Successfully reported this slideshow.
We use your LinkedIn profile and activity data to personalize ads and to show you more relevant ads. You can change your ad preferences anytime.

Wojciech Wilczyk, Nie ma żadnej instrukcji obsługi wojny

861 views

Published on

Rozmowa Wojciecha Wilczyka z Krzysztofem Millerem z numeru Autoportretu 3 [46] 2014 Wojna

Published in: Education
  • Login to see the comments

  • Be the first to like this

Wojciech Wilczyk, Nie ma żadnej instrukcji obsługi wojny

  1. 1. NIE MA ŻADNEJ INSTRUKCJI OBSŁUGI WOJNY Z Krzysztofem Millerem rozmawia Wojciech Wilczyk Wojciech Wilczyk: Od dwudziestu lat fotografujesz wojny. Pierwszy raz na wojnę pojechałeś chyba do Rumunii zimą 1989 roku, kiedy trwało powstanie przeciwko Nicolae Ceaus¸escu? Krzysztof Miller: W zasadzie tak, ale to, co się działo w Rumunii, właściwie nie było prawdziwą wojną, raczej rodzajem konfliktu zbrojnego. Dopiero później, kiedy wyjecha- łem razem z Marią Wiernikowską do Karaba- chu, to tak naprawdę się ostro zaczęło. Potem był rozpad Jugosławii, następnie likwidacja Związku Radzieckiego, a więc Azerbejdżan, Gruzja, a później wielokrotnie Czeczenia. W tym czasie środkowa i górna Afryka oraz upadek apartheidu w 1994 roku – to były wspólne wyjazdy z Wojtkiem Jagielskim. A potem te znane afrykańskie rzezie: Kongo, Rwanda, Burundi i Uganda, no i później te wszystkie „armie Boga”, o których Wojtek dużo pisał. WW: Czy charakter obserwowanych i fotografo- wanych przez ciebie wojen uległ zmianie w ciągu tych lat? KM: Niesamowicie. Jeszcze do końca lat 90., czyli Czeczenia, a nawet Afganistan w 2001 roku, kiedy Sojusz Północny zaatakował Talibów – to były wojny konwencjonalne. Pojawienie się tam dziennikarzy opierało się głównie na zdobyciu zaufania żołnierzy i do- gadaniu się z nimi. Czyli był to rodzaj jakiejś nieformalnej akcji. WW: To była współpraca czy tolerowanie obecno- ści korespondentów? KM: Lądując na przykład w Groznym w stycz- niu 1996 roku, kiedy padały ostatnie linie obrony Czeczenów, zupełnie przypadkowo trafiłem na ich oddział operujący na osiedlu Czarnoriecze. I tam działanie polegało najpierw na tym, że mimo wyraźnej bariery językowej trzeba było się z nimi zaprzyjaź- nić, zakumplować, a dopiero później można było informować, czerpać od nich informacje czy stawiać im warunki, że chciałoby się coś zrobić, gdzieś pojechać i prosić, o to, by mogli nas z sobą zabrać. Najpierw musieliśmy zdo- być zaufanie. Tak samo było z Afgańczykami. Żeby pojechać na linię frontu z Ahmadem Szahem Masudem, musieliśmy przynajmniej trzy dni przebywać w miasteczku Tolokan na pograniczu afgańsko-tadżyckim (to było w styczniu 2001) i udowadniać, że jesteśmy właśnie tymi… WW: Byliście sprawdzani? KM: Tak, choć to nie było pierwsze spotkanie; Afgańczycy poznali nas przecież znacznie wcześniej. Wtedy nastąpiła wyraźna zmiana w kwestii dopuszczania korespondentów do linii frontu. To miało miejsce już pod- czas wojny irackiej, gdzie trzeba było mieć specjalne pozwolenia wojsk amerykańskich, bo z terenów Saddama Husajna relacjonowali autoportret 3 [46] 2014 | 78
  2. 2. tylko wybrani dziennikarze. W przypadku niedawnej wojny w Gruzji, od strony Rosji, czy raczej od strony osetyńskiej, relacje mogli robić tylko swojacy, czyli dziennikarze rosyjscy, natomiast całe to pospolite ruszenie dziennikarskie z krajów zachodnich mogło tylko działać na stronie gruzińskiej i nie było żadnego przenikania linii frontu. Nie było więc możliwości – takiej, jaką mieliśmy kie- dyś w Afganistanie – żeby przejechać z jednej strony konfliktu na drugą. WW: To jest związane z charakterem samych działań, które są bardziej bezwzględne? KM: Nie wiem, z czego to wynika, ale to samo chyba jest teraz w Syrii, gdzie od strony – na- zwijmy go tak – reżimu Baszara al-Asada wy- darzenia wojenne relacjonują dziennikarze prorządowi i rosyjscy, natomiast działania powstańców – dziennikarze z tzw. Zachodu. Ale też mają miejsca przypadki, takie jak naszego kolegi fotoreportera, który został porwany właśnie po stronie rebeliantów i był przetrzymywany. WW: Użyłeś wcześniej określenia „wojny konwen- cjonalne”. W jakim znaczeniu? KM: Kiedyś wojna była konwencjonalna na dwóch poziomach: użytej broni, np. czoł- gów, piechoty i artylerii, oraz związanej z tym kwestii bezpieczeństwa. W tej chwili często używa się samolotów bezzałogowych i rakiet namierzanych laserem. Gdy wojna była konwencjonalna, to jakoś się można było zorientować, przewidzieć, w kogo coś może trafić, gdzie można iść. A teraz dzia- łania wojenne są właściwie relacjonowane przez kamery zamontowane w rakietach wystrzeliwanych z bezzałogowych dronów lub samolotów, czy z okrętów na morzu. To było już widać podczas drugiej wojny irackiej – kamery pokazywały nam obraz celu, do któ- rego zbliżał się pocisk, po czym następowała detonacja. Teraz to poszło dalej, ponieważ drony cały czas śledzą cel i pokazują dokład- nie jego zniszczenie. Najdziwniejsze jest to, że tym wszystkim mogą sterować joystic- kiem żołnierze z jakiegoś bunkra w Stanach Zjednoczonych czy gdziekolwiek. Siedząc wygodnie, popijając kawę, decydują o życiu lub o śmierci. Oglądałem dziesiątki takich „rakietowych” filmów z Afganistanu, gdzie ludzie stoją w grupce, rozmawiają, a za chwi- lę jeb rakietą i już ich na tym świecie nie ma. A dron krąży i sprawdza, czy cel został skutecznie wyeliminowany. Do takich zdjęć czy filmów nie ma opisów, nie ma historii tragedii, jest tylko technologicznie okrutna prawda życia, a za chwilę śmierci. WW: Całkiem niedawno akcja wytropienia i zabi- cia Osamy Bin Ladena była monitorowana przez satelity i oglądana na żywo w Białym Domu. KM: Dokładnie, to było zdaje się pokazywane w podczerwieni, tak że można było śledzić sylwetki jeszcze żywych osób w środku domu oraz przemieszczających się żołnierzy, ozna- czonych zapewne jakimiś czipami „swój”, „nie swój”. WW: W książce i w wywiadach podkreślasz zawsze, że ważne jest nie tyle nieopowiadanie się po żadnej ze stron, co zresztą widać w twoich zdjęciach – na przykład z Groznego, gdzie jest też fotografia przedstawiająca rosyjskich żołnierzy świętujących zwycięstwo na transporterze – ile kwestia rozpoznania istoty konfliktu, który reje- strujesz. KM: Jak jechałem gdzieś sam, to musiałem zrobić sobie rozpoznanie na własną rękę. Kie- dy leciałem z Wojtkiem Jagielskim, Pawłem Smoleńskim czy Marysią Wiernikowską, to oni byli merytorycznie przygotowani, a ja miałem to szczęście, że właśnie z nimi często jeździłem na wojny i oni przekazywali mi to swoje rozpoznanie terenu zazwyczaj w samo- locie. Zawsze się robi przygotowania, próbuje przewidzieć, co może być dla nas taką „wolno niosącą falą”, na ile będzie sobie można pozwolić, ale potem okazuje się, że wiele rze- czy jest dziełem przypadku. Ktoś cię gdzieś zabierze, ktoś cię nie zabierze, jak trafisz na lepszego tłumacza, przewodnika, kierowcę, to zawiezie cię dalej, inny bliżej – dlatego nie ma żadnej instrukcji obsługi wojny. WW: Pytałem jednak o coś innego: czy w trakcie robienia zdjęć odbierałeś wyraźne sygnały, z cze- go wynika konflikt przed twoimi oczami, jakie są jego przyczyny? KM: Wiesz… teoretycznie czy stereotypowo Serbowie byli tymi „złymi” w czasie wojny po rozpadzie Jugosławii, ale widziałem zniszczo- ne cerkwie i poniżonych ludzi, a za tym stali też Bośniacy, którzy byli „dobrzy”. Chorwaci też byli „dobrzy”, ale jak jedni z drugimi się wzięli za łby, to trudno było ustalić, który z nich jest „lepszy”. No bo taki Dubrownik był miastem jednych i drugich i tam wojowa- li przeciwko sobie sąsiedzi. I chociaż możesz mieć opracowany background całego konfliktu, w szczegóły wchodzisz na miejscu. Więc jak Bośniak ci wypożycza samochód – o czym pisze w swojej ostatniej książce Widziałam Maria Wiernikowska – to wiadomo, że prze- jeżdżając na serbską stronę, trzeba będzie odkręcić rejestrację… Ale taki ruch dało się wtedy wykonać, natomiast w tych najnow- szych wojnach, w wojnie syryjskiej, przejazd ze strony rebeliantów na stronę rządową, czy odwrotnie, nie jest możliwy. WW: Jak technologia cyfrowa wpłynęła na cha- rakter rejestrowanych, przekazywanych obrazów? KM: To jest super. Nie chodzi tylko o fotografię cyfrową, ale o wejście internetu, bo sama cyfra autoportret 3 [46] 2014 | 79
  3. 3. Krzysztof Miller, Rumunia, 1989 ©agencjagazeta
  4. 4. jest sprawą wtórną wobec internetu. Dzienni- karze są bardziej mobilni, fotografowie mogą sobie na więcej pozwolić, bo kiedyś trzeba się było gdzieś zatrzymać, żeby zaczerpnąć wody, wywołać negatywy, wysuszyć i je zeskanować, znaleźć połączenie. Jeżeli się było z bogatej redakcji, to się miało telefon satelitarny, jeżeli nie, to trzeba było szukać poczty czy jakiegoś innego miejsca, gdzie się można było podpiąć pod sygnał telefoniczny i stamtąd nadawać do redakcji. Kiedy rebelianci dopadli Muamma- ra Kadafiego chowającego się w betonowym przepuście pod autostradą, to wyciąganie go z kryjówki zaczęli filmować komórką, także późniejszą egzekucję. I niemal natychmiast ten filmik puszczały stacje telewizyjne na całym świecie. Podobnie jest z fotografią. I tylko od ciebie zależy, czy operujesz ruchomym obra- zem, czy też wybierasz obrazy zatrzymane. WW: A kwestia łatwości manipulowania takim materiałem? KM: Żaden zawodowiec na manipulacje nie może sobie pozwolić, ponieważ może spotkać go ostracyzm ze strony środowiska, wyrzuce- nie z redakcji czy agencji, dla której pracuje. Chociaż z drugiej strony zdarzały się takie przypadki – jak ten, że ktoś dla „Newsweeka” relacjonował wojnę w Iraku ze Stanów Zjed- noczonych, bazując na materiałach ściąga- nych z internetu. WW: Która sytuacja była dla ciebie lepsza: gdy jechałeś gdzieś z Jagielskim czy Wiernikowską w latach 90. i byłeś w pewien sposób odcięty od realizacji materiału w redakcji, przybywało zdjęć, potem robiłeś ich selekcję, czy taka, że natych- miast wrzucasz obrazki na serwer? KM: Tak naprawdę także w całkowicie ana- logowych czasach bez przerwy musieliśmy nadawać materiały, może tylko nie odbywało się to tak często jak dzisiaj. No chyba że była to kompletna czarna dziura, jak dżungla w Kongo, a w niej uchodźcy Hutu z Rwandy, którzy odcię- ci umierali setkami, bo żadna pomoc humani- tarna tam nie docierała. Jak była jakakolwiek możliwość kontaktu, to dla gazety się nadawa- ło. Często operowaliśmy niedużymi grupami, gdzie zawsze się znalazł stringer Reutera, stringer Associated Press, który miał „skrót” do wysyłania informacji. I jak się wypiło z nim wódkę, jak się zakolegowało, to on (może nie za bardzo chętnie) użyczał czasem tej swojej linii. WW: Jednocześnie jednak, wraz z pojawieniem się zapisu cyfrowego i rozbudowanymi możliwo- ściami transmisji danych, skończyły się misje, gdy wysyłano fotoreportera na drugi koniec świata czy do – jak to nazwałeś – czarnej dziury, żeby zrobił tam wizualny materiał. KM: Skończyła się też pewna magia zawodu fotoreportera, nie ma już takiej sytuacji, że wywołujesz negatyw i patrzysz, co ci się udało załapać, bo kiedyś nie mogłeś sobie z tyłu aparatu na „telewizorze” od razu zobaczyć zarejestrowanych kadrów. Wszystko robiło się wtedy, bazując na własnej wiedzy, doświadczeniu i „czuju”, ważne były ustawie- nia czasu, przysłony, głębi ostrości, a teraz można to wszystko korygować w ciągu se- kundy. Nie trzeba też zmieniać filmu, a przy 16-gigabitowej karcie jest miejsce na prawie tysiąc jpegów, i jednocześnie wszystko to jest tańsze, bo kosztuje cię tyle co podłączenie do prądu, żeby naładować baterie. WW: Czy w takim razie robisz teraz więcej zdjęć, niż w czasach gdy pracowałeś na filmie? KM: Nie. WW: Nie korzystasz z tego dobrodziejstwa? KM: Oczywiście, że korzystam, ale do redakcji wysyłam zwykle nie więcej niż siedem klatek. WW: A gdy pracowałeś na filmach, to ile na przy- kład z takiej misji w Afryce przywoziłeś rolek? KM: Jeżeli z Jagielskim nastawialiśmy się na jakieś duże wydarzenie, a nie na pełzającą wojnę, to zawsze zabierało się więcej nega- tywów. W takiej sytuacji potrafiłem zabrać z sobą do stu rolek, czyli to dawało trzy tysiące sześćset kadrów, z czego naświetlałem maksymalnie trzydzieści do pięćdziesięciu filmów, i to czasem w przedziale miesiąca. Trzeba pamiętać, że te stare technologie były związane z generowaniem kosztów: cena negatywu, cena wywołania negatywu, cena skanowania negatywu, więc ta setka rolek, jakie się zabierało, to był maks. WW: Wspomniałeś wcześniej o „pełzającej woj- nie”. Jak wygląda w takim razie specyfika wojny dynamicznej i pełzającej? KM: Najlepszym przykładem tej pierwszej jest dla mnie w Czeczenia 1995 i 1996 roku, kiedy cały czas się zmienia linia frontu, kiedy powstają i zapełniają obozy uchodźców, kiedy ewakuuje się miasta i tworzone są korytarze dla cywili, żeby mogli opuścić dany teren. Natomiast wojna pełzająca miała miej- sce w 2001 roku w Afganistanie. Niby się mie- li, ale się nie mieli, front zamiera na półtora miesiąca, ktoś kogoś zaatakuje, ktoś gdzieś przekupi danego komendanta i w rezultacie przesunie pozycje o kilkadziesiąt kilometrów, a obozy uchodźców są cały czas pełne. To trochę jak sytuacja w Syrii, którą teraz opi- suje Tochman w książce Kontenery – powstają miasta w kontenerach. Uchodźcy jak gdyby okrzepli w tej swojej tragedii, bardziej nor- malne jest dla nich życie w obozie, niż gdyby mieli wrócić do ruin. Tak było w Afryce w Su- danie czy chociażby w Kongu, gdzie nagle z niebieskich pałatek dostarczonych przez UNHCR [Biuro Wysokiego Komisarza Naro- dów Zjednoczonych ds. Uchodźców – przyp. autoportret 3 [46] 2014 | 81
  5. 5. red.] zaczynają się robić gliniane domki, powstają quasi-miasta ze swoimi struktura- mi, szkołami i handlem. Tak samo zresztą było w Albanii, gdzie przebywali uchodźcy z Kosowa – i tam pojawiały się wymurowane kuchnie, były namioty, gdzie dzieci mogły się uczyć, i to były już takie prawie miasta. I chociaż każdy z przebywających miał z tyłu głowy, że to nie jest ich miejsce docelowe, to się starał do tej rzeczywistości dostosować. WW: Czyli najbardziej dynamiczna wojna według ciebie miała miejsce w Czeczeni? KM: Także ta podczas rozpadu Jugosławii, w Karabachu, w Gruzji, gdzie linia frontu przesuwała się i jednocześnie można było być w jej pobliżu i obserwować, co się tam dzieje. Natomiast w przypadku wojny pełzającej ten front niby jest, ale wszyscy już okrzepli na pozycjach, wszyscy wiedzą, że trwa walka, ale raczej nic się nie zmienia, a życie toczy się jak gdyby spokojniej. WW: Jednak gdy robiłeś zdjęcia w Afganistanie, nie wyglądało to na spokojne sytuacje. KM: No tak, Ahmad Szah Masud wizytujący front z kałasznikowem w ręku, w tle przebie- gają żołnierze, oddają strzały i patrzą, gdzie lecą pociski, ustalają wysokość okopów, mimo że w tym miejscu, w tej dolinie front od paru miesięcy się nie przesunął, czyli obrazy suge- rujące, że druga strona może zaraz coś zacząć, że są gotowi, ale właściwie niewiele się dzieje. WW: Czy robiłeś jakieś szacunki, ile naświetliłeś kadrów? KM: Nie, w ogóle. WW: Masz bardzo duży dorobek, mam na myśli liczbę fotografii świetnych i trafionych. Jak oce- niasz ich wykorzystanie? KM: Przy pisaniu 13 wojen i jednej [K. Miller, 13 wojen i jedna, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2013 – przyp. red.] zdałem sobie sprawę – bo musiałem przejrzeć wszystkie wojenne negatywy i pliki cyfrowe – że wiele histo- rii pozapominałem… Mam więc zdjęcia z wydarzeń, które wydawały mi się wtedy ważne, jednak z braku miejsca w gazecie nie zostały opublikowane, chociaż wychodził wtedy niemal stustronicowy cotygodniowy „Magazyn Gazety Wyborczej”, który potem jednak miał systematycznie redukowaną objętość. WW: Na ile układ publikowanego fotoreportażu to był twój wybór i decyzja? KM: Pierwszy, szeroki wybór zawsze należał do mnie. Potem działaliśmy wspólnie z foto- edytorem, a z tych wybranych zdjęć fotoedy- tor razem z grafikiem składał opowiadanie. Z typowego wyjazdu, czyli naświetlonych średnio około pięćdziesięciu rolek (tysiąc osiemset kadrów), robiło się wypowiedź na dwie do czterech stron plus okładkę. Czyli na rozkładówkę wchodziło mniej więcej sześć do siedmiu zdjęć. Jeżeli wojna trwała dłużej, materiał bywał wykorzystywany do kolejnych publikacji. WW: Mimo że, jak deklarujesz, starasz się być bezstronny wobec relacjonowanych wydarzeń, to jednak w trakcie lektury 13 wojen i jednej wyraźnie widać twoje sympatie. Czy nie kusiło cię, żeby z tego materiału, jaki zarejestrowałeś, ułożyć większą narrację? KM: Masz na myśli formę albumu fotogra- ficznego? WW: Dokładnie. Opisałeś w książce wydarzenia, których byłeś świadkiem, towarzyszące im zdjęcia działają bardzo mocno. Weźmy na przykład te, gdzie widać umierające z głodu dzieci w obozie Tut- sich w Burundi. Czy nie myślałeś o ułożeniu narracji wizualnej, mówiącej o świecie, w jakim żyjemy? KM: To może jest dobry pomysł, zrobienie takiej bardzo osobistej narracji, ale trzeba pamiętać, że jestem jedynym fotografem, jaki napisał książkę o wojnach, które fotografo- wał, a nie wydał dotąd żadnego albumu… Poważnie mówiąc, cały czas zastanawiam się, jak to ugryźć, żeby tego nie spieprzyć, bo pewnie w swoim życiu wydam tylko jeden album fotograficzny, a to poważna sprawa, bo będzie obejmował dwadzieścia pięć lat pracy. WW: Oczywiście, ale chodzi mi o twoją subiek- tywną, osobistą wypowiedź… KM: Wiem, że moją i subiektywną, ale musiałbym trafić na redaktora, który by mi ułożył trochę w głowie, w którym kierunku mam się udać, bo dla mnie podstawą jest opo- wiadanie obrazkami, a nie słowem pisanym. Historia z książką dla Znaku była taka, że to oni przyszli do mnie z pomysłem. I jak już zacząłem w końcu pisać, to już wiedziałem, jak i o czym. Jestem introwertykiem, mam ogromny dystans do siebie i ciągle nie mam pewności, czy to, na co sam bym wpadł, byłoby dobre. WW: Spytam w takim razie: czy miałeś dużo ingerencji redaktorskich podczas pisania 13 wojen i jednej? KM: Zapewne zauważyłeś, że część o RPA jest najbardziej uładzona, mało tam choćby przekleństw. Po prostu rozdziały w książce nie są ułożone w kolejności, w jakiej były pisane. Po RPA była Gruzja i tam się już roz- pisałem, no i trochę brzydkich wyrazów się tam pojawiło. Nie potrafię pracować tak jak Jagielski albo Kapuściński, czyli że codzien- nie narzucasz sobie określony reżim pisa- nia. Ja mogłem napisać dwie, trzy strony autoportret 3 [46] 2014 | 82
  6. 6. i musiałem zrobić sobie odbój pięć do ośmiu dni, żeby wiedzieć, co dalej pisać. Jednak już po RPA zaskoczyłem, w jakim kierunku to ma iść, i zacząłem ogarniać tę książkę. A album z komentarzem… Zawsze jest dylemat, czy zdjęcia mają pojawić się same, czy z tekstem. Są dwa obozy. WW: Jedno nie wyklucza drugiego. Twoje zdjęcia były używane jako ilustracje do artykułów pra- sowych, ale jednocześnie pamiętam rozkładówki w „Magazynie Gazety Wyborczej”, gdzie tekst był mocno zredukowany i przede wszystkim mówiły obrazy. KM: I to trzeba by wyważyć, wypośrodkować. Ilość tekstu do fotografii. Niektóre zdjęcia wymagałyby większej ilości tekstu, historii, inne mniej, ale jak zrobić z tego konsekwent- ny album? Żeby się trzymał kupy, żeby miał dramaturgię itd., żeby nie był porozpieprzany różnymi formami… WW: Na Majdanie w Kijowie nie byłeś teraz, ale zapewne widziałeś fotografie, jakie tam robiono i które pojawiały się w obiegu momentalnie, bo część z nich wykonano telefonami z aplikacją Insta- gram. Jak je oceniasz? KM: Wstrząsające, dużo wstrząsających hi- storii, bo tam właśnie był taki rodzaj „wojny dynamicznej”, gdzie dopuszczają cię do foto- grafowania razem z biegnącymi żołnierzami czy obrońcami Majdanu. W TVN-ie widziałem świetne filmy, gdzie kamerzysta przemieszczał się za nimi… WW: A ja obejrzałem na YouTube ten straszny zapis, gdzie widać, jak snajperzy strzelają do ludzi. Wszystko rozgrywa się na naszych oczach, jest bez- pośrednio pokazywane, a potem okazuje się jednak, że nie wiadomo do końca, kto tam jeszcze strzelał, co stawia wiarygodność tego przekazu pod znakiem zapytania. KM: Niezależnie jednak, kto takim materia- łem manipuluje, jest on w znacznym zakresie ilustracją wydarzeń. Nawet jeżeli jakieś zdjęcie nie jest w pewnym momencie rozpowszechniane ze względu na to, co przedstawia, to może być świetny materiał dla prac naukowych, historycz- nych. Można negować fakt użycia snajperów, ale co zrobić, jeżeli na fotografii widać ludzi, którzy padają od kul w określonych miejscach placu? WW: Przypomniały mi się w tym momencie zdjęcia Johannesa Hählego, niemieckiego fotoreportera, który w 1942 roku na Ukrainie w miejscowości Łubnie sfotografował zgromadzoną tam ludność ży- dowską na chwilę przed eksterminacją. Nie ma zdjęć z samej egzekucji, ale jest zarejestrowany moment gromadzenia w jednym miejscu, spisywania doku- mentów, odbierania mienia itd. Hähle był w Kompa- nii Informacyjnej Wehrmachtu, czyli po wiadomej stronie, ale te zdjęcia, które przetrwały (właściwie jest to końcówka filmu, którą on odciął z rolki – czyli zdawał sobie sprawę z tego, co się tam dzieje), to jak najbardziej dokumentalny zapis, chociaż wiadomo, że mamy do czynienia z okiem oprawcy. KM: Można być jak Leni Riefenstahl i robić propagandę, szczególnie gdy u siebie jest ciepło i wygodnie. Ale jak zaczęła filmować okrutną wojnę w Polsce, to pękła i uciekła. A przecież jej wolno było wszystko! Mogła dzia- łać od strony agresorów niemieckich bez żad- nych ograniczeń. Propaganda jest działaniem doraźnym, manipuluje się, żeby coś wygrać. Znasz zapewne album z radzieckimi zdjęciami, z których znikają wyretuszowani ludzie? WW: Tak. I słynną fotografię wieszania flagi na Reichstagu. Cała sytuacja została wymyślona i zainscenizowana przez świetnego radzieckiego fotoreportera Jewgienija Chałdeja, jednak zanim zdjęcie poszło do druku, z nadgarstków czerwono- armisty przytrzymującego żołnierza dzierżącego chorągiew z sierpem i młotem retuszerzy wymazali „trofiejne” zegarki… KM: Teraz coś podobnego byłoby łatwiejsze dzięki technologii cyfrowej… WW: Gdybym chciał podsumować na koniec tej rozmowy kwestię pojawienia się fotografii cyfrowej oraz innego sposobu dystrybucji zdjęć – będę się jednak upierał, że jednak bardziej podatnych na ma- nipulację zapisanymi obrazami – to dla ciebie jest to sytuacja pozwalająca na szybsze, lepsze i skutecz- niejsze działanie dokumentalne? KM: Oczywiście, że tak, ale pamiętaj, że ja nie znam Photoshopa… Krzysztof Miller, Kongo, 2003 ©agencjagazeta

×