi, rodzeństwa, rodziców czy też nienawróconego księdza”. To bardzo miłe, że redakcja myśli o nawróceniu nienawróconych księży i na pewno my, katolicy, jesteśmy jej za to winni wielką wdzięczność. Nawrócenia w Kościele katolickim nigdy dosyć! Ciekawe jednak, że mimo iż autorzy są protestantami lub członkami wolnych Kościołów, nie pomyśleli równocześnie o nienawróconych pastorach takich właśnie wspólnot. W ten sposób ujawnia się prawdziwa intencja autorów: upatrzonym celem jest nawracanie katolików, aby nabrali wolnokościelnego stylu myślenia. b. Co to znaczy „rozłam”? Jak wytłumaczyć różnicę między swobodnym podejściem grup wolnokościelnych do widzialnej jedności w Kościele a bardzo poważnym traktowaniem dążenia do jedności w Kościele? Jak wyjaśnić fakt, że nowo powstała grupa byłych katolików, a obecnie „wolnych chrześcijan” zrzeszonych w nowo zarejestrowanym zborze spotyka się z powściągliwą niechęcią wśród katolików? Otóż to, co świeżo upieczonym wolnym chrześcijanom wydaje się pożyteczną opcją życiową, a nawet śmiałym krokiem naprzód w wierze, katolikom wydaje się grzechem. Katolik nie potrafi dostrzec specjalnej różnicy moralnej między rozbiciem jedności chrześcijańskiego małżeństwa a rozbiciem jedności chrześcijańskiej wspólnoty kościelnej. Dlatego jedyne znaczenie słowa „ekumenizm”, jakie znamy, to dążenie do leczenia skutków grzechu rozłamu. Nie potrafimy użyć tego słowa w odniesieniu do zjawisk, które skutki grzechu powielają i utrwalają. Na pewnym spotkaniu ekumenicznym obecny tam teolog, wprowadzając w trudności w kontaktowaniu się wolnych Kościołów w Polsce ze wspólnotami katolickimi, powiedział: „Trudności wynikają stąd, że dzieli nas 400 lat osobnej historii”. Otóż jest to zapewne prawdziwe w odniesieniu do relacji katolicko-luterańskich lub katolicko-anglikańskich. Atmosfera rozmów przedstawicieli starych, tradycyjnych wyznań chrześcijańskich może rzeczywiście być podobna do spotkania potomków dwóch rodzin szlacheckich, którzy wspominają, że w XVI wieku doszło do nigdy potem nie uregulowanych zatargów między nimi. Natomiast w spotkaniu z przedstawicielami wolnych Kościołów w Polsce dziś problem jest znacznie ostrzejszy. Jeśli już porównywać go z sytuacją rodzinną, to raczej atmosfera będzie przypominać odczucia bezpośrednio po rozwodzie rodziców. Przecież większość wolnych Kościołów w Polsce składa się w dużej mierze z byłych katolików, do tego z katolików bardzo żywo zaangażowanych uprzednio w rozmaitych ruchach odnowy Kościoła katolickiego, nierzadko jako animatorzy i liderzy wspólnot katolickich. Harmonijnie żyjące wcześniej wspólnoty przeżyły bolesne podziały, niezgodę i spory. Dziesiątki, a nawet setki młodych ludzi, dawniej zaangażowanych w ewangelizację, odeszło od jakiejkolwiek formy udziału w chrześcijaństwie: zniechęceni fanatyzmem i sprzecznymi opiniami zajęli się po prostu „normalnym życiem” i robieniem interesów. Realizacja 35
  35. 35. owocnego i skutecznego planu ratowania ludzi żyjących „bez nadziei ani Boga na tym świecie” (Ef 2, 12) w wielu środowiskach wyraźnie zwolniła tempo. Nowe, rozłamowe grupy w przeważającej części wcale nie są zasilane przez nawróconych bezbożników, „nierządnice i celników”, którzy wcześniej żyli bez Chrystusa. Typowy ich przedstawiciel to były aktywny członek katolickich grup, który będąc katolikiem, ożywił swoją wiarę przez „przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela”, będąc w Kościele katolickim przyjął modlitwę o „chrzest w Duchu Świętym”, jako katolik poznał moc Słowa Bożego – a odszedł dopiero potem, z powodu natrętnego przedstawiania mu doktryny katolickiej jako niezgodnej z Biblią. Gdyby nie podziały, bylibyśmy dziś o wiele dalej w dziele duchowego ratowania poszczególnych ludzi, naszych miast i całego kraju. Stąd właśnie bierze się opinia pasterzy Kościoła katolickiego, że inicjatorem podziałów i rozłamów w niektórych grupach odnowy Kościoła jest Przeciwnik Bożego planu zbawienia oraz że niekiedy udaje mu się z powodzeniem realizację tego Bożego planu na pewien czas spowolnić. Łatwo zgadnąć, że ludzcy inicjatorzy owych rozłamów mają o tym opinię dokładnie przeciwną. Podziały, nawet polegające na odchodzeniu wiernych od Kościoła katolickiego, są – według nich – dobre, gdyż nastąpiły wtedy, gdy ludzie „poszli do przodu z Bogiem” i dlatego nie mogli już wytrzymać atmosfery panującej w Kościele swojego dzieciństwa i swojej młodości. Myślą czasem, że nawet Bóg jest czasem inicjatorem podziału, skoro Jezus powiedział: „Czy myślicie, że przyszedłem, by dać ziemi pokój? Bynajmniej, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12, 51). Stąd sądzą, że podnoszenie alarmu z powodu podziałów w Kościele jest głosem fałszywej troski; dlatego fałszywie mieliby mówić ludzie ostrzegający przed rozłamami, „że ci, którzy idą z Bogiem do przodu, dzielą Kościół”. Skoro stanowiska są tak przeciwne, to obie strony nie mogą mieć racji równocześnie. Jedna z tych dwóch postaw musi być uleganiem pokusom, a druga – głosem uległości Duchowi Świętemu. Ale która? − rozłam jako grzech przeciw wspólnocie Chrześcijanin od Boga dowiaduje się, co jest grzechem. A konkretnie: ze Słowa Bożego. W Biblii znajdujemy, jakby dla naszej wygody, nawet całe gotowe spisy grzechów, aby nie trzeba było za bardzo się męczyć wyszukiwaniem ich po różnych miejscach. Oto jedna z takich list: „Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki” (Ga 5, 19-21). Rozłam jest więc grzechem. Bóg kocha grzesznika, ale grzechu nienawidzi. Rozłamy umieszczone są w Biblii w towarzystwie takich uczynków, jak pijaństwo, czary lub nierząd. Dlatego polecanie ich „czasami”, „dla dobra własnego duchowego życia” wydaje się zdecydowanie niebiblijne. 36
  36. 36. Rozłam jest grzechem zaraźliwym, podobnie jak nierząd lub wyuzdanie seksualne. Porównajmy, jak podobne są w brzmieniu dwa apostolskie ostrzeżenia: jedno przeciw sekciarzom (tak, to nie pomyłka: słowo „sekciarz” naprawdę znajduje się w Biblii!), drugie – przeciw rozpustnikom. „Sekciarza po jednym lub drugim upomnieniu się wystrzegaj, wiedząc, że człowiek taki jest przewrotny i grzeszny, przy czym sam na siebie wydaje wyrok” (Tt 3, 10-11). „Napisałem wam w liście, żebyście nie obcowali z rozpustnikami” (1 Kor 5, 9). Rozłam jest grzechem prowadzącym do zguby, to znaczy oddala od zbawienia, a nie przybliża. „Będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje [dosł. «rozłamy»]” (2 P 2, 1). Rozłam okazuje też jawnie, kto grzechowi ulega. Pismo Święte mówi nam: „Zresztą muszą być wśród was rozdarcia, żeby się okazało, którzy są wypróbowani” (1 Kor 11, 19). Uleganie podziałom jest bowiem grzechem cielesności: „Jeśli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni?” (1 Kor 3, 3). Rozłam jest też grzechem pokazującym, kto ma Ducha, a kto jest cielesny. „Oni to powodują podziały, są cieleśni, Ducha nie mają” (Jud 19). Cielesność objawia się nie tylko w pijaństwie lub rozwiązłości, ale także w nieumiejętności zachowania jedności kościelnej wspólnoty. Przypomnijmy raz jeszcze Apostoła Pawła: wśród „uczynków rodzących się z ciała” są także „rozłamy” (Ga 5, 19 n). Rozłam jest grzechem pychy i zarozumiałości, wynikającym z tego, że ktoś wierzy tylko sobie i swojemu sposobowi rozumienia Pisma Świętego. Zobaczmy, jak Biblia opisuje proces powstawania rozłamu: 1) „żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśniania”; 2) „znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu”; 3) „tak samo wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje [dosł. «rozłamy» lub «odszczepieństwa»]” (2 P 1, 20 – 2, 1). Proces ten kończy się w sposób opisany przez św. Piotra: „ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą listy Pawła, tak samo jak i inne pisma, na własną swą zgubę” (por. 2 P 3, 16). Rozłam jest grzechem egoizmu. To przecież − jak się mniema − dla „własnego duchowego dobra” należy odejść z Kościoła, aby nikt nie krępował mojego „wzrastania w Duchu” i „pójścia bezkompromisowo za Bogiem”. Oprócz mojego dobra jest jednak dobro większe: dobro Ciała Chrystusa, którego jestem członkiem. Do jedności jesteśmy wzywani nie z powodów czysto ludzkich, ale Bożych: „upominam was bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni, i by nie było wśród was rozłamów” (1 Kor 1, 10). Ta długa litania biblijnych tekstów wskazuje na jedno. Spotykana czasem wśród ludzi niechętnych Kościołowi katolickiemu rada, by odejść z kościelnej wspólnoty i założyć sobie własną, oznacza w świetle dokładnie przestudiowanego Słowa Bożego ni mniej, ni więcej, tylko tyle: „Gdy wierność Biblii staje się trudna, lepiej jest dla własnego duchowego egoizmu 37
  37. 37. dać sobie z nią spokój”. Tymczasem Pismo Św. uczy wyraźnie: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich” (Flp 2, 4). − rozłam jako grzech przeciw wyraźnej woli Chrystusa Jak pogodzić zachęty do rozłamów z Chrystusową modlitwą: „Proszę za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty Ojcze we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili jedno w Nas, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 20-21)? Potrzeba sporego wysiłku ze strony inspiratorów rozłamów, aby wciąż niefrasobliwie zachęcać do podziałów w Kościele. Trzeba jakoś to „biblijnie” wyjaśnić, aby zatrzeć niemiłe wrażenie, że „aby świat uwierzył”, Jezus dał nam całkiem inne rady. Cóż tak naprawdę radzi nam Jezus Chrystus w Biblii, gdy okazuje się, że Kościół, do którego należymy, zawiera sporą dawkę grzechu, oziębłości i niewierności? Pod koniec pierwszego wieku w Kościele niemało było odstępstw od prawa Ewangelii, niemało też zniechęcenia i grzechów. Czy Pismo Św. uczyło wtedy, aby „odchodzić dla wzbogacenia własnego rozwoju duchowego”? Nic podobnego! Apostolski Kościół miewał czasem za członków ludzi, których wiara wystygła („odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości” – Ap 2, 4), ludzi, którzy byli chrześcijanami tylko nominalnymi („masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły” – Ap 3, 1), a nawet takich, których postawa budziła obrzydzenie u Boga („Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” – Ap 3, 15-16). Ale wszystkich ich nazywa jednak Bóg swoim „Kościołem” (Ap 3, 22) i kieruje do nich wezwanie: „nawróć się” (Ap 3, 19). − biblijna reakcja na grzech rozłamu Każdemu może przydarzyć się grzech. Biblijną reakcją chrześcijanina na popełniony grzech jest nawrócenie i wyjście z grzechu. O ile ekumenizm odnosi się do wyznań powstałych setki lat temu, o tyle oczywiście nie mamy do czynienia z żyjącymi dziś ludźmi będącymi winnymi podziałów. Jak jednak można wyobrazić sobie leczenie skutków grzechu rozłamu przy milczącym założeniu, że zaistniałe kilka lat temu skutki takiego grzechu mają być usankcjonowane, co więcej, może nawet jeszcze w przyszłości naśladowane? Jeśli mówimy o grzechu, to na pewno nie zapomnimy, że przyczyną grzechu może być pycha i zarozumiałość katolików trwających wiernie w Kościele, może być niefrasobliwość i pycha tych, co Kościół opuścili: tu akurat rachunek sumienia może wskazać potrzebę nawrócenia się wszystkich uczestników dramatu. Natomiast jest z biblijnego punktu widzenia niedopuszczalne, aby stosować nazwę „ekumenizm” do kontaktów z grupami, które niedawno opuściły Kościół, w tym znaczeniu, jakoby pożądanym rezultatem miała być akceptacja tej sytuacji. Biblia nazywa rozłam grzechem i zaleca jako lekarstwo na grzech nawrócenie przywracające prawdziwą jedność w Kościele. 38
  38. 38. ROZDZIAŁ 4 WSPÓŁCZESNE RUCHY CHARYZMATYCZNE, ORGANIZACJE PONADDENOMINACYJNE, KOŚCIOŁ 39
  39. 39. W uporządkowaniu pojęć dotyczących mnogości współczesnych ruchów charyzmatycznych, organizacji ponaddenominacyjnych i nowych Kościołów charyzmatycznych cenną pomocą mogą być refleksje angielskiego księdza i teologa, Petera Hockena65. Dla właściwego zrozumienia zjawiska nowych Kościołów (New Charismatic Churches − NCC) jest potrzebne spojrzenie z ich własnej perspektywy, jako że są one radykalnie odmienne nie tylko od Kościoła katolickiego, ale i od historycznych Kościołów protestanckich, z Kościołami zielonoświątkowymi włącznie. Nie tylko faktycznie są odmienne, ale również pragną takimi pozostać z własnego wyboru. Nie tworzą one „wyznań”, a nawet uważają, że jest to najgorszy los, jaki mógłby je spotkać. Pojęcie „Kościół” (church) jest u nich stosowane tylko na określenie wspólnoty lokalnej, a ponadlokalne więzi noszą raczej nazwę „sieci” (networks). Określenie „nowe” oznacza, że tego typu wspólnoty chrześcijańskie pojawiły się dopiero na przełomie lat 50. i 60., a rozwinęły się do skali obserwowanej obecnie dopiero w latach 80. i 90., kiedy to nastąpiła prawdziwa eksplozja ich powstawania. Jest to fenomen na skalę ogólnoświatową ostatnich dwudziestu lat. Najbardziej znane z tych struktur powstały w USA, głównie w Kalifornii: Vinyard, powołany do życia przez Johna Wimbera, Calvary Chapel czy Hope Chapel. Typowe ich cechy to bardzo skromne wymagania doktrynalne (ograniczające się w zasadzie do ortodoksyjnej trynitologii oraz zbawienia w Jezusie), a także nowoczesny sposób zarządzania, upodobniony zresztą niekiedy do mentalności współczesnych managerów. Kierują nimi ludzie uformowani nie tyle na studiach teologicznych, co w atmosferze masowej kultury lub przedsiębiorczości związanej z informatyką, co zyskało im niekiedy przezwisko „Kościołów dla nowobogackich” (yuppi church). Typową inicjatywą NCC jest Marsz dla Jezusa (March for Jesus), doroczny marsz skupiający miliony chrześcijan na całym globie, od Brazylii po Moskwę. Dobrze reprezentuje ich mentalność ewangelizacyjna maksyma: „myśl o wielkich rzeczach, a wielkie rzeczy będą się działy”. Odrębnym zjawiskiem są ruchy paraeklezjalne (para-church). Największe spośród nich obecne są w kilkudziesięciu, a nawet w ponad stu krajach świata i liczą od kilku do kilkunastu tysięcy stałych pracowników. Podobnie jak nowe Kościoły charyzmatyczne także te ruchy mają amerykańską, zwykle kalifornijską proweniencję: Youth for Christ (Młodzież dla Chrystusa), Navigators (Nawigatorzy), Campus Crusade for Christ (Akademicka Krucjata dla Chrystusa), Youth with a Mission (Młodzież z Misją), Operation Mobilization. Generalnie organizacje te, mobilizujące wspólnie setki tysięcy ludzi, są dziełem ostatnich kilkudziesięciu lat. Aspekt nowości nowych Kościołów charyzmatycznych przejawia się w nowym typie pobożności: dynamiczne uwielbienie, współczesna muzyka, podkreślanie lokalnej wspólnoty, aspekt międzynarodowy, podawanie 65 Ks. P. Hocken od roku 1988 pełni funkcję sekretarza Towarzystwa Studiów Pentekostalnych (The Society for Pentecostal Studies) i jest autorem wielu artykułów i publikacji teologicznych poświęconych ekumenii i historii chrześcijaństwa dwudziestego wieku. Zamieścił wiele haseł w Słowniku ruchów charyzmatycznych i pentekostalnych (Dictionary of the Pentecostal and Charismatic Movements). Ważne refleksje na ten temat zamieścił na przykład w: P. Hocken, The Glory and the Shame – Reflections on the 20th-Century Outpouring of the Holy Spirit, Guildford-Surrey 1994. 40
  40. 40. uczestnikom ogólnoświatowej wizji zaangażowania, swobodne korzystanie z nowoczesnej technologii komunikacyjnej. Natomiast aspekt charyzmatyczności, obok specyficznej, „charyzmatycznej” właśnie modlitwy, przejawia się na przykład w odkrywaniu ponadlokalnego powołania apostolskiego: misje, dzieła charytatywne, szerzenie Biblii. W trakcie porównywania mentalności katolickiej ze sposobem myślenia członków nowych charyzmatycznych Kościołów i parakościelnych organizacji charyzmatycznych (lub ewangelikalnych) powstałych w świecie w ciągu ostatnich czterdziestu lat P. Hocken podkreślił, że o ile Kościół katolicki przywiązany jest do pełni wyrazu wiary, to nowe Kościoły bardziej zainteresowane są jej czystością. Katolicy bardziej podkreślają ciągłość działania łaski Bożej i niewidzialny jej aspekt, a „nowi charyzmatycy” − widzą aspekt łaski objawiającej się w niespodziewanych Bożych interwencjach, do tego możliwych do zaobserwowania w codziennym życiu. 41
  41. 41. ROZDZIAŁ 5 JAK UPRAWIAĆ APOLOGETYKĘ? EKUMENICZNE KONTAKTY Z GRUPAMI PARAKOŚCIELNYMI I SCHIZMATYCKIMI 42
  42. 42. Tytuł naszej sesji brzmi: Tęsknota za jednym i widzialnym Kościołem Bożym – ekumenizm bardziej i mniej skuteczny. Jest bowiem możliwy ekumenizm „mniej skuteczny”, czyli pozorny, o skutkach przeciwnych do zamierzonych, a to dlatego, że istnieje pewne błędne pojęcie ekumenizmu. W tym niewłaściwym rozumieniu „ekumeniczne” byłoby każde pojawienie się wśród nas przedstawiciela jakiegokolwiek wyznania chrześcijańskiego i jakakolwiek forma spotkania z nim, niezależnie od późniejszych rezultatów. Dla zilustrowania skutków takiego pojęcia ekumenizmu podajmy przykład z prasy: „Wspólnota Ruchu Odnowy w Duchu Świętym opuściła Kościół rzymskokatolicki. Liczy kilkaset osób, niewiele mniej niż pół roku temu. Zarejestrowała się jako Kościół Chrześcijański”. Oto inna wiadomość z Biuletynu KAI: „Grupa, która wywodzi się z katolickiego Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, zarejestrowała się w Urzędzie Miasta jako Stowarzyszenie Chrześcijańskie. Biskup ostrzega: przynależność do Stowarzyszenia jest równoznaczna z dobrowolnym odejściem od Kościoła katolickiego”. Często uczestnicy wspomnianych wydarzeń wskutek stopniowej zmiany sposobu myślenia nie odczuwają w nich niczego dramatycznego, a nawet, prawdę mówiąc, nie widzą w tym nic specjalnie niestosownego. Wszystko to jawi się im jako forma uprawnionej wędrówki duchowej i witane bywa jako bardzo „ekumeniczne”. Warto więc pamiętać o tym, co pragnie zbudować z nas sam założyciel Kościoła, Jezus Chrystus: „Żyjąc prawdziwie w miłości, sprawmy, by wszystko rosło ku Temu, który jest Głową – ku Chrystusowi. Z Niego całe Ciało – zespalane i utrzymywane w łączności dzięki całej więzi umacniającej każdy z członków stosownie do jego miary – przyczynia sobie wzrostu dla budowania siebie w miłości” (Ef 4, 15-16). Dlatego spotkanie międzywyznaniowe, które przynosi mniej jedności, niż było jej poprzednio, nie zasługuje na nazwę „ekumenicznego”. Zgodnie z prostym sensem słów, których definicje łatwo znaleźć w encyklopedii, jest ono wtedy „antyekumeniczne”. Katolicy mogą uczyć się od wolnych Kościołów optymizmu wiary Ekumeniczne kontakty zawsze powinny obejmować również umiejętność uczenia się od partnera dialogu, nawet jeśli dalej trwają istotne różnice między nami. Taka postawa wynika jasno z przykładu św. Pawła Apostoła. Pisząc o tych Izraelitach, którzy nie przyjęli Jezusa jako Mesjasza, uczciwie jednak zauważa: „Muszę im jednak wydać świadectwo, że pałają żarliwością ku Bogu, nie opartą jednak na pełnym zrozumieniu” (Rz 10, 2). Zdanie to wypada nam często powtarzać: jakkolwiek dostrzegaliśmy brak pełnego zrozumienia prawd wiary u partnerów ekumenicznego dialogu, wypada też dostrzec często autentyczną, a niekiedy znacznie przewyższającą nasze zaangażowanie „żarliwość ku Bogu”. Przykładem może służyć optymizm w sprawach ewangelizacji i przyszłości wiary rozmaitych grup niekatolickich, który niekiedy wypada przeciwstawić programowemu smętkowi samospełniających się proroctw nie- 43

×