Successfully reported this slideshow.
We use your LinkedIn profile and activity data to personalize ads and to show you more relevant ads. You can change your ad preferences anytime.

Wiez 2017-2

382 views

Published on

Przyszłości Unii Europejskiej jest coraz mniej pewna. Niepokój budzi więc ukryta pod ideologicznymi sloganami o wstawaniu z kolan bezradność polskiej polityki zagranicznej i automarginalizacja naszego państwa w strukturach europejskich. Przecież Europa to nasza poszerzona ojczyzna.
Filozofowie i socjologowie religii uznają rozróżnienie na „zadomowionych” i „poszukiwaczy” za kluczowe dla zrozumienia duchowego klimatu współczesności. Jak Kościół ma towarzyszyć poszukiwaczom i jak ma umacniać wiarę zadomowionych?
Zachęcamy również do świętowania Roku, którego nie ma – czyli do wspólnego z naszymi autorami czytania Bolesława Leśmiana oraz przyjrzenia się jego (nie)wierze i postawie twórczej.

Published in: News & Politics
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

Wiez 2017-2

  1. 1. lato 2017 2 [668] Indeks 381489 Cena 24,99 zł [w tym 5% vat] Ojczyzna europejska Buras, Kowal, Luft, Miszewska, Smolar Wszyscy szukajmy Halík, Nosowski, Pastwa, Strzelczyk (Nie)obecność Leśmiana Duda, Mańczyk, Napiórkowski Jak wyjść z deportacyjnego wagonu (Nie)wiara Tadeusza Różewicza „Wpadka” Władysława Bartoszewskiego Wiersze Piwkowskiej i Mikołajewskiego Polskość — dwie rywalizacje 248 stron!
  2. 2. Kwartalnik Warszawa rok LX  nr 2 [668] Drodzy Państwo! W książce Jana Pawła II Pamięć i tożsamość — tuż po jednoznacz‑ nym opowiedzeniu się przez papieża za jagiellońskim rozumieniem polskości — pojawia się rozdział zatytułowany Ojczyzna europejska. Dla wielkiego polskiego patrioty, jakim był Karol Wojtyła — także jako pasterz Kościoła powszechnego — oczywiste było, że pojęcie ojczyzny można poszerzyć także poza własny naród. Do tej myśli o ojczyźnie europejskiej nawiązujemy w tym numerze „Więzi”, zastanawiając się nad niepewną przyszłością Unii Europejskiej. Niepokój naszych autorów budzi też — ukryta pod ideologicznymi sloganami o wstawaniu z kolan i „szaleństwie brukselskich elit” — bezradność polskiej polityki zagranicznej i automarginalizacja naszego państwa w strukturach europejskich. W słynnym przemówieniu do Polaków z 19 maja 2003 r., uznawanym za jeden z najistotniejszych czynników przesądzają‑ cych o wyniku ówczesnego referendum akcesyjnego, Jan Paweł II zawarł słowa, które dziś stają się — w nowym kontekście społecz‑ nym i politycznym — wyjątkowo aktualne: „Polska zawsze stanowiła ważną część Europy i dziś nie może wyłączać się z tej wspólnoty, która wprawdzie na różnych płaszczyznach przeżywa kryzysy, ale która stanowi jedną rodzinę narodów, opartą na wspólnej chrześcijańskiej tradycji”. Tak, to bardzo ważne, aby po 14 latach owocnego człon‑ kostwa w Unii Europejskiej Polska nie wyłączała się z tej wspól‑ noty, by traktowała Europę właśnie jako ojczyznę, a nie tylko jako źródło szerokiego strumienia dotacji finansowych. Owszem, UE przeżywa liczne kryzysy, ale jeśli będziemy na nie reagować eurosceptycyzmem i dystansowaniem się od „złej Brukseli” (jak rząd) lub kunktatorstwem (jak duża część opozycji), to możemy za to słono zapłacić. Zbigniew Nosowski
  3. 3. Spis treści Podziękowania dla Przyjaciół Powstania z kolan Polska bezradność zagraniczna Obudzimy się w innej Europie? dyskusja Unii widoki na przyszłość Dwie rywalizacje. Czytając Listopad Henryka Rzewuskiego Spacer przed kolacją, Złe wieści, Schniemy natychmiast Historia Skrytka pod podłogą. „Wpadka” Władysława Bartoszewskiego w 1945 r. i jej konsekwencje Czytanie świata Liban i Syria — okaleczona różnorodność Z drugiej strony Bugu O sztuce wychodzenia z deportacyjnego wagonu. Po obchodach 70. rocznicy akcji „Wisła” 5 7 13 22 37 43 60 63 74 83 Ojczyzna europejska Bogumił Luft Agnieszka Magdziak‑Miszewska Paweł Kowal, Eugeniusz Smolar Piotr Buras Aleksandra Domańska Anna Piwkowska Andrzej Friszke Anna i Karol Wilczyńscy Olga Solarz
  4. 4. Rzeczy (nie)pospolite Kościół wobec państwa PiS Pójdźmy gdzie indziej Młyn, który klekocze, ale już nie miele rozmowa Gdy Kościół stracił wizję. Przyszłość wiary w Europie Środkowo‑Wschodniej Duszpasterstwo w płynnym świecie rozmowa przyjaciółka, wchodzenie w życie Królestwo Boże to nie utopia Mniej osoba, bardziej osobna Otwarta ortodoksja Zmiana paradygmatu wewnątrz Tradycji. O sposobach odczytywania adhortacji Amoris laetitia Dziedziniec dialogu Przez wszystkie lata niewiary pragnę wiary. O „ateizmie” Tadeusza Różewicza Litery na piasku C — jak Czesław 89 95 101 115 124 135 138 144 156 167 179 Aleksander Hall Wszyscy szukajmy Zbigniew Nosowski Ks. Tomáš Halík, Tomasz Maćkowiak Ks. Rafał Pastwa Ks. Grzegorz Strzelczyk, Zbigniew Nosowski Jarosław Mikołajewski Marcin Cielecki Anna Czepiel Ks. Eberhard Schockenhoff Ks. Andrzej Draguła Michał Zioło OCSO
  5. 5. Rok, którego nie ma Głos z tego, tamtego i nie‑tamtego świata. Próby teologa z Leśmianem Forma jako światopogląd? Ulrychów, Hala Kopińska, Atropina Zaduszki. Wokół Wesela w Narodowym Starym Teatrze Książki Francja i Polska, katolicyzm i socjalizm Korespondencja permanentna Między frontem a boiskiem W Galerii „Więzi” Paweł Kęska Na progu Wojna zwykłych ludzi 185 194 207 216 220 226 232 236 241 242 (Nie)obecność Leśmiana Marcin Napiórkowski Sebastian Duda Łukasz Mańczyk Adrian Sinkowski Jacek Wakar Jan Olaszek Jacek Borkowicz Ignacy Dudkiewicz Jerzy Sosnowski
  6. 6.  5 Podziękowania dla Przyjaciół Serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy odpowiedzieli na nasz apel o pomoc finansową. W ostatnim okresie wsparcia udzieliły „Więzi” następujące osoby: Piotr M. A. Cywiński (Warszawa), po raz trzeci Kazimierz Czapliński (Wrocław), po raz dziesiąty Agnieszka Fiedor (Kraków), po raz drugi Andrzej Grajewski (Bielsko­‑Biała) Krzysztof Jedliński (Warszawa), po raz szesnasty Marcin Listwan (Czernica), po raz jedenasty Marek Madej (Kraków) Roman Murawski (Poznań), po raz trzynasty Paweł Sawicki (Warszawa), po raz dziewiętnasty Marcin Składanowski (Mrągowo) Jan Alfred Trammer (Warszawa), po raz trzeci Ks. Mirosław Tykfer (Poznań) Ks. Stefan Wylężek (Londyn), po raz szósty Jan Wyrowiński (Toruń), po raz pięćdziesiąty czwarty Maria Wyszyńska (Wołomin), po raz szósty Karol Życzkowski (Kraków), po raz drugi Jak można pomóc? Każda forma pomocy jest cenna. Będziemy wdzięczni zarówno za wpłaty jedno­razowe, jak i regularne (np. w formie stałego zlecenia bankowego). Nazwiska Ofiarodawców będziemy publikować w kolejnych numerach „Więzi”. Wpłaty na rzecz statutowej działalności Towarzystwa „Więź” mogą być odliczane od do‑ chodu jako darowizny. Prosimy o przekazywanie wpłat, także dewizowych, na konto: Towarzystwo „Więź”, 00—074 Warszawa, ul. Trębacka 3 PKO BP S.A. XV O/Warszawa, nr 79 1020 1156 0000 7702 0067 6866 z dopiskiem: darowizna na rzecz działalności statutowej Towarzystwa „Więź” Zachęcamy Państwa również do prenumeraty redakcyjnej naszego pisma oraz polecania prenumeraty „Więzi” swoim Bliskim i Przyjaciołom. Warunki prenumeraty — zob. s. 247. Bez Ciebie nie przetrwa „Więź”!
  7. 7. Społeczeństwo  6  WIĘŹ  Lato 2017
  8. 8.  7 Ojczyzna europejska Powstania z kolan Bogumił Luft Trwający od XVII wieku długi proces schyłku I Rzeczypospolitej, niegdyś euro‑ pejskiego mocarstwa, ujawnił wyjątkowy talent Polaków do pogarszania sytuacji swojego państwa. Zwięzły opis tej tradycji zawarł po wiekach Stanisław Wyspiań‑ ski w znanej frazie z Wesela: „Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się ino sznur”. Pycha szlachty wzięła górę nad historyczną czujnością. Gdy europejskie ludy umacniały swe państwa, Sarmaci swoje państwo osłabiali w imię „złotej wolności” szlacheckiego narodu. Społeczeństwa zdolnego do oświeceniowej modernizacji nie chcieli i nie umieli budować, a gdy wąska elita przeforsowała Konstytucję 3 maja idącą w tym kierunku, było już za późno. Słabe państwo nie było w stanie dać jej wsparcia. Polski nie ma, jeśli nie jest mocarstwem Dalsze dzieje zostały opisane przez wielu historyków z patriotyczną nabożnością, ale warto się z nimi zmierzyć w sposób wolny od patriotycznych ornamentów.
  9. 9.  8  WIĘŹ  Lato 2017 Bogumił Luft Walka Legionów generała Henryka Dąbrowskiego, które zmierzały „z ziemi włoskiej do Polski” u boku Cesarza Francuzów, okazała się przede wszystkim racjonalnym wysiłkiem zbrojnym, bo przyniosła sukces niedoceniany do dziś w polskiej pamięci historycznej. Skromne terytorialnie Księstwo Warszawskie było państwem polskim, zależnym od napoleońskiej Francji, ale zdolnym nawet do wygrania wojny z Austrią, po której ze wsparciem dyplomatycznym Francji powiększyło swoje terytorium. Państwem polskim było potem przez pewien czas nawet Królestwo Polskie pod berłem władców Rosji. Przynajmniej pierwszy z owych rosyjskich królów Polski, car Aleksander, był Polakom dość życzliwy. W latach 1815—1832 to polskie państwo zachowało własny sejm, armię i szkol‑ nictwo oraz nieźle prosperowało gospodarczo. Państwo polskie istniało więc w początku XIX wieku przez dwadzieścia pięć lat i trudno zrozumieć, dlaczego do dziś się twierdzi, że Polska zginęła już w tych czasach z mapy Europy. Nasi przodkowie z Legionów Dąbrowskiego sprawili, że jednak nie zginęła, nawet jeśli była państwem zależnym od ówcze‑ snych mocarstw. Ale wtedy pełną suwerenność miały tylko mocarstwa, a Polska mocarstwem być przestała już wiele lat wcześniej. Nieodwołalnie, bo nieznane są przypadki upadłych mocarstw, które swą mocarstwową pozycję odbudowały. Ale w polskiej podświadomości zbiorowej utrwaliło się przekonanie, w jakimś stopniu aktualne do dziś, że Polski nie ma, jeśli nie jest mocarstwem. Kres owej skromnej polskiej państwowości — pod kuratelą francuską, a po‑ tem rosyjską — położyło bardzo nieracjonalne powstanie listopadowe. Wybuchło przypadkowo, z inicjatywy grupki narwanych patriotycznie młodzieńców i upa‑ dło, bo musiało upaść w ówczesnej Europie mocarstw działających solidarnie przeciwko aspiracjom słabszych narodów. Fakt, że było nieudolnie dowodzone przez generałów, którzy nie mieli do niego najmniejszego przekonania, jest w tej sytuacji drugorzędny. Bić się, ale rozsądnie Na pytanie „bić się czy nie bić?”, zadane przez Tomasza Łubieńskiego w tytule jego głośnej przed laty książki o polskich powstaniach, moja odpowiedź jest prosta: bić się należy wtedy, gdy czyn zbrojny wspomaga racjonalną wizję osią‑ gnięcia korzyści politycznych. Wojna może być przedłużeniem dyplomacji, a nie odwrotnie, bo jeśli jest odwrotnie, to negocjuje się na gruzach z pozycji pobitego. Chyba że jest się mocarstwem. Były przypadki bardziej racjonalnych polskich zrywów zbrojnych, podjętych wokół I wojny światowej: powstanie wielkopolskie, powstania śląskie, a nawet w pewnej mierze Legiony Piłsudskiego. Wszystkie one wspomagały uczciwą dy‑ plomatyczną grę na rzecz niepodległości w sytuacji, gdy słusznie można się było spodziewać sukcesu. Ale to nie one, a właśnie czyny nierozsądne — powstania: listopadowe, styczniowe i warszawskie 1944 roku — są do dziś bardziej pamiętane,
  10. 10.  9 Ojczyznaeuropejska Powstania z kolan szanowane i fetowane. Bo do dziś obowiązuje tak zwana narracja romantyczno­ ‑patriotyczna. Nawet bardzo słusznie szanowana Bitwa Warszawska jest pamiętana raczej w kategoriach religijnego cudu i patriotycznego zrywu, a nie po prostu najwyższego profesjonalnego kunsztu wojskowego, którym rzeczywiście zabły‑ snęło wtedy polskie dowództwo. Główne przyczyny wybuchu po‑ wstań: styczniowego i warszawskiego były podobnie nieracjonalne ze strategicz‑ nego punktu widzenia: nagromadzona frustracja społeczeństwa upokarzanego długotrwale przez okupanta, chęć „po‑ wstania z kolan” i odegrania się na prze‑ śladowcach. W przypadku powstania warszawskiego była wprawdzie przesłanka wyglądająca na racjonalną: zamiar odzyskania stolicy przez legalne polskie wła‑ dze emigracyjne, zanim zajmie ją armia sowiecka i przywiezione na jej czołgach komunistyczne władze nowego państwa polskiego wyzbyte wszelkiej legalności. Ale brak gwarancji pomocy ze strony sojuszników zachodnich pozwalał przewi‑ dzieć, że Stalin da powstaniu upaść, bo było ono w istocie skierowane przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Rozumowanie proste jak kij od szczotki, na które nie zdobyli się wtedy polscy stratedzy, bo wykształcona w patriotycznym duchu młodzież żądała od nich podjęcia czynu zbrojnego. Było to w zgodzie z kontrowersyjną tezą sformu‑ łowaną kilka lat wcześniej przez pułkownika Józefa Becka, wedle której jedyną wartością bezcenną w życiu narodów i państw jest honor. Kampania wrześniowa była wojną obronną, której nie dało się uniknąć, i poniosła sromotną klęskę z powodu małoduszności Francuzów i Anglików, którzy nie wykorzystali oka‑ zji do rozprawienia się z Hitlerem w sytuacji komfortowej, gdy Polska wiązała większość armii niemieckiej na wschodzie przez prawie miesiąc. Ale również z powodu nieprzygotowania do wojny naszego kraju, który odurzał się w latach trzydziestych dobrym samopoczuciem rzekomego mocarstwa. Honor jest wartością politycznie ważną. W 1939 roku, wobec zagrożenia niemiecką agresją, jego przywołanie nie było bez sensu. Ale już w sierpniu 1944 roku należało pamiętać, że równie bezcenną wartością w życiu narodów jest po prostu życie ludzkie, które ochoczo oddała za Polskę znaczna część młodej elity. Winni jesteśmy głęboką cześć pamięci tych młodych ludzi. Ale winni im również jesteśmy pamięć o kontrowersyjności decyzji ich dowódców. Im bardziej zjednoczone, tym bardziej suwerenne Po katastrofalnej dla Polski II wojnie światowej nastały dziesięciolecia ćwierćnie‑ podległości: totalnej zależności od Związku Radzieckiego, którą łagodził tylko naturalny opór polskiego społeczeństwa realizowany w praktyce na różne sposoby Kraje europejskie, im bardziej zjednoczone, tym bardziej stawały się suwerenne, bo bardziej zdolne do zachowania swych tożsamości.
  11. 11.  10  WIĘŹ  Lato 2017 Bogumił Luft religijne i świeckie. Ale dla świata i Europy nie były to najgorsze dziesięciolecia. Na‑ wet lekceważona ONZ przyczyniła się trochę do upowszechnienia zasad politycz‑ nej poprawności, w tym sensie, w którym oznacza ona jakiś elementarny, choćby udawany wstyd w przypadku rażącego braku szacunku dla praw ludzi i narodów. Jeszcze bardziej obiecująca ewolucja zaszła w świecie euroatlantyckim. NATO zorganizowało system obrony przed agresywnym Związkiem Sowieckim. Wieloetapowy proces integracji europejskiej stworzył obszar geopolityczny silny gospodarczo i nadający polityczną siłę ideom nieznanego wcześniej szacunku dla osoby ludzkiej i suwerenności narodów, co stało się cudem nienotowanym w dzie‑ jach — nawet jeśli UE do dziś nie jest żadnym rajem, bo raju na ziemi być nie może. Kraje europejskie, im bardziej zjednoczone, tym bardziej stawały się suwe‑ renne, bo bardziej zdolne do zachowania swych tożsamości — w konfrontacji z tymi mocarstwami, które wyznawały odmienne wartości. To właśnie sąsiedztwo z obszarem euroatlantyckim dało szansę sukcesu polskiemu Powstaniu Solidarności — jedynemu polskiemu powstaniu, które było skutecznym powstaniem z kolan drogą dyplomatyczną, a nie wojenną. Nie należy jednak zapominać, że decydujące warunki do takiego obrotu spraw stworzyło rozstające się z komunizmem mocarstwo rosyjskie, które deklarowało wtedy szczerze, chociaż przejściowo, wiarygodną wolę współpracy z Zachodem. Bar‑ dzo niedobrze, że współpraca z Rosją stała się dziś tak trudna i że Rosja półgęb‑ kiem, acz równie wiarygodnie grozi nam wojną. Bo Rosja, w przeciwieństwie do większości państw świata, w tym Polski, nadal jest mocarstwem, a jeśli jest mocarstwem zranionym, to tym bardziej nie można jej gróźb lekceważyć. Mocarstwowość zależy dziś od współpracy To przede wszystkim mocarstwa nadal rządzą światem, a najważniejszym z nich pozostają na razie Stany Zjednoczone. Samo pojęcie mocarstwowości uległo jednak istotnej ewolucji — zwłaszcza w Europie poszukującej niezbyt udolnie wspólnego statusu mocarstwa, w ramach którego szczególnie ważna rola przy‑ pada Niemcom, a zaraz potem Francji (skoro Wielka Brytania zdezerterowała tchórzliwie z geopolitycznego pola bitwy o wspólny europejski sukces polityczny i gospodarczy). Ale nawet Niemcy nie mają dziś szansy na status mocarstwa bez reszty Europy. Dzięki temu każdy kraj uczestniczący w europejskim projekcie może mieć udział w potencjalnej mocarstwowości Europy, pod warunkiem że ten projekt będzie nie tylko trwał, ale również zmierzał ku coraz głębszej integracji konty‑ nentu. Pouczającym przykładem historycznym jest Szwajcaria — konfederacja bardzo różniących się od siebie kraików, które właśnie dlatego, że przed wiekami zawarły ścisły sojusz, zyskały szansę na skuteczną wspólną obronę swych par‑ tykularnych kulturowych i religijnych tożsamości przed agresywnymi zakusami potężniejszych sąsiadów. Dzięki tej idei i jej sprytnemu wykorzystaniu mała
  12. 12.  11 Ojczyznaeuropejska Powstania z kolan Szwajcaria jest dziś być może najbardziej suwerennym krajem Europy, a każdy z jej 26 kantonów zachowuje własną tożsamość. Suwerenność jest wspólna, bo żadne z państw­‑kantonów (nawet Berno) nie aspiruje do statusu regionalnego mocarstwa na małym helweckim podwórku. Mocarstwowość, za którą idzie racjonalna nadzieja na gwarancję bezpieczeń‑ stwa, zależy dziś od współpracy. Nawet Stany Zjednoczone swą mocarstwowość umniejszą, jeśli Donald Trump machnie ręką na europejskich sojuszników. Tym bardziej dotyczy to tak skromniutkich potęg jak Polska, której nic nie pomoże stanięcie na czele grupy jeszcze skromniejszych potęg w Europie Środkowo­ ‑Wschodniej w celu stawienia czoła nieco tylko większym potęgom, niemieckiej i francuskiej. Dlatego właśnie tak niemądra i niebezpieczna, a niekiedy nawet komiczna jest polityka zagraniczna prowadzona w Europie przez obecny polski rząd, nawiązująca do niechlubnej tradycji pogarszania sytuacji Polski na własne życzenie w imię „złotej wolności”, honoru i narodowej dumy. Międzymorze — tak, ale... Poprzednicy PiS u steru rządów w Polsce nie byli orłami polityki, ani nawet geopolityki. Ich też kusiła idea pychy cudownego kraju sukcesu, zielonej wyspy, gdzie z kranów płynie wyłącznie ciepła woda, w przeciwieństwie do innych krain, gdzie z kranów tryska tylko woda zimna. Z powodu tej błędnej narracji przegrali wybory. Bo do ich wygrania nie mogło wystarczyć podbijanie bębenka narodowej dumy hucznymi obchodami dwudziestopięciolecia „naszej wolności”, która jakoby przyniosła wolność całej Europie. Tamci zachowali jednak marne resztki pokory i wiedzieli, że — zwłaszcza wobec narastających zagrożeń, nie tylko zresztą ze strony agresywnej Rosji, ale również innych destabilizujących się regionów świata — jedyną szansą ratunku dla Polski jest zacieśnianie współpracy z sojusznikami, z którymi jest nam po drodze z oczywistych względów. Nawet za cenę takich czy innych kompromisów, które przy współpracy narodów są zawsze koniecznością. Rząd Prawa i Sprawiedliwości rozmontowuje natomiast nie tylko sojusz Polski z zachodnim światem, ale również przyczynia się na scenie europejskiej do rozmontowywania projektu europejskiej integracji. To jest właśnie ów cho‑ choli taniec z Wesela Wyspiańskiego. To pogarszanie sytuacji polskiego państwa. Idea Międzymorza — ściślejszych więzów z krajami, których losy w XX wieku były podobne do naszych losów — nie jest bez sensu, bo ich głos powinien być w Europie bardziej słuchany. Ćwierć wieku temu zostały po prostu przyłączone do Zachodu, a to jeszcze nie oznacza zjednoczenia, bo ich doświadczenie do dziś nie zostało w pełni zrozumiane przez zachodnich partnerów i włączone do wspólnej europejskiej świadomości historycznej. Ale musi być jasne, że kraje te przemawiają razem w ramach jednoczącej się wspólnej Europy, a nie przeciwko procesowi jej jednoczenia.
  13. 13.  12  WIĘŹ  Lato 2017 Bogumił Luft Warunkiem powodzenia projektu Międzymorza jest też rezygnacja przez Polskę z aspiracji do przywódczej roli mocarstwa regionalnego. Czesi i Węgrzy po prostu się z tego śmieją po kątach, a Viktor Orbán zasugerował na Forum w Krynicy pół żartem, pół serio, że nie wszystkie konie będzie kradł z polskimi bratankami, a tylko te, których grabież będzie zgodna z węgierskim interesem. Bałtowie, Bułgarzy i Słowacy korzystają z okazji do milczenia, a Rumuni dyskret‑ nie wzruszają ramionami. Nic nie pomoże rozmieszczenie w Polsce skromnego kontyngentu wojsk NATO, jeśli dla zachodnich partnerów nie będzie jasne, że Polska chce być z nimi razem, a nie zbawiać świat z pozycji mocarstwa, którym niegdyś była, oraz z wy‑ żyn stróża najwyższych wartości świeckich i religijnych, którym jakoby jest dzisiaj. Nic nie pomoże obrona terytorialna, jeśli Polska nie będzie gotowa do przyjęcia na siebie skromnej roli jednego z ogniw zachodniej wspólnoty przyczyniających się do jej jedności, a więc jej bezpieczeństwa. Bez tego owa obrona terytorialna — skądinąd pomysł niezły — może się okazać w niesprzyjających warunkach wycho‑ wawcą kolejnej generacji bezskutecznych patriotycznych ofiar. Bogumił Luft Bogumił Luft — ur. 1955, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, członek Rady Redakcyjnej „Więzi”. Dziś niezależny publicysta i tłumacz literatury rumuńskiej. Wcześniej: w latach 1999—2006 redaktor i komentator polityczny dziennika „Rzecz­ pospolita”, a w latach 2001—2003 jego stały korespondent w Bukareszcie i Kiszyniowie. Był ambasadorem RP w Rumunii w latach 1993—1999 oraz w Republice Mołdawii w la‑ tach 2010—2012. Autor książki Rumun goni za happy endem (Wydawnictwo Czarne, drugie wydanie 2015) o historycznych i współczesnych losach narodu rumuńskiego.
  14. 14.  13 Ojczyznaeuropejska Polska bezradność zagraniczna Agnieszka Magdziak­‑Miszewska „Nie można zmienić położenia geograficznego. Ale geopolityczne już tak” — ma‑ wiał Tadeusz Mazowiecki. Jednym z wyzwań pierwszego rządu suwerennej Rze‑ czypospolitej było sformułowanie odpowiedzi na pytanie: jak to zrobić? Mówiąc najprościej, jak uciec z geograficznej i geopolitycznej pułapki państwa położonego pomiędzy rosyjskim (lub sowieckim) imperium a Niemcami. Wówczas, w 1989 roku, co dziś trudno sobie wyobrazić, nic jeszcze nie zapowiadało rychłego rozpadu Związku Sowieckiego. Dążenie do zjednoczenia Niemiec było już oczywiste, ale podpisany w 1970 roku układ z RFN, w którym uznano zachodnią granicę Polski, wciąż nie został ratyfikowany przez Bundestag. W Polsce stacjonowały wojska sowieckie, a gigantyczne zadłużenie państwa i ka‑ tastrofalny stan gospodarki zdawały się uniemożliwiać sukces jakiejkolwiek trans‑ formacji i uzyskanie statusu równorzędnego partnera na arenie międzynarodowej. Wybór zdecydowanej większości ówczesnych elit — poszukiwanie możli‑ wości współpracy z państwami i instytucjami świata zachodniego — był tyleż in‑ stynktowny, co pragmatyczny. Okazał się najlepszym z możliwych. Podobnie jak wspieranie niepodległości i demokratycznej transformacji wschodnich sąsiadów po rozpadzie Związku Sowieckiego. Utrzymująca się przez ponad dwie dekady zgoda elit politycznych i intelektualnych wobec podstawowych zasad takiej po‑ lityki zagranicznej umożliwiła zmianę geopolitycznej sytuacji Rzeczypospolitej. Ćwierć wieku (to zaledwie 25 lat!) po odzyskaniu niepodległości byliśmy już nie tylko pełnoprawnymi członkami Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Eu‑ ropejskiej, ale także ich aktywnymi współkreatorami. Polska stała się słuchanym i często wysłuchiwanym inicjatorem wspólnych polityk. Zdolnym i, co nie mniej ważne, chętnym do poszukiwania — w różnych formatach dialogu z partnerami — odpowiedzi na wyzwania coraz bardziej komplikującego się świata. Szybko, choć czasem boleśnie i na własnych błędach, uczyliśmy się w tym świecie poruszać. Zrozumieliśmy przede wszystkim, że uzyskanie gwarancji bezpieczeństwa i możliwości rozwoju własnego państwa nie jest i nie będzie
  15. 15.  14  WIĘŹ  Lato 2017 Agnieszka Magdziak­‑Miszewska możliwe bez zaangażowania się w problemy naszych partnerów i bez gotowości do ponoszenia współodpowiedzialności także za ich bezpieczeństwo i rozwój. A uzyskanie sukcesu w kwestiach najbardziej istotnych dla naszego interesu na‑ rodowego wymaga niekiedy trudnego kompromisu w innych. Sukces polskiej transformacji sprawił, że dla wschodnich państw członkowskich Partnerstwa dla Pokoju i Partnerstwa Wschodniego (nota bene polskiej inicjatywy przedstawionej na forum UE wspólnie ze Szwecją) staliśmy się cennym i szanowanym sojusznikiem. Przede wszystkim, choć nie jedynie, dla Ukrainy, Gruzji i Mołdawii. Niemiecko­‑rosyjskie kondominium? Przypominam te, wydawałoby się, oczywiste fakty z bardzo prostego powodu: nie są już one oczywiste. W narracji wielu polskich polityków i ekspertów — przede wszystkim przedstawicieli prawicy — już od kilku lat Polska przestała być suwe‑ rennym państwem: stała się niemiecko­‑rosyjskim „kondominium”, a sterująca naszym życiem społecznym i gospodarczym Bruksela — nową Moskwą (tak mówią politycy PiS). Nie braknie też głosów, że staliśmy się po prostu kolonią (Kukiz’15). Autorzy programu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości napisali w 2014 roku: Podstawowym problemem, jaki dotyka dziś Polskę w zakresie polityki międzynaro‑ dowej, jest utrata, z winy rządzących, narzędzi do samodzielnej realizacji interesów narodowych. [...] Polska polityka zagraniczna i polityka bezpieczeństwa zewnętrznego nie mogą ograniczać się, jak to ma miejsce obecnie, do wpisywania się w główny nurt ponadnarodowych decyzji i działania jedynie w ramach i za pośrednictwem organi‑ zacji integracyjnych. [...] Błędna polityka obozu władzy doprowadziła do sytuacji, w której kurczą się nasze możliwości oddziaływania nie tylko w świecie czy w Europie, ale nawet w naszym najbliższym regionie i bezpośrednim sąsiedztwie. Polska stała się biernym i przed‑ miotowym obserwatorem i komentatorem procesów geopolitycznych, a nie ich współ‑ uczestnikiem i współdecydentem. Nasz los zależy w coraz większym stopniu od zjawisk, na które nasz wpływ jest zaledwie pośredni, znikomy lub niekiedy żaden. To moment krytyczny, jeśli chodzi o gwarancję bezpiecznego istnienia i rozwoju polskiego pań‑ stwa jako samodzielnego uczestnika stosunków międzynarodowych. Ruch Kukiz’15 nie przedstawił, co prawda, szczegółowego programu (jak twierdzi lider tego ugrupowania, wszelkie programy to „ściema”), zapowiedział jednak rewizję dotychczasowej polityki zagranicznej, która umożliwia „dogadywanie się z Rosją ponad naszymi głowami” i prowadzenie „neokolonialnej polityki gospo‑ darczej” obcym koncernom. Podkreślił też konieczność tworzenia od podstaw polskiej polityki obronnej, odbudowy wojsk operacyjnych, zwłaszcza (cokolwiek miałoby to oznaczać) „dywizji wschodnich”, i tworzenia obrony terytorialnej. Na partie otwarcie kontestujące nie tylko sposób prowadzenia, lecz także pryncypia dotychczas obowiązującego modelu polskiej polityki zagranicznej zagło‑
  16. 16.  15 Ojczyznaeuropejska Polska bezradność zagraniczna sowała ponad połowa wszystkich wyborców (z uwzględnieniem ugrupowań, które nie przekroczyły progu wyborczego). Można oczywiście zasadnie twierdzić, że proponowany model polityki zagranicznej odegrał w wyborczym zwycięstwie PiS i wy‑ sokim wsparciu dla Kukiz’15 najmniejszą rolę, ale jednak powtarzane przez media hasła o „kondominium” czy „kolonii” oka‑ zały się nośne. Na tyle, żeby duża część społeczeństwa uznała, iż Polska powinna „powstać z kolan” i wreszcie zademonstro‑ wać swoją asertywność unijnej Brukseli. Jak to możliwe? W najbardziej proeuropejskim państwie Unii? W Polsce, w której członkostwo w UE cieszy się poparciem niemal 80% procent obywateli? Jak to wyjaśnić? Świat przestał być bezpieczny Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że katalizatorem spektakularnego ujawnienia się tak dużej grupy przeciwników dotychczasowego modelu polskiej polityki (nie tylko i nie przede wszystkim zagranicznej) były czynniki zewnętrzne. Po pierwsze: kryzys finansowy z 2008 roku, który ze Stanów Zjednoczonych rozprzestrzenił się na Europę, dobitnie pokazując, że globalizacja oprócz szans niesie również zagrożenia. I że mogą one boleśnie dotknąć także państwa od nas bogatsze, bar‑ dziej rozwinięte i posiadające wspólną europejską walutę. W kilka lat później, witana z nadzieją również w Polsce, „arabska wiosna” przerodziła się w szereg gwałtownych, brutalnych konfliktów na tle politycznym, religijnym i etnicznym. Obalenie lub próby obalenia dotychczasowych dyktatorów stworzyły nowych, a tym, którzy — jak Asad w Syrii — zdołali się uchować, dały pretekst do krwawej rozprawy z przeciwnikami. Powstało tzw. Państwo Islamskie i szybko opanowało wiele obszarów w Iraku i Libii. Do Europy zaczęli napływać uciekający przed wojną i terrorem uchodźcy. Ale także terroryści. Aneksja Krymu i wojna na wschodzie Ukrainy dobitnie potwierdziła, wyra‑ żane od wielu lat, polskie przekonanie o odradzaniu się rosyjskiej potęgi militar‑ nej, wrogiej wobec Zachodu. Chiny, druga po amerykańskiej gospodarka świata, jawnie zaczęły demonstrować własne ambicje polityczne zagrażające stabilizacji regionu Azji i Pacyfiku. Nowe technologie w rękach wrogów wolności przekształ‑ ciły się w groźną broń zdolną wpływać na zachowania społeczne w państwach o silnie, wydawałoby się, zakorzenionej liberalnej demokracji. Przykłady globalnej destabilizacji, w tym również związane ze zmianami klimatu, można mnożyć bez końca. Świat po prostu przestał być bezpieczny. W państwach szeroko rozumianego Zachodu ludzie po raz pierwszy od dziesię‑ cioleci musieli zmierzyć się z faktem, że w nadchodzących latach raczej nie będą Powtarzane przez media hasła o „kondominium” czy „kolonii” okazały się na tyle nośne, żeby duża część społeczeństwa uznała, że Polska powinna „powstać z kolan”.
  17. 17.  16  WIĘŹ  Lato 2017 Agnieszka Magdziak­‑Miszewska stawać się coraz bogatsi ani lepiej socjalnie zabezpieczeni. A ich dzieci mogą być znacznie biedniejsze od nich samych. Odpowiedzią w większości krajów europejskich, a także w Stanach Zjedno‑ czonych była powszechna frustracja prowadząca do kontestacji obowiązującego modelu państwa i poszukiwania winnych, co szybko zakończyło się sukcesem. Wskazano po pierwsze elity rządzące (własne, ale w Europie także brukselskie), a po drugie „obcych” (imigrantów ekonomicznych zabierających miejsca pracy oraz obcych kulturowo i religijnie uchodźców). Znaleziono także, nie wszędzie co prawda, nowych zbawicieli. Tych, którzy „najcelniej” umieli wskazać winnych i najszybciej przygotowali najprostszą odpowiedź na niezwykle skomplikowane wyzwania, z którymi wszyscy dzisiaj muszą się mierzyć. W tym kontekście wybór wizji świata, którą w ostatnich wyborach zapropo‑ nowały PIS i Kukiz’15, może być postrzegany jako naturalny. Można uznać, że to po prostu polska wersja odpowiedzi na ogólnoświatowy lub, ściślej, europejski trend. Tyle że sprawa wcale nie jest taka prosta. Ciepła woda w kranie nie wystarczy Polska, choć biedniejsza niż zachodni partnerzy, nie przeżyła ani głębokiego załamania finansów publicznych, ani kryzysu inwestycyjnego. Przeciwnie, staty‑ stycznie stawaliśmy się coraz bogatsi i notowaliśmy najwyższy w Europie wzrost gospodarczy. W pewnym sensie naprawdę byliśmy „zieloną wyspą”. Problem w tym, że byliśmy nią przede wszystkim statystycznie. Społeczna cena rosnących słupków wzrostu, między innymi brutalnie elastyczny rynek pracy, okazała się niezwykle wysoka. Platforma Obywatelska (a wcześniej także SLD) miała propozycję adresowaną tylko do części polskiego społeczeństwa. Można ją, upraszczając, streścić słowami: bogaćcie się. Taka pol‑ ska odmiana Clintonowskiego „gospodarka, głupcze!”. Tym, którzy nie umieli skutecznie wpisać się w obowiązujący model — z najróżniejszych zresztą powodów i bardzo często nie ze swojej winy — miała wystarczać „ciepła woda w kranie”. Co dziwniejsze, partia, która niezwykle sprawnie potrafiła zbudować ze‑ wnętrzny wizerunek Polski i stworzyła efektywne instrumenty tzw. miękkiej dyplo‑ macji — poprzez rozwój i modernizację Instytutów Polskich oraz zaangażowanie (przede wszystkim na Wschodzie i w krajach rozwijających się) organizacji poza‑ rządowych — nie mogła lub nie chciała własnym obywatelom zaproponować żadnej opowieści o nowej Polsce. To, co w stosunkach międzynarodowych wydawało się oczywiste: kreowanie obrazu Polski przez ukazanie historycznych tradycji polskiej myśli o wspólnej Europie, stworzenia pojęcia narodu politycznego otwartego i wielokulturowego, zdolności do długofalowego wysiłku na rzecz zachowania polskości poprzez pracę i tworzenie potencjału ekonomicznego oraz odbudowę państwa po rozbiorach, fenomenu Polskiego Państwa Podziemnego, krytycznego szacunku wobec własnej historii oraz gotowości do dzielenia się i solidarności
  18. 18.  17 Ojczyznaeuropejska Polska bezradność zagraniczna z innymi — nie zostało skutecznie opowiedziane Polakom. Jakby nie rozumiano, że trudno uważać się za dumnego członka obywatelskiej wspólnoty ze względu na autostrady. Tym bardziej ze względu na ciepłą wodę. A może po prostu rządzący żywili przekonanie, że 80% euroentuzjazmu w zupełności wystarczy. Temu — znowu statystyka! — obrazowi zaufano tak da‑ lece, że nigdy nie pokuszono się, by sprawdzić, na czym polski euroentuzjazm się opiera i jak głębokie są jego społeczne korzenie. I także dzisiaj, kiedy słucha się prominentnych polityków najważniejszych partii opozycyjnych, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie odczuwają oni żadnej potrzeby sprawdzenia, jak jest naprawdę. Gdyby choć przeczytali raport Polacy wobec UE: koniec konsensusu Fundacji im. Stefana Batorego, bardziej zrozumiałe stałyby się nie tylko przyczyny wybor‑ czej porażki, ale także nieuchronność przygotowania programu uwzględniającego zarówno nową europejską rzeczywistość, jak i — a może przede wszystkim — kon‑ dycję społeczeństwa, które chcieliby do niego przekonać. Tak czy inaczej konstruowanie opowieści o Polsce oddano ­politycznym przeciwnikom. Ci zaś skrzętnie to wykorzystali, proponując Polakom roman­ tyczno­‑mesjanistyczną wizję etniczno­‑religijnej wspólnoty odwiecznych ofiar i bo‑ haterskich męczenników. Zawsze „zdradzanych o świcie” i zawsze niezłomnych. Gotowych, by wreszcie wstać z kolan i aktywnie współtworzyć Europę „wolnych narodów i suwerennych państw”. Polska na ławce rezerwowych W styczniu 2016 r. minister Witold Waszczykowski zapowiadał w sejmie prowa‑ dzenie przez nowy rząd „odważnej i realistycznej, a nade wszystko skutecznej” polityki zagranicznej. Rok później, po jego kolejnym wystąpieniu, to nie przed‑ stawiciel PO czy Nowoczesnej, lecz poseł Kukiz’15 Grzegorz Długi oceniał je w następujący sposób: „Polska dyplomacja ministra Waszczykowskiego okazała się zupełnie bezradna. Polska nie jest w grze w Unii Europejskiej, jest gdzieś tam na ławce rezerwowych, być może niedługo na ławce kar”. Co się stało w ciągu tego roku, że przedstawiciel ugrupowania uważanego za najbliższe partii rządzącej tak krytycznie ocenia jej ministra? Mówiąc symbo‑ licznie — 27:1. Po półtora roku prowadzenia suwerennej i podmiotowej polityki zagranicznej trudno dzisiaj wskazać przyjaciół i sojuszników polskiego państwa w Unii Europejskiej. Przede wszystkim ze względu na zakwestionowanie przez rząd zasad obo‑ wiązujących w Unii Europejskiej (przyjmowane są ustawy, które je naruszają) pozostajemy w permanentnym konflikcie z Brukselą, przede wszystkim z Komisją Europejską. Należy w tym miejscu przypomnieć, że za przyjęciem tych właśnie za‑ sad: liberalnej demokracji, trójpodziału władz, szacunku do prawa, poszanowania praw mniejszości i praw człowieka opowiadali się również politycy PiS — jednogło‑ śnie akceptując akcesję do NATO i wzywając do głosowania na „tak” w referendum
  19. 19.  18  WIĘŹ  Lato 2017 Agnieszka Magdziak­‑Miszewska unijnym. To przecież śp. prezydent Lech Kaczyński podpisywał Traktat Lizboński i to na jego polityczny testament powołują się autorzy programu politycznego PIS. Odrzucając niemal w całości politykę zagraniczną prowadzoną przez po‑ przedników (zwłaszcza tych z PO, ale w zasadzie wszystkich, z wyjątkiem rządu Jana Olszewskiego i pierwszego rządu PIS), politycy rządzącej partii zapropo‑ nowali alternatywną wizję pozycji Polski w stosunkach międzynarodowych. To wizja państwa prowadzącego politykę „w pełni suwerenną”, opartą na prymacie realizacji wyłącznie własnych celów narodowych i domagającego się od partne‑ rów pełnej ich akceptacji, bez względu na interesy innych państw oraz uwa‑ runkowania polityczne i  traktatowe. Jednym z głównych założeń tej nowej polityki była zmiana zasad i kryteriów funkcjonowania państw członkowskich w Unii Europejskiej oraz znalezienie so‑ juszników chętnych do wprowadzania zmian obowiązującego modelu integra‑ cji, zgodnie z formułą „unia wolnych narodów i suwerennych państw”. Inaczej mówiąc: wspólny rynek — tak; wspólne polityki — nie. Rezultaty widać już, niestety, aż nazbyt wyraźnie. Nowy strategiczny sojusz‑ nik Polski, Wielka Brytania, właśnie rozpoczyna trudne rozwodowe negocjacje z Brukselą, w których istotną kwestią stanie się przyszłość niemal 900 tysięcy naszych obywateli mieszkających i pracujących na Wyspach, a zwłaszcza tych pobierających zasiłki socjalne. Nie wiem, czy w polskim MSZ istnieje pomysł układania się w tej sprawie z Londynem poza plecami Unii. Mam nadzieję, że nie, bo trudno sobie wyobrazić, co moglibyśmy ofiarować w zamian, zaś na bruk‑ selskiej „ławce kar” wylądowalibyśmy na pewno. Stosunki z Niemcami, naszym największym partnerem gospodarczym, a wcze‑ śniej państwem wspierającym polską integrację, pozostają poprawne — przede wszystkim dzięki cierpliwości Angeli Merkel. Między Warszawą a Paryżem — mróz. Na reaktywację istotnego dla uzgadniania ważnych dla nas spraw do załatwienia na forum europejskim instrumentu, jakim był Trójkąt Weimarski — trudno dziś liczyć. Z unijnej „wielkiej szóstki” wypchnęliśmy się sami. Po pierwsze, ze względu na konsekwentną odmowę podzielenia się odpowiedzialnością za rozwiązanie kryzysu uchodźczego. Po drugie, ze względu na brak konstruktywnych pomysłów na naszą w niej obecność. Przy okazji odmowy przyjęcia jakiejkolwiek, choćby symbolicznej, liczby uchodźców sami ukręciliśmy na siebie bat w postaci idei „elastycznej solidarno‑ ści” w ramach Unii. Za chwilę możemy odczuć skutki tego — jedynego przyję‑ tego w Brukseli z pełną aprobatą — pomysłu rządu PiS, np. w trakcie najbliższej dyskusji nad unijnym budżetem. Lansowany od pewnego czasu polski „projekt naprawczy” Unii Europejskiej poprzez odrzucenie zawłaszczenia jej pierwotnej idei przez „lewackie elity” dą‑ Po półtora roku prowadzenia „suwerennej i podmiotowej” polityki zagranicznej trudno dzisiaj wskazać przyjaciół i sojuszników polskiego państwa w Unii Europejskiej.
  20. 20.  19 Ojczyznaeuropejska Polska bezradność zagraniczna żące do wychowania „zunifikowanego Europejczyka” pozbawionego narodowych korzeni i rechrystanizację Zachodu raczej nie spotka się z podobną aprobatą. Śmiem wątpić, czy wesprze ten projekt nawet Viktor Orbán. Już raz nas prze‑ cież nie poparł — zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, że „nie wszystkie konie będzie z Polską kradł”. Trójmorze i pożegnanie z Giedroyciem 11 marca br., po spektakularnej porażce rządu w głosowaniu nad przedłużeniem kadencji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, wice­minister spraw zagranicznych Konrad Szymański powiedział w wywiadzie dla portalu wpolityce.pl: „Po czwartkowym szczycie UE wszyscy wiedzą, że trzeba jeszcze uważniej słuchać Polski, i to jest dobra zmiana”. I, jak się okazuje, słuchają. Przynajmniej niektórzy: podczas pierwszego spo‑ tkania Merkel—Macron 15 maja w Paryżu polskie postulaty zostały uwzględnione. Przywódcy Francji i Niemiec ogłosili rozpoczęcie prac nad „mapą drogową” dla Europy. Zgodzili się, że Unii potrzebna jest zarówno elastyczność, jak i refleksja nad zmianą obowiązujących traktatów. Chcą dążyć do takich regulacji, które ni‑ kogo już nie zobligują do realizacji wspólnej polityki azylowej czy obronnej, ale jednocześnie umożliwią stworzenie odrębnego budżetu dla strefy euro. Kolejnym, jednym z wielu, przykładem suwerennej i podmiotowej polskiej polityki w Brukseli jest dobiegające właśnie końca postępowanie przeciwko monopolistycznym praktykom Gazpromu wobec unijnych państw ze Środkowej i Południowo­‑Wschodniej Europy. Ceny za gaz dostarczany między innymi do Pol‑ ski, państw bałtyckich i Bułgarii były rażąco wyższe niż dla pozostałych. Liczyliśmy, że Komisja Europejska nie tylko nakaże Rosji obniżenie cen do poziomu Europy Zachodniej, ale przede wszystkim zażąda wypłacenia poszkodowanym państwom wysokich odszkodowań. Ich wyliczenia dla Polski przedstawili w Brukseli przed‑ stawiciele PGNiG. Ale Warszawa nie pofatygowała się, by uzgodnić wspólne stanowisko w tej kwestii z jakimkolwiek z pozostałych poszkodowanych państw. Ale także one, jak donosi Politico, nie paliły się do rozmów z Polską, ze względu na jej niskie notowania w Brukseli. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wśród nowo mianowanych ambasadorów Unii Europejskiej nie ma ani jednego Polaka. Jakie są polityczne szanse na realizację sztandarowego projektu stworzenia „własnej frakcji” w ramach Unii Europejskiej, nazywanego Trójmorzem, szczegó‑ łowo analizuje raport „Mapa Trójmorza”, przygotowany w grudniu 2016 przez Klub Jagielloński. Koncepcję bliskiej współpracy politycznej i gospodarczej państw leżących nad Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym prezydent Andrzej Duda zaprezentował po raz pierwszy w kijowskiej Akademii Dyplomatycznej przy okazji udziału w obchodach 25. rocznicy niepodległości Ukrainy. Celem powstania tej nowej „wspólnoty wolnych narodów i niepodległych państw” miała być „zmiana logiki hierarchicznego modelu relacji pomiędzy utrwalonymi politycznie centrami
  21. 21.  20  WIĘŹ  Lato 2017 Agnieszka Magdziak­‑Miszewska a wskazanymi przez nie peryferiami”. Rola lidera Trójmorza — choć nie zostało to nigdy powiedziane wprost — miała przypaść Polsce. Spotkanie 12 państw zaproszonych do współtworzenia organizacji odbyło się w sierpniu 2016 r. w Dubrowniku. W przyjętej deklaracji podkreślono chęć współ‑ pracy gospodarczej i infrastrukturalnej w ramach mającego powstać „Korytarza Północ—Południe”. Rezultaty polityczne dr Marcin Kędzierski, szef Centrum Ana‑ liz Klubu Jagiellońskiego, skwitował następująco: „brak przemyślanej, regionalnej strategii wobec polityki europejskiej praktycznie uniemożliwia skuteczną budowę Trójmorza, gdyż dla większości państw regionu to Bruksela i Berlin wciąż stanowią podstawowy punkt odniesienia”. Kolejne spotkanie już w czerwcu, we Wrocławiu. Tym razem ideę mają wesprzeć Amerykanie. Ciekawe, na jak wysokim szczeblu. Tematem wymagającym odrębnej analizy jest polityka wschodnia PiS. Zwłasz‑ cza, że była tak niezwykle ważna dla śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, któ‑ rego testament realizuje obecnie minister Waszczykowski (tak przynajmniej sam twierdzi). Także tutaj konsekwentnie następuje „dobra zmiana”, którą Katarzyna Pełczyńska­‑Nałęcz niezwykle trafnie nazwała „pożegnaniem z Giedroyciem”. Wi‑ dać to zwłaszcza w relacjach z Ukrainą, które — mimo deklaracji prezydentów Dudy i Poroszenki z okazji 25. rocznicy niepodległości wschodniego sąsiada — już dawno straciły znaczenie strategiczne. Jedyna jak dotąd inicjatywa ministra spraw zagranicznych — propozycja stworzenia nowego formatu dla rozwiązania konfliktu z Rosją, przedstawiona, wspólnie z brytyjskim kolegą, w marcu — spo‑ tkała się z dyplomatyczną w formie i stanowczą w treści odmową. „Kiedy trzej przyjaciele spotykają się — to niekoniecznie jest początkiem nowego formatu, ale z pewnością jest to początek nowych wspólnych wysiłków” — podsumował polską propozycję szef ukraińskiego MSZ, Pawło Klimkin. Relacje Warszawy i Kijowa rozwijają się dziś dynamicznie wyłącznie w obszarze polityki historycznej, coraz bardziej, po obu stronach, konfrontacyjnej. O zmianie zasadniczej polityki wobec Białorusi pisałam niedawno w inter‑ netowym serwisie Laboratorium „Więzi” w kontekście odmowy finansowania Biełsatu przez MSZ i serii spotkań wysokich przedstawicieli obu państw. Zgadzam się oczywiście z tymi ekspertami, którzy powiadają, że z Mińskiem trzeba roz‑ mawiać, zwłaszcza ze względu na liczną na Białorusi polską mniejszość. Jednak żywione przez marszałka Karczewskiego przekonanie, że Łukaszenka to „ciepły człowiek”, nie przełożyło się jakoś na sytuację białoruskich Polaków. Natomiast przekonanieo solidarnościPolskiz upominającymisięo wolnośći demokrację,prze‑ śladowanymi i zastraszanymi ludźmi solidnie się zachwiało. Nie tylko na Białorusi. Czy Sojusz jest jeszcze wspólnotą wartości? Można wobec tego twierdzić, że przecież wciąż na straży bezpieczeństwa polskiej suwerenności stoi Sojusz Północnoatlantycki, którego wojska stale, choć nie na stałe, są obecne na wschodniej flance NATO.
  22. 22.  21 Ojczyznaeuropejska Polska bezradność zagraniczna Sukcesem zakończyła się tu — prowadzona w ciągu ostatnich kilku lat przez MSZ i MON — polityka przekonywania sojuszników, że Akt Stanowiący Ro‑ sja—NATO jest w kontekście zmiany polityki Moskwy anachroniczny i nie ma charakteru prawno­‑traktatowego. Beneficjentami tych wysiłków poprzedniego rządu i prezydenta stali się — na szczycie Sojuszu w Warszawie — prezydent i ministrowie PiS. Należy jednak pamiętać — i przypomniał o tym w Warszawie prezydent Obama — że Sojusz to także wspólnota wartości. Dokładnie tych, które PiS kon‑ testuje w Brukseli i przede wszystkim w polityce wewnętrznej. A także że wśród państw członkowskich, których rządy muszą wyrazić zgodę na wysłanie swoich żołnierzy w ramach zastosowania Artykułu 5, są również te, którym odmawiamy pomocy w zmierzeniu się z problemem uchodźców. Przekonanie, że dla zapewnienia bezpieczeństwa w gruncie rzeczy wystarczy nam obecność Amerykanów, to, najdelikatniej mówiąc, polityczna naiwność. Aby liczyć na Amerykę — zwłaszcza Amerykę prezydenta Trumpa, znanego z trakto‑ wania polityki w kategoriach biznesowych — Polska musi udowodnić, że jej bez‑ pieczeństwo stanowi dla interesów USA „wartość dodaną”. Izolowana w Europie, coraz mniej atrakcyjna dla partnerów wschodnich i coraz mniej zrozumiała dla partnerów zachodnich polityka Warszawy taką wartością nie jest. Mityczne 2% PKB na modernizację armii nikogo w Waszyngtonie już nie przekonuje. To, że niczego nie modernizujemy, a wprost przeciwnie, dezorganizujemy armię i sys‑ tematycznie obniżamy zdolności sił operacyjnych, widoczne jest nawet dla laika. Może warto ponownie zacytować program wyborczy Prawa i Sprawiedli‑ wości z 2014 roku: Błędna polityka obozu władzy doprowadza do sytuacji, w której kurczą się nasze możliwości oddziaływania nie tylko w świecie czy w Europie, ale nawet w naszym najbliższym regionie i bezpośrednim sąsiedztwie. [...] To moment krytyczny, jeśli chodzi o gwarancję bezpiecznego istnienia i rozwoju polskiego państwa. Sytuacji, w której się dzisiaj znaleźliśmy, trafniej opisać się nie da. Agnieszka Magdziak­‑Miszewska Agnieszka Magdziak­‑Miszewska — publicystka, dyplomata. Ukończyła filologię polską i teatrologię. Pracowała w redakcji „Więzi” od 1984 r., w latach 1995—2000 jako za‑ stępca redaktora naczelnego. Była doradcą premiera Jerzego Buzka ds. polsko­‑żydowskich (1997—1999). Pracowała w polskiej dyplomacji: w Moskwie (1991—1995), Nowym Jorku (jako konsul generalny, 2001—2005) oraz jako ambasador Polski w Izraelu (2006—2012). W latach 2012—2016 pracowała w Ministerstwie Obrony Narodowej jako doradca wice‑ ministra Roberta Kupieckiego i wicedyrektor Departamentu Wojskowych Spraw Zagra‑ nicznych. Od roku 2000 jest członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej.
  23. 23.  22  WIĘŹ  Lato 2017 Obudzimy się w innej Europie? Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar Zbigniew Rozmawiamy kilka dni po rozstrzygnięciu francuskich wyborów Nosowski ­prezydenckich. Czy zwycięstwo Macrona zwiastuje koniec zagro‑ żeń populizmem i izolacjonistycznymi nacjonalizmami w Europie? A może program nowego prezydenta Francji to także populizm, tylko w innym opakowaniu? Wiemy przecież, że był to program tworzony trochę ad hoc, w odpowiedzi na potrzeby artykułowane przez wyborców. Eugeniusz Bardzo ostrożnie posługuję się pojęciem populizmu, ponieważ Smolar może ono oznaczać niemal cokolwiek. Zauważyłem, że bardzo często w dyskusjach mówi się o populizmie, gdy tak naprawdę chodzi o demagogię. A to przecież nie jest to samo. Populistyczne są najczęściej (nie tylko europejskie) ruchy protestu, zdecydowanie antyestablishmentowe. Wykorzystują one mechanizmy demokracji parlamentarnej do mobilizacji swoich zwolenników i do popularyzacji własnych, często mało konkret‑ nych programów. To zdecydowanie różni je na przykład od ko‑ munistycznych i radykalnie lewicowych protestów z lat 60. i 70. ubiegłego wieku w Europie. Z tego punktu widzenia Macron nie jest populistą. To człowiek establishmentu, który, co prawda, buduje swoją pozycję na sprzeciwie wobec istniejącej sytuacji, ale nie zmierza do zniszczenia istniejących struktur politycznych, tylko do rozbicia partii politycznych, które przestały reagować na potrzeby wyborców. W tym kontekście przypomina mi się debata, którą kilka lat temu prowadziły w Polsce środowiska konserwatywne nad tak zwanym przywróceniem polityczności. Zwracano w niej uwagę, że polityka powinna być „gorąca”, a ludzi do polityki musi przyciągać
  24. 24.  23 Galeria „Więzi”: Paweł Kęska Mariusz Dorot — gerontopsychomotoryk, towarzyszy osobom dotkniętym demencją
  25. 25.  24  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar różnica poglądów, ofert i emocji. Polityki nie można sprowadzać do technokratycznego sposobu zarządzania zmianami. To była bardzo interesująca dyskusja, która jednak zamarła pod wpływem pojawienia się na prawicy oferty PiS­‑owskiej, która tę wysoką tem‑ peraturę polityce polskiej na dobre i na złe przywróciła. Macron nie jest populistą, choć używa gorącego języka, dzięki czemu udało mu się zepchnąć do defensywy tradycyjne partie polityczne. Może one wykorzystają tę lekcję, żeby dokonać in‑ trospekcji, przyjrzeć się swoim strukturom i metodom działania w warunkach rosnącego egoizmu i indywidualizacji społeczeń‑ stwa, w kontekście sądów i emocji, które wyrażają się nie poprzez udział w procesach wyborczych, ale na portalach społecznościo‑ wych. Siła mobilizacyjna Macrona okazała się skuteczna dlatego, że przedstawił Francuzom demokratyczną propozycję zmiany, a nie antydemokratyczno­‑populistyczną alternatywę demontażu Unii Europejskiej. Paweł Nie traktuję Macrona jako człowieka spoza elity. Nie traktuję tak Kowal też obecnych polskich przywódców, którzy prowadzą wojnę z eli‑ tami. Dla mnie, jako człowieka o konserwatywnej intuicji, ta antyelitarna retoryka jest zbyt kontrkulturowa. Patrzę na to z nie‑ pokojem. W polskim kontekście walka z elitami jest szalenie nie‑ bezpieczna, dlatego że — choć w procesie transformacji część z nich sprzeniewierzyła się swojej misji — to jednak właśnie dzięki elitom polskość w ogóle przetrwała. Społeczeństwa rozwijają się dzięki nim. Macron jest częścią elity — człowiekiem, który zachowuje się w taki sposób, jak Mark Rutte w Holandii czy Justin Trudeau w Ka‑ nadzie. To są politycy, którzy intuicyjnie wyczuwają, że ktoś inny z elity może ich uprzedzić, więc przejmują część populistycznego instrumentarium, którego używają w trakcie kampanii wyborczej, bo wiedzą, że tylko w ten sposób mogą wygrać. Udają, że nie są elitą, by elitą być jeszcze bardziej. Myślę, że może to być głębsze zjawisko w świecie zachodnim. Może być tak, że centryści, cha‑ decy, liberałowie i socjaldemokraci tak bardzo wystraszą się, że utracą swoją pozycję, że zaczną imitować klasycznych przywódców populistycznych. Sądzę, że nikt tak naprawdę nie uważa Macrona za przeciwnika elit. Smolar Zgadzam się z tezą, że być może elity innych partii dokonają retrospekcji, zaczną inaczej funkcjonować, ale to się do tego nie może sprowadzić. Francja wymaga nowoczesnych reform na wzór tych, jakie przeszła Wielka Brytania za czasów Margaret Thatcher.
  26. 26.  25 Ojczyznaeuropejska Obudzimy się w innej Europie? Chodzi o osłabienie związków zawodowych oraz tradycyjnych grup interesów blokujących reformy i wymuszenie, aby selekcja na najwyższe stanowiska w polityce i biznesie opierała się na kompetencjach, a nie na urodzeniu lub koneksjach. Dzisiaj bardzo często mówi się o kryzysie francuskim — choć to duża przesada. Francja ma ogromną gospodarkę, a wydajność pracy jest tam wyższa niż w Wielkiej Brytanii, o czym niewiele osób wie. Jeśli porówna się produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca, to Francja nie odbiega od innych państw Zachodu, z wyjątkiem Niemiec, i różni się oczywiście — w sensie pozytywnym — od krajów południa Europy. Natomiast Francja ma anachroniczne struktury i instytucje działania na poziomie państwowym i reprezentacji spo‑ łecznej. Przede wszystkim chodzi tu o siłę związków zawodowych i elity administracyjne, które bardzo trudno wymienić ze względu na prawo pracy czy ustawę o służbie cywilnej. W tym sensie Macron uderza w elity, ponieważ uważa, że jest to klucz do reform. Oczywiście w czasie kampanii wyborczej on tego zbyt wyraźnie nie mówił, ale obrońcy status quo doskonale to zrozumieli. Działacze związków zawodowych, z wyjątkiem chrześcijańskich, głosowali przeciwko niemu. Głosowali głównie na Mélenchona. Agnieszka Zaczęliśmy naszą rozmowę od francuskich wyborów prezydenc- Magdziak­‑ kich, ponieważ ich wynik mógł przesądzić o przyszłości Unii Eu- -Miszewska ropejskiej. Marine Le Pen zapowiadała szybki rozwód z Brukselą. W tym sensie zwycięstwo Macrona oznacza, że Unia Europejska nie umrze, przynajmniej nie tak szybko. Ale czy nie będziemy, już w najbliższym czasie, świadkami zmian tak gruntownych, że wkrótce obudzimy się w zupełnie innej Europie? Realizacja za‑ powiedzi Macrona — dotyczących w istocie unii dwóch prędkości, tworzenia koalicji krajów chętnych do ścisłej integracji strefy euro — w sposób oczywisty będzie tworzyć nową jakość. Kowal To prawda, że wybory we Francji były w jakiś sposób rozstrzygające, ponieważ ich tematem, co może zaskakiwać, rzeczywiście była Unia Europejska. Tę agendę unijną narzuciła zresztą Marine Le Pen, ponieważ łatwo jej było budować swoją pozycję na krytyce Brukseli. Uważam, że dla polskiej polityki europejskiej krytyczny mo‑ ment nastąpi późną jesienią bieżącego roku, czyli po wyborach niemieckich. Dojdzie wówczas do konsolidacji trzech grup, które — z różnych powodów — były i są zainteresowane tym, żeby Polskę odsunąć na boczny tor, do jakiejś drugiej unijnej strefy.
  27. 27.  26  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar Po pierwsze, wiatru w żagle nabiorą politycy i eksperci, którzy zawsze występowali przeciwko rozszerzeniu UE. Przez lata trudno było im o tym mówić, bo wiele wskazywało, że nie mieli racji. Cią‑ gle uważam, że jej nie mają, ale oni teraz czują, że mogą wrócić do swoich argumentów, bo dostają preteksty, szczególnie z Warszawy i Budapesztu. Druga grupa to osoby typu Fransa Timmermansa (aktualnego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej), które wchodzą w polemiki z polskim rządem — częściowo mające po‑ parcie w faktach, a częściowo wynikające po prostu z ich własnych przekonań politycznych. Ten rodzaj krytyki pod adresem polskich władz jest dość powszechny w kręgach dyplomatycznych. Trzecia grupa to ci, którzy uznają, że właśnie teraz powstała niepowta‑ rzalna szansa, żeby zbudować unię dwóch prędkości. Uaktywnienie się tych trzech grup będzie poważnym pro‑ blemem dla polskiego rządu — ale też dla polskiej opozycji, dla całej polskiej klasy politycznej, ponieważ trzeba będzie jakoś na to odpowiedzieć. Rząd wyraźnie nie jest w stanie wygenerować jasnego komunikatu europejskiego. Opozycja będzie zaś miała kłopot dlatego, że będą się zbliżały wybory i co mądrzejsi ludzie uświadomią sobie, że nie wystarczy zmienić rząd, żeby wszystko znów było po staremu. Jeśli nastąpi konsolidacja trzech formacji, o których powiedziałem, sceptycyzm wobec Polski stanie się na Zachodzie normą, nową poprawnością polityczną. Niektórzy uważają, że Polska potrzebuje silnego impulsu, czyli jakby drugiego procesu wchodzenia do unii. Jeśli projekt podziału UE by się powiódł, to rzeczywiście trzeba będzie od początku przechodzić swego rodzaju proces integracji z tym „twardym jądrem”. Polska nie ma alternatywy. Węgry mogą się dogadać z Rosjanami. Słowacy i Czesi też mają większe pole ma‑ newru niż my. Myślę, że ten fakt zostanie niedługo dostrzeżony przez co bystrzejszych polityków w różnych obozach politycznych w Polsce. Smolar Czy nie za szybko weszliśmy w tej dyskusji na polski grunt? Naj‑ pierw trzeba przyjrzeć się temu, czym jest dziś Unia Europejska. Nikt nie mówi o tym, że budżet Brukseli to zaledwie około 1% PKB państw członkowskich! Wszyscy zaś oczekują, że za ten je‑ den procent Unia ma załatwić kwestie bezpieczeństwa, rozwoju gospodarczego, zmniejszenia bezrobocia wśród młodzieży, inno‑ wacyjności, obronności oraz problem uchodźców i emigrantów ekonomicznych. To absurd. Po drugie, mimo że Traktat Lizboński zwiększył liczbę spraw, które są przyjmowane poprzez głosowanie większościowe, to
  28. 28.  27 Ojczyznaeuropejska Obudzimy się w innej Europie? jednak podstawowe kwestie w UE nadal rozstrzygane są na za‑ sadzie jednomyślności. Zanim dojdzie do uzgodnień, urzędnicy wysokiego szczebla — ministrowie w sprawach sektorowych oraz premierzy w kwestiach strategicznych — muszą wyrazić na to zgodę. Wszyscy! Stosunkowo rzadko dochodzi do głosowania większościo‑ wego. Jeszcze rzadziej ktoś składa weto. Polska na przykład tego nie robi. Zgadza się praktycznie na wszystko. Niekiedy wywołuje to zresztą moje zdziwienie, bo są sprawy, w których, moim zda‑ niem, powinniśmy zająć odmienne stanowisko. W związku z tym twierdzę, że to, co potocznie nazywamy pięcioma scenariuszami Junckera, tak naprawdę opisuje sytu‑ ację w poszczególnych państwach członkowskich — na pewno w znacznie większym stopniu niż w instytucjach unijnych. Zanim Juncker, Timmermans czy ktoś inny zgłasza publicznie jakieś pro‑ pozycje, one są przedtem bardzo szeroko dyskutowane. Oni są związani decyzjami co najmniej głównych państw członkowskich. Dlatego w kwestiach strategicznych decydować będzie dialog pro‑ wadzony w gronie najważniejszych państw członkowskich, z któ‑ rego niestety Polska się wypisuje. Warszawa miała ogromną szansę ten dialog skutecznie konty­- nuować, ale na własne życzenie się izoluje. Dzieje się tak w spra‑ wach dotyczących podstaw konstytucyjnych „republiki europejskiej” w sferze wartości, ale też — co znacznie gorsze — pozwoliliśmy się przesunąć na wschód. Polityka PiS sprawa, że Polskę zalicza się ostatnio do grona tych państw, które mentalnie są bliżej Moskwy niż Berlina czy Paryża! Przypomnijmy sobie fakty. Polska opo‑ wiedziała się za sojuszem strategicznym z Wielką Brytanią, co Brexit wywrócił... W sytuacji groźnego kryzysu uchodźczego — gdy różne państwa członkowskie poszukują wyjścia, wsparcia politycznego, ale również finansowego — Polska wraz z pozo‑ stałymi krajami wyszehradzkimi ogłasza doktrynę selektywnej solidarności... Dla mnie było szokujące, że w ciągu 24 godzin najważniejsi politycy w Brukseli wsparli tę doktrynę. Wydawało się, że jest ona sprzeczna z podstawowymi zasadami Unii Europejskiej. Ale to przecież jest oczywiste — odpowiedzieli: chcecie mieć selektywną solidarność, to ją będziecie mieli... Magdziak­‑ Polscy politycy bardzo lubią posługiwać się frazą: „Bruksela zdecy- -Miszewska dowała”, choć Eugeniusz Smolar przed chwilą wyjaśnił mechani‑ zmy decyzyjne w Unii i nasi liderzy polityczni doskonale je znają lub powinni je znać. A jednak w przekazie werbalnym polskich polityków, ekspertów i większości mediów Bruksela przedstawiana
  29. 29.  28  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar jest jako „ciało obce”. To jakieś niezależne centrum decyzyjne zdolne narzucać Polsce rozwiązania nigdy z nią niekonsultowane. Może więc tak naprawdę mentalnie jesteśmy poza Unią? A jeśli coś w niej nas interesuje, to tylko wspólny rynek, bez „zbędnego” dodatku w postaci zasad i wartości? Smolar Politykę zagraniczną rządu PiS — w tym politykę europejską, któ‑ rej nie powinniśmy formalnie traktować jako zagraniczną — ce‑ chuje przede wszystkim totalny chaos koncepcyjny i sprzeczności, o czym mówił Paweł Kowal. Na przykład z jednej strony politycy PiS mówią, że należy sprowadzić Unię Europejską tylko do wspól‑ nego rynku, a z drugiej strony formułują propozycję utworzenia armii europejskiej. Przepraszam bardzo, ale jeśli mówimy o armii europejskiej, to mówimy o potencjalnej wojnie, mówimy o krwi, mówimy o podejmowaniu decyzji, gdzie nasi chłopcy i dziewczęta pójdą walczyć i ginąć. To dużo więcej niż konstrukcja polityczna. To wyznacza tak wysoki poziom zaufania do sojuszników, że w wa‑ runkach zagrożenia bezpieczeństwa oni przyjdą nam z pomocą, a my wyrażamy gotowość przyjścia z pomocą im. W Polsce mamy do czynienia z pęknięciem europejskiej auto­ identyfikacji. Ale to pęknięcie jest charakterystyczne dla wielu krajów członkowskich. Mówię o ulubionej grze europejskiej: politycy jadą do Brukseli, rozmawiają, negocjują, godzą się na coś, po czym wracają i opowiadają własnej opinii publicznej, że Unia to wymusiła. Ten proces buduje poczucie odrębności i ze‑ wnętrzności. Inną sprawą jest to, co Polacy jako społeczeństwo myślą o UE. Nosowski A jak oceniają Panowie aktualną świadomość europejską Polaków? Pamiętam, że przed akcesją i tuż po niej wedle badań porów‑ nawczych poczucie bycia Europejczykami było dla Polaków dużo ważniejsze niż choćby dla Niemców czy szerzej krajów starej Unii. Teraz to się zmienia i chyba coraz częściej można już mówić, że podważany jest konsensus proeuropejski, który dotychczas pa‑ nował w naszym społeczeństwie. Już nie jest takie oczywiste, że trzeba być z Europą, i już nie tylko nacjonalistyczne marginesy o tym krzyczą. Krótko mówiąc, czym jest dzisiaj Unia Europejska dla Polaków: tylko „dojną krową” czy czymś więcej? Kowal Mówi się, że poparcie Polaków dla UE jest wysokie, ale płytkie. My‑ ślę, że politycy prawicy trochę na tę płytkość liczyli — w tym sensie, że skalę poparcia dla członkostwa łatwo będzie zmniejszyć, po‑ wiedzmy: „zracjonalizować”. Ale to nie jest takie proste. Charakte‑
  30. 30.  29 Ojczyznaeuropejska Obudzimy się w innej Europie? rystyczne dla polskiego społeczeństwa po zaborach i wojnach jest to, że ludzie są bardzo przywiązani do różnych benefitów, do tego, co konkretnie dostali. I to nie dotyczy tylko rolników. Ludzie wie‑ dzą, jak wyglądałaby na przykład sytuacja małych i średnich firm, gdyby nie było pieniędzy z Unii i wspólnego rynku. Strach przed utratą profitów jest bardzo silny. I rząd to wie. Polacy są zatem na‑ stawieni na płynące z Unii benefity, ale jednocześnie niechętni, aby coś od siebie dać, nawet drobiazg. Ale jest jeszcze inna specyficznie polska kwestia: przewraż‑ liwienie na punkcie reputacji. To moim zdaniem wynika z chłop‑ skich korzeni polskiej kultury i związanej z tym granicy, którą łatwo przekroczyć. Bo jeśli w sąsiedniej wsi źle o nas mówią, to w pierwszym odruchu wzruszamy ramionami — niech sobie mówią, co chcą. Ale jeżeli za dużo źle mówią, to już mamy po‑ czucie, że możemy coś na tym stracić, a tego nie chcemy. Ta wraż‑ liwość na opinie innych ma różne odcienie i różne konsekwencje. Na przykład Timmermans krytykował Polskę w taki sposób, że działało to na korzyść rządu — ludzie mówili: „a co nas będzie Timmermans pouczał” — ale już 27:1 zadziałało na niekorzyść władzy. Społeczna krytyka UE, która pojawia się w Polsce wcale zresztą nie tak często, wynika raczej z faktu, że ludzie nie rozumieją mechanizmów funkcjonowania struktur europejskich. Mówię nie o przeciętnym Kowalskim, lecz o liderach opinii, nauczycielach, księżach, samorządowcach, którzy „wyjaśniają” rzeczywistość w swoich środowiskach. To trochę dziwi w kontekście niesłabnącej popularności politologii, stosunków międzynarodowych czy nauk społecznych jako kierunku studiów. Mamy teoretycznie rzeszę obywateli, którzy powinni dobrze znać te mechanizmy. Smolar Zgadzam się z Pawłem Kowalem, ale tylko do pewnego stopnia. Po pierwsze, badania robione przez wiele lat wykazują, że prestiż instytucji unijnych jest w Polsce wyższy niż krajowych. Dotyczy to partii politycznych, parlamentu, rządu. Po drugie, przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie Kowal po‑ czynił, Unia Europejska funkcjonuje w Polsce również jako pew‑ nego rodzaju gwarancja zakotwiczenia nas w zachodniej Europie. Ze względu na Kościół rzymskokatolicki i sposób postrzegania siebie jako nienależących do wrogiego Wschodu, Polska zawsze była mentalnie częścią Zachodu, choć dotyczyło to przede wszyst‑ kim elit. Po trzecie, badania wykazują słabe zakotwiczenie społeczeń‑ stwa polskiego w zachodnioeuropejskich wartościach, dla Unii
  31. 31.  30  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar kluczowych. Raport opublikowany przez Fundację im. Stefana Batorego, który napisaliśmy wspólnie z Piotrem Burasem, Adamem Balcerem i Grzegorzem Gromadzkim, nosi tytuł Polacy wobec UE: koniec konsensusu?. Przyznam, że miałem wątpliwości co do tego chwytliwego tytułu, ponieważ w Polsce nigdy nie było po‑ wszechnej zgody w sprawach europejskich. Był konsens elit, a to nie jest to samo. To nie był polski konsens. Gdyby nie zaangażo‑ wanie Jana Pawła II z jego słynnym zdaniem: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”, nie wiem, jaki byłby wynik referendum akcesyjnego. Poziom uczestnictwa w wyborach do Parlamentu Europej‑ skiego też nie zachwyca. Jesteśmy zadowoleni, że Polska jest czę‑ ścią Unii Europejskiej, bo jesteśmy w „bandzie” z innymi. Ale nie chcemy uczestniczyć w przedsięwzięciach, które miałyby nas cokolwiek kosztować. To wynika z badań. Stosunek do dalszej in‑ tegracji z Unią Europejską jest niejednoznaczny. Tylko 9% Polaków jest za pogłębieniem integracji z UE, 39% jest za zachowaniem status quo, gdy 38% jest za przywróceniem części kompetencji państwom narodowym. Jedno z cytowanych badań wykazuje, że 37% respondentów uważa, iż nasz kraj mógłby sobie lepiej pora‑ dzić z wyzwaniami przyszłości poza UE. Nie zgadza się z tym 51%. W kwestii naszego zaangażowania na arenie międzynarodowej, a szczególnie udziału w operacjach militarnych w ramach i NATO, i UE — zdecydowana większość Polaków jest przeciwna. Ale, rzecz jasna, jednocześnie oczekujemy, że w warunkach zagrożenia inni będą przychodzili nam z pomocą! Ostatnia sprawa to kwestie kulturowe: stosunek do tożsa‑ mości, do obcych, do mniejszości. Duża większość Polaków kie‑ ruje się postawą „zamkniętą”. Na dodatek środowiska PiS­‑owskie uważają, że istnieje w tej kwestii jakiś spisek międzynarodowych elit liberalnych i chcą ten spisek zlikwidować, czyli owe społeczne procesy powstrzymać i zamknąć nas w skansenie. A to są efekty naturalnych, niekontrolowanych procesów przenikania się wzor‑ ców społecznych, kulturowych, cywilizacyjnych. Kowal Nie zgadzam się z taką diagnozą. Oczywiście obserwacje mam po‑ dobne, ale nie można ich przekładać na generalną geopolityczną orientację społeczeństwa. Nie znajduję w Polsce jakichś istotnych ośrodków, które by uważały, że miejsce Polski jest na Wschodzie. W Polsce zawsze wszyscy uważali, że nasze miejsce jest zasadni‑ czo na Zachodzie. Przy czym, moim zdaniem, jest sens mówić to tylko o elicie, oczywiście rozumianej dość szeroko. Bo to nie ogólna opinia publiczna jest w tej kwestii decydująca, lecz — jak
  32. 32.  31 Ojczyznaeuropejska Obudzimy się w innej Europie? w każdym zachodnim społeczeństwie — około 10% aktywnych ludzi, którzy tworzą, piszą, uczą itd., którymi zawsze kierował imperatyw, żeby działać na rzecz bycia na Zachodzie. Uważam zresztą, że PiS też nie jest antyzachodni, taki opis jest powierzchowny. Dla PiS kluczowe są kwestie wewnętrzne i zachowanie władzy — dla tych kwestii ta partia jest w stanie wiele poświęcić. Skutki tego w wymiarze europejskim mogą być bardzo poważne, ale trudno powiedzieć, żeby oni byli zorientalizowani, to znaczy chcieli wprowadzać jakieś wschodnie wzorce. Smolar PiS w takim razie głęboko ukrywa swoją prawdziwą prozachodnią naturę. Opowiada się za Unią ograniczoną do czterech wolności gospodarczych, a jednocześnie ma ona pozostać zbiorem suwe‑ rennych państw narodowych. W sferze wartości i obyczajowo‑ ści PiS nie rozumie, że takie myślenie to efekt komunistycznej „zamrażarki”, gdy od początku lat 60. świat zachodni przeszedł ogromne przewartościowanie. Na dobre i na złe, włącznie z rewo‑ lucją obyczajową ’68, krytycznym spojrzeniem na własną historię. My byliśmy w stanie zająć się sobą jako wolni ludzie dopiero po roku 1989. Zgadzam się, że niesłychanie ważna jest rola elit, też politycz‑ nych, ich dojrzałości i rozumienia procesów, przez które społeczeń‑ stwo, z ogromnym opóźnieniem w sensie mentalnym, przechodzi. Nie dlatego, żeby nas inni lepiej postrzegali, tylko dlatego, że to jest zdrowe dla naszego własnego rozwoju. Gdy spotykam się na Za‑ chodzie z zastrzeżeniami co do postaw Polaków, zwracam uwagę, że analogicznie dzieje się w niemieckich landach wschodnich. Oni byli w porównaniu z Wessis tak samo zamknięci, tak samo się boją Zachodu. Dlaczego? Ponieważ Zachód jest potężniejszy i bogatszy? Niekoniecznie, ale Zachód jest źródłem przemian, których wielu się obawia. Uchodźcy są tego symbolem. W polityce Prawa i Sprawiedliwości wobec Unii Europejskiej widoczne jest z jednej strony pragnienie stworzenia takiej sytuacji, w której będzie można za unijne pieniądze robić, co się zechce, i nikt się do tego nie ma wtrącać. A z drugiej strony wielokrotnie wyrażane jest przekonanie, że ci potężni w Unii narzucają Pola‑ kom pewien model rozwoju, który jest nam obcy i którego nie chcemy. Tym samym zrywa się ciągłość w ważnej dziedzinie, która była źródłem naszych sukcesów. Otóż Polska po przełomie 1989 roku nie szukała jakiejś trzeciej drogi. Przyjęliśmy sprawdzone wzorce w dziedzinie demokracji, parlamentaryzmu, ale również gospodarki. To była i jest wielka wartość. Konsens w tej spra‑
  33. 33.  32  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar wie istniał. Ale po ostatnich wyborach po raz pierwszy został zerwany. Uważam więc, że Prawo i Sprawiedliwość jest antyzachodnie w swojej istocie i, co więcej, odgrywa fatalną rolę edukacyjną w tej sprawie wobec szerokiej opinii publicznej, która traktuje wypo‑ wiedzi polityków poważniej niż być może niektórzy liderzy PiS. Kowal Jednak faktem jest, że w Polsce pewne procesy społeczne — i z mo‑ jego punktu widzenia to bardzo dobrze — przebiegają trochę inaczej. W Warszawie — pomimo tego, że przeszliśmy głęboką transformację — w przeciwieństwie do Paryża, Londynu czy Ber‑ lina, wychodząc na ulicę, da się rozpoznać, czy jest niedziela, czy wtorek, bo nawet krytyczni wobec księży obywatele idą do kościoła. W Polsce wybudowano w ciągu dziesięciu lat sześćdziesiąt kilka muzeów historycznych. To nie jest przecież zły proces. To coś mówi o naszej tożsamości, o stosunku do naszych korzeni. Są to przykładowe istotne zjawiska, które na poziomie kulturo‑ wym nas wyróżniają i które powinny być dla nas przedmiotem refleksji. Zatem ludzie, którzy zajmują się polityką i są wrażliwi na opinię społeczną, powinni uwzględniać ten fakt, że Polska jest trochę inna. W poważnej dyskusji nie ma co udawać, że Polska nie jest inna niż norma w naszym regionie świata. A dlaczego jest inna — to już ciekawe zagadnienie badawcze i wyzwanie intelektualne. Smolar Rozmawiamy w redakcji „Więzi”, więc wchodzę teraz na grząski grunt, ponieważ nie mogę twierdzić, że w tej akurat dziedzinie jestem specjalistą. Wysoki stopień religijności jest ważnym faktem, niemniej utrzymuje się problem charakteru państwa i stosunków między państwem a Kościołem. Dla profesora Adama Daniela Rotfelda jednym z największych osiągnięć było doprowadzenie w 2012 roku do przyjazdu zwierzchnika Rosyjskiej Cerkwi Pra‑ wosławnej, patriarchy Cyryla do Polski na zaproszenie polskiego katolickiego Episkopatu. Odbyły się serdeczne rozmowy, były uści‑ ski, wymiana darów, wspólne modlitwy na Jasnej Górze — po czym wspólnie wydali w sensie kulturowym zdecydowanie anty‑ europejskie oświadczenie. To było szokujące, ponieważ podobna retoryka płynie z Kremla pod adresem Zachodu. Wizyta była i się skończyła, ale jej treść także świadczy o polskiej specyfice, jako że współautorem oświadczenia był Kościół, instytucja mająca ogromy wpływ na polskie życie. Jak to się przekłada na rozumienie prze‑ mian na świecie, roli Polski i na formułowanie celów narodowych do osiągnięcia w ramach Unii Europejskiej?
  34. 34.  33 Ojczyznaeuropejska Obudzimy się w innej Europie? Kowal Wystarczy wziąć mapę rozwodów w Europie, by dostrzec, że istotne różnice pokrywają się w niektórych obszarach z grani‑ cami Pierwszej Rzeczypospolitej. Podobnie geografia wyborcza pokrywa się z granicami zaborów. Sprawa tożsamości jest oczy‑ wiście wielowymiarowa. W Polsce istnieje także pewien prowincjonalizm, którego przejawem jest — paradoksalnie — nieustanne pouczanie ludzi na Zachodzie. Bardzo nie lubimy, jak inni nas pouczają, natomiast ma‑ nierą polskiego życia publicznego, i to w kontekście europejskim, który dzisiaj gra ogromną rolę, stało się nieustanne pouczanie. My im powiemy, jak należy spędzać Wielkanoc czy Boże Naro‑ dzenie. Brytyjczykom powiemy, jak mają traktować imigrantów. Pani premier Szydło wie to lepiej. U nas zwycięstwo w wyborach do parlamentu daje jakieś przekonanie, żeśmy wszystkie rozumy pozjadali. Taki nasz urok. Niedługo będziemy uczyli Włochów, jak robić makarony... Smolar Polskiej specyfiki nie można pomijać ani uważać jej za nieistotną. Natomiast gdy docieramy do sfery publicznej i politycznej, pytam o fundamenty. Otóż Unia Europejska jest republiką konstytucyjną. Mamy uzgodnione i zapisane w traktatach zasady jej funkcjono‑ wania, które obecnie w Polsce są kontestowane i odrzucane. Kowal Liberalne elity, mówiąc kolokwialnie, przedobrzyły. Zbyt rozsze‑ rzono katalog wartości i praw, które miałyby obowiązywać wszyst‑ kich. Nie jestem zwolennikiem prymatu suwerena nad prawem tak, jak to się teraz rozumie. Pamiętajmy, że to na Zachodzie odrzucono traktat konstytucyjny — w Polsce by go w ówczesnych warunkach politycznych przepchano, mimo tej naszej specyfiki. Na Zachodzie ów traktat obalono — po to, by kilka lat później tym samym ludziom, którzy go odrzucili, wprowadzić wszystkie jego zapisy w inny sposób! To są właśnie realne powody, dla których bystrzejsza prawica w takich krajach jak Polska zorientowała się, że można wejść w polemikę z tak zwanymi wartościami europejskimi, gdyż pod‑ pięto pod nie kwestie, których narody nie uznawały za ważne dla siebie. Wartości zostały rozmyte, więc bardzo łatwo wykazać opinii publicznej, iż to, co proponuje Bruksela, nie jest demokra‑ tyczne — bo ktoś coś „narzuca” — i jest dziwaczne, niezgodne ze zwyczajami ludzi. Smolar Nie uważam, by Konstytucja dla Europy była odrzucona we Francji ze względu na zawarte w niej wartości. Podobnie jak w Irlandii
  35. 35.  34  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar referenda ujawniają nade wszystko stosunek licznych wyborców do sytuacji w ich krajach. W tym momencie dochodzimy do za‑ sadniczego pytania: o zasady. Jeśli powiadasz, że pewien katalog tzw. wartości europejskich został na tyle rozszerzony, że wywołał kontrreakcję u części opinii publicznej (wystarczająco dużej, żeby odrzucić traktat), to powinniśmy rozmawiać nie o otwieraniu dys‑ kusji nad traktatami europejskimi, do czego dąży PiS, tylko o prag‑ matycznym podejściu do takiej konstrukcji europejskiej, która będzie służyła interesom wszystkich. Otóż ja nie widzę w Polsce chęci wykazania się troską o przyszłość wspólnej Europy w wy‑ miarze instytucjonalnym. A w wymiarze czysto politycznym rząd PiS robi wszystko, żeby samoizolować Polskę i wyzbyć się mecha‑ nizmów politycznych i dyplomatycznych pozwalających wywierać wpływ na przyszłą konstrukcję europejską. Kowal Nie podejmuję się w żaden sposób tłumaczyć ani wyjaśniać polityki europejskiej rządu. Gdyby rząd PiS był odważny, to przyjąłby re‑ torykę wiceministra spraw zagranicznych Konrada Szymańskiego i przynajmniej przekaz byłby logiczny. Czy byłoby to efektywne — tego nie wiem, ale byłoby choć spójne wewnętrznie. Tak jednak nie jest. Moim zdaniem, jedyne rozwiązanie dla Polski na dziś to być w awangardzie europejskości w podstawowych, zrozumiałych spra‑ wach: żądać otwierania rynków, zwiększania konkurencyjności itp. Innego rozwiązania nie wymyślimy. Inaczej możemy tylko stracić. Do tego jednak potrzeba odwagi politycznej, przywódcy, który powie ludziom, że trzeba postępować właśnie tak, a nie inaczej. Dzisiaj to niemożliwe. W latach 2005—2007 Jarosław Kaczyński miał intuicję, że można się z innymi krajami kłócić, ale z Komisją Europejską trzeba dobrze trzymać. W tym pilnowaniu dobrych relacji z Barroso, ówczesnym przewodniczącym KE, była jakaś myśl. W pierwszej kadencji Barroso był bardzo silny i to nas doprowadziło do suk‑ cesu, jakim był szczyt w Samarze, poprzedzony koronkowymi ne‑ gocjacjami Ewy Ośnieckiej­‑Tameckiej w Berlinie. Dla mnie z tego doświadczenia wynika wniosek, że instrumenty wspólnotowe to jedyny sposób, jaki mamy na Francuzów, Niemców czy Brytyjczy‑ ków, żeby nas wspierali. Smolar Mnie bardzo niepokoi pustka, która powstaje pomiędzy nami a głównymi partnerami Unii Europejskiej — ta niemożność prze‑ bicia się, brak zaufania.
  36. 36.  35 Ojczyznaeuropejska Obudzimy się w innej Europie? Martwi mnie to także ze względu na przyszłość UE i na możliwą utratę korzyści, jakie moglibyśmy otrzymać. Wkrótce będzie negocjowany budżet, nowa perspektywa finansowa. To nie‑ prawda, że Polska nie będzie kwalifikować się do tego, by dostawać pieniądze na wyrównywanie różnic regionalnych czy na politykę spójności. Środki się nie tyle skończą, ile będą mniejsze, choćby w wyniku Brexitu. Państwa — płatnicy netto chcą mniejszego bu‑ dżetu niż obecnie. Po drugie, zmieniły się priorytety finansowa‑ nia — więcej wsparcia idzie na badania i rozwój, na inwestowanie w nowoczesne dziedziny przemysłu. Niemcy zgłosili propozy‑ cję, aby 10% budżetu przeznaczyć na uporanie się z problemem uchodźców. Czyli środków na pewno będzie mniej. Skąd można zatem zabrać pieniądze? Najłatwiej z polityki spójności i z polityki rol‑ nej. W obu wypadkach Polska będzie stratna. Dodajmy do tego wypowiedzi przedstawicieli niektórych rządów, aby ci, którzy nie wykazują się solidarnością, nie liczyli na solidarność. Skoro więc pieniędzy europejskich będzie mniej, to tym łatwiej — pod wpły‑ wem retoryki i specyficznej pedagogiki społecznej, jaką uprawia PiS — może dojść do zerwania więzi pomiędzy polskim społeczeń‑ stwem a Unią Europejską. A jednocześnie wicepremier Mateusz Morawiecki w Brukseli zgodził się na nowy sposób finansowania polityki spójności. Znacz‑ nie większy procent będzie przekazywany już nie w ramach portfeli narodowych — dla Polski, Czech czy Hiszpanii i Włoch — lecz za pośrednictwem Europejskiego Banku Inwestycyjnego jako zwrotne granty. Zatem o wiele łatwiej będzie wykazać, że na przykład pro‑ jekt z Malty jest lepszy i bardziej potrzebny niż projekt z Polski... W następstwie konfliktu z Komisją i państwami członkowskimi będziemy przegrywać i w tym wymiarze. Jedyny sposób, by temu zapobiec, to wycofanie się przez rząd PiS z łamania zasad państwa prawa oraz zapowiedź przyjęcia euro, co i tak potrwałoby kilka lat. Kowal Musiałby w tym celu zostać wysłany z Polski silny sygnał, że Polska przyjmie euro, tylko trzeba na nas poczekać przynajmniej trzy lata — w ten sposób zyskalibyśmy czas. A jednocześnie zawarte musiałoby zostać ciche porozumienie w kilku fundamentalnych kwestiach europejskich między głównymi polskimi siłami poli‑ tycznymi, żeby móc (najskuteczniej: przez Niemców) przekonać partnerów, że nasze zapewnienia o gotowości do przyjęcia euro są wiarygodne, więc powinni na nas poczekać.
  37. 37.  36  WIĘŹ  Lato 2017 Dyskutują Paweł Kowal i Eugeniusz Smolar Smolar Kłopot w tym, że ten rząd nie jest wiarygodny. A czy opozycja będzie wiarygodna? Nawet gdyby wygrała, to nie będzie miała wystarczającej liczby głosów w parlamencie, żeby o tym przesądzić. Trudno więc o optymizm. Nosowski Trudno też wyobrazić sobie zawarcie owego ponadpartyjnego kon‑ sensu akurat w sprawach europejskich. Cieszyłbym się jednak, gdyby moja wyobraźnia okazała się zbyt mało kreatywna. Dyskusję prowadzili Agnieszka Magdziak­‑Miszewska i Zbigniew Nosowski Paweł Kowal — ur. 1975, politolog i historyk, publicysta. Jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i w Studium Europy Wschodniej UW, pracuje w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współtwórca Muzeum Powstania Warszawskiego. W latach 2005—2009 był posłem na Sejm RP, 2006—2007 wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym za politykę wschodnią, w latach 2009—2014 posłem do Parlamentu Eu‑ ropejskiego. Autor wielu publikacji, felietonista „Rzeczpospolitej” i „Dziennika Polskiego”. Eugeniusz Smolar — ur. 1945, ekspert i członek (były prezes) Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych. W 1968 r. wyrzucony z UW i skazany na karę więzienia. Wyemi‑ grował do Szwecji. W 1975 r. został dziennikarzem Sekcji Polskiej Serwisu Światowego BBC w Londynie, a następnie jej dyrektorem (1988—1997). Współtwórca emigracyjnego kwartalnika politycznego „Aneks” oraz Wydawnictwa Aneks. Po powrocie do Polski był m.in. wiceprezesem Zarządu i dyrektorem programowym Polskiego Radia.
  38. 38.  37 Ojczyznaeuropejska Unii widoki na przyszłość Piotr Buras „Europa z widokiem na przyszłość” — to tytuł jednej z najciekawszych polskich cyklicznych konferencji poświęconych problemom Starego Kontynentu. Rokrocz‑ nie w końcu maja organizuje ją Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku. Programowo optymistyczne hasło zwłaszcza w tym roku mogłoby okazać się pułapką lub świadectwem naiwności. O tym, że Unia Europejska, jaką znamy, jest bytem skazanym na porażkę, słyszeliśmy w ubiegłych miesiącach na okrągło. Nastrój dekadencji wzmocniła przede wszystkim decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii, co eurosceptycy wszel‑ kiej maści (także w Polsce) uznali za czytelny sygnał, że Unia nie przetrwa, jeśli elity nie wsłuchają się wreszcie w głos zniechęconego do Brukseli ludu. Nie ma dla nich znaczenia, że Brexit był głównie efektem zmasowanej kampanii opartej na kłamstwach dotyczących UE — dość, że jego symboliczny charakter dobrze wpisywał się w opowieść o nowym duchu czasów, który zmiecie stary porządek. Sukces Trumpa zyskał niemal rangę dowodu na prawdziwość tych mrocznych przewidywań. Ten brak „widoków na przyszłość” dzisiejszej UE oczekiwany był przez wielu wcale nie z dreszczykiem grozy, lecz raczej emocji. Jeśli fala antyestablishmen‑ towego (i antyunijnego) populizmu miałaby być wyrazem zdrowego instynktu wymierzonego przeciwko błędom i wypaczeniom — to otworzyć mogłaby drogę do „prawdziwej” odnowy UE: powrotu do źródeł projektu integracyjnego jako konstrukcji skupionej na wspólnym rynku (a nie politycznej integracji) i przywra‑ cającej państwom narodowym ich dominującą rolę w unijnym systemie władzy. Zarysowujący się coraz wyraźniej na politycznym horyzoncie koniec starego porządku przybliżał innymi słowy realizację wizji „Europy suwerennych naro‑ dów”, o której tyle pompatycznych słów słyszeliśmy ostatnio od przedstawicieli polskiej ekipy rządzącej. Prawo i Sprawiedliwość chętnie widziało się w awan‑ gardzie przemian politycznych w Europie, służących ewolucji UE w pożądanym przez partię kierunku.
  39. 39.  38  WIĘŹ  Lato 2017 Piotr Buras Wzmocniona współpraca Ale w tegorocznej edycji gdańskiej konferencji (te słowa pisane są na kilka dni przed wydarzeniem) o przyszłości UE dyskutować będzie się w innej niż oczeki‑ wana przez eurosceptyków konstelacji. Owszem, skierowany przeciwko elitom i Unii populizm pozostaje jednym z kluczowych czynników rzeczywistości poli‑ tycznej w Europie, którego wpływu na decyzje i nastroje nie można przecenić. Nie sposób dzisiaj przewidzieć, jak będzie wyglądać polityczna mapa Europy za kilka lat. Niemniej po wyborach we Francji i w Niemczech (jedne przyniosły sukces prointegracyjnego liberalizmu, drugie zapewnią zasadniczą kontynuację aktualnej polityki) ważne rozstrzygnięcia dla Europy podejmowane będą nie pod dyktando zwolenników ograniczania integracji oraz adwokatów renacjonalizacji. Nie trzeba być jasnowidzem, by założyć, że choć wszędzie wokoło słychać, iż „więcej inte‑ gracji” nie jest lekiem na wszystko — to właśnie pogłębienie UE będzie znakiem nadchodzącego czasu. Macron, Merkel czy Schulz mogą różnić się w kwestii istotnych szczegółów, ale odnowy Unii Europejskiej upatrują w jej dalszym roz‑ woju poprzez ściślejszą współpracę w kluczowych dziedzinach — i bez możliwości blokowania jej przez maruderów broniących formalnych atrybutów suwerenności. Malkontenci głoszą już wprawdzie, że żaden wielki skok w integracji nie jest możliwy. Zaś tzw. eurorealiści pocieszają się, że nabierająca tempa dyskusja o Unii elastycznej (bądź wielu prędkości) to tylko bicie piany, po którym niewiele pozostanie. Zwłaszcza w Polsce, która utknęła na mieliźnie polityki europejskiej, może działać to uspokajająco: ambitna polityka, której wymagałaby głęboka re‑ forma UE, jest ryzykowna, zaś pozorny tylko charakter czekających nas zmian oznaczałby, że w istocie niewiele możemy stracić na własnej pasywności. Wyklu‑ czyć tego się nie da, ale opieranie polskiej strategii w UE na takich założeniach zapewne okaże się błędem. Nawet bez spektakularnych fajerwerków w postaci nowego traktatu lub wydzielenia się Kerneuropy spodziewana ewolucja UE naj‑ prawdopodobniej w istotny sposób zmieni warunki funkcjonowania w tym gronie, zwłaszcza dla tych, którzy mają opory przed aktywnym w niej udziałem. Z punktu widzenia konsekwencji dalszego biegu integracji dla państw człon‑ kowskich kluczowe znaczenie będą miały dwa pytania: w jakich obszarach współ‑ praca może ulec zacieśnieniu i na jakich zasadach będzie się to odbywać. Traktaty europejskie mogą być tu drogowskazem — ale nie muszą. „Wzmocniona współpraca” to fachowy termin w prawie europejskim ozna‑ czający mechanizm, za którego pomocą grupa państw w określonych warunkach może podjąć bliższą współpracę w wybranym obszarze — bez szkody dla innych i dla spójności całej UE. Ale to teoria, nawet jeśli ostatnio wsparta szumną — z okazji jubileuszu 60-lecia integracji — deklaracją rzymską z marca 2017 r., w której możliwość elastycznej integracji explicite obwarowano koniecznością poszanowania traktatów (między innymi na wniosek Polski).
  40. 40.  39 Ojczyznaeuropejska Unii widoki na przyszłość Lekcja ostatnich lat jest bowiem taka, że rzeczywistość polityczna często wyprzedza i zaskakuje rzeczywistość traktatową: Unia nie miała mechanizmów reagowania na kryzys euro czy kryzys uchodźczy, a radzić sobie musiała. W spra‑ wach euro nie było czasu na żmudne procedury ratyfikacyjne wypracowanych w długotrwałych negocjacjach zmian traktatowych — ani wspólna waluta, ani za‑ grożona bankructwem Grecja nie dożyłyby szczęśliwego ich zakończenia. Dlatego kluczowe rozwiązania, np. utworzenie Europejskiego Mechanizmu Stabilności umożliwiającego wspieranie finansowe będących w tarapatach państw albo pakt Euro­‑Plus, który wzmacnia nadzór budżetowy Brukseli, przyjęto ad hoc, na pod‑ stawie porozumienia między rządami zainteresowanych państw (w tym wypadku wszystkich krajów strefy euro). Nowy trend: euro­solidarność Wchodzenie w te prawnicze niuanse nie jest wcale dzieleniem włosa na czworo: metoda zastosowana wtedy (a także przy tworzeniu strefy Schengen) może się z powodzeniem nadać do rozwiązywania innych ważnych problemów, z jakimi mierzyć musi się Unia. Zaletą jest jej szybkość i elastyczność, wadą — fakt, że kraje mające zastrzeżenia, nie mają nic do powiedzenia. To niewątpliwie poważne wyzwanie dla spójności Unii. Ale czasy, kiedy to jedność i spójność były uważane za świętość lub aksjomat, odchodzą w przeszłość. Nawarstwienie się problemów (euro, uchodźcy, Trump, populizm) oraz rosnąca liczba krajów sprawiających kłopoty wewnątrz Unii (na czele listy: Polska) spowodowały, że pragmatyzm w przezwyciężaniu kłopotów bierze górę nad pryncypiami. Jeśli UE będzie szukać dróg wyjścia z kryzysowych pułapek, to w pierwszej kolejności liczyć się będzie pytanie „jak?”; w drugiej: „kto chętny?”, a dopiero w trzeciej: „który artykuł traktatu?”. Może się zdarzyć, że za parę lat poza wspólnym rynkiem Unia Europej‑ ska funkcjonować będzie — w rzeczywistości, nie na papierze — przede wszyst‑ kim w oparciu o kilka kręgów współpracy w paru najważniejszych dziedzinach. To w nich będą pieniądze, władza polityczna i poczucie solidarności między two‑ rzącymi je krajami. Będzie to unia skoncentrowana na konkretnych zadaniach, a nie zapatrzona w wielką wizję federacji europejskiej lub Europy ojczyzn. Ale być może będzie bardziej sprawna w działaniu niż ta hipotetyczna będąca efek‑ tem fantazji takich czy innych ideologów. Elementem wspólnym tych wszystkich kręgów wzmocnionej współpracy będzie to, że z ich dobrodziejstw korzystać będą tylko ci, którzy będą także gotowi ponosić wspólną odpowiedzialność. So‑ lidarność w UE przestanie być bezwarunkowa. Negocjacje nad budżetem UE na lata 2021—2027 staną się areną tego sporu. Nie trzeba być europejskim wizjonerem, by postawić dolary przeciwko orzechom, że to strefa euro pozostanie rdzeniem i centrum decyzyjnym Unii. Popularna teza o jej nieuchronnym upadku cieszy się wzięciem od niemal de‑
  41. 41.  40  WIĘŹ  Lato 2017 Piotr Buras kady, lecz rzeczywistość polityczna konsekwentnie jej przeczy. W maju wzrost gospodarczy w Niemczech i we Francji był najwyższy od sześciu lat, zaś Portuga‑ lia, a nawet Grecja zbierają pochwały za bilans reform strukturalnych dających nadzieję na bardziej długofalową stabilizację. Po tym, jak Macron wygrał wybory we Francji, nastrój ostrożnego optymizmu burzy tak naprawdę tylko perspektywa wyborów we Włoszech oraz tamtejsze poważne problemy sektora bankowego i słabej produktywności kraju. Z perspektywy politycznej ważne jest to, że w obliczu wyjścia Wielkiej Bryta‑ nii z UE waga krajów nienależących do strefy euro dramatycznie maleje. Nie ozna‑ cza to, że — niekorzystne z ich punktu widzenia — wyodrębnienie instytucjonalne i finansowe strefy euro jest przesądzone: różnice poglądów i interesów m.in. mię‑ dzy Niemcami a Francją są zbyt duże. Ale dla Emmanuela Macrona, szykującego comeback Matteo Renziego czy przywódcy niemieckich socjaldemokratów Mar‑ tina Schulza potrzeby strefy euro będą miały absolutny priorytet. Kroki takie jak utworzenie odrębnych funduszy — np. na pobudzanie koniunktury czy rekompen‑ saty dla krajów dotkniętych szczególnie wysokim bezrobociem — nie od razu mu‑ szą przybrać ambitne rozmiary, ale wyznaczać będą nowy trend: przesuwanie się punktu ciężkości solidarności europejskiej z UE jako całości do państw strefy euro. ABC polityki azylowej Solidarność pozostanie też słowem­kluczem (lub kością niezgody) w drugim obszarze, który dla Unii będzie miał kluczowe znaczenie, czyli polityce azylowej. Dzisiaj zbudowana jest ona na ruchomych piaskach. Na Morzu Śródziemnym utonęło w ciągu ostatniego roku najwięcej uchodźców w historii. Włochy w dalszym ciągu w dużej mierze same muszą radzić sobie z problemem, zaś readmisja działa słabo nawet między Grecją a Turcją, choć jest kluczowym elementem fundamental‑ nego dla Unii porozumienia z Ankarą w sprawie zarządzania nielegalną migracją. Mantrapowtarzanaprzezprzedstawicielipolskiegorządui paruinnychkrajów — że rozwiązaniem problemu jest pomoc uchodźcom poza Europą, lepsza ochrona granic (w zeszłym roku utworzono Europejską Agencję Ochrony Granic i Straży Przybrzeżnej) oraz ścisłe stosowanie prawa europejskiego (konwencja dublińska) — jest zaklinaniem rzeczywistości. Przede wszystkim ignoruje jeden podstawowy fakt: UE jako całość nie może poradzić sobie z kwestią uchodźców, jeśli część państw pryncypialnie wykluczać będzie możliwość przyjmowania ich na swoim terytorium. Aby być wiarygodnym aktorem w relacjach z państwami trzecimi (zwłaszcza tymi, z których pochodzą migranci i uchodźcy, oraz tymi, gdzie przebywa ich najwięcej, np. z Turcją), UE musi być gotowa do bezpośredniego przesiedlania uchodźców do Europy oraz stworzenia legalnych kanałów migracji zarobkowej. Unia musi mieć też możliwość — zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych — rozlo‑ kowywania uchodźców z krajów, w których jest ich nadmiar (Włochy, Grecja), do pozostałych państw członkowskich. To ABC przyszłej polityki azylowej UE,

×