Successfully reported this slideshow.

188 dni i nocy - Małgorzata Domagalik Janusz L. Wiśniewski - ebook

697 views

Published on

  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

188 dni i nocy - Małgorzata Domagalik Janusz L. Wiśniewski - ebook

  1. 1. Pary˝, sobota nocàCzy chodzi Pani na spacery w innych miastach i z innym m´˝czyznà? Lubi Pani, gdy on szuka Pani dłoni, abyzamknàç delikatnie w swojej, czy po prostu podaje mu jà, aby nie ryzykowaç rozczarowania, ˝e on mógłbywcale jej nie szukaç? A mo˝e dla feministek spacerujàcych z m´˝czyznami inicjacja spotkania dłoni to tak˝eelement walki płci? JeÊli tak, to o co? O pierwszeƒstwo w przyzwoleniu na dotyk czy o pierwszeƒstwow oczekiwaniu na jego pragnienie? A mo˝e feministki na spacerach ze swoimi m´˝czyznami nie potrzebujà Małgorzata Domagalik – znana dziennikarkadotyku? Potrzebuje Pani dotyku w trakcie spaceru? MyÊlałem o tym podczas lotu z Frankfurtu nad Menem doPary˝a, czytajàc artykuł sztandarowej niemieckiej feministki Alice Schwarzer, która w tygodniku „Die Zeit” i autorka programów telewizyjnych. Redaktorz paêdziernika 2003 roku napisała, ˝e „m´˝czyêni, którzy majà władz´, sà erotyczni, podczas gdy kobiety naczelna miesi´cznika „Pani”. Autorka ksià˝ek:posiadajàce władz´ sà niekobiece (niem. unweiblich)”. Pani posiada władz´. Kreuje Pani poprzez swoje ksià˝ki Serce na sznurku (1998), Siostrzane uczuciaoraz wykorzystujàc media, w których jest Pani nieustannie obecna, okreÊlone wzorce. Mo˝liwoÊç kreowania (W.A.B. 2001). Razem z Krystynà Koftà wydaławzorców i wpływania na postawy ludzi to dla mnie kwintesencja władzy. W tym sensie dla mnie ma Pani władz´ Harpie, piranie, anioły (W.A.B. 1997),i jest Pani przy tym ogromnie erotyczna. I kobieca. W Pani przypadku wi´c Schwarzer si´ myli. Jest Pani dlamnie tak˝e zaprzeczeniem tego, co Schwarzer formułuje jako głównà tez´ swojego artykułu: „Kobiety muszà a z Januszem L. WiÊniewskim 188 dni i nocy (2005)si´ zdecydowaç, czy chcà mieç władz´, czy byç po˝àdanymi i kochanymi”. Potem na trzech kolumnach, i Mi´dzy wierszami (2008).drobnym drukiem, dowodzi, ˝e ma absolutnà racj´. Robi to w taki sposób, jak gdyby dowodziła prawdziwoÊci Jest laureatkà Nagrody Wiktora dla najwi´kszej Ma∏gorzata Domagalikprzykazaƒ w feministycznym Dekalogu. Pomijajàc fakt, ˝e przykazaƒ nie trzeba dowodziç i ˝e Schwarzer osobowoÊci telewizyjnej. Janusz L. WiÊniewskicz´sto w swoim rozumowaniu wpada w pułapki sofizmatów, to za fenomen zmuszonych do aseksualizmu Janusz Leon WiÊniewski – prozaik, doktor informatyki i doktor habilitowany chemii, wykładowca akademicki, ojciec dwóch córek: Joanny i Adrianny. Stworzył specjalistyczny program komputerowy, który stosuje wiele firm chemicznych na całym Êwiecie. Współredaguje magazyn informatyczny w internecie, jest te˝… rybakiem dalekomorskim. Pracuje i mieszka we Frankfurcie nad Menem. Zadebiutował w 2001 roku powieÊcià SamotnoÊç w sieci, która pobiła wszelkie rekordy sprzeda˝y. W 2006 roku na jej podstawie 188 Dni i nocy powstał film oraz serial telewizyjny. Du˝à popularnoÊcià cieszà si´ równie˝ kolejne ksià˝kiWarszawa, niedziela wieczorem WiÊniewskiego: Zespoły napi´ç (2002), SamotnoÊçTo, co Pan napisał, nieco mnie zaskoczyło, ale i w jakimÊ sensie utwierdziło w przekonaniu, ˝e jednak my w sieci. Tryptyk (2003), Los powtórzony (2004),kobiety znamy siebie najlepiej. Nigdy bowiem nie przychodziło mi do głowy, aby w czymkolwiek i a priori (i niechodzi tu o gr´ wst´pnà) wyprzedzaç m´˝czyzn´, z którym byłam, a tym bardziej miałam zamiar byç. Zawsze Intymna teoria wzgl´dnoÊci (2005), Molekuły emocjiju˝ na poczàtku ka˝dej znajomoÊci chciałam wiedzieç, co mog´ dostaç – na przykład ciepłà dłoƒ na spacerze. (2006), Czy m´˝czyêni sà Êwiatu potrzebni? (2007)Chciałam prawdy. A w t´ wpisane jest przecie˝ ryzyko rozczarowania. Trzeba wiedzieç, czy na spacerze mo˝e oraz wydane wspólnie z innymi autorami: Martynazabraknàç nie tylko dłoni, ale i to˝samej duszy. Byç mo˝e powie Pan, ˝e jest w tym coÊ z asekuranctwa. Byç (2003), 188 dni i nocy (2005), Arytmia uczuç (2008).mo˝e, zwłaszcza ˝e na poczàtku ka˝dej znajomoÊci karne punkty, które zdobywa kandydat na kochanka czy Jego ksià˝ki były tłumaczone na j´zyk angielski,m´˝a, właÊciwie nie bolà. Nie ma wi´c i mowy o kl´sce. Łatwo powiedzieç sobie wówczas: to nie ten. Było i nieb´dzie. Adieu! Dopiero po przebiegni´ciu takiej „Êcie˝ki zdrowia”, i ju˝ z tà r´kà w r´ce, mo˝na z beztroskà czeski, albaƒski, rosyjski, chorwacki, litewski,zało˝yç na nos ró˝owe okulary. Okulary miłoÊci. Skoczyç z trampoliny uczuç na główk´ w morze uczuciowego bułgarski i wietnamski.szaleƒstwa. To cudowne, prawda? Nie zapomniał Pan jeszcze? Tak czy inaczej, naprawd´ ucieszyło mnie,˝e nie widzi Pan antagonizmu mi´dzy władzà a kobiecoÊcià. Tyle tylko, ˝e w zwiàzku, który zakładapoddaƒstwo jednej ze stron, kobiety albo m´˝czyzny, władza nie mo˝e byç erotyczna. Pr´dzej czy póêniejprzyniesie ze sobà niewol´. A ta podniecajàca mo˝e byç tylko dla tych, którzy w łó˝ku lubià dostaç pasem popupie. Chocia˝ rzeczywiÊcie istnieje taki rodzaj władzy, który w oczach kobiety, zwłaszcza tej niezale˝nej, wartjest poddaƒstwa. Dzieje si´ tak, gdy m´˝czyzna nie boi si´ kobiety silnej, gdy radoÊç sprawiajà mu jej sukcesy,
  2. 2. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .
  3. 3. 188 Dni i nocy
  4. 4. Ma∏gorzata DomagalikJanusz L. WiÊniewski 188 Dni i nocy
  5. 5. Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2008 Wydanie II Warszawa 2008
  6. 6. Świat nie tylko jest dziwniejszy, niż przypuszczamy,świat jest dziwniejszy niż każde nasze możliweprzypuszczenie... J.B.S. Haldane (1892–1964), brytyjski biolog ewolucyjny
  7. 7. Paryż, sobota nocą Czy chodzi Pani na spacery w innych miastach i z innymmężczyzną? Lubi Pani, gdy on szuka jej dłoni, aby zamknąćdelikatnie w swojej, czy po prostu podaje mu ją, aby nie ry-zykować rozczarowania, że on mógłby wcale jej nie szukać?A może dla feministek spacerujących z mężczyznami inicja-cja spotkania dłoni to także element walki płci? Jeśli tak,to o co? O pierwszeństwo w przyzwoleniu na dotyk czyo pierwszeństwo w oczekiwaniu na jego pragnienie? A możefeministki na spacerach ze swoimi mężczyznami nie potrze-bują dotyku? Potrzebuje Pani dotyku w trakcie spaceru? Myślałem o tym podczas lotu z Frankfurtu nad Me-nem do Paryża, czytając artykuł sztandarowej niemieckiejfeministki Alice Schwarzer, która w tygodniku „Die Zeit”z października 2003 roku napisała, że „mężczyźni, którzymają władzę, są erotyczni, podczas gdy kobiety posiadają-ce władzę są niekobiece (niem. unweiblich)”. Pani posiadawładzę. Kreuje Pani poprzez swoje książki oraz wykorzy-stując media, w których jest Pani nieustannie obecna, okre-ślone wzorce. Możliwość kreowania wzorców i wpływaniana postawy ludzi to dla mnie kwintesencja władzy. W tymsensie dla mnie ma Pani władzę i jest Pani przy tym ogrom-nie erotyczna. I kobieca. W Pani przypadku więc Schwarzersię myli. Jest Pani dla mnie także zaprzeczeniem tego, coSchwarzer formułuje jako główną tezę swojego artykułu:„Kobiety muszą się zdecydować, czy chcą mieć władzę, czybyć pożądanymi i kochanymi”. Potem na trzech kolum-nach, drobnym drukiem, dowodzi, że ma absolutną rację.Robi to w taki sposób, jak gdyby dowodziła prawdziwo-ści przykazań w feministycznym Dekalogu. Pomijając fakt,że przykazań nie trzeba dowodzić i że Schwarzer częstow swoim rozumowaniu wpada w pułapki sofizmatów, to za 7
  8. 8. fenomen zmuszonych do aseksualizmu „kobiet u władzy”odpowiedzialnymi czyni mężczyzn. Zgodzi się Pani ze mną,że to nie jest prawda? Myślałem o tym w samolocie, czytając „Die Zeit”.W pewnym momencie stewardesa oderwała mnie od ar-tykułu, pytając, czego się napiję. Podała mi małą butelkęchardonnay, uśmiechnęła się do mnie i przesunęła swój wó-zek w kierunku ogona samolotu. Miała urodę Słowianki.Odwróciłem za nią głowę. Stała tyłem do mnie, nachylonanad wózkiem z butelkami, w granatowym przepisowymkostiumie Lufthansy, oferując napoje kolejnym pasażerom.W pewnym momencie musiała się wychylić, aby sięgnąć pobutelkę na końcu wózka. Jej spódniczka odkryła srebrzystypas koronek pończoch opinających uda oraz kawałek opa-lonego ciała nad pasem. Pomyślałem wtedy, że Alice Schwa-rzer pojmuje władzę w zbytnim oderwaniu od rzeczywisto-ści. Także tej na pokładach samolotów Lufthansy. Przepraszam za tę długą dygresję. Wcale nie chciałempierwszej nocy prowokować i rozmawiać z Panią o innychkobietach. Ani o Pani przyjaciółce Alice Schwarzer, anio Dworkin, ani tym bardziej o stewardesach. Szczególniew taką noc jak dzisiejsza... Poszłaby Pani ze mną na spacer w Paryżu? Około półno-cy? Na cmentarz? W nocy pierwszego listopada cmentarze nie napawająlękiem. Jeśli była Pani kiedyś na cmentarzu w taką noc, towie Pani, że jest to niemalże mistyczne przeżycie. Czasamiwydaje mi się, że tym, czym dla żywych jest Wigilia, dlaumarłych jest dzień Wszystkich Świętych. Poszlibyśmy na szczególny cmentarz. Usytuowany nie-omal w centrum Paryża, rozciągnięty na ponad 43 hekta-rach, zamknięty za ponadtrzymetrowym murem. Cmentarz Père-Lachaise. Dla niektórych Père-Lachaiseto jedyny powód, dla którego warto przyjechać do Pary- 8
  9. 9. ża. Niektórzy przyjechali tu tylko po to, aby umrzeć i byćpochowanym na Père-Lachaise. Niektórzy tak żyli, abyzasłużyć na własny grób na cmentarzu Père-Lachaise. Boten cmentarz to podzielony na sektory panteon dusz. Gróbtutaj to jak wpis do encyklopedii. Kiedyś zastanawiałemsię, co mogłoby się dziać za murami tego cmentarza, gdybyjakiś natchniony poeta pod wpływem etanolu lub jakiejśmocniejszej psychodelicznej chemii na kilka godzin ożywiłto miejsce. Może wtedy Jim Morrison z sektora N9 zaśpie-wałby razem z Edith Piaf z sektora N5? Chopin z sektoraM9 namówiłby na wspólny występ Sarę Bernhardt z sek-tora L7? Homoseksualista Oscar Wilde z sektora K5 uwo-dziłby heteroseksualnego Apollinaire’a z sektora J8? CzyProust z sektora J8 i Balzac z sektora J9 umawialiby się nanapisanie wspólnej powieści? A może Delacroix z sekto-ra J9 żaliłby się Modiglianiemu z sektora M5, że żył zbytwcześnie, aby zostać impresjonistą? Poszlibyśmy na ten cmentarz, aby się przekonać, że niewolno nam tam wejść. Cmentarze zamykają w Paryżu przedzamknięciem banków. Byłaby Pani rozczarowana, prawda?Ja byłbym zawstydzony tym, że tego nie sprawdziłem. Męż-czyzna powinien zabierać kobietę do miejsc, które jej obie-cał. Szczególnie do tych, do których mieli dotrzeć nocą. Bien cordialement, JLW
  10. 10. Warszawa, niedziela wieczorem To, co Pan napisał, nieco mnie zaskoczyło, ale i w jakimśsensie utwierdziło w przekonaniu, że jednak my, kobiety,znamy siebie najlepiej. Nigdy bowiem nie przychodziło mido głowy, aby w czymkolwiek i a priori (i nie chodzi tuo grę wstępną) wyprzedzać mężczyznę, z którym byłam,a tym bardziej miałam zamiar być. Zawsze już na począt-ku każdej znajomości chciałam wiedzieć, co mogę dostać– na przykład ciepłą dłoń na spacerze. Chciałam prawdy.A w tę wpisane jest przecież ryzyko rozczarowania. Trzebawiedzieć, czy na spacerze może zabraknąć nie tylko dłoni,ale i tożsamej duszy. Być może powie Pan, że jest w tymcoś z asekuranctwa. Być może, zwłaszcza że na początkukażdej znajomości karne punkty, które zdobywa kandydatna kochanka czy męża, właściwie nie bolą. Nie ma więci mowy o klęsce. Łatwo powiedzieć sobie wówczas: to nieten. Było i nie będzie. Adieu! Dopiero po przebiegnięciutakiej „ścieżki zdrowia”, i już z tą ręką w ręce, można z bez-troską założyć na nos różowe okulary. Okulary miłości.Skoczyć z trampoliny uczuć na główkę do morza uczucio-wego szaleństwa. To cudowne, prawda? Nie zapomniał Panjeszcze? Tak czy inaczej, naprawdę ucieszyło mnie, że nie widziPan antagonizmu między władzą a kobiecością. Tyle tylko,że w związku, który zakłada poddaństwo jednej ze stron,kobiety albo mężczyzny, władza nie może być erotyczna.Prędzej czy później przyniesie ze sobą niewolę. A ta podnie-cająca może być tylko dla tych, którzy w łóżku lubią dostaćpasem po pupie. Chociaż rzeczywiście istnieje taki rodzaj władzy, któryw oczach kobiety, zwłaszcza tej niezależnej, wart jest pod-daństwa. Dzieje się tak, gdy mężczyzna nie boi się kobiety 10
  11. 11. silnej, gdy radość sprawiają mu jej sukcesy, gdy wspiera jąw ambicjach i mówi: możesz być jeszcze lepsza. Taki męż-czyzna prędzej czy później dostaje taką kobietę we własneręce i staje się jej najbardziej pożądanym władcą. Czy jed-nak na całe życie? Tego nie wiem... Zresztą, co jest na całeżycie? Tak jak kiedyś mój ojciec, każdego roku zapalam świateł-ka w Dzień Zaduszny. Nie na cmentarzu, ale gdzieś na łące,na jakimś tarasie... Tak jak mój ojciec, tyle tylko, że on szedłna parę godzin w góry i siedział tam tak długo, aż światełkagasły. Nigdy nie pytałam go, o czym myślał, za kogo sięmodlił. Nie zdążyłam. Wczoraj byłam na Powązkach. Chy-ba przyszłam za wcześnie. Gwar, jakiś brak skupienia i corusz dzwoniące telefony komórkowe. W którą alejkę skrę-cić, w jakim miejscu doświadczyć mistycznego pojednaniaze zmarłymi? I nagle tuż pod cmentarnym murem zobaczy-łam grupę młodych ludzi. Całe mnóstwo zniczy. Podchodzębliżej. Są radośni, rozmawiają o dziewczynie, która tu leży.Musisz ją pamiętać, była na roku z Jackiem, w lutym naprywatce u Doroty miała na sobie czerwoną sukienkę. Byław nich jakaś autentyczność, szlachetność i mimo że jeszczenieprzeczuwana, ale jednak atencja wobec śmierci. No cóż,wiemy już, że cmentarz na Père-Lachaise zamykają o piątej,to może kiedyś, gdy bramy zostaną zamknięte, pójdziemyna kieliszek calvadosu? To takie nawiązanie do Łuku trium-falnego. Pozdrawiam, MD
  12. 12. Frankfurt nad Menem, poniedziałek wieczorem Domagalik nie chce „wyprzedzać mężczyzny”! Coś ta-kiego! Nie sądzi Pani, że odkrusza tym stwierdzeniem dużykawałek fundamentu z piedestału, na którym Pani stoi? Wy-dawało mi się, że kobiety takie jak Pani już na pierwszymspacerze wiedzą, co powinny dostać, i gdy tego nie dostają,biorą to sobie same. I dopiero wtedy mówią „adieu”. Bardzo miło mnie Pani zaskoczyła. Tym bardziej że tenpiedestał ustawiły dla Pani głównie media i mężczyźni me-diów. Może tylko po to, aby z dołu zobaczyć, jaką nosi Panibieliznę. Jestem, podobnie jak Pani, za równouprawnie-niem kobiet, ale jednocześnie jestem także za podziałem rólprzypadających mężczyznom i kobietom. Podobnie jak Paniuważam, że inicjacja pierwszej bliskości powinna wyjść zestrony mężczyzny. Tak jest naturalnie, bowiem – poza nie-licznymi wyjątkami – tak to ustawiła ewolucja. Sufrażystkiwychodziły wprawdzie na ulice z antyewolucyjnymi hasła-mi na sztandarach, ale tylko się tym ośmieszały. Demon-stracjami nie zmieni się chromosomów. Nie jestem znawcą kobiet. Pani zaskoczenie jest nieuza-sadnione. To dziennikarze w recenzjach Samotności w Siecizaczęli posługiwać się tym terminem, a po wydaniu Zespo-łów napięć, przykleili mi tę etykietę na stałe do czoła. Mojeusilne starania, aby ją zdrapać, nie przynoszą na razie więk-szego skutku. A chcę ją zdrapać, bo po pierwsze – niestety– nie należy mi się, a po drugie, mam uczucie, że tzw. znaw-stwo kobiet utożsamiane jest przez wielu z pejoratywnym„kobieciarstwem”. A ja nie jestem kobieciarzem. To, żew Zespołach... napisałem opowiadanie Kochanka w pierw-szej osobie liczby pojedynczej rodzaju żeńskiego, nie ozna-cza, że znam kobiety. Oznacza tylko, że podjąłem ryzyko,aby opowiedzieć kobietę tak, jak ją postrzegam. A postrze- 12
  13. 13. gam ją jako lepszą część ludzkości, której mimo wszystkowiedzie się na świecie gorzej. I to nawet tam, gdzie jużdawno równouprawnienie wpisano złotymi zgłoskami donajważniejszych aktów prawnych. Cokolwiek robią kobie-ty, muszą robić to dwa razy lepiej niż mężczyźni, by zostałoto ocenione choć w połowie tak samo dobrze. Na szczęście– Pani sama wie to lepiej niż ja – nie jest to zbyt trudne,prawda? A jednak niesprawiedliwe. Paradoksalnie, w tymwypadku ta niesprawiedliwość tak naprawdę spotyka męż-czyzn! Bo przy prawdziwym równouprawnieniu kobiety,nie zaniedbując niczego, mogłyby mieć przecież dla swoichmężczyzn dwa razy więcej czasu. Ponadto wydaje mi się, iż przygotowywałem się to tegobardzo uczciwie. Jak naukowiec. Czytałem Angier, Freuda,Junga, Fisher, Wrighta, Domagalik, Graff, Dunin i Horney.Czytałem także Woolf, Nin, Jelinek i Plath... Ale nie tylkoprzecież czytałem. Słuchałem kobiet, gdy mówią o sobie,i potem długo myślałem o tym, co powiedziały. Czasamiprzy tych opowieściach starałem się nie tylko na nie pa-trzeć, ale też w nie zaglądać... Spędziłem popołudnie i wie-czór u ginekologa we Frankfurcie, aby wszystko wiedziećz pierwszej ręki. Do dzisiaj walczę – trochę jak męska fe-ministka – z moją niemiecką kasą chorych, aby zapłaciłaza tę wizytę. W niemieckich kasach chorych nie ma bo-wiem równouprawnienia i mężczyznom odbiera się pra-wo do wizyt u ginekologa (śmiech). Studiując kobiecośćprzed napisaniem swoich książek, nie przygotowywałemna nie emocjonalnego zamachu, a tym bardziej wmawia-nego mi od czasu do czasu wielkiego, zbiorowego uwie-dzenia. Wzruszyła mnie Pani opowieścią o swoim ojcu, któryw górach w Dzień Zaduszny czekał, aż zgasną znicze, któreze sobą zabrał. Dla mnie Zaduszki to także dzień, w którymchcę być sam. I tego dnia nie jestem wcale samotny. Moirodzice zmarli tak dawno, że mam już za sobą osamotnienie 13
  14. 14. i pustkę, którą pozostawili, odchodząc. W Dzień Zadusznychcę z nimi porozmawiać, poradzić się. Chcę także płakać.A płakać lepiej w samotności... W Dzień Zaduszny zawsze przypomina mi się historiaczłowieka, który praktycznie każdego dnia zapala komuśznicz. Pewien młody biedny lekarz ze Sztumu, który skończyłstudia w Gdańsku, przyjechał na praktykę do Getyngi. Nasześć miesięcy. Do kliniki. Lekarz kochał pewną Agnieszkęz Gdyni. Bardzo kochał. Pisał do niej listy. Dzwonił. Prak-tykując, czekał na powrót. Agnieszka z Gdyni nie czekała,nie pisała i nie telefonowała. Napisała tylko raz. Po miesiącu. Że odchodzi od niego. Lekarz stracił sens życia. Zaczął chodzić po górach w nadziei, że spadnie, latać namotolotni w nadziei, że silnik zawiedzie. Skakać ze spado-chronem w nadziei, że się nie otworzy. Miał pecha. Nie spadał w Alpach i Himalajach, silnik nie zawodził,a spadochrony zawsze się otwierały. Jedyne, co zauważył,to to, że w czasie lotu na motolotni i ze spadochronemwiatr genialnie osusza łzy. Był dobrym, zrozpaczonym lekarzem. Nie chciał wra-cać do Polski. Został w Getyndze. Przeczytał w gazecie, żeposzukują lekarzy. Do szpitala dziecięcego. Do dzieci termi-nalnie chorych na raka. Koło Heidelbergu. Wszystko, o czym można marzyć: śliczny, nowoczesnyszklany dom w parku, tomograf SPIN i tomograf NMR,dwie sale operacyjne, helikopter do dyspozycji. Mieszkanieobok. Duże pieniądze. Etat do śmierci. Sale nasłonecznio-ne. Kolorowe. Obok hotel dla rodziców. Sufity pokryte ob-razami. Miś Puchatek, Myszka Miki, Simpsonowie... W takich szpitalach obrazy są na suficie, a nie na ścia-nach, bowiem dzieci w większości ciągle leżą i nie mająnawet siły patrzeć na boki. Operuje się w najnowocześniej-szych blokach operacyjnych. I bada za pomocą najnowo- 14
  15. 15. cześniejszych urządzeń. Tylko po to, aby dowiedzieć się,czy to miesiąc, czy może jednak czterdzieści pięć dni. Najważniejszym miejscem i tak nie jest w tym szpitalu to-mograf. Najważniejszym miejscem jest kaplica. Na począt-ku rodzice tam nie chodzą. Ale pod koniec są tam wszyscy.Duża, przestronna, nasłoneczniona sala. Pod krzyżem dużametalowa tablica. Aby magnesem przypiąć do tej tablicyswoje pożegnanie. A przy wejściu do kliniki, zaraz za au-tomatycznym drzwiami, jest inna tablica. Wcale nie magne-tyczna. Zwykła korkowa. A na niej kolorowymi szpilkamiprzypięte są kartki. Stajesz i czytasz, kogo pożegnano ostat-niej nocy. Obok kartek z imieniem i nazwiskiem są małemetalowe druciane koszyki przybite do tablicy gwoździem.A w każdym takim koszyku jest pluszowy misio albo lalka,albo nie ma nic. Gdy nie ma nic, to jest szczęśliwy dzieńw tym szpitalu. Młody lekarz ze Sztumu, którego opuściłakobieta z Gdyni, już nie musi latać na motolotni. Nie chcejuż latać. Nie jest szczęśliwy. Ale jest potrzebny. Znam go. Serdecznie, JLW
  16. 16. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .

×