Successfully reported this slideshow.
We use your LinkedIn profile and activity data to personalize ads and to show you more relevant ads. You can change your ad preferences anytime.

Spotkanie nad jeziorem - ebook

1,211 views

Published on

Spotkanie nad jeziorem - ebook

Autor: Susan Wiggs
Data wydania: 15.03.2013
Język publikacji: polski
Liczba stron: 396
Wydawca: HarperCollins
ISSN: 978-83-238-9480-3

W sennym, małym miasteczku nad jeziorem jest rodzinny pensjonat. Jest w nim Kim, która uciekła z Nowego Jorku, gdzie w jednej chwili straciła świetną pracę i narzeczonego. Jest też Bobby, utalentowany bejsbolista, który z lokalnej drużyny ma szansę przejść do zawodowej ligi i zdobyć sławę. Ale być może będzie musiał poświęcić tę życiową okazję dla syna, którego nigdy nie widział. Kim i Bobby spotykają się.

Pełna wersja:
http://epartnerzy.com/ebooki/spotkanie_nad_jeziorem_p35853.xml?uid=215827

Published in: Education
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

Spotkanie nad jeziorem - ebook

  1. 1. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Salon Cyfrowych Publikacji ePartnerzy.com.
  2. 2. Susan Wiggs Spotkanie nad jeziorem
  3. 3. ROZDZIAŁ PIERWSZY Lotnisko LaGuardia Wyjście 21 Przeciwsłoneczne okulary tak naprawdę niczego nie ukrywały. Na widok kogoś, kto je nosi w poch- murny zimowy dzień, ludzie zakładają, że ten ktoś próbuje coś ukryć. Na przykład to, że pił, płakał albo wdał się w bijatykę. Lub wszystko razem. Kimberly van Dorn zazwyczaj lubiła być w centrum uwagi. Ostatniego wieczoru włożyła wystrzałową suknię z szokująco wysokim rozcię- ciem na boku właśnie po to, żeby przyciągać spojrzenia. Nie mogła jednak przewidzieć, że wieczór skończy się takim skandalem. No bo i jak? Teraz, pod koniec wyczerpującego nocnego lotu, kiedy samolot kołował po pasie, wciąż nie zdej- mowała ciemnych okularów. Klasa turystyczna. Nigdy nią nie latała. W pierwszej klasie nie było już miejsc, niechętnie musiała więc zrezygnować z wygody na rzecz ważniejszego celu, czyli jak najszybszego wyruszenia w drogę. Dlatego też
  4. 4. znalazła się na fotelu 29-E, w samym środku cent- ralnej części samolotu, wciśnięta między obcych ludzi. Czasami potrzeba ucieczki jest ważniejsza niż miejsce dla nóg. Do diabła, kto zaprojektował klasę turystyczną? Była pewna, że na jej ramieniu odbił się ślad ucha towarzysza podróży. Po czwartym piwie zapadł w drzemkę, a jego głowa bezustannie opadała w stronę Kimberly. Chyba nie ma nic gorszego niż facet z kiwającą się głową. Może tylko facet, któremu nie tylko kiwa się głowa, lecz który też cuchnie piwskiem, pomyślała, próbując otrząsnąć się po męczącej transkontynentalnej nocy. Myśli jednak nie dały się odpędzić, podobnie jak ból w nogach. Z jednej strony kiwający się, chrapiący pijaczyna, a z dru- giej potwornie gadatliwy starszy pan, który nie przestawał opowiadać o dręczącej go bezsenności. A także o zapaleniu stawów i o tym, jak bardzo nie podoba mu się film z Judem Lawem, który Kim próbowała oglądać, licząc, że skłoni go do milczenia. Jak tu się dziwić, że nigdy nie latała klasą turystyczną? Jednak nocny lot nie był najgorszą rzeczą, która jej się przydarzyła. Na pewno nie... 4/53
  5. 5. Stała w przejściu i czekała, aż pasażerowie z dwudziestu ośmiu rzędów przed nią wysiądą z samolotu. Miała wrażenie, że trwa to całą wieczność, bowiem ludzie grzebali w schowkach nad fotelami, zbierali rzeczy i jednocześnie rozmawiali przez komórki. Wyjęła telefon i przez chwilę trzymała kciuk nad przyciskiem. Powinna zadzwonić do mamy i pow- iedzieć, że wraca do domu. Może później, zdecy- dowała w końcu, chowając komórkę. Teraz już nie musiała się śpieszyć. Zupełnie nie była gotowa na posępny zimowy poranek. Ignorując zaciekawione spojrzenia współ- pasażerów, wlokła się wąskim przejściem między fotelami, pozostawiając za sobą rozsypane cekiny. Nie bez powodu taki strój nazywano wieczorowym. Suknię z delikatnej jedwabnej tkaniny zaprojek- towano w taki sposób, by prezentowała się re- welacyjnie w blasku świec w romantycznym klubie lub oświetlonym pochodniami ogrodzie połud- niowej Kalifornii. Z pewnością nie nadawała się do pokazywania w bezlitosnym blasku sobotniego świtu na nowojorskim lotnisku. Zadziwiające, że nawet kreacja z salonu na Rodeo Drive w świetle dziennym może wyglądać tandetnie, a już szczególnie w połączeniu z długim 5/53
  6. 6. rozcięciem na boku, gołymi nogami, odsłoniętymi palcami w szpilkach zapinanych na krzyżujący się w kostce pasek. Jeszcze poprzedniego wieczoru to wszystko świadczyło o klasie, teraz Kimberly można było wziąć jedynie za dziwkę. Wieczorem nie myślała o poranku, tylko pragnęła jak najszybciej uciec. W tej chwili miała wrażenie, jakby milion lat upłynęło od momentu, gdy pełna nadziei i optymizmu starannie dobierała strój. Współpraca z Lloydem Johnsonem, gwiazdą Laker- sów i najważniejszym klientem firmy PR, dla której pracowała, miała być zwieńczeniem zawodowej kariery Kim. W dodatku Lloyd znalazł w końcu dom w Manhattan Beach, gdzie mieli zamieszkać razem. Wszystko wskazywało, że to będzie jej wieczór, wspaniała chwila triumfu, a nawet wielki zwrot w życiu, gdyby Lloyd zdecydował się zadać jedno pytanie. Cóż, faktycznie był to zwrot, jednak nie taki, jakiego się spodziewała. Cała poświęciła się pracy, robiła karierę jako specjalistka za- jmująca się wizerunkiem wybitnych sportowców. I z dnia na dzień nie tylko to, lecz w ogóle całe jej życie legło w gruzach. Dotarła wreszcie do wyjścia. Ledwie stanęła w rękawie, otworzyły się drzwi bezpieczeństwa, a gwałtowny lodowaty powiew szarpnął jedwabną 6/53
  7. 7. suknią i prześlizgnął się po odsłoniętych nogach. Jęknęła głośno i mocniej zacisnęła dłoń na szalu z frędzlami, jedynym okryciu, jakie miała, i otuliła nagie ramiona. W drugiej ręce trzymała wysadzaną kryształkami wieczorową torebkę. Dobry Boże, całkiem o tym zapomniała... Zimna panującego na Wschodnim Wybrzeżu w żaden sposób nie da się porównać z temperaturami w Kalifornii. Próbowała zebrać długie rude włosy, ale już było za późno, wiatr zdążył je potargać. Wyczuła też palcami, że straciła jeden kolczyk. Cudownie. Trzymając wysoko głowę, przeszła do terminalu. Szła równym spokojnym krokiem, choć prawdę mówiąc, miała ochotę paść na podłogę, skulić się i zastygnąć w bezruchu. Pantofle od Louboutina z czerwonymi podeszwami i na ośmiocentymetrow- ych obcasach, które tak bajecznie wyglądały w zestawie z obcisłą sukienką na jednym ram- iączku, teraz stały się koszmarem. Przeklinając w duchu modne buty i przyciskając do siebie jedwabny szal, omiotła wzrokiem hol, rozglądając się za sklepem, musiała bowiem kupić jakieś ubranie na ostatni etap podróży do Avalonu, miasteczka w górach Catskill, gdzie mieszkała jej matka. Poprzedniego wieczoru nie miała czasu, by 7/53
  8. 8. cokolwiek zabrać, nawet nie była w stanie o tym pomyśleć. I tak ledwie zdążyła na ten lot. Ku jej rozpaczy wszystkie kioski i sklepy były jeszcze zamknięte. Nigdy dotąd nie chciała tak bardzo zdobyć pary klapek i koszulki z napisem „Kocham Nowy Jork”, jako że czekała ją długa droga, szczególnie na tych obcasach, do hali lotów lokalnych. Z przeciwnej strony sali przyglądał jej się jakiś facet, który stał ze stopą opartą o ścianę. Cóż, wielu gapiło się na nią, ale co się dziwić, skoro była ubrana, jakby urwała się z kongresu tan- cereczek z nocnych klubów go-go. Ten mężczyzna miał dobrych sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, długie włosy, spodnie o obniżonym kroku i wojskową kurtkę z kapturem obszytym futrem. Choć na cieniutkich szpilkach nie było to rozważne, pośpieszyła do ruchomego chodnika. Gdy tylko weszła na pas, jeden z obcasów utknął w rowku. Zacisnęła zęby i spróbowała uwolnić no- gę. Ledwie sobie z tym poradziła, zaklinował się drugi obcas. Kiedy pomyślała, że nic gorszego nie może jej dzisiaj spotkać, okazało się, że jest w błędzie. 8/53
  9. 9. ROZDZIAŁ DRUGI Bobby Crutcher, zwany również Bo (pełnym imi- eniem nie zwykł się chwalić), zmierzył wzrokiem rudzielca w pantoflach na wysokim obcasie. Młoda kobieta przyleciała nocnym lotem z Los Angeles. Bobby też czekał na nocny lot, tyle że z Houston, jednak napis nad bramką informował, że samolot jest opóźniony. Ruda z Los Angeles była w jego typie: wysoka i szczupła, ze wspaniałymi włosami i dużym biustem, ubrana w wyzywający sposób. Uwielbiał to w kobietach. Gapił się na nią, a ona posłała mu mordercze spojrzenie. Nieźle, pomyślał. Musiał jakoś zabić czas, więc był gotów na każdą rozry- wkę, a nieznajoma z Kalifornii mogła zastąpić wszystko, co Bobby lubił najbardziej: kieliszek tequili, frazy gitarowe Stanleya Clarke’a i wspani- ały rzut piłką bejsbolową, którego żaden pałkarz nie zdołałby dosięgnąć. Miała najpiękniejszą na świecie pupę i twarz niczym bogini z renes- ansowego płótna. Innymi słowy, niezapomnianą. W tym momencie w ogóle nie powinien się nią in- teresować, tyle że trudno było ją zignorować.
  10. 10. Zafascynowany patrzył na nią w taki sam sposób, w jaki miłośnik sztuki kontempluje „Wenus” Botti- cellego, a zarazem nie po raz pierwszy w swym ży- ciu zastanawiał się, jakim cudem malarz potrafi skoncentrować się w obecności nagiej modelki. Najpewniej ruda odczytała jego niestosowne myśli, bo pośpiesznie ruszyła w stronę ruchomego chodnika, stukając z dezaprobatą obcasami. Nie pozostawało mu nic innego, jak zająć myśli tym, co go sprowadziło na lotnisko. Nie tak zam- ierzał spędzić weekend. Powinien być w domu i odsypiać wieczór w Hilltop Tavern. Torres bił się z Bledsoem w walce roku, a Bobby zapłacił tysiąc dolców za antenę satelitarną do baru. Zamierzał kibicować słabszemu zawodnikowi, a także podawać stałym gościom oraz przyjaciołom piwo po piwie. Miał oglądać mecz na sześćdziesięcioca- lowym plazmowym ekranie, którego zakup wpędził bar w długi i wzbudził gniew szefowej, Maggie Lynn. Innymi słowy, zapowiadał się cholernie miły wieczór. Jednak nic nie poszło tak, jak sobie zaplanował. Wszystko wzięło w łeb, gdy Bobby odsłuchał wiadomość z poczty głosowej. Był to najmniej spodziewany telefon w jego życiu, po którym musi- ał zapomnieć o dotychczasowych planach i gnać 10/53
  11. 11. jak wariat z zakopanego w górach Avalonu do Nowego Jorku, by zdążyć na lot z Houston. Teraz, stojąc w terminalu przy wyjściu 22-C, po- cił się ze strachu. Pozostało mu jeszcze pół godz- iny. Rozejrzał się i ponownie skupił na ponętnej nieznajomej, która oddalała się ruchomym chod- nikiem. Wyglądało na to, że ma jakiś problem z butami. Pochyliła się i najwidoczniej próbowała odpiąć pasek. Domyślając się, że chodzi o zaklinowany obcas, wskoczył na chodnik i podbiegł do rudzielca. – Najwyraźniej potrzebuje pani pomocy. – Widział już, że nie jeden, lecz dwa obcasy utkwiły w rowkach. Powinien zatrzymać chodnik, nie dostrzegł jednak awaryjnego wyłącznika, dlatego przystąpił do innych działań. Pochylił się, objął dłonią kostkę rudzielca i szarpnięciem oswobodził nogę. – Niech mnie pan zostawi! – krzyknęła nie tylko wystraszona, ale i mocno rozzłoszczona. – Proszę odejść... – Moment. – Drugi but też nie dawał się wyjąć, a prawie dojeżdżali do końca chodnika, czyli nie wolno było zwlekać. Gdy znów mocno pociągnął i uwolnił drugą nogę, rozległ się trzask pękającego materiału. Przytrzymał nieznajomą, żeby nie 11/53
  12. 12. upadła, uniósł i trzymając w objęciach, zszedł z pasa. I natychmiast postawił na ziemi rozwścieczonego rudzielca, odsuwając się błyskawicznie i unosząc dłonie, by zasygnalizować, że nie ma żadnych złych zamiarów. Wtedy dostrzegł na podłodze małą wyt- worną torebkę. Podniósł ją i podał nieznajomej. – Madame... – Skłonił się. – Proszę, to na pewno pani. Ładny kolor, oryginalny wzór. Judith Leiber nie ma sobie równych. Ta uwaga bardzo ją zdumiała. Oczywiście spodziewał się tego. Często zaskakiwał ledwie poznane panie wiedzą o wybitnych projektantach. Niektóre uznawały, że musi być gejem, lecz prawda była inna. Bobby Crutcher tak bardzo kochał kobiety, że ze skrupulatnością antropologa studiował wszystko, co ich dotyczyło. Rudowłosa wyrwała mu torebkę. – Mogę postawić pani drinka? – Skinął głową w stronę baru, w którym mimo nieludzkiej pory było już całkiem tłoczno. Patrzyła na niego, jakby urwał się z choinki. – Jeszcze czego! – sarknęła. – Zawsze warto spróbować, dlatego spytałem. – Nie przestawał się uśmiechać. Kobiety nieraz się 12/53
  13. 13. z nim droczyły, zanim doszły do wniosku, że można potraktować go poważnie. – Ciężka noc? Jej ślicznie wykrojone usta wygięły się w cierp- kim uśmiechu, nim odparła: – Przykro mi, ale musiał mnie pan z kimś pomylić. – Wymawiała słowa bardzo starannie, jakby mówiła do pierwszoklasisty, co wydało mu się niezwykle seksowne. – Z kimś, kto byłby choć trochę zainteresowany rozmową z panem. Proszę więc wybaczyć, ale... – Wypowiadając ostatnie słowa, już odchodziła. A Bobby przez rozdarty szew sukni widział długą szczupłą nogę. – Nie ma za co – mruknął, nie odrywając wzroku od jej pupy. Chybiony ruch, pomyślał. Może to i dobrze. Nie przyjechał tu, żeby flirtować. Miał przed sobą ciężki dzień. Gdy wrócił do bramki 22-C, umundurowany strażnik właśnie otwierał wyjście, a w Bobbym na- tychmiast wzrosło napięcie. Nerwy dały znać o sobie, zmysły się wyostrzyły. Nagle zaczął wych- wytywać wszystkie najdrobniejsze szczegóły: git- arę w futerale, który uderzał w plecy idącego sprężystym krokiem chłopaka. Obcasy kobiety radośnie stukające o błyszczącą podłogę. Woń 13/53
  14. 14. trawki, którą przesiąknięty był płaszcz przechodzącego obok biznesmena. Terkotliwe dźwięki prowadzonej po hiszpańsku rozmowy dwóch bagażowych. Wszystko to zaczęło go bom- bardować w jednej chwili, jakby gwałtowny przypływ adrenaliny był ostatnim ostrzeżeniem. Mógł jeszcze ratować się ucieczką. Wciąż miał czas, żeby odejść, zniknąć. Nie po raz pierwszy zrobiłby coś podobnego. Tuż obok pasażerowie do Nowego Orleanu ustawiali się w kolejce, a napis nad wejściem pokazywał, że jest to ostatnie wezwanie. Jedna szybka transakcja i mógłby dostać tam miejsce. Jedź, ponaglał samego siebie. Zrób to, po prostu zrób! Z pewnością nikt nie miałby mu tego za złe. Każdy przy zdrowych zmysłach zostawiłby te sprawy ludziom, którzy wiedzą, jak sobie radzić z taką sytuacją. Podszedł do stanowiska, które obsługiwało lot do Nowego Orleanu. Przysadzisty, szpakowaty mężczyzna podniósł wzrok znad klawiatury. – W czym mogę pomóc? Bobby odchrząknął, po czym spytał: – Czy są jeszcze miejsca na ten lot? Przedstawiciel linii skinął potakująco głową. 14/53
  15. 15. Bobby wyciągnął portfel z tylnej kieszeni spodni. Kiedy go otwierał, ze środka najpierw wypadł jakiś rachunek, a potem moneta. Schylił się po nią. Była stara, miała wytłoczony trójkątny symbol. Nie, nie moneta, ale specjalny żeton wręczany tym, którzy w kościele złożą przysięgę, że przez cały rok zachowają trzeźwość. Zatrzymał go, bo przed wielu laty dostał ten przedmiot od człowieka, którego właściwie nie znał, ale z którym coś go łączyło. – Proszę pana? – odezwał się urzędnik. – Czy mo- gę coś dla pana zrobić? Bobby wpatrywał się w metalowy krążek, po czym mocno ścisnął go w dłoni. – Nie, dziękuję – powiedział cicho, ruszając w stronę wyjścia 22-C. Jeden z bagażowych próbował nastroić trzeszczące radio. Te dźwięki skojarzyły się Bobby’emu z dalekim rykiem tłumu zgromadzone- go na stadionie. Niby jest odległy, niby przytłumi- ony, a jednak wyraża potężną energię, tak samo jak przytknięta do ucha muszla cichym szumem wyraża moc oceanu. Bobby przymknął powieki i zdało mu się, że słyszy spikera: – Panie i panowie, dzisiaj na stadionie Jankesów mamy komplet widzów. Na pozycję wychodzi 15/53
  16. 16. główny miotacz drużyny gospodarzy. To na- jważniejszy i najtrudniejszy krok w jego karierze. Myślę, że wzniesienie, na którym stoi, jest w tym momencie najbardziej samotnym miejscem na ziemi. Już jest gotowy. Mocna i szybka piłka. Za wysoko. Drugi rzut. Trudno mieć do niego pretens- ję, gra przecież o wielką stawkę. Bobby Crutcher, zwykły amerykański chłopak z Teksasu, brany był pod uwagę przy wyborze zawodników do drużyny zaraz po skończeniu szkoły średniej... Ale szansa na wybór pojawiła się i zniknęła. Trzeba było trzyn- astu lat i dużej dozy szczęścia, ale w końcu się doczekał. Jest niezbitym dowodem na to, że wiek to wyłącznie liczba. Nadszedł czas, by zabłysnął... Bobby omal nie wpadł na bagażowego. Odepch- nął fantazje i skupił spojrzenie na wyjściu. Pas- ażerowie z Houston przechodzili przez drzwi niekończącym się strumieniem. Trwało to tak długo, że ogarnęły go wątpliwości. Czy aby na pewno dobrze zapisał numer lotu? Może pomylił godzinę, linię lotniczą i dzień? A może w ogóle była to jakaś dziwaczna, koszmarna pomyłka? Już miał podejść do stojącego w pobliżu funkcjon- ariusza, gdy z rękawa wynurzyła się stewardesa. Podeszła do pulpitu i oddała podkładkę z przyp- iętymi papierami. I wtedy pojawił się ostatni 16/53
  17. 17. pasażer. Targał zniszczoną, oklejoną srebrną taśmą izolacyjną podręczną walizkę oraz plecak. Na głowie miał czapkę bejsbolową Jankesów, która była prezentem gwiazdkowym od Bobby’ego. Z szyi zwieszała się przezroczysta torebka z kartką, na której widniał napis: „Nieletni bez opieki”. Trzecia próba. Zbity... Bobby zrobił krok do przodu, przybierając możli- wie najlepszą minę. – AJ? – zwrócił się do chłopca, którego po raz pierwszy widział na oczy. – To ja, Bobby Crutcher. Twój tata. 17/53
  18. 18. ROZDZIAŁ TRZECI Kim dokuśtykała przez lotnisko do hali lotów lokalnych. Miała nadzieję, że uda jej się dostać miejsce w którymś z prywatnych samolotów. To pozwoliłoby uniknąć wędrówki do miasta, a potem długiej męczącej podróży pociągiem. Przynajmniej tym razem los jej sprzyjał. Podpisała potwierdzenie zapłaty kartą i przeszła do poczekalni. Po kilku minutach komunikat wezwał pasażerów i niewielka grupka ludzi ustawiła się w kolejce. Przejście do samolotu prowadziło długim pas- ażem osłoniętym płóciennym dachem, którym sz- arpały lodowate podmuchy wiatru. Kim była na granicy wyczerpania i całkiem już zobojętniała na to, czy wieczorowym strojem zwraca czyjąś uwagę. Niestety, jej zmysły nie stępiały aż do tego stopnia, by przestała odczuwać katusze, jakie nogom za- dawało mroźne powietrze. Pod stopami wirowały płatki śniegu, gdy szła w stronę schodów dostawio- nych do dwusilnikowego odrzutowca. Drzemała podczas krótkiego, niespokojnego lotu w stronę północnych, pokrytych śniegiem wzgórz hrabstwa Ulster. Obudziła się, dopiero gdy samolot
  19. 19. stuknął kołami o pas. Zaspanymi oczami patrzyła na bezbarwny zimowy widok za oknem i znów opadła ją fala wątpliwości. Możliwe, że trochę przesadziła, kierując się prosto z Los Angeles do małego miasteczka, gdzie zamieszkała owdowiała matka. No cóż... Czasem trzeba zaufać instynktowi, a poprzedniego wieczoru przeczucie mówiło jej, że powinna uciekać. Wyprostowała ramiona, dzielnie zniosła lodowaty przemarsz po płycie lotniska i weszła do poczekalni. W czymś jednak była dobra, a mianow- icie potrafiła zapanować nad sobą, i to do tego stopnia, że ogarnęło ją coś na kształt spokoju. W każdym razie nikt by nie odgadł, że tak naprawdę była na skraju załamania. Poczekalnia mieściła się w wielkim, aluminiow- ym, pełnym przeciągów budynku, który za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi, zmieniał się w tun- el aerodynamiczny. Kim położyła wytworną toreb- kę na pustym pulpicie. Dostała ją w prezencie gwiazdkowym od Lloyda. Kopertówka warta była tysiące dolarów, jednak gdy teraz do niej zajrzała, widziała tylko, jaka jest mała i pusta. W środku był uratowany długi diamentowy kolczyk, szminka i tubka korektora, a także platynowa karta 19/53
  20. 20. kredytowa American Express, prawo jazdy oraz plik banknotów, które podjęła w bankomacie na lotnisku. Wyjęła komórkę i znów się zawahała. Włączenie telefonu oznaczało pogodzenie się z tym, co nastąpiło wczorajszego wieczoru. Ale z drugiej strony ignorowanie tamtych zdarzeń nie odpędzi kłopotów. Zacisnęła zęby i wcisnęła przycisk. Jak należało się spodziewać, na ekranie pojawiła się długa lista nieodebranych połączeń. Przejrzała je, ale nie odsłuchała wiadomości. Zdawała sobie sprawę, że będą to gromy ciskane przez Lloyda, tyrady wygłaszane przez jego menedżera, kolegów z drużyny, jego rodziców. Dobry Boże! Facet miał trzydzieści lat, a informował rodziców, nawet gdy szedł na siusiu. Wciąż wpatrywała się w ekran, gdy pojawiło się ostrzeżenie o niskim poziomie naładowania baterii, po czym telefon się wyłączył. No i dobrze, pomyślała. Tyle że akurat teraz musiała zadzwonić. Rozejrzała się w poszukiwaniu automatu. Jedyny, który wypatrzyła, znajdował się jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, po przeciwnej stronie parkingu, który wyglądał jak zamarznięta tundra. Tylko nie to, pomyślała. Ruszyła w stronę kontuaru. 20/53
  21. 21. – Przepraszam – zwróciła się do stojącej za pul- pitem pracownicy. – Czy w środku jest automat telefoniczny? Moja komórka padła. Dziewczyna wskazała wiszący na ścianie aparat otoczony zapisanymi samoprzylepnymi karteczkami. – Proszę skorzystać z tego. Wybierała numer, przyglądając się swoim pal- com, jakby należały do kogoś innego. Trzęsła się tak bardzo, że z trudem trafiała w klawisze. Po kilku nieudanych próbach wreszcie udało jej się dodzwonić, i usłyszała wypowiedziane oficjalnym tonem, jakby rozmawiała z recepcją: – Fairfield House. – Mamo? – po chwili milczenia spytała za- skoczona Kim. – Kimberly – zaświergotała matka. – Dzień dobry, kochanie. Wcześnie wstałaś. – Nie jestem w Los Angeles. Przyleciałam nocnym samolotem. – Jesteś w Nowym Jorku? – Nie, blisko ciebie, na lokalnym lotnisku. Czy możesz po mnie przyjechać? – Z niepokojem poczuła, że drapie ją w gardle, a oczy zaczynają ją szczypać. – Oczywiście. Będę za momencik. 21/53
  22. 22. Kim nie była pewna, ile ten momencik może po- trwać. Mama zawsze używała takich wyrażeń, co doprowadzało do furii ojca Kim. Jego zdaniem podobne kolokwializmy były całkiem niestosowne. – Poczekaj! Możesz przywieźć kurtkę i zimowe buty? – spytała, ale było za późno, bo mama już odłożyła słuchawkę. Ciekawe, co ojciec powiedzi- ałby o moim stroju, pomyślała. Właściwie nie musi- ała się zastanawiać. Obcisłą sukienkę w na- jlepszym razie oceniłby sceptycznie, choć bardziej prawdopodobne, że spojrzałby na nią z niechęcią, czyli jak zwykle. Szkoda, tato, że nie mieliśmy czasu, żeby sobie nawzajem wybaczyć, pomyślała. Odsunęła myśli o ojcu. W takim stanie nie pow- inna wracać do tamtych spraw. Przyjdzie dzień, kiedy będzie musiała uporać się z przeszłością, ale na pewno nie w tej chwili. Dzisiejszego ranka pow- inna skupić się na tym, żeby nie zmienić się w pokryty cekinami sopelek. Przysiadła na ławce i zaczęła przysypiać. Ocknęła się gwałtownie i rzuciła okiem na zegar. Dojazd zajmie mamie pewnie jeszcze z dziesięć minut. Tych dziesięć minut, pomyślała, to początek wszystkiego. Właśnie tu, właśnie teraz... 22/53
  23. 23. Ta myśl całkiem ją rozbudziła. Właśnie tu i teraz mogła wstąpić na nową ścieżkę. Zapomnieć o przeszłości i zacząć nowe życie. Ludzie wciąż to robili. Dlaczego nie mogła postąpić jak inni? W poczekalni panowały pustki. Dziewczyna przy pulpicie i jakaś dwójka robotników popijali kawę, udając, że w ogóle nie patrzą w stronę Kim. W zwykły roboczy dzień również piłaby kawę i być może z kimś plotkowała. W jej zawodzie plotka nie służyła wyłącznie do przerwania milczenia. Cza- sem stanowiła śmiertelnego wroga, którego należało zwalczać jak morową zarazę. Innym razem był to środek prowadzący do celu, sposób na przyciągnięcie uwagi klienta. Kim używała plotki jako narzędzia. Ciekawe, co ludzie z jej firmy w Los Angeles mogą teraz mówić. Straciła panowanie nad sobą w samym środku przyjęcia. On zawsze wydawał się dość nieprzyjemny. Kto by pomyślał, że ta dziewczyna jest taka bojowa? Żeby tak publicznie ze sobą zrywać... Nikt nie wiedział, co wydarzyło się po osten- tacyjnym zerwaniu. Lloyd poszedł za nią na hote- lowy parking i... 23/53
  24. 24. Zdenerwowana zerwała się na nogi. Palce miała całkiem zdrętwiałe, więc buty już nie wydawały się takie niewygodne. Przeszła do toalety i zdjęła oku- lary. Jako mieszkanka południowej Kalifornii nie rozstawała się z przeciwsłonecznymi okularami. Jednakże po raz pierwszy użyła ich w takim celu... Wyjęła korektor i poprawiła makijaż. Zadowolona z efektu wróciła do poczekalni i stanęła przy oknie. Nie wiedziała, jakim autem jeździ obecnie matka. Może ma bezpieczny hybrydowy samochodzik? Albo kupione z myślą o bezpieczeństwie volvo? A może to ten cadillac, który zbliżał się do lotniska niczym lśniący chrząszcz? Nie miała bladego poję- cia. Zadziwiająca i trochę niepokojąca była świado- mość, że właściwie niewiele wiedziała o obecnym życiu mamy. Po śmierci męża Penelope przeszła całkowitą metamorfozę. Z początku czuła się załamana i osamotniona, a ból wyżłobił na jej twarzy głębokie bruzdy. Później jednak okazało się, jak prawdziwe jest stare powiedzenie, że czas goi rany, bo stan matki stopniowo się poprawiał. Coraz częściej na jej twarzy pojawiał się uśmiech, znów zaczęła tryskać entuzjazmem. Jak to możliwe? – za- stanawiała się Kim. Jak można poradzić sobie 24/53
  25. 25. z taką stratą? Jak pożegnać się z kimś, kogo kochało się ponad trzydzieści lat? Kiedy jaskrawożółto-biały chrysler skręcił z szosy na parking i kierowca byle jak zaparkował przy krawężniku, pochyliła się w stronę zmrożonej szyby. Zanim jeszcze zobaczyła twarz kierowcy, domyśliła się, że to musi być mama. Samochód na boku miał przyciągający wzrok napis: „Fairfield House – twój dom z dala od domu”. Kim nawet nie próbowała zrozumieć, co to mo- głoby znaczyć. Była tak zmęczona, że zdołała tylko wyjść na zewnątrz i pozwolić, by matka wzięła ją w ramiona. – Co się dzieje, kochanie? – Matka odsunęła się, żeby spojrzeć na córkę. Kim też na nią popatrzyła. Mama była ładną, miłą kobietą o ciepłym spojrzeniu. Nic nie wiedziała o kłopotach córki, dlatego Kim błyskawicznie wzięła się w garść i powiedziała tylko tyle: – To była potwornie męcząca noc. Przepraszam, że nie zadzwoniłam wcześniej. Ja... nie planowałam tej podróży. – I zrobiłaś mi cudowną niespodziankę. – Penelope starała się przybrać radosną minę, lecz w jej oczach pojawił się niepokój. – Jedźmy do domu, mamo. Jest okropnie zimno. 25/53
  26. 26. – Już nic nie mów. – Pośpiesznie obeszła auto i usiadła za kierownicą. Kim zajęła fotel pasażera, wciągając za sobą suki- enkę, której brzeg zamoczył się w brudnej brei, i zatrzasnęła drzwi. Koła zabuksowały, gdy samochód ruszał od krawężnika. Przypomniało to Kim, że mama nie była najlepszym na świecie kierowcą. Kiedy żył jej ojciec i mieszkali w mieście, Penelope rzadko prowadziła, potem jednak przeniosła się na północ i musiała nauczyć się żyć bez męża. To, że tak szybko i skutecznie przystosowała się do nowego życia, świadczyło o drzemiącej w niej wielkiej ener- gii i sile, która dopiero teraz mogła, czy też musi- ała się ujawnić. Bardzo pozytywnie zaskoczyło to Kim, która martwiła się o owdowiałą matkę. Penelope pochyliła się nad kierownicą, wyprowadziła auto z parkingu i ruszyła na północny zachód, w stronę dzikich obszarów gór Catskill. – Odeszłam od Lloyda – wyznała Kim spokojnym, pozbawionym emocji głosem. – I porzuciłam pracę. – Cała ta historia była zbyt długa i skomplikowana, a jej umysł za bardzo otępiały i zmęczony, by mo- gła wszystko wyjaśnić, dlatego ograniczyła się do skróconej wersji. – Wczoraj na przyjęciu potwornie 26/53
  27. 27. się pokłóciliśmy – powiedziała. – Dwa nieszczęścia naraz: rzucił mnie i jednocześnie wylał z pracy. Zrobiło się głośno i bardzo niesympatycznie, więc tak jak stałam, pojechałam na lotnisko. Nie wzięłam nic poza tym, co miałam na sobie i tą małą torebką. – Przypomniała sobie mężczyznę z kaptur- em obszytym wilczym futrem, który podał jej torebkę. Skąd wiedział, że to projekt Judith Leiber? Czy był gejem? Raczej nie, przynajmniej sądząc z tego, jak na nią patrzył. – W każdym razie przepraszam, że nie zadzwoniłam, ale sama rozu- miesz, że w tych nerwach nie myślałam logicznie. – I co? Zaczynasz żałować? – spytała łagodnie mama. – Nie. To nieodwracalna decyzja. – Dziwne, ale miała wrażenie, że tego nie mówi, tylko słyszy swój głos. – Firma zwolni mnie w poniedziałek z samego rana. – Nie będą chcieli cię zatrzymać? – Nie ma na to szansy. Skoro najważniejszy klient chce, żebym odeszła, to muszę odejść, koniec, kropka. – Cóż, ich strata. Pozbyli się utalentowanej spec- jalistki od PR. – Dzięki, mamo. – Kim próbowała się uśmiechnąć. – Szkoda, że nie wszyscy są tacy lojalni. 27/53
  28. 28. – A co z twoimi rzeczami? – spytała Penelope. – Oddałam je do przechowalni. Mówiłam ci o tym, pamiętasz? – Tuż przed świętami wyprowadziła się ze swojego mieszkania. – Lloyd szukał domu, a tymczasowo zamieszkaliśmy w Heritage Arms w Century City. Wydawało się, że wszystko będzie wspaniale. Czy to znaczy, że jestem nieuleczalną kretynką? – Nie. Po prostu w głębi duszy jesteś romantyczką. Naprawdę? Romantyczką? Kim zadumała się na moment. Zawsze uważała się za bizneswoman z głową na karku, a jednak w tym, co powiedziała mama, było trochę prawdy. Pod zewnętrzną powłoką kryło się serce, które wierzyło w różne niemądre rzeczy: w to, że można się zakochać, że miłość może trwać wiecznie, że swojemu przyja- cielowi i kochankowi można powierzyć największe sekrety. Że można planować przyszłość wyłącznie w oparciu o zaufanie, nie oczekując przyrzeczeń i gwarancji. No to tyle, jeśli chodzi o romantyczne serce. – Wiesz, mamo? – podjęła. – Mam dość sportowców. – Nigdy nie będziesz miała ich dość, słoneczko. Pasjonują cię. 28/53
  29. 29. – Hm... Nie wszyscy są tacy sami. Tyle że od dawna nie trafił mi się klient, który nie byłby kom- pletnym dup... to znaczy durniem... – Nie krępuj się, kochanie. Czasami takie słowo jak dupek idealnie wyraża prawdę, już grzeczniej nie da się powiedzieć. Po raz pierwszy od wczorajszego wydarzenia Kim poczuła, że jej usta rozciągają się w uśmiechu. – Z początku przepadałam za swoją pracą. Zaj- mowałam się młodymi sportowcami, tak naprawdę jeszcze chłopcami, a oni bardzo mnie potrze- bowali. Natomiast ostatnio przede wszystkim musi- ałam preparować kłamstwa, bajdurzyć i kręcić, żeby zatuszować różne sprawki tych... chłopców. Wbrew sobie wmawiałam mediom i kibicom, że dobre wyniki w sporcie usprawiedliwiają naganne uczynki. Nie tak miała wyglądać moja praca. Mam tego dosyć. Penelope skręciła w aleję, gdzie stał jej dom. King Street nie była zwykłą ulicą, tylko szerokim, imponującym bulwarem. Środkiem biegł obsad- zony wysokimi klonami i kasztanowcami pas ziel- eni. Liczące dobrze ponad sto lat okazałe domy zostały zbudowane przez potentatów kolejowych, bankierów i armatorów z minionej epoki. Każda z budowli była arcydziełem świadczącym 29/53
  30. 30. o świetności tamtych czasów. Otaczały je kami- enne lub kute w żelazie ogrodzenia. Obecnie niek- tóre z nich stały się własnością ludzi, którzy za wszelką cenę pragnęli je ocalić. Inne popadły w ru- inę, a kilka, jak Fairfield House, od pokoleń należały do tej samej rodziny. Kim wpatrywała się w dom – jeden z najwięk- szych i najsłynniejszych zabytkowych budynków w miasteczku – z otwartymi ze zdumienia ustami. – Mamo... – Wprowadziłam kilka zmian. – Tak, widzę... – Z pewnością nie była to ta sama majestatyczna rezydencja, którą pamiętała z dzieciństwa. – Prawda, że jest wspaniały? Skończyliśmy go malować we wrześniu. Zamierzałam wysłać ci zdję- cia, ale nie bardzo wiedziałam, jak je przesłać me- jlem. No i co powiesz? Brakowało jej słów. Owszem, założenie architek- toniczne rezydencji i budynków gospodarczych nie zostało naruszone, na rozległym terenie, obecnie przykrytym grubą warstwą śniegu, też nie było zn- aczących zmian, może tylko większe krzewy zostały ozdobnie przystrzyżone. Natomiast wygląd szacownego domu to już całkiem inna historia. W czasach, gdy mieszkali tu 30/53
  31. 31. dziadkowie Kim, Fairfield House był biały z czarnymi elementami dekoracyjnymi. Teraz został pomalowany na kolory niespotykane w naturze. Prawdę mówiąc, niespotykane nigdzie poza wymarzonym domkiem Barbie. Kim zamrugała, ale obraz nie zniknął. Cały bu- dynek wraz z rotundą, wieżyczkami i szczytami wy- glądał niczym tort weselny pokryty jaskrawym lukrem. Powozownia oraz altana w ogrodzie w bar- wach fuksji i lawendy ostro kontrastowały z bielą śniegu. A może to tylko podkład? Czasami pierwsza warstwa farby dawała takie dziwaczne efekty. – Czy powiedziałaś, że skończyliście malować? – Tak, nareszcie. Chłopcom z Avalon Hornets za- jęło to całe lato. – Matka zaparkowała auto w oz- dobnym pasażu, który tworzył łuk nad podjazdem przy bocznym wejściu. Lśniące koralowe elementy zrównoważono limonkowymi dodatkami, a sklepi- eniu łuku nadano barwę nieba. – Chłopcy z Avalon Hornets pomalowali dom – powtórzyła za matką oszołomiona Kim. – Zgadza się. Zawodnicy zawsze szukają zajęcia. Trzeba przyznać, że wykonali dobrą robotę. Avalon Hornets była to zawodowa drużyna bejs- bolowa związana z kanadyjsko-amerykańską ligą. 31/53
  32. 32. Kiedy kilka lat temu pojawiła się w Avalonie, miejscowa społeczność przyjęła ją z otwartymi ramionami. Wiadomo przecież, że to ogromna i pozytywna zmiana dla sennej osady, gdy staje się siedzibą zawodowej drużyny bejsbolowej. Weszły do środka. Jak się okazało, przyprawiający o zawrót głowy kalejdoskop barw nie ograniczał się do elewacji. Matka odwiesiła kurtkę do szafy. – Owszem, kolory są trochę rażące, ale uznałam, że skoro już mam poszaleć, to bez żadnych za- hamowań. I poszłam na całość. – Słuszna zasada. – Kim zmusiła się do uśmiechu. – A mówiąc tak do końca szczerze, zdecydowały sprawy finansowe. Tych farb już nie produkują, kupowałam przecenione resztki, trochę tej, trochę innej, co tam zalegało w magazynach, a malarzom powiedziałam, że mają niepowtarzalną szansę, bo mogą wykazać się wyobraźnią. – I się wykazali... – Być może gdzieś i kiedyś zdar- zyło się jeszcze gorsze zestawienie kolorów niż to, co stworzyli bejsboliści, jednak Kim aż takiego koszmaru nie potrafiła sobie wyobrazić. Wystarczył jej ten koszmar, który miała przed oczami. – A skoro już mowa o pójściu na całość, jesteś pewna, że z Lloydem to koniec? – spytała matka. 32/53
  33. 33. No tak... Na tym właśnie polegało podstawowe zadanie Kim. Miała sprawić, żeby Lloyd i pozostali klienci wydawali się sympatyczni, wręcz ujmujący, a przez to warci obłędnej kasy, którą im płacą. I była w tym dobra, aż tak dobra, że wykreowana na użytek mediów postać całkowicie zastępowała prawdziwego człowieka. Pewnie dlatego nie spostrzegła, że dzieje się coś złego. To żałosne, ale po prostu uwierzyła w produkowane przez siebie bajery. – Absolutnie pewna, mamo. Skończyłam z nim na dobre. – Zaczęła gwałtownie drżeć. Najwyraźniej był to opóźniony efekt szoku, który przeżyła poprzedniego wieczoru. – Jesteś blada jak śmierć. – Penelope wzięła ją za rękę i zmusiła, żeby usiadła na ławie. – Podać ci coś? Miała wrażenie, że głos matki dochodzi z tunelu. – Nic mi nie będzie... – Drżącą ręką zdjęła oku- lary, odłożyła je na bok i rogiem szala delikatnie starła makijaż. W spojrzeniu Penelope najpierw pojawiło się przerażenie, a zaraz potem wściekłość. – Dobry Boże! Ile czasu to trwa?! Kim zwiesiła głowę. 33/53
  34. 34. – Mamo, jestem kretynką, ale nie aż taką. Nie mi- ałam pojęcia, że jest zdolny do przemocy. Wczoraj wieczorem zaczęliśmy się kłócić o jakieś głupstwo, a potem kłótnia przerodziła się w straszną awan- turę. – Zrobiło jej się niedobrze, gdy przypomniała sobie gapiących się na nich ludzi. Wyszła z przyję- cia, a Lloyd poszedł za nią na parking. Lloyd i jego pięść, czy raczej okrutne, niegodne człowieka narzędzie. Oczy matki wypełniły się łzami. – Kimberly... Tak bardzo mi przykro. – Wiem, mamo. Nie martw się. To już minęło – powiedziała stanowczo. – Powinnaś wnieść oskarżenie. – Myślałam o tym, ale biorąc pod uwagę pozycję Lloyda, nie mam żadnych szans. Musiałabym na nowo wszystko przeżywać, a jemu i tak nic nie zrobią. Wolę udawać, że nigdy nie spotkałam żad- nego Lloyda Johnsona. Znalazła się w ramionach Penelope, które jed- nocześnie były miękkie i silne. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej tego brakowało. Kiedy zamknęła powieki i wciągnęła zapach mamy, przeniknęła ją pamiętana z dawnych lat i cudownie słodka świadomość absolutnego bezpieczeństwa. Kim już nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła 34/53
  35. 35. płaczem. Penelope delikatnie głaskała jej włosy i mruczała uspokajające słowa, aż wreszcie córka z potokiem łez wyrzuciła z siebie cały żal i poczuła się oczyszczona. – Nic mi nie będzie. – Kim wzięła od matki chusteczkę i osuszyła oczy. – Doznawałam gor- szych urazów, gdy uprawiałam sport. – Ale rana zadana przez kogoś, kogo kochasz i komu ufasz, boli mocniej niż wszelkie inne obrażenia... Powiedziała to z takim przekonaniem, że Kim się przestraszyła. – Mamo, o co chodzi? – Muszę ci pokazać, gdzie zamieszkasz. – Penelope gwałtownie się ożywiła. – Tak, oczywiście... Kim przeszła za matką przez frontowy pokój – w kolorze zielonego jabłuszka – do głównego – po- marańczowego jak dynia – holu. – Dostaniesz pokój, w którym mieszkałaś, gdy w dzieciństwie przyjeżdżałaś do dziadków. Właś- ciwie wygląda tak samo jak przed laty. W szafie jest trochę twoich rzeczy, więc możesz się przebrać. Wydaje mi się, że od czasów szkolnych nie przytyłaś nawet kilograma. 35/53
  36. 36. Mieszkając w Los Angeles, Kim nie odważyłaby się przytyć nawet grama. I chociaż nosiła rzeczy w rozmiarze S, przy innych kobietach czuła się jak pomocnik obrońcy z drużyny futbolowej. A teraz w tym dużym cichym domu miała wrażenie, że wkracza do świata dzieciństwa. Korytarz na pierwszym piętrze miał kształt litery T. Prawa strona należała do Kim. Jako jedyna wnuczka miała do swojej dyspozycji całe skrzydło. – Co to za mina? – spytała matka. – Wyglądasz, jakbyś została pokonana. – No cóż... Miałam rozpocząć życie jak w bajce, a tymczasem wracam, żeby zamieszkać z mamą. – Zawahała się. – Oczywiście, jeśli się na to zgodzisz. – Zgodzę? Obie tego potrzebujemy, jestem o tym przekonana. Przyjmij, że to zatoczenie pełnego kręgu. Będzie wspaniale, zobaczysz. Kim bardzo by chciała wiedzieć, co niby ma być takie wspaniałe, jednak powstrzymała się z pytaniem. – Przygotuję kąpiel. Tego ci właśnie trzeba. – Penelope zaczęła krzątać się w przyległej do poko- ju łazience. – Cudownie – zgodziła się Kim. Słuchając zgrzytliwych jęków rur, odłożyła toreb- kę, rzuciła na łóżko jedwabny szal i w końcu – 36/53
  37. 37. dobry Boże, wreszcie! – zdjęła pantofle. Przez kilka minut myszkowała po pokoju, oglądając rzeczy, o których, jak jej się zdawało, już dawno zapomni- ała. Była cała kolekcja pamiątek z Camp Kioga, sielskiej posiadłości na północnym krańcu Wierzbowego Jeziora, gdzie jako dziecko spędzała letnie wakacje. Potem, będąc już nastolatką, pra- cowała tam jako wychowawczyni. Dzisiaj już niew- iele ją łączyło z Avalonem, małym i bardzo prow- incjonalnym miasteczkiem, lecz związane z nim wspomnienia wciąż były żywe. Każde lato spęd- zone w Camp Kioga było dla niej magicznym cią- giem złocistych dni. Na ten czas zanurzała się w całkiem innym świecie i wiodła zupełnie inne życie niż to, które przez resztę roku przypadało jej w udziale na górnym Manhattanie. Wyciągnęła z szafy szarą bluzę z kapturem, na której widniało logo obozu. Kim dostała ją, gdy mi- ała siedemnaście lat i kolejne lato spędzała w tych stronach. Za duża bluza sięgała do połowy uda, a miękka tkanina przyjemnie otulała, kojarzyła się z ciepłem i przywoływała wspomnienia z tamtych lat. Z okna w dachu roztaczał się widok na rozciąga- jące się za miastem góry. Kiedy jako mała dziew- czynka przyjeżdżała do dziadków, często siadała 37/53
  38. 38. przy oknie i wyobrażała sobie, że w przyszłości jej życie będzie się toczyło gdzieś za horyzontem. I tak się też stało. A teraz, jak to powiedziała mama, zatoczyła pełny krąg. Jedwabna i zdobna w cekiny wieczorowa suknia migocząc, opadła na podłogę. Biustonosz bez ram- iączek zaprojektowany był na superokazje towar- zyskie, a nie dla wygody, więc ściągnęła go z west- chnieniem ulgi. Niżej nie miała nic, bo pod taką ob- cisłą suknią nie można było nosić bielizny. – Ręczniki są w bieliźniarce? – zawołała. – Zgadza się, kochanie. – Mama mówiła coś jeszcze, ale szum wody ją zagłuszył. Kim wyszła z pokoju i skierowała się do szafy z bielizną. Na korytarzu stał obcy, ubrany w trencz człowiek i patrzył prosto na nią. Był niemłody, miał szpakowate włosy i wyglądał na twardziela. No i z pewnością nie miał żadnego powodu, by przeby- wać w domu Penelope Fairfield van Dorn! Ogarnięta paniką krzyknęła, jednocześnie otula- jąc się szczelniej bluzą i obciągając ją w dół. – Jezu! Nie chciałem pani wystraszyć – odezwał się mężczyzna. – Niech się pan nie zbliża! – Zwykle nosiła przy sobie spray z pieprzem, ale oczywiście poprzed- niego wieczoru pojemnik, który miała w torebce, 38/53
  39. 39. został skonfiskowany na lotnisku. – Kosztowne rzeczy są na dole – ciągnęła. – Niech pan weźmie wszystko. Tylko... proszę sobie pójść. – Machnęła ręką w stronę schodów. Miała świadomość, że wykonując ten ruch, całkiem się odsłoniła. Intruz uniósł dłonie. – Pani to z pewnością Kimberly – powiedział. – Penny bez przerwy o pani mówi. Penny? Włamywacz tak czule mówił do jej mamy? – Zdawało mi się, że słyszę głosy... – Na korytar- zu pojawiła się Penelope. – Jeśli spróbujesz dotknąć którejś z nas – os- trzegła napastnika Kim – zrobię ci krzywdę. – Zn- ała zasady samoobrony, choć nie zachwycała jej perspektywa, że musiałaby walczyć niemal nago. – Kochanie, to pan Carminucci! – zawołała Penelope, krztusząc się ze śmiechu. – Dino – wtrącił domniemany bandzior. – Proszę nazywać mnie Dino. Kim była tak zdezorientowana, że zapomniała języka w gębie. Dino Carminucci niemal do złudzenia przypominał Tony’ego Bennetta, piosen- karza włoskiego pochodzenia. Miał równie ciepłe piwne oczy i pięknie falujące szpakowate włosy. Do tego wpatrywał się w Penelope w taki sposób, jakby zaraz miał zacząć śpiewać. 39/53
  40. 40. Penny, powtórzyła w duchu Kim. Penny... Nikt tak jej nie nazywał. – Dino jest jednym z naszych gości – wyjaśniła Penelope swobodnie. – Pozostałych poznasz pod- czas obiadu. Gości? Pozostałych? Nie próbowała ukrywać zaskoczenia. – Hm... Miło mi pana poznać, ale... – Nie dokończyła. Przypomniała sobie napis na sam- ochodzie i tknęło ją złe przeczucie. – Kimberly właśnie przyleciała z Los Angeles – poinformowała Dina Penelope, czy raczej Penny. – W takim razie musi pani marzyć o odpoczynku. Do zobaczenia później, drogie panie. – Pogwiz- dując swobodnie, ruszył w stronę schodów. Kim gwałtownie wciągnęła matkę do pokoju i oznajmiła stanowczo: – Musimy porozmawiać. – Faktycznie musimy – odparła z uśmiechem Penelope. – Możemy rozmawiać, kiedy będziesz leżeć w wannie. Kim była zbyt zmęczona, żeby protestować. Kilka minut później znalazła się w głębokiej wannie na nóżkach w kształcie zwierzęcych łap, otoczona pi- aną o zapachu lawendy. 40/53
  41. 41. Mama usiadła na stołeczku przy toaletce i popatrzyła na nią czule. – Dobrze jest mieć cię w domu, Kimberly. – Skoro tak, to dlaczego od pogrzebu babci ani razu mnie nie zaprosiłaś? – Uświadomiła sobie, że od tamtej pory upłynęły dwa lata. – Byłam pewna, że wolisz, gdy spotykamy się w mieście lub kiedy przyjeżdżam do Los Angeles. Sądziłam, że dla takiej bizneswoman mieścina Avalon wydaje się przerażająco nudną prowincjon- alną dziurą. – Mamo! – No dobrze... Bałam się, że nie poprzesz mojego przedsięwzięcia. – Mówiąc precyzyjniej, tym przedsięwzięciem są twoi goście, prawda? – No tak. – O ilu osobach właściwie mówisz? – W tym momencie mam troje gości. Dino jest właścicielem pizzerii w miasteczku i właśnie prze- prowadza w domu remont, więc mieszka tu tym- czasowo. Pan Bagwell zwykle zimą wyjeżdża na Południe, ale tego roku został w Avalonie, więc musi gdzieś zamieszkać. Jest jeszcze Daphne McDaniel. Zachwycająca dziewczyna. Nie mogę się doczekać, kiedy ją poznasz. Wciąż są wolne 41/53
  42. 42. miejsca, ale dopiero skończyliśmy odnawiać apartament na drugim piętrze. Mam nadzieję, że wkrótce znajdę kogoś, kto go zajmie. – Mamo, co się dzieje? Dlaczego mieszka tu banda obcych ludzi? Czułaś się aż tak samotna? – To nie są obcy ludzie. To moi goście, lokatorzy. I zapewniam cię, że nie zastępują mi córki. – Powinnaś mi powiedzieć. – Ogarnęło ją poczucie winy, kiedy pomyślała o spotkaniach z mamą po śmierci ojca. Widywały się w połud- niowej Kalifornii, na Manhattanie, na Florydzie. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że mamie może za- leżeć na tym, by przyjechała tutaj... do domu. – Moje życie uległo zmianie, gdy odszedł twój oj- ciec – wyjaśniła Penelope. – Tak właśnie mi się zdaje – skomentowała Kim, a przed oczami stanął jej Dino Carminucci. – Uzyskałam pozwolenie na prowadzenie działal- ności i wystartowałam z tym tuż po Święcie Pracy. – Z tym...? – Z Fairfield House. Kim poczuła, że kręci jej się w głowie. Nie była pewna, czy spowodowała to gorąca kąpiel, zmęczenie, a może chaos, który ją ogarnął po usłyszeniu tych rewelacji. Najpewniej wszystko po trosze. 42/53
  43. 43. – Chcesz powiedzieć, że przerobiłaś dom na pensjonat? – Tak, kochanie, przerobiłam. – Powiedziała to tak spokojnie, jakby mówiła o malowaniu paznokci. – I wiesz, podtrzymałam w ten sposób rodzinną tradycję. Ten dom wybudował mój pradziadek, Jerome Fairfield, który zrobił majątek w branży włókienniczej. W tamtych czasach była to na- jwspanialsza rezydencja w miasteczku. Później, jak wielu innych, w dwudziestym dziewiątym roku, w czasie kryzysu, stracił wszystko i już nigdy się nie podźwignął. Zaczęli z żoną przyjmować lokat- orów, bo tylko w ten sposób mogli uchronić dom przed przejęciem go przez wierzycieli. Jak więc widzisz, kochanie, mam to we krwi. Kim tylko słuchała. Niby wszystko do niej docier- ało, lecz zarazem jakby nic nie rozumiała. Równie dobrze mama mogłaby ją poinformować, że postanowiła skakać na bungee lub zostać nudystką. Gdy wreszcie wszystko poskładała do kupy i kiedy odzyskała głos, spytała mocno boleściwie: – Kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć? – Uczciwie mówiąc, starałam się to odwlekać tak długo, jak tylko się dało. Wiedziałam, że to cię nie zachwyci... delikatnie mówiąc. 43/53
  44. 44. – Bardzo delikatnie! – Kim wreszcie nabrała wigoru, rozindyczyła się. – Obcy ludzie w domu?! Lokatorzy? Czy ty oszalałaś, mamo?! Matka podniosła się i położyła na stołku stertę ręczników. – I kto to mówi? Można by pomyśleć, że to ja le- ciałam przez cały kraj w wieczorowej sukni i szpilkach. – To nie było szaleństwo – zaoponowała Kimberly – tylko kryzys. Mój osobisty kryzys. – No to znalazłaś się we właściwym miejscu – z uśmiechem podsumowała Penelope. – Czyli ten pensjonat... to ma być dom dla osób, które znalazły się na życiowym rozdrożu? – Raczej dla ludzi w okresie przejściowym. Kim wpatrywała się w miłą, łagodną twarz mamy, jakby widziała ją po raz pierwszy. Czy mogłaby powiedzieć, że wciąż zna tę kobietę? Zresztą... czy kiedykolwiek ją znała? Penelope Fairfield van Dorn urodziła się i dorastała w Avalonie. Należała do el- itarnej klasy wyższej, miejscowej starej gwardii. Jej korzenie sięgały czasów, gdy Rooseveltowie i Vanderbiltowie mieli w górach letnie domy. Oj- ciec Kim nigdy nie przepadał za tą zapomnianą przez Boga i ludzi mieściną. Mama z kolei twierdz- iła, że jej serce na zawsze pozostało w Avalonie 44/53
  45. 45. i wydawała się szczęśliwa, gdy znów mogła zam- ieszkać w domu swojego dzieciństwa. Kim już jako mała dziewczynka zauważyła, że tylko tutaj mama była odprężona i beztroska. Na łóżku obok bluzy leżały dżinsy, podkoszulek i para grubych skarpet. Stare ubrania nie były za małe, ale Kim nie czuła się w nich wygodnie. Cho- ciaż akurat to było najmniejszym problemem. Wytarła porządnie włosy, nałożyła podkład i wyjrzawszy na korytarz, by upewnić się, że nikt nie kręci się w pobliżu, zeszła do kuchni, w której było niebiańsko ciepło. Usiadła i objęła dłońmi gruby porcelanowy kubek z przygotowaną przez mamę gorącą czekoladą. Kuchnia jaśniała pomidorową czerwienią z jaskrawożółtymi elementami. Kim przyglądała się matce, która wycierała kuchenkę i zlew, i nagle og- arnęły ją czarne myśli. Ciężka depresja, wczesne stadium Alzheimera, rzadki przypadek demencji... – Mamo... – To był jedyny sposób, żeby zatrzymać dom – odpowiedziała na niezadane jeszcze pytanie Penelope. – Myślałam, że po śmierci dziadka dom stał się twoją własnością. 45/53
  46. 46. – Oczywiście, i nadal należy do mnie, ale po- trzebne mi były pieniądze, więc zaciągnęłam kredyt hipoteczny. Niestety, była to nieprzemyślana decyzja. – Nie rozumiem. Chcesz powiedzieć, że nie byłoby cię stać na mieszkanie w Avalonie, gdybyś nie przyjmowała lokatorów? – Kochanie, w ogóle nie byłabym w stanie się utrzymać, gdybym nie zaczęła zarabiać – odparła zrezygnowanym głosem. – To jakieś szaleństwo! Co się stało? Przecież tata zarabiał mnóstwo pieniędzy. – Kim intensywnie wpatrywała się w matkę. – Bo tak przecież było, prawda? Penelope przerwała sprzątanie, odłożyła ścierkę i usiadła przy stole. – Kimberly... Być może popełniłam błąd, trzyma- jąc to w tajemnicy przed tobą, ale nie chciałam, żebyś się tym gryzła. Prawda jest taka, że twój oj- ciec pozostawił ogromne długi. To wydawało się nieprawdopodobne. Nie żyli przecież jak zadłużona rodzina. Wręcz przeciwnie! – Nie rozumiem. Mama uśmiechnęła się smutno. – Pragnęłam, żebyś miała dobre wspomnienia o ojcu, ale chyba postąpiłam naiwnie. 46/53
  47. 47. – Czyżby tata w tajemnicy prowadził drugie życie, o którym dowiedziałaś się po jego śmierci? Penelope skrzyżowała ramiona na stole. – Cóż, tak było, przynajmniej w pewnym sensie. Za życia ani słowem nie wspomniał o swoich długach. Nie miałam o nich pojęcia, do dziś nie bardzo to rozumiem. Zainwestował pieniądze w różnych funduszach hedgingowych, które, jak się okazało, spłacały kredyty, w związku z czym musiał obciążyć hipotekę na wszystkie nasze nieruchomości. Cieszyliśmy się życiem, a ja nie mi- ałam pojęcia, do jakiego stopnia żyliśmy ponad stan. Być może to właśnie go zabiło, cały ten stres, napięcie wywołane stwarzaniem pozorów. – Mój Boże... – Kim zamknęła oczy, próbując przywołać obraz ojca, tak zawsze dystyngowanego i powściągliwego. Między nimi układało się dość burzliwie, a przez to, co teraz usłyszała, stał się jeszcze bardziej obcy, jakby go w ogóle nie znała. – Wszystko wyszło na jaw, gdy porządkowałam jego sprawy – ciągnęła matka. – Musiałam podjąć różne kroki, żeby pokryć zobowiązania. Musiałam też... zlikwidować wiele aktywów. Kim ogarnął lęk, gdy usłyszała drżenie w jej głosie. – Wiele? Mamo, to znaczy... 47/53
  48. 48. – No... wszystko. Przecież to nie do pomyślenia! Mieli dom na Manhattanie, weekendową posiadłość na Long Is- land, apartament w Boca Raton. Posiadali też papi- ery wartościowe. Przynajmniej tak jej się zdawało. – Czy to możliwe? – Takie samo pytanie zadałam adwokatowi. W sprawie domu w Montauk i apartamentu w Largo orzeczono przepadek mienia. Dochody z akcji i oszczędności przestały istnieć. Ten dom udało się zachować, bo rodzice zapisali go tylko mnie, ale to wszystko. – Tak mi przykro, mamo. Nie miałam o niczym pojęcia. – Czuła się teraz zdradzona przez dwóch mężczyzn, którym ufała. Mama uśmiechnęła się z goryczą. – To tak jak ja. Byłam głupia, nic nie widząc i nie słysząc, żyjąc w błogiej nieświadomości. – Wcale nie byłaś głupia – zaoponowała Kim. – Nie było powodu, żebyś miała mu nie ufać. Tylko... czy naprawdę sądzisz, że przyjmowanie lokatorów to dobre rozwiązanie? – Sama pomyśl. Nigdy nie pracowałam i nie po- trafię robić nic, co mogłoby przynieść dochód. Po- zostało mi tylko jedno: wykonać jakiś zdecydowany ruch, bo inaczej musiałabym sprzedać dom. 48/53
  49. 49. – Nie mogę uwierzyć, że tata zostawił cię w takiej sytuacji. Jak to możliwe, że nic nie odkryłaś? – Nie zdawałam sobie sprawy – odparła matka, wstając od stołu – że powinnam czegoś szukać. Richard był mistrzem oszustwa, sprawiania, by ludzie widzieli to, co chciał im pokazać. Kim uświadomiła sobie, że to prawda. Wszyscy, którzy go znali, uważali Richarda van Dorna za człowieka wyrafinowanego i majętnego. W Nowym Jorku mieszkali we właściwej części Manhattanu, Kim chodziła do właściwej szkoły, jeździli na luk- susowe wakacje, a jej rodzice organizowali przyję- cia i bywali na przyjęciach i imprezach, o których następnego dnia pisano w kronice towarzyskiej. Zapewne odrazę wzbudziłby w nim pomysł przyj- mowania przez Penelope lokatorów. Może powini- en był pomyśleć o tym przed narobieniem długów, zanim umarł i ściągnął całe to upokorzenie i wstyd na Bogu ducha winną żonę. Choć prawdę mówiąc, mama wcale nie wyglądała na upokorzoną. Zami- ast pogrążać się w rozpaczy jak bohaterka pow- ieści Jane Austen, Penelope van Dorn ruszyła do działania. Wczoraj wieczorem, gdy jechała taksówką na lot- nisko, Kim myślała z nadzieją o powrocie do spoko- jnego, bezpiecznego domu. Tymczasem 49/53
  50. 50. przyjechała do pensjonatu pełnego obcych ludzi i pomalowanego na wszystkie kolory tęczy. Uznała, że jeśli nawet nie osiągnie tutaj nic więcej, przynajmniej pomoże mamie wybrnąć z kłopotów finansowych. Jeżeli miało to wiązać się z zamieszkaniem w małym górskim miasteczku i zakasaniem rękawów, niech i tak będzie. Cóż, nie takie życie sobie zaplanowała, ale wszystkie cele, plany i ciężka praca zaprowadziły ją w ślepą uliczkę. Mało prawdopodobne, żeby tu zrealizowała swoje marzenia, lecz może przyjazd do Avalonu przyniesie jej coś znacznie cenniejszego: szansę na poprawienie stosunków z mamą. Odda uczucie je- dynej osobie, która darzyła ją bezwarunkową miłością. A także – jeśli szczęście będzie jej sprzy- jać – wymyśli i zrealizuje taki plan, który nie doprowadzi do katastrofy. 50/53
  51. 51. Tytuł oryginału: Fireside Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2010 Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski Redaktor serii: Grażyna Ordęga Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech © 2009 by Susan Wiggs © for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2013 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem re- produkcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – ży- wych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Harlequin Polska sp. z o.o. 02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25
  52. 52. www.harlequin.pl ISBN: 978-83-238-9480-3 Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. 52/53
  53. 53. @Created by PDF to ePub
  54. 54. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Salon Cyfrowych Publikacji ePartnerzy.com.

×