Successfully reported this slideshow.
We use your LinkedIn profile and activity data to personalize ads and to show you more relevant ads. You can change your ad preferences anytime.

Kwantologia stosowana 2

984 views

Published on

Kwantologia stosowana 2
Kosmos, wszechświat, ewolucja, czasoprzestrzeń, czas, przestrzeń, kwant, kwanty, fizyka, atom, foton, komórka, elektron, rozum, człowiek, świat, NIC, COŚ, zmiana, ruch, umysł, kwantologia, kultura, nauka, filozofia, kosmologia, wielki wybuch, osobliwość, czarne dziury, bezkres, nieskończoność, wieczność, promieniowanie, widmo promieniowania, układ okresowy, światło, religia, etyka, polityka, biologia, brzeg, granica, geometria, wielowymiarowość, język, matematyka, logika, zmysły, szósty zmysł, telepatia, obcy, planeta, słońce, gwiazda, obce cywilizacje, kosmici, historia, nauka, zabobon, magia, przesąd, abstrakcje, pojęcia, byt, los, przypadek, statystyka, sfera, pole energii, energia, próżnia, zero, jedynka, nicość, zjawiska, stres, psychologia, świadomość, podświadomość, próg, nieoznaczony, zakres, podprogowy, symetria, analogia, harmonia sfer, cząstka, elementarny, jawa, sen, dusza, materia, przyrząd, obserwator, jednostka, zbiór, mózg, precyzyjne dostrojenie, prędkość, punkt, węzeł, rzeczywistość, ja, państwo, społeczeństwo, naród, kraj, klimat, pogoda, prognoza, ziemia, opoka, powierzchnia, powłoka, warstwa, szybkość, ciężar, siła, grawitacja, niepodzielny, prosta, płaszczyzna, rytm, reguła, wzór, odległość, upiorne oddziaływanie, skończoność, pustka, symetria, oś symetrii, życie, śmierć, zbiór, jednostka, całość, część, masa, koniec, początek, największe, najmniejsze, środek, struktura, konstrukcja, wieloświat, strumień świadomości, zapaść, horyzont, horyzont zdarzeń, zdumienie, uczucie, częstotliwość, drgania, wibracje, dotyk, wzrok, słuch, smak, ciało, prostota, aktualność, czas absolutny, absolut, przestrzeń absolutna, idee, duch, miasto, samoświadomość, dziś, chwila, odczucia, osobowość, starość, zegar, melodia, promieniowanie reliktowe, ciepło, zimno, zagęszczenie, ciężar, wybuch, wewnętrzny, zewnętrzny, skwantowany,

Published in: Science
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

Kwantologia stosowana 2

  1. 1. JANUSZ ŁOZOWSKI KWANTOLOGIA STOSOWANA 2 opowiastki filozoficzno-fizyczne dla dzieci dużych i małych copyright © 2015 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-932050-4-2 ja.lozowski@gmail.com 1
  2. 2. Kwantologia stosowana - kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 2.1 - 4 %. Przed nami same znaki zapytania, można by powiedzieć. Co może tak do końca faktem prawdziwym nie jest, tylko że od czegoś trzeba było w rozmowie zacząć, sami rozumiecie. Naszła mnie, widzicie, taka chwila, że telewizyjny ekran sobie na czas jakiś uruchomiłem. Rozumiecie, są na świecie przeróżne stany zboczone, no i pośród nich ekranowy. Żeby nie było, często w takie rejony nie zbaczam, rzadko mi się to przytrafia, można powiedzieć - jednak, wiecie, bywa. Ogólnie przewidywalnym bytem jestem, tylko po zrównoważone emocjonalnie informacje na co dzień sięgam, ale bywa - tak od czasu do czasu - że sobie pudełko z obrazkami uruchomię. Co by, rozumiecie, zobaczyć naocznie takie nienormalnością ociekające konstrukty bytowe. I w ogóle. I, wiecie, chyba tym razem tak to się zadziało, że na szczęśliwą i niezwykłą chwilę nadawczą trafiłem, bo audycja o rozumie była. No, tak było; sami pojmujecie - że dziw telewizyjnie niezwykły. Takowa jedna pani, profesorka jej chyba było, długo, bo chyba z minutę, a może i ciut więcej, na ekranie gadała. O tym rozumie, rozumiecie, gadała. Że taki, że owaki, rozumiecie - że generalnie rozumny. Ale jedno w tej przemowie mnie trafiło, informacja padła, że naukowe w swoich pomiarach ustaliły - że to, co rozum unosi w górę, czyli ta cała nasza biologiczność genowo znaczona, że to jeno kilka procent z całościowych stu. Że, mówiąc inaczej, jak posumować genowe znaki w komórkowym świecie, takie jakoś tam przeniknięte logiką naukową - to z tego rozpoznane jest procentowo 4. Może i dwa, w szczegółach jasne to nie było - że tego jest kilka z procentowej całości. Rozumiecie? Naukowi ponatrudzali się, namęczyli za miliardy monet - a wiedzy z tego tyle, że zysk 4 %. Może i nie taki mały, banki tak dochodowe nie są, ale, przyznacie, dużo to nie jest. Na obecny czas badawczy cztery procent uzysku z badania wszelkiego - to jakoś mało się prezentuje. Tylko, widzicie, nie to mnie w tej pogadance z ekranu trafiło jako specjalnie, dziś cztery procent z całości wiemy - jutro będzie coś więcej, tak to przecież się dzieje. Ale sama wartość liczbowa tak mnie szturchnęła, coś mnie, widzicie, w tej czwórce tknęło. Jakbym to już gdzieś słyszał. Albo i czytał. U mnie to jest tak, że pamięć mam dobrą. Jak coś w nią wpadnie, to później kołacze się i kołacze. Ale, widać, dawnym czasem czytać to musiałem, bo kołatanie bardzo słabe było. Zawziąłem się, ważne się to mi wydawało, głęboko ze wszystkim powiązane. Tak, przypominałem sobie, dokopałem się informacji. Takie, wiecie, 2
  3. 3. skojarzenie mnie naszło, że czytałem kiedyś tam takiego grafomana w tekście internetowym - i to było to. Ja tam, rozumiecie, takie coś grafomańskiego na kilometr oraz kilobajt zauważam - zdanie poznam, i już wiem. Dla mnie słowo przeczytać - a już wiem, że to z własnym językiem ojczystym nie miało styczności nawet poprzez ścianę, już o interpunkcji czy ortografii nie wspominając, bo to poziom jedynie dla eksperta. Sami zresztą wiecie... Więc tak to sobie przypomnieć przypomniałem, jakiś Lozowski czy inny ski to był, pies go trącał po całości i detalicznie. Ale, rozumiecie, na tej stronie, com się z trudem wgryzając był ją przeczytał - taka tam wiadomość też była. Czyli, że to się wszystko oraz wszelakie na kilka, na cztery słownie i dokładnie jednostek - że to tak wystaje ponad powierzchnię. I że to jakoś tam naukowo widać w rzeczywistości - w wszechświatowym energetycznym oceanie. To, rozumiecie, napisane tak było, że człowiek aż się przekręcał w sobie przy lekturze, nudy okropne, flaki z olejem, i to kilka razy przetrawione, jednak osobnik był to napisał, sprawę trzema mu oddać. A nawet był pokazał na licznych przykładach, że to szerzej tak się prezentuje. Że gdzie w okolice się nie zerknie, to zawsze można uwagą swoją tak cztery procent z całości wyłuskać. Bo też sami zauważcie i pomyślcie, płynie sobie górka lodu oceanem w dal i w czasie - i teraz pytanko: ile tego widać? Na jaki procent to z otchłani wodnej wystaje? A co, cztery procent. Prawda, co do tej konkretnej wartości liczbowej to nie warto się czepiać, jedynka w tę lub druga stronę, to marność zliczeniowa - o zasadę chodzi: że to w takiej minimalnej proporcji do całego elementu ponad powierzchnię wystaje i daje się postrzegać naukowo czy dowolnie. Ale, tak to ja już sobie dopowiadam, najpewniej w każdym przypadku - jakby tak się szczegółami w zliczaniu zająć, że to zawsze i wszędzie jest cztery procent z całości. Takie, rozumiecie, przeczucie naukowo podszyte mam i się nim z wami dzielę. Coś mi się tak umysłowo po głowie snuje, że tak to właśnie zawsze jest, było i będzie. Ale co tam góra lodowa, to banał przykładowy, pospolitość w każdym telewizorze co rusz widoczna. A przecież i inne zobrazowania tenże "ski" podawał, ciekawe, nie powiem. Dajmy na to, jak się zjadamy. Rozumiecie? Przecie to tak idzie - co sobie na lekcjach biologii każdy uświadamiał - że jest piramidalne ułożenie kolejki w zjadaniu. Podstawa, rozumiecie, szeroka - ale z drobnicy. A później, w górę idąc, większe cielska, ale coraz mniej liczne w sobie jednostkami. Aż, rozumiecie, po szczyt szczytów - aż po naszą wiecznie głodną czeredę. Albo przypadek szczególnie widoczny, sam się od razu w analizie tu narzuca: wszechświatowość materialnie rozjaśniona. Wypisz wymaluj i przelicz, a cztery procent z całości wyłazi. Tak się tym naukowi zadziwiają, tak liczą, tak się z tym dziwacznym wynikiem obnoszą i nad nim debatują - co by może to jaki pomiarowy błąd był - że aż się patrzeć na to nie chce. Co pomierzą całość, to 3
  4. 4. im wychodzi, że tylko cztery jednostkowe procenty z koniecznych stu przyrządowo i jakoś się pokazują - a reszta, co z resztą? Czym owa resztkowość jest i dlaczego taka niepoznawalna? Pytają - pytają - lata już nad tym debatują, ale kroku nie zrobili. Prawda, poetykietowali to sobie na różne słowne abstrakcje, umysłowo obłaskawili, tylko treści nic a nic nie sięgają - myśl hipotetyczną snują gęstą a liczną, jednak o krok dalej w analizach jakoś się nie przemieścili. Sami zresztą wiecie. Po kolejne, to samo widzenie nasze codzienne warto tu podkreślić, w jego stopniowalnym zachodzeniu. Zauważcie, że z całej poświaty, co to w zmysłowy kanał wzrokowy wpada, z wszelkich punktowych a mocno mnogich faktów świetlnych, które się w zmysł oczny dostają, z tego niewielki procent przechodzi do kolejnego etapu obróbkowego. Nic w tym dziwnego, to laboratoryjni już dawno wyliczyli, to poziomami i stopniowo się dzieje. Jeden się fakt zakończy i zaczyna kolejny. A ten już mniej niesie jednostek, i coraz mniej. A to nie koniec ani finał tej procedury, dalsze obrabianie takiego sygnału znów się w mózgu tak samo dzieje. Aż do pojedynczego elementu tak idzie, sam szczyt się pojawia i jarzy dla osobnika. Tylko że to jest tak wielokrotnie podbudowane, to on zupełnie tego nie widzi - nie może. Rejestruje fakt na powierzchni, czyli ten najjaśniejszy, a przecież to ta ciemność jest tu najważniejsza, ta nieoznaczona i zakryta. Przecież to te poziomy są podstawą piramidy, warunkują oraz warunkują istnienie "szczytu". Szczyt jest tylko i wyłącznie punktem - "pyłkiem" wobec całości. Rozumiecie? A dalej, wzajemne relacje między warstwami materii, relacja fotonów do elektronów. Albo powyżej, elektronów i atomów, atomów i komórek biologicznych - cieleśnie biologicznej podbudowy do komórek mózgu, neuronalnych. Co, jest podobnie? Baza i nadbudowa są wobec siebie w proporcji, co? A relacja między ciałem-nosicielem i umysłem - coś w pomierzonym na oczy się rzuca? Jeszcze dalej, świadomość. Znacie te bzdurne bo bzdurne, jednak z jakiś obserwacji wynikające ustalenia, że mózg pracuje na zakresie niewielkim, a cała reszta to ugór i nadmiarowość, która zupełnie w całości nie wiedzieć po co się znajduje. Przypadek? Tak to sobie w przyrodzie się ułożyło samo z siebie? Sami widzicie, sprawa robi się ciekawa, wspomniane znaki zapytania wszędzie po świecie ustawia oraz w zbiór ogólny zestawia. Bo skoro tak różne elementy rzeczywistości wobec siebie tak są ułożone, że z przeliczonej całości jedynie kilka, najpewniej zawsze na cztery elementy to widać - to widać z tego, że coś to prezentuje. Przecie, chwytacie?, jeżeli po jednej stronie rozumowania zestawić w tabelce stan maksymalny, czyli wszechświatowość policzalną, a też po drugiej, po maksymalnie drugiej umysłowość mózgową naszą - i w obu przypadkach, a też wszelkich pośrednich, stała proporcja się w tym zestawieniu pojawia, to coś się w tym musi pokazywać. - Musowo musi się w tym coś ukrywać istotnego informacyjnie. 4
  5. 5. I nawet takie coś, że będą o takim w serwisach dziennikowych gadać telewizyjni. Bo przecież to czysta losowość oraz przypadkowość nie jest - nie może być. Fakt i prawda, naukowi zawsze w pierwszym swoim spojrzeniu kierują oprzyrządowanie na to, co się z tła wybija, co włazi swoją widoczną jasnością wizualną w pomierzenie. A resztę, która układa się w tło, to mają za dodatek. A czasami nawet za śmieć. Dla nich się to tylko liczy, co wyraźne i oczywiste. Ale, zauważcie, jak to się w lata robi, jak badanie za badaniem idzie - jak możliwości sprzętu na wyższy poziom się podnoszą, a konkretne pomiary coraz głębiej zanurzają się w rzeczywistość i w szczegóły, to wcześniej bezładne, bezsensowne, niezauważalne tło - ono ważnym się okazuje, elementy małe i mniejsze wchodzą w poznawanie i tworzą zależności. Czyli piramida się z tego robi - taka "góra lodowa poznania". Co było szczytem wszystkiego i najlepiej się pokazujące, to takim pozostaje, tylko proporcje w obrazie mocno, i jeszcze mocniej się zmieniają. Tenże szczytowy szczyt wcześniejszy i całość uprzednio jako jedność postrzegana, to na finiszu działań okazuje się punktem w całości - jeno śladowym procentem w zbiorze. Na koniec okazuje się, że wszystko ze wszystkim gdzieś tam na dnie nieoznaczonym a ciemnym się lokuje i łączy - i że jedność wszędzie się panoszy. Powiem wam nawet więcej - tak to sobie bowiem kombinuję - że zasada "czterech procent" nie tylko w zakresie materialnym się prezentuje w takiej wartości, ale wszędzie i we wszystkim. Na uwadze głównie teraz nasz wewnętrzny poziom umysłowy mam - relację między jedynką myślenia, czyli faktem abstrakcyjnym, a jego fizyczną podbudową. I tu przecież tak samo musi być. Coś się w kupkę fizycznie musi jako tako zebrać, połączyć, i dopiero na tym (albo w tym) użytkownik się dopatrzy, odczuje pojęcie - albo dowolnie inne słowo. To nie może tak się w mózgowiu toczyć, że jest porcja byle jaka oraz że na tym (czy w tym) się abstrakcyjna wartość objawiła - to nie tak pójdzie. Jak w całości jest stałość i proporcja, to i tutaj podobnie się to ułoży (złoży). I jeszcze więcej, reguła "góry lodowej" będzie również w zakresie pojęciowym się objawiać - już tylko symbolicznym; bo jak wszędzie, to wszędzie. Czyli wytworzy osobniczy byt jedno słowne nazwanie świata, a też nim świadomie obraca, jednak w głębinie, gdzieś w zakamarkach pojmowania, unoszone to jest, obudowane to jest znaczeniami na 96 procent. Widać jakoś, obróbce jakoś tam prowadzonej podlegają jeno cztery z całości jednostki, a reszta pozostaje skryta w mrokach. I w analizie prowadzonej od wewnątrz niedotykalna. Reszta to fakty dopełniające, które kiedyś w przeszłości musiały zaistnieć, żeby w teraźniejszej chwili unosić, podbudowywać - dopełniać abstrakcyjnie na/w poziomie 5
  6. 6. świadomości chwilowy konstrukt, który jest obrabiany. Ciemne, podprogowe i podświadome fakty są jak najbardziej konieczne i stanowią fundament działań, tylko, co oczywiste, w obserwacji nie występują. Stawiam orzechy przeciwko wartościom, że tak to jest. Co ja będę was przekonywał, sami przecież widzicie, że wszystko w takie szczytowanie się układa. Szczyt jest zawsze jeden i punktowy, to oczywista oczywistość, którą oczywistość pogania. Tylko że, i to weźcie sobie pod uwagę i rozwagę - że ten widoczny z daleka i ostro szczyt, że ten najwyżej położony fakt dziejowy, który przez to tak prosto i na wszelkie sposoby się w badanie rzuca, że to daleko nie wszystko. To mocno daleko nie wszystko. Prawda, zauważcie i to, bo to istotne w tym zrozumieniu, że takiej "podstawy" piramidalnej już dawno może nie być, ona się gdzieś tam w przeszłości osobnika badanego znajduje, jednak ona jest koniecznym w opisie dopełnieniem tej bytowej konstrukcji, bez niej nigdy nic z mechaniki jej odmian nie zrozumiecie. Nawet jak obserwujecie tylko "goły" fakt, to musicie mieć świadomość, że tak naprawdę postrzegacie dalekie i głębokie zjawisko - że ono poprzez czas, ale i przestrzeń połączone jest ze wszystkim. A tylko teraz i tu jakoś w lokalności się pokazuje. Szczyt tego faktu jest tutaj, jednak jego najważniejsze dopełnienie zawsze i wszędzie - rozumiecie? Dajmy na to widzi sobie jaki fizyk czy inszy chemik taki atom albo coś podobnego - niechby i tę górę lodową. Czy on widzi wszystko? No nie, rejestruje tylko punkt szczytowy energetycznych przekształceń, które w pogłębionej analizie powiązane są ze wszystkim wokół, a też z wszystkim w ogóle - aż po nieskończoność i wieczność. Fizyczna w obserwacji oraz skończona dla postrzegającego struktura, to zawsze i tylko wyróżnienie z tła, chwilowe ześrodkowanie się energii w taką konstrukcję - tylko chwilowe. W badaniu fizyką napędzanym - w takim poznawaniu zawsze musi się w przyrządzie badawczym mieścić jednostka, to zrozumiałe. Ale jeżeli badający tego nie dopełni faktami, co to je wyprodukuje logicznie poprzez wszelakie stany świata - jeżeli nie dołoży do tej cząstki wielopoziomowego zakresu zmiany (całej piramidy elementów), to nigdy nie zrozumie ani jej, ani świata - ani siebie na dokładkę. Rozumiecie? Bo w głębokim ujęciu żadnego "punktu" rzeczywistości nie ma, zawsze jest zbiór, który fizykowi się prezentuje w obserwacji jako "jedynka" - to szczyt na fali, wierzchołek piramidy dziejowej, złożenie oraz złudzenie. Tylko tak - tylko tak. I zawsze jest to - zauważcie - małość wobec całości, którą trzeba w analizie uwzględnić, bardzo niewielki procent z całości, który jest wszystkim w obserwacji. Tylko że logicznie jest to dalece nie wszystkim. 6
  7. 7. Naukowi coś oglądają i mierzą jakimś tam zmyślnym sposobem, jakieś zależności między faktami ustalają - a to jedynie wierzchołek "góry lodowej", a to zawsze niewielka część z całej a koniecznej piramidy. Rozumiecie? Widać wszystko - prawda. I niczego więcej nie ma - prawda. Zawsze jest tylko to, co udaje się w dowolny sposób zaobserwować, zmierzyć i ponazywać - prawda. Ale to nie wszystko. I to również jest prawdą. Fizyk, czy dowolnie inny naukowy osobnik, ma do zbadania tylko to "widoczne", tylko tym się może zajmować, to sens jego działania. Jednak musi mieć rozeznanie, że to nie wszystko. Dlatego, jeżeli w swoim badaniu ograniczy się do jakoś widocznego, to będzie w takim czynie jako ten, co to usiadł na szczycie góry i twierdzi, że poza tym miejscem niczego więcej nie ma. Nie wie w tej swojej pysze - a też i słabowitym widzeniu - że jest wielkie i wspaniałe "otoczenie" owej "góry", że ta góra ma dopełnienie w dół i w bok. Oraz że jest kolejna góra, i dalsze. Nie wie, że jest głębia łącząca gdzieś tam na dole wszystkie możliwe góry, że to dokonuje się poprzez czas i przestrzeń i podpowierzchniowo. Nie wie, że stanowi to jedność tu i teraz, ale i wszelako. Nie wie, że absolutnie wszelkie "góry", poprzez ich logiczną, więc filozoficzną jedność, można w takowym pogłębionym spojrzeniu ujrzeć w przemianie nieskończono-wiecznej. I zrozumieć. Widzi wszystko. Tylko że to punkt, wierzchołek Wszystkiego... Jeżeli byt popatrujący na okolicę (aż po horyzont) w taki sposób nie spojrzy na rzeczywistość, jeżeli tej wielopoziomowej łączności nie uwzględni w swoim obrazie - będzie niczym ślepiec w jaskini, który coś tam widzi oraz opowiada o bycie otaczającym, ale jakże mało z wszystkiego potrafi dojrzeć, jakże to niewiele z całości. Cienie na ścianie, nawet zwiewnie piękne i skoczne, to doprawdy nie wszystko. Taki obserwator widzi "4 %", a resztę pomija. Rozumiecie? Widać zawsze "punkt". Ale to zawsze jednostka w zbiorze. 7
  8. 8. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 2.2 – Świadomość, ja. Data... Miejscowość... Niepotrzebne skreślić... NOTATKA SŁUŻBOWA Temat: Odpowiedź na zapytanie. Autor: Świadomość – ja. Adresat: Wszystkie działy i oddziały. Forma: Okólnik. Sporządzono w jednym egzemplarzu, do użytku wewnętrznego. W nawiązaniu do pisma służbowego z poprzedniego okresu działania i rozliczeniowego, które dotarło na poziom centralny jako zapytanie działu interpretacji, ale które powstało w porozumieniu z działami zmysłów oraz działu archiwizacji, kierownictwo, świadomość – czyli ja – postanowiło sporządzić niniejszą notatkę. I kieruje ją, jako wyjaśnienie, do wszystkich działów. Z uwagi na istotność zagadnień poruszonych we wzmiankowanym wyżej zapytaniu – z uwagi na to, że udzielane odpowiedzi mogą przyczynić się do lepszej pracy całego układu osobowościowego, czyli może się w konsekwencji zrealizować nasza lepsza wydolność, zapadła decyzja i tu jest realizowana, żeby treść pisma udostępnić wszystkim, i to w formie okólnika. Z zaleceniem do zapoznania. Jednocześnie świadomość – jednocześnie informuję, że prawdopodobnie jest to jedno z kilku podobnych pism, ponieważ również zostało już podjęte okolicznościowe zobowiązanie, że ma to być cykl, w którym z różnym natężeniem czasowym będzie realizowana akcja objaśniająca i informująca. Oczywiście wszystko na miarę potrzeb i możliwości. Zapewne nie muszę dodawać, że świadomość, czyli ja, jest zarzucona przeróżnymi tematami i nie zawsze występują sprzyjające warunki do tego rodzaju czynów. Jednak w zamyśle kierownictwa jest to istotne i na tyle potrzebne, że powinno być kontynuowane. Zainteresowanych treścią zapytania, które legło u podstaw obecnej notatki informuję, że pełna jego treść znajduje się w załączniku i tam odsyłam w razie wątpliwości. Odpowiedź na pytanie numer jeden. Wbrew zawartej w pytaniu sugestii, poziom świadomości nie podlega już rozszerzeniu – i nie może podlegać. To wynika wprost ze stanu świata, z praw natury. To stan zastany i jedynie możliwy. I nigdy nie ulegnie zmianie. Kierownictwo zakłada, że pytanie nie jest powodowane złą wolą, ale wzięło się z niedoinformowania. - Dlatego i stąd tutejsze obszerne wyjaśnienie tematyczne. Przede wszystkim trzeba pytającym uzmysłowić, i to jako fakt ważny i zasadniczy, że poziom świadomości jest krańcowym, maksymalnym w zmianie. W ujęciu ogólnym i obrazującym zagadnienie, ten poziom w swoich przebiegach można podzielić na dwa poziomy - ściśle ze sobą 8
  9. 9. współpracujących i wzajemnie zależnych. Pierwszy to tak zwany rytm strumienia świadomości – a drugi to sama świadomość, punktowa, już do niczego więcej sprowadzalna chwila "teraz" – moje ja. Czyli ja po prostu. Rozumiem, że powyższe wymaga poszerzenia, że tego tak zostawić nie można. Teoretycznie znający temat mogą to objaśnienie opuścić, ale zaleca się zapoznanie z nim i zawartą tu argumentacją. Ma to ważne konsekwencje dla dalszego toku rozumowania o naszym bycie, tak jako ciała, tak jako umysłu – tak jako integralnej całości. Sugestia zawarta w pytaniu, a właściwie, prawdę mówiąc, złośliwość pod adresem kierownictwa – przy czym kierownictwo chce wierzyć, że wynika to z niedoinformowania, a nie złej woli – ta sugestia mówi, że wystarczy tylko powiększyć dostępny świadomości zasób, żeby ta stała się bardziej funkcjonalną i sprawną. Nieprawda. Być może taki pogląd, o zwiększeniu elementów użytkowanych, bierze się z powszechnego przekonania, że wystarczy zwiększyć nakłady lub obsadę działu, a wyniki same się pojawią. Nic z tego, powtarzam, i nie jest to moje, czyli świadomości, widzimisię. Gdyby to było aż tak proste, mogę zapewnić, kierownictwo już dawno by taką czynność usprawniającą podjęło - kierownictwo jest świadome świadomości oraz jej ograniczeń aż po kres. Dlatego wie, że jest to niemożliwe. Zwracam uwagę osobom krytykującym obecny stan posiadania elementów w zakresie świadomym, że liczba tych jednostek obrachunkowych jest pochodną podstawowego, fundamentalnego rytmu zmiany w świecie, ten zaś obejmuje maksymalnie osiem jednostek. To z tego, zwracam na to uwagę, bierze się obserwowana i mierzalna w strumieniu świadomości wartość liczbowa znaków, czyli elementów obrabianych. W krańcowym ujęciu ten zakres wynosi od zera do ośmiu jednostek, praktycznie w badaniu wychodzi przedział dwa – siedem elementów. Nie więcej. To efekt tego brzegowego, już rzeczywiście nieomal punktowego zakresu zmiany. Proszę zwrócić uwagę, tak zwany strumień świadomości, czyli to, co powierzchownie i potocznie traktuje się za świadomość właściwą - to właśnie ta zmiana, kilkuelementowa zmiana. Nie ma znaczenia, czym są elementy użyte w tym strumieniu, to mogą być dowolne jednostki, ale ważne jest to, że ta zmiana, że ten proces biegnie praktycznie już na granicy, że więcej w tej czasoprzestrzeni zmiany niczego i nigdy umieścić się nie da – to wykluczone. I dlatego też wszelkie myśli o zwiększeniu elementów, poszerzeniu zdolności, rozszerzeniu parametrów, to należy wrzucić na półkę z życzeniami, które nigdy i nigdzie się nie spełnią. Na straży tego nie stoi trudność taka lub owaka, ale właściwości fizyczne świata. Po drugie, ale w powiązaniu z powyższym, trzeba powiedzieć, że to dopiero świadomość sama siebie świadoma, że dopiero ostatni w tym ciągu zmian poziom – że to jest faktem punktowym. Świadomość jest stanem osobliwym, brzegiem zmiany. Świadomość to osobliwość osobliwie osobliwa. I niczego ponad taką punktową strukturą więcej być nie może. Świadomość to fakt równy w swojej konstrukcji Kosmosowi – to drugi możliwy brzegowy zakres, i na zawsze taki. 9
  10. 10. To można odczuć, wyczuć w analizowaniu samego siebie. - Zwracam na to uwagę, że kiedy operuję pojęciami, kiedy biegnie ten strumień i który uważam za świadomość – że niejako powyżej, ale w tle, gdzieś obok znajduje się zrozumienie tego, co się dzieje. Strumień kwantów energetycznych płynie i płynie, ale świadomość zawartości, wiedza, co się dzieje – to znajduje się ponad. Świadomość właściwa, wiedza zmiany i efekt tej zmiany, to jest powyżej i jest z samej formuły zmiany stanem punktowym. - Zmiana odczuwana kształtuje się z kilku jednostek, ale świadomość jest już punktem. Gdyby przedstawić to w formie sfery, to strumień energii jest strefą podbiegunową, jednak dopiero to biegun jest punktem uświadomienia sobie, że poniżej - i to w skali całości sfery, na wszystkich poziomach poniżej - biegnie to, co ostatecznie zbiega się w jedność świadomego siebie punktu. Świadomość to punkt, który buduje wszystko poniżej, to szczyt góry – ale podbudowany zmianą wszystkich zakresów i działów oraz całego organizmu. I dlatego jest tak istotne, żeby harmonijna współpraca obejmowała jak największy przedział zjawisk. Odpowiedź na pytanie numer dwa. Tak, świadomość jest stanem środkowym. Maksymalnie środkowym. Jest punktem, jest chwilą "teraz" zmiany. Jest osią symetrii procesu i zarazem punktem środkowym między tym, co wewnętrzne, a tym, co się lokuje na zewnątrz układu. I warto, i trzeba zdać sobie sprawę, czym to skutkuje. Przede wszystkim w pytaniu centrala zauważa pewną nieścisłość, co być może wynika z niedoinformowania zadającego pytanie. Otóż nie w samym fakcie środkowego położenia lokuje się znaczenie zmiany, tu określanej jako świadomość, to zdecydowanie za mało do wyróżnienia i podkreślenia znaczenia tego położenia. Chodzi o to, że zmiana ma charakter środkowy w całym, w maksymalnie pojmowalnym zakresie. W ramach umysłu jest to środek, ale również jest to środek zmiany od najmniejszego zakresu świata, od samego fundamentu. Umiejscowienie świadomości w środku odnosi się do przebiegów w mózgu, jako skraj możliwości – ale również do przebiegów w rzeczywistości, tutaj też jako skraj możliwości. Świadomość jest środkiem oraz szczytem procesu w mózgu, ale również jest środkiem i szczytem procesu w świecie - niczego i nigdzie, i nigdy bardziej skomplikowane być nie może. Zwracam na to uwagę, to ważny punkt rozumowania. - Jeżeli w zmianie jako takiej, zmianie energetycznej, która kwantowo przebiega przez wszystkie fakty, która na fundamentalnym poziomie dzieje się tylko tu i teraz – i która jest po prostu światem w toku zmiany – jeżeli tak spojrzeć na świadomość, to ten stan jest właśnie tym punktowym zdarzeniem. Świadomość posiada po jednej stronie całość faktów do tego momentu prowadzących, to mogą być dane z archiwum umysłu, to może byś strumień danych z działu zmysłów – a po drugiej pojawiają się fizyczne elementy, które w owej chwili "teraz" połączyły się w jakieś ustalenie. Ustalenie o świecie, o czymś tam, ale które jest 10
  11. 11. już faktem fizycznym - czyli przybrały postać namacalną. I są dalej kierowane do zasobu archiwalnego. Z materiału wcześniejszego, jako skutek zachodzenia w bliskości i w porozumieniu, więc w strumieniu świadomości, coś się nowego tworzy. I może oddziaływać na kolejne w procesie powstające fakty. Świadomość jest osią symetrii tak pojmowanego procesu, to moment w powiązaniu z chwilą aktualną świata, ale to również aktualny stan środkowy zmiany w ramach całego układu osobniczego. A przez to tak niezwykle ważny dla całości. Świadomość w tym ujęciu to tylko owo jedno "tyknięcie" kwantowego zegara, przecież niczego więcej realnie nie ma – ale zarazem takie tyknięcie odnosi się do wszystkich elementów świata i osobowości. I razem, w sumie tych lokalnych tyknięć dotyczących wszelkich już elementów, taka suma jest świadomością. - W jednym zobrazowaniu jest to tyknięcie kwantu na dnie, a w drugim tyknięcie na samej górze i w całości. I jest to w sumie to samo. Najmniejsze i największe to właśnie świadomość. Przebiega i realizuje się punktowo, jednak nic i nigdzie bardziej skomplikowanego nie ma – ponieważ taki punkt i osobliwość, to dokonuje się poprzez zmianę wszelkich punktów niżej leżących. Świadomość to szczyt szczytów piramidy zdarzeń, to absolutny punkt szczytowy "góry lodowej" rzeczywistości – zależny od wszystkich procesów poniżej oraz ich efekt. Warto zwrócić uwagę, że tak pojmowany stan środkowy zmiany zawsze występuje, niezależnie od momentu w istnieniu. Przecież nigdy nie ma w zmianie energetycznej chwili zatrzymania czy innego rytmu, to świat i jego rytmika nadaje układowi jego postać. Ale w trakcie, na na przykład, snu czy zaburzeń chorobowych, w takim zdarzeniu, które dla organizmu jest zaburzeniem pracy na jawie – w takim przebiegu z oczywistych powodów, a więc blokady, czy też wyłączenia zmysłów, dochodzi do pracy ograniczonej. Zawsze stronnie symetrycznej, bo w zmianie zawsze jest stan przed i po, jednak tym razem dzieje się w ograniczonym do pola świadomości zakresie. O ile na jawie, w czas zmiany określanej jako jawa, jeżeli w tym okresie proces biegnie w świecie zewnętrznym i wewnętrznym, a spotyka się w chwili "teraz", więc w świadomości – o tyle w trakcie snu czy choroby, tutaj stan środkowy jest zachowany, jednak źródłem elementów świadomości jest zasób archiwalny i weryfikatorem jest ten sam zasób. - A w efekcie to od jego zborności danych zależy zborność snu. Brak chimer albo nocnych horrorów wynika z ładu panującego w umyśle; jeżeli zbiór w archiwum jest uporządkowany i logiczny, tworzące się fakty również będą powielać logiczny schemat i nie będą straszyć. Im bardziej w podsyłanych przez archiwum obrazach panuje ład, tym lepsza praca i tym sen ciekawszy. Symetria procesu jest zawsze zachowana, musi być zachowana, wszak struktury zwichrowane są odsiewane z ewolucji jako niedopasowane – ale oś symetrii jest umiejscowiona inaczej na jawie i we śnie. To warto i trzeba podkreślić: w trakcie jawy to świat zewnętrzny w formie strumienia energii docierającego do zmysłów dostarcza jakiś fakt, a umysł to kwant po kwancie składa w obraz czy inne doznanie. Na końcu jest wiedza, że taki fakt zachodzi. - Tylko że to jeszcze 11
  12. 12. nie wszystko, to połowa wiedzy o fakcie. Dlatego, że aby wiedzieć, że to jest fakt i żeby wiedzieć, że to jest konkretny w sobie fakt - czyli żeby rozpoznać jego charakterystykę oraz kod – to powinno zostać odniesione, porównane z zasobem. Czyli po jednej stronie w zmianie wytwarza się obraz świata i jest dochodzenie do środka w zmianie, do chwili teraz i świadomości – a po drugiej, prawie że jednocześnie, ale w oczywistym opóźnieniu na potrzebne odszukanie podobnego kodu, w zbiorze danych pilnie jest wykrywany schemat i kod takiej zachodzącej i budującej się zmiany. Po co? Żeby porównać. Żeby stwierdzić, że zbudowany i postrzegany fakt to na przykład drzewo czy znajoma twarz. Bez tego dopełnienia nie ma wiedzy - nie ma dwustronnego dopełnienia i świadomości, że obserwowane to jest to, co się rozpoznało. Chyba nie warto w tym momencie podkreślać zupełnej oczywistości, że nie ma i być nie może jednostronnego poznania. Jeżeli mam po jednej stronie wybudowany obraz w postaci "drzewa", to coś takiego w mojej głowie obiektywnie istnieje i na zewnątrz istnieje, i było powodem całej sytuacji – tylko że mi nic po tym, ponieważ to czysty zapis. Identyczny zapis do płyty, albo w postaci notatki ze zbiorem słów. Z samego tylko zaistnienia faktu nic w moim wewnętrznym świecie i w świecie jako takim nie wynika. Taki "fakt", warto to podkreślić, to sucha "notatka", której brakuje odbiorcy - czyli dopełnienia w formie odczytującego (kiedy mnie nie ma słońce nie świeci). Tak, dopiero dopełnienie drugostronne - dopiero wytworzenie się po drugiej stronie zmiany odpowiednika tego faktu, dopiero to pozwala stwierdzić: tak, to drzewo. Ten fakt jest w zasobach archiwum, jest w swojej konstrukcji, w swoim kodzie zbieżny do tego, co aktualnie widzę. I dlatego jest rozpoznawalny. Bez tego dopełnienia wiedzy o fakcie nie ma, bo nie ma porównania. Jeżeli to zupełna nowość, to trzeba odnieść do podobnych elementów lub konstruować dopełnienie, ale nie może pozostać bez takiego działania. Bez dopełnienia fakt po prostu dla mnie nie zaistnieje, będzie faktem połowicznym, więc pustym. Jeżeli stwierdzam, że postrzegane jest zbieżne do kiedyś poznanego drzewa, to jest tym samym już wiedza, że to faktycznie drzewo - i to może zostać odniesione do wszelkich poznanych w osobniczej historii drzew, z którymi miałem do czynienia. Warunkiem koniecznym takiego działania jest jednak to, że mam co z czym porównywać, coś do czegoś odnieść – bez tego nie ma poznania. Fakty w postaci strony przychodzącej z zewnątrz, czyli ze świata w jego zmianie - i fakty strony przychodzącej z wnętrza, czyli kod z archiwum, te fakty w chwili teraz i świadomości się spotykają. I w formie lustrzanego, mniej więcej lustrzanego odbicia, stanowią dla mnie jedność. I to ta jedność dopiero jest faktem i wiedzą o takim fakcie. Dopiero takie coś, dopełnione do pełnego zakresu, dopiero to może stać się pełnym stanem fizycznym i przejść dalej. Czyli w zasobach się znaleźć i oddziaływać na kolejne fakty. Poznanie nie jest biernym poznaniem, to oczywistość - ale nie jest także tylko zbieraniem danych, to zawsze porównywanie z tym, co w zasobach już się znajduje. Porównywanie po to, żeby zidentyfikować 12
  13. 13. nowość oraz dodać ją do zbioru jako kolejny fakt – albo stwierdzić powtórzenie faktu i dodać do już istniejącego zbioru, jako kolejny element potwierdzający doświadczenie. Warto również podkreślić, że tworzenie się abstrakcji, bo przecież w tym procesie tylko i wyłącznie tworzą się abstrakcje, acz zawsze w formie fizycznych stanów – że proces "do" i proces "z wnętrza", że te przebiegi, każdy z nich, również posiadają swoje środkowe i symetryczne rozłożenie. W ich przebiegu również jest tworzenie się w formule dochodzenia do chwili teraz, ale tylko dla tego przebiegu - i odchodzeniu od niego. Przecież fakt musi się wybudować, przecież z archiwum nie fakt, ale ciąg energii płynie i składa się w fakt – i dopiero takie pełne fakty mogą się spotkać i na siebie działać w ramach punktowej świadomości. W świadomości nie przebieg, ale fakt skończony i dopełniony może być zestawiany do porównań. I to dlatego w ramach snu proces może biec, mimo że brakuje strony zewnętrznej. W tym przypadku stroną zewnętrzną jest wypływający z archiwum strumień danych, który jest oczywiście porównywany także ze strumieniem idącym z archiwum – więc wszystko procesowo jest w dokładnie takiej samej postaci, jak na jawie, tylko że jawy nie ma, brakuje środowiska. I tym samym brakuje weryfikacji przez stany w tym świecie zachodzące. - W trakcie snu dostarczycielem danych jest umysł i tenże spełnia rolę weryfikatora – czyli wszystko przebiega po jednej stronie. Mimo że proces zawiera w sobie obie strony i jest symetryczny, to w logicznym ujęciu brakuje całej jednej ewolucji. Brakuje zmysłowego dopełnienia. I stąd bierze się niepokojący fakt senny: jest z zasady ułomny. A przez to może wprowadzać w błąd. Odpowiedź na pytanie numer trzy. I znów z poziomu centrali musi paść uwaga, że to pytanie również w swojej głębszej warstwie zawiera niejasne, a nawet fałszujące dość mocno rzeczywistość zmieszanie interpretacyjne. Świadomość, czyli ja, nie neguje swojej roli w analizie, jest stanem środkowym, a w efekcie centralnym, jednak pojawiające się na tym poziomie, więc w strumieniu świadomości, tutaj występujące elementy, to pochodna w sposób oczywisty pracy poniższych i wszystkich poziomów i warstw – jeżeli coś się dzieje źle, a tak często niestety się zdarza, to co najmniej wina jest wspólna. - I warto mięć to na uwadze, kiedy się takie i inne uwagi kieruje do kierownictwa. To prawda, że elementy strumienia świadomości mogą być dowolne, a więc reprezentować wszelkie odniesienia do rzeczywistości – tylko że ich forma, ich kod zapisu, który w połowie dostarcza archiwum, to jest efekt pracy tego działu. Sugestia, że świadomość może to w dowolny sposób korygować, jest więc niepoprawna. By nie powiedzieć mocniej, że zupełnie błędna. Że to kiedyś tam przeszło przez stan świadomy, to oczywiście prawda, mam tego świadomość, i stąd bierze się poczucie współodpowiedzialności za efekt końcowy, jednak tenże efekt jest wypadkową pracy działów, a nie stanem punktowym. Jeżeli kiedyś tam w naszej wspólnej przeszłości, z dowolnego nawet powodu coś poszło nie tak, zmysły działały źle, coś wypadło w obrabianiu 13
  14. 14. danych, to taki wadliwy element archiwum zostaje na zawsze, wszak świadomość nie ma środków do modyfikacji przeszłości. Można obiekt nadpisać nowym stanem, dodać wyjaśnienie, poszerzyć zakresem, taki czyn jest realny, ale nie poprawka historii. A jeżeli archiwum mi podeśle takie błędne, zdeformowane ujęcie, to co mam zrobić? Muszę nim operować, bo ani wiem, że jest błędne, ani mogę to skorygować. I być może nawet nigdy się nie dowiem, że abstrakcja posiada błąd w sobie – a to może skutkować. Wiedza, a więc uświadomienie sobie, że postrzegany fakt jest tym i konkretnym faktem, to dzieje się przez odniesienie do archiwum. I to od tego, jak zakodowany jest taki fakt - to przede wszystkim od tego zależy, czy ów fakt może zostać rozpoznany. Jednak tego, jak kiedyś został zakodowany, tego nie sposób teraz zrzucić wyłącznie na świadomość. Nie można, bowiem miało na to wpływ wiele czynników i okoliczności, idące z wnętrza osobnika jak i środowiska. Mówiąc prawdę, można tu wprowadzić wszelkie uwarunkowania. Wyjść w tym tłumaczeniu trzeba od tego, że jest oczywistością, iż w umyśle nie ma niczego, co by nie przeszło przez poziom świadomej analizy, wszystkie dane obecne w archiwum kiedyś tam przeszły swój szlak, czyli budowały się po stronie przyjściowej, zostały poznane w chwili teraz, czyli świadomie, no i znalazły się w zasobach. Nie ma niczego, co tej drogi nie pokonało – w umyśle nigdy nie da się wyróżnić stanu "czystej karty", bo takiego stanu nie ma. Albo jest stan biologiczny i to on jest punktem odniesienia, czyli cielesna konstrukcja – albo jest choćby szczątkowy zapis z doznań, np. szumu lub podobne elementy z najwcześniejszego okresu. I to stanowi fakt odniesienia do dalszego. Każda abstrakcja, każda fizycznie zapisana w umyśle konstrukcja, która dla mnie koduje w/na sobie abstrakcję, posiada w historii swojego powstawania przemieszczenie się przez brzegowy punkt świadomości. Ale powtarzam, to każdorazowo efekt pracy całej struktury, żadnym przypadkiem wyłączna domena świadomości. W świadomości proces się dzieje, ale w powiązaniu z całością. I nie jest to samousprawiedliwienie się, nic z tych rzeczy. Chcę w ten sposób pokazać, że to współpraca wszystkich elementów, dział w dział musi ze sobą dobrze współdziałać, żeby na końcu pojawiła się pełna, funkcjonalna i przede wszystkim użyteczna - więc zbieżna do świata abstrakcja. Świadomość zbiera i organizuje, zestawia sobie podobne fakty i wyciąga z tego wnioski, ale żeby się tak zadziało, musi dział zmysłów od samego początku dobrze funkcjonować - archiwum nie może strajkować z byle powodu - a dział interpretacji nie może podsyłać cząstkowych, zmieszanych ujęć. Jeżeli wszystko się dobrze sprzęga, na końcu jest poprawny wniosek i świadomie podjęta myśl i decyzja, żeby kolejny krok w świecie postawić. Ale jeżeli działam w oparciu o zniekształcone dane – które zostały zniekształcone na jakimkolwiek poziomie – to czy trudno się dziwić, że moja decyzja jest na końcu błędna? Nie można. I wszystkie działy także powinne czuć się odpowiedzialne za uzyskany wynik. Zrzucić na kierownictwo łatwo, ale własnego w tym udziału się nie widzi. Przepraszam za ten przytyk, ale świadomość też ma swoje emocje. To nie tylko przyjemność z bycia tu i teraz, ale również poczucie, że 14
  15. 15. to odpowiedzialność. Odpowiedź na pytanie numer cztery. Czym są elementy tworzące się w strumieniu świadomości? Czy chodzi o jednostkę, czy zbiór? Odpowiedź jest prosta: to jednostka zaistniała na bazie zbioru – i do tego zbioru się odnosząca. Z oczywistych powodów na poziomie całościowym, świadomości, nie ma zbiorów, które przechowuje archiwum – z rozlicznych powodów tak to musi przebiegać. Od banalnego stwierdzenia, że po prostu nie ma na to czasu, bo gdyby wszystkie składowe tworzące dany fakt się w tym miejscu objawiały, to świadomość byłaby totalnie zapchana danymi i w efekcie zanim dopracuje się najprostszego ustalenia, tak zaszła zmiana zostanie skonsumowana przez głodnego stwora i nigdy się nie pokaże w realnym świecie – aż po ustalenie, że to nie jest nawet i konieczne, ponieważ w każdej chwili mogę konkretny element zasobów wywołać i obrabiać. Co więc pojawia się na/w poziomie "teraz"? Symbol, jak najbardziej fizyczny w swej budowie stan - który koduje w sobie odniesienie do faktu. Jeżeli myślę lub widzę drzewo, to przecież nie wywołuję do analizy wszelkich widzianych drzew, ale symbol, abstrakcję takiego elementu rzeczywistości – w analizie jest obecne szczytowe oraz na dany moment maksymalne ujęcie odnośne faktu. W chwili "teraz" jest abstrakcja, znak, jednostka w formie "wierzchołka" góry lodowej i punkt, ale powstały z całej piramidy elementów – widzę drzewo, a w podbudowie znajduje się całość zasobów archiwum. I jeszcze więcej, za takim postrzeganym faktem kryje się cała moja osobowość, wszystko do tego momentu zebrane i jakoś przepracowane. Obrabiana jest jednostka, jednak żeby została ona zinterpretowana poprawnie i w konsekwencji zrozumiana, na to składa się całościowo idąca zmiana, cała praca układu - na to wpływa działanie wszelkich poziomów rzeczywistości i mnie. Przecież w to, co określam, co dla mnie jest mną samym i moją osobowością, na to zbierają się poziomy od najmniejszego po największy, wszelkie jakoś wyróżnialne fakty - tu niczego nie można pominąć. I dotyczy to pospołu zakresu atomów i abstrakcji, to jedność funkcjonalna. Operuję w świadomości symbolem zbioru, jednak realnie to jednostka i składanka - to zbieranina i kwerenda czyniona po całości danych, i to w zakresie uznawanym za abstrakcyjny (tylko pojęciowy), ale i w zakresie fizycznym, konkretnie namacalnym stanie energetycznym, to działanie po wszystkich działach i zakamarkach. I nie może być inna, ponieważ to wszystko to ja. A ponieważ tak zaistniały w świadomości fakt to jednostka - i tylko jednostka – to operowanie nią oraz w konsekwencji tworzenie nowych jednostek, to jest stosunkowo proste. - Mam coś do wyboru, w chwili "teraz" dokonuję w miarę wolnego wyboru z kilku maksymalnie faktów (elementów) - i na tej podstawie, w takim czynie i akcie, tworzy się nowość. Czyli kolejna abstrakcja do archiwum. 15
  16. 16. Że to trwa i musi trwać? Prawda, ale w kupie siła. W tym przypadku fizycznie abstrakcyjna. Odpowiedź na pytanie numer pięć. Istotne zagadnienie. Dział zgłaszający zapytanie sugeruje, że to w tym obszarze lokuje się obserwowana często niemożliwość odszukania w zbiorze potrzebnego elementu, że to źle wytworzone, źle budowane w świadomości pytanie nie pozwala w dziale archiwizującym w miarę poprawnie odkodować, a następnie przekierować strumienia danych. A w konsekwencji zwrotnie pojawiające się elementy w świadomości nie są adekwatne ani do postawionego pytania, ani tym bardziej dobrze nie odwzorowują świata. Świadomość, czyli ja, ma zrozumienie dla tego argumentu. Jest dość dobrze udokumentowaną prawdą, że to postać pytania warunkuje efekt końcowy, jednak nie przyjmuję krytyki w sposób bezrefleksyjny ani też w stu procentach; część winy leży w moim działaniu - ale takie działanie znów jest rezultatem funkcjonowania "po całości", o tym nie należny zapominać. Właśnie po to, żeby to poprawiać. Jak w polu świadomości tworzy się nowość, zapytanie czy wniosek z odniesieniem do stanu aktualnego? Wchodzę na przykład do pomieszczenia, proces zapoznawania się z tu obecnymi faktami, bez znaczenia, czym one są, to przebiega tak, że analizuję, odbieram owe fakty jako strumień energii – ale zarazem odnoszę je do podobnego kodu z mojej przeszłości. I przyrównuję. A to do osoby, a to do szafy, a to do krzesła. I jeżeli jest jakoś w sobie jedna strona zbieżna do drugiej, mimo konkretnych różnic, co zawsze przecież występuje, zaliczam wyróżniony fakt do odpowiedniego zbioru. I to pozwala mi już skutecznie odnaleźć się w przestrzeni, której wcześniej nie miałem okazji poznać. Znajomość funkcjonowania podobnych faktów (bytów) w przeszłości pozwala oswoić, odnieść się do nowości – i je zagospodarować, pozwala działać. Kiedy natomiast wracam do już rozpoznanej czasoprzestrzeni, to nie muszę skanować i porównywać wszystkiego, wystarczy że odniosę stan aktualny do tego zapamiętanego lepiej lub gorzej. Wystarczy, że w przechowywanym obrazie wyróżnię, a to dzieje się szybko, nowość i ją przetworzę – i dalsze działanie jest już ułatwione, może pobiec sprawnie i szybko. W obu przypadkach porównuję do zasobu - raz pojętego ogólnie, więc do całości danych. Czyli proces trochę musi trwać, zanim się w tej nowej okoliczności odnajdę, ale nie jest to dramatycznie wiele, to nie wymaga angażowania wielkich energii i uwagi. I na pewno bardzo sprawdza się w kolejnych etapach życia – bo nie muszę ponownie już zgłębiać tematów kiedyś przepracowanych, zastanawiać się nad ważnym problemem, że kiedy postawię krok w tym konkretnym miejscu, to czy podłoga się utrzyma pode mną, czy nie. To zostało już dawno w moim życiorysie przeanalizowane, już wiem, że taka a taka struktura jest dozwolona, a taka nie. W sytuacji drugiej, czyli wcześniej rozpoznanej, działanie jest i szybsze, i pewniejsze. Analiza różnic to jedno spojrzenie, i fakty odbiegające od faktów archiwalnych są jaskrawo widoczne. Jeżeli to coś potencjalnie niebezpiecznego, to poświęcam temu uwagę, jak nic 16
  17. 17. podobnego nie rejestruję – dalsza praca może się toczyć. Sprawa kodu poszczególnego faktu, który pojawia się w świadomości, to również istotne zagadnienie. Warte omówienia. To, że docierający z zewnątrz strumień energii jest w sobie zawsze jednym i jedynym kodem, tego nawet nie trzeba podkreślać. Przecież nie ma dwu jednakich spojrzeń w oczy. Dlatego każdy wytworzony fakt w polu świadomości ma swój indywidualny odcisk i jako taki zostaje w zbiorze zapisany oraz przechowywany. Że są podobne do siebie, że czas życia wnosi zbieżne fakty, to także oczywistość, stąd niekiedy trudność wyłapania tego konkretnego. Zwłaszcza przy próbie idącej ze świadomości, kiedy pytanie jest kodowane w formie ogólnej, bo i inne wszak nie może być. Skutkuje to albo brakiem odzewu ze strony archiwum, bo dział nie może przekierować zapytania, albo podsyła w odpowiedzi mało przydatne, choć pewnie jakoś podobne kody. Ciekawy w tym kontekście wydaje się właśnie kod poszukujący, taki, który ma wpaść w rezonans z kodem w archiwum. Trzeba mieć świadomość, że tworzące się "w teraz" abstrakcje, i to dowolnej postaci, one są ze sobą powiązane czasem i miejscem swego zaistnienia. Dlatego nie może dziwić, że choć przestrzennie lokują się daleko siebie i przynależą do miejsc związanych z konkretnymi zmysłami, to w reakcji wywołania uaktywniają się wspólnie. Należą do tej samej warstwy zmiany i dlatego są wobec siebie w poziomie, a więc współwystępują. I w efekcie przypominając sobie obraz dawno widziany, kojarzę to ze smakiem ciastka i na przykład dotykiem - te wrażenia łączą się ze sobą, bo zaszły w powiązaniu. A jak odszukać intencjonalnie konkret w przepastnych zbiorach? Co jest ważne i co musi się znaleźć w kodzie poszukującym? Przecież i to trzeba mieć na uwadze, że archiwum jest w ciągłej przebudowie, że to biblioteka, w której trwa nieustanne zamieszanie wywoływane drganiami świata – że tu elementy oddalają się od siebie, że nowe spycha stare w zakamarki, albo że starocie nadpisywane są nowym i niekiedy odległym od pierwowzoru kodem. Zamieszanie w zbiorze jest konieczne i wynika z fizyczności tej struktury, dlatego znaczenia nabiera zdolność opanowania chaosu. W tym miejscu i w tym momencie oczywiście nie pokuszę się o budowę katalogu zaleceń wspomagających, mam świadomość, że jest to zabieg konieczny, ale wymagający odrębnego okólnika, być może uda się do tego kiedyś wrócić, bo z pewnością to się przyda. Ale na dziś, tak zgrubnie i wstępnie wypada powiedzieć, że wszelkie metody łączące i kojarzące, czyli różne mnemotechniki pomagają kodować treść oraz jej odszukiwanie. Znane i rozpoznane zagadnienie - i godne pilnego stosowania. Podobnie, jak to się dzieje w zbiorze społecznym, kiedy występuje potrzeba odszukania konkretnego osobnika, tak samo i w zbiorze już wewnętrznym, ale który przeobraża się kwantowymi jednostkami, więc również logicznie – tutaj także sprawdzą się metody wypracowane w tym pozornie innym zakresie. Czyli każde dookreślenie wyszukiwania, każde odniesienie do miejsca i czasu zaistnienia lub do zawartości abstrakcji, to jest wspomożeniem – tak ukształtowane w kod pytanie może znaleźć w archiwum swój odpowiednik. Warto tego zalecenia się 17
  18. 18. trzymać, nawet jeżeli wydaje się banalne i powierzchowne. Odpowiedź na pytanie numer sześć. Świadomość ma świadomość swojej roli. I nie zamierza przenosić na innych należących do niej obowiązków. Co również zaleca pozostałym działom. Przywołanie fachowca jest potrzebne, jednak nie zastąpi własnej i logicznej aktywności. 18
  19. 19. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 2.3 – Kosmos czy wszechświat? Wysokie zgromadzenie, szanowni zebrani. Przypadł mi w udziale zaszczyt wygłoszenia odczytu wprowadzającego oraz prezentacja głównego tematu naszych obrad. Za przyzwoleniem i poradą naszego przewodniczącego, po konsultacjach z szacownym, tak zasłużonym dla sprawy gremium, chciałabym koleżankom i kolegom, a także zaproszonym gościom, zaprezentować stanowisko w sprawie, czy tak powszechnie stosowane pojęcia, czyli "kosmos" i "wszechświat", to odrębność, czy to samo. Nie muszę zapewne dodawać, że tematyka naszego zebrania jest istotna, to potwierdza obecność tak licznych gości oraz zaangażowanie kierownictwa. Mam więc nadzieję, że moje wystąpienie będzie tylko jednym z wielu, a dyskusja, jak powtarza to przewodniczący, rozgorzeje po całości tematycznej. Koleżanki i koledzy, temat jest ważny, pryncypialnie zasadniczy i sięga samych podstaw rozumowania. Dlatego nie dziwi, że wyczulone na problemy kierownictwo, właśnie jako zagadnienie centralne, taki temat zapisało we wstępnych uwagach do naszego zebrania. Ustalenie i wyjaśnienie, czym jest wzmiankowany "kosmos" oraz czym nie jest tak powszechnie stosowany termin "wszechświat" - to sprawa poważna i zasadnicza dla naszego dalszego działania. Ośmielam się zdefiniować to nawet jako zagadnienie fundamentalne. Przecież, to zrozumiałe, jeżeli mamy w dyskusji i opisie wszelkich stanów świata, tego, co za świat uznajemy - na ten moment wstrzymam się z definicjami - jeżeli mamy zrobić krok dalszy, to musimy, żeby w ogóle móc się poruszać, ustalić, czy w tak różnych sytuacjach, w tak różnych opisach pojawiające się, najczęściej, zwracam uwagę na to zebranych, w sposób wymienny pojęcia "kosmos" i "wszechświat" – to musimy ustalić na samym początku, czy to jest zasadne. Pytanie, które przed nami postawiło kierownictwo, a które - sama dziwię się temu - wcześniej jakoś nie znajdowało się w centrum działań naszej zbiorowości, to pytanie jest bardzo istotne. Znów nie muszę mocno argumentować, bo to oczywistość, ale jeżeli zachodzi zmieszanie i nałożenie się pojęciowe i znaczeniowe tych terminów, to, koleżanki i koledzy przyznacie, mamy problem. Więcej, powiem szczerze, znak zapytania, tak niewinnie wyglądający w tytule naszej konferencji, to mało, to dalece za mało na oddanie stanu niepokoju i zamieszania. - Jeżeli, powtarzam, zachodzi trudne w tym momencie do ustalenia zespolenie się tych pojęć, to możemy w dalszym stosowaniu tych terminów popaść w logiczne zapętlenia albo i pobłądzić. Że to zaskutkuje, tego podkreślać nie muszę. Oczywiście, to również trzeba uwzględnić, zwłaszcza na etapie tak bardzo wstępnym, że zachodzi realne, fizycznie jakoś tam możliwe w pomiarze ustalenie - że to różne obiekty. Wyjaśniam, stosuję słowo "obiekty" umownie, na potrzeby tego wystąpienia, nie zamierzam nic 19
  20. 20. narzucać ani ograniczać, ale, co zrozumiałe, musiałam jakoś takie struktury określić. "Kosmos", termin z przeszłością, "wszechświat" również, ale to tylko słowa, pojęcia z naleciałościami. Pomagają w analizach, pomagają nam uchwycić abstrakcyjnie zagadnienie (a także tonują emocje), ale przecież - mamy tego pełną świadomość – to tylko "szczebelki" w drabinie poznania - pomocne i niezbędne, ale jednak szczebelki. Czy "kosmos" może pojawić się, może zostać jakoś tam pomierzony w eksperymencie? Zagadnienie nie jest proste, ale, moim zdaniem, nie z tych beznadziejnych. Fakt, samo pojęcie i logiczna konstrukcja, to jest już mocno wiekowe, nawet więcej niż wiekowe. Już dawni, a więc już starożytni Grecy to opisywali. Wszyscy to znamy. Można to ująć w ten sposób, że siedzieli w tych swoich jaskiniach, mieli co do garnka włożyć, nie musieli zabiegać o granty i dofinansowania, i tak sobie powolutku obmyślali. A to kosmos w jego nieskończonej i wiecznej, a przy tym logicznej zmianie - a to świat. Nie musieli zważać na żadne punktacje i publikacje, to sobie pisali i ustalali w szczegółach. - Cóż, inne czasy nam nastały, koleżanki i koledzy, nam się wmawia, że trzeba się spieszyć i wynik za wynikiem robić w taśmowej produkcji... Kierownictwo to potwierdza, kierownictwo uprawia to tak w codziennym działaniu. Znamy, znamy... Koledzy i koleżanki, sami wiecie, że starożytni poukładali sobie w świecie detalicznie wszystko, a nam przypadło to sprawdzać. A to, trzeba przyznać, wymaga nakładów. No i czasu. Czy można "kosmos" eksperymentalnie poznać? I tu, żeby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba zadać pierwsze w szeregu i kolejności pytanie: czym jest "wszechświat"? Jeżeli chcemy poznać i zdefiniować kosmos, to musimy opisać wszechświat. Wszechświat, czyli fizycznie dostępny nam fundament, po którym codziennie stąpamy i do którego odnosimy wszelkie ustalenia. Jeżeli "kosmos" jest znaczeniowo tym samym, co "wszechświat", jeżeli oba pojęcia są tym samym i w opisie posiadają te same składowe elementy, to nie ma problemu, dalsza dyskusja może toczyć się spokojnie i stosować zamiennie oba terminy. - Ale jeżeli są to różne "obiekty", to tworzy się logiczny problem. A w kolejnym kroku, to oczywistość, trzeba we wzajemnych relacjach tych struktur szukać zależności, powiązania oraz wzajemnego na siebie działania. - Bo jeżeli to są struktury zależne, wynikające jedna z drugiej, to powiązania być muszą, i ma to istotne skutki w dalszym pojmowaniu rzeczywistości. - Na każdym zresztą poziomie, co zapewne nie wymaga podkreślania. Czy kosmos to wszechświat? Pozwolę sobie od razu wyrazić zdanie na ten temat, a później szerzej to uzasadnię. Otóż nie. Kosmos nie jest czymś takim, co określamy jako "wszechświat" - to inna, nadrzędna skala w zjawiskach. A raczej w sposobie opisywania zjawisk. Mam świadomość, że to wywoła dyskusję, liczę na to gorąco. Jednak w moim osobistym odczuciu, ale i w logicznej konstrukcji, kosmos i 20
  21. 21. wszechświat to inne, rozdzielne pojęcia. Fakt, dziś stosowane dość zamiennie, na zasadzie bezrefleksyjnej - ale to musi się skończyć. Właśnie po to, żeby nie popadać w sprzeczności. Dlaczego "kosmos" nie może być "wszechświatem"? Odwołam się teraz do podstawowych pojęć, którymi możemy operować, do samej podstawy. Czyli do "coś" i "nic". Oraz, na zasadzie niezbędnej, do "zmiany", ruchu czegoś w nic. Dodatkowo należy wprowadzić pojęcie bezkresu, nieskończoności. Oraz, także na zasadzie koniecznej, jedności rytmu zmiany - jednej reguły przekształceń. Podkreślam, nie chodzi o terminy i użyte słowa w tym działaniu – są sprawą wspomagającą, ale uboczną. I teraz, wysokie zgromadzenie, pytanie: co zawiera w sobie powyżej wymienione składniki? I oczywista odpowiedź: Kosmos. To samoistnie się narzuca. Nie "wszechświat", wszak to struktura z samej swojej ewolucyjnej zmiany skończona. Kiedyś tam się zaczęła i się skończy. A więc na pewno nie ma cech wieczności. Że "wszechświat" niekiedy, a nawet często jest tak pojmowany, że z faktu swojej jedności i jednostkowości jest wszystkim – że uznaje się tak na bazie fizycznie obserwowanych faktów, jedynie dostępnych - że przyznaje się mu atrybuty skrajne - to wszystko prawda. Tylko że to błąd. Uważam, że to błąd. Czy kosmos może zostać zweryfikowany badawczo? Jeżeli to zewnętrze wobec wszechświata, nadrzędne "zdarzenie", to oczywiście nasuwa się jedynie możliwa odpowiedź, że tego nigdy i niczym pomierzyć sobie nie pomierzymy. Przecież nigdy poza wszechświat ręki nie wystawimy i na żaden sposób. - Tylko czy jest tak do końca? Warto zadać sobie w tym momencie to pytanie, ponieważ wiążę się z abstrakcją "kosmos" i pojęciem "wszechświat". Czy jesteśmy bez szans? Nie, szanowni zebrani, nie. - Owszem, fizycznie i technicznie nigdy poza wszechświat się nie wydostaniemy, nawet wybierając się poza i dalej, nawet wówczas pozostaniemy w jego zakresie - ale zarazem nie jest tak, że nie możemy ustalić prawdy. Powód? Zależność. Jeżeli w hierarchii zależności jest to tak, że logicznie prostsze i zarazem nadrzędne jest kosmiczne ułożenie zjawisk, to zmiany obserwowane w ramach wszechświata nie mogą być dowolne. Nigdy z nich nie wyjdę w badaniu, ale mogę być pewną, że nie są przypadkowe. Nigdy sama nie poznam stanów kosmosu, ale mogę mieć całkowitą pewność, że tutaj i na różne sposoby obserwowane i doznawane - że te są pochodną tam i zawsze się dziejących. Czyli, koleżanki i koledzy, tak naprawdę "kosmos" nie jest nam dziś do poznania potrzebny, ponieważ kosmos mamy w każdym pomiarze, tu wszystko, od najmniejszego po największe - to kosmos i jego zmiana w trakcie zachodzenia, zmiana poddana regule. Prawda, fizycznie kosmosu nie poznamy, mogę zdać się wyłącznie na badanie logiczne, na konstruowanie tamtego zakresu – ale to wszak 21
  22. 22. nic trudnego. Mamy przecież do dyspozycji tę bardziej rozbudowaną w szczegółach i zależnościach stronę zmiany - trzeba dobudować, po prostu dopasować do układanki tę prostszą. - Raz dopasować, drugi, a może i tysięczny, ale, to statystyczny pewnik, za którymś razem w tym zestawie pojawi się obustronna zgodność; jedno bez drugiego w opisie nie będzie mogło się pojawić. Kosmosu, koledzy i koleżanki, nie poznamy, ale to nie znaczy, że w opisach go nie zobaczymy – kosmos mamy na wyciągnięcie logiki, to konieczne dopełnienie, to zakres Fizyki, pisanej z dużej litery w odróżnieniu od działań wewnętrznych, ale na pewno realnie i zawsze poznawalny. To nie jest dziwaczne "poza", jakoś tam nazywane przez desperatów, co to snują swoje dywagacje na fundamencie mitów albo podobnych w treści konstrukcji o wątpliwej reputacji. To jest konieczne, a też logiczne – i przez to poznawalne – dopełnienie tutejszego. I warto wyciągnąć z tego wnioski. To, że kosmos nie jest wszechświatem, to dla mnie logiczny pewnik - i logiczna konieczność. Wszechświat jest zdarzeniem w swojej strukturze tak rozbudowanym, tak wielopoziomowym, że po prostu nie spełnia zasady bytu prostego – to musi znajdować się poza nim. - Wszechświat, to, co postrzegamy oraz przyjmujemy za wszechświat, to stan lokalny w kosmosie, to "wyspa" w nieskończoności. Mam świadomość, że to stanowisko dyskusyjne, wymagające pogłębionej refleksji i że nie będzie podzielane przez wszystkich. Zwłaszcza może to być trudne do akceptacji dla tych, którzy badają tę naszą, jako tako widoczną wszechświatową okolicę. Jak ich przekonać, że to jednak nie jest i nie może być wszystko, że potrzeba jeszcze stanu nadrzędnego? W tym momencie chciałabym silnie zwrócić uwagę na wzory, te różne i powszechnie, nawet ze skutkiem stosowane wzory. Tego poziomu nie sposób w analizie ani pominąć, ani odrzucić. Ja nie mogę odrzucić w opisie, a zwolennicy wszechświata, jako jednego i jedynego w tej postaci konstruktu, nie mogą tego pominąć w dyskusji. Co tu jest istotne, można spytać? Po pierwsze, że w ogóle te wzory dają się stosować, że można je wytworzyć i stosować. Nawiązuję tu do powszechnego w pewnych kręgach zdumienia, że rzeczywistość daje się policzyć i jest przez to przewidywalna. Niby naokoło wszędzie chaos, a jednak policzalny. Zdumienie, zaskoczenie, a poniektórzy to i takie tam, sami rozumiecie, postulują. Czy to przypadek? Ależ oczywiście nigdy i przenigdy nie. To pochodna tej nadrzędnej, tak tu przeze mnie eksponowanej kosmicznej prostoty. Jeden plus jeden zawsze i wszędzie da liczbę dwa, nawet jeżeli dodający nic o takim matematycznym działaniu nie będzie wiedział. Ale jeżeli dodaje, to znaczy, że istnieje i istnieje według tej reguły. Nie ma odwołania, i inaczej się to nie dzieje. Po drugie, tu specjalnie nawiązuję do kolegów fizyków, zauważcie, że kiedy tak sobie upraszczacie owe wzorki, kiedy wyrzucacie przy każdej okazji te nieskończoności, które są tam gęsto i często - to nie robicie niczego innego, jak tylko dzielicie nieskończoność na 22
  23. 23. stan "tu" i "tam". Tu w analizie pozostaje i się wszystko zgadza, a "tam", czyli kosmos, odcinacie jako fakt niepotrzebny. I on jest dla was rzeczywiście niepotrzebny, tego zakresu nie poznacie nigdy i żadnym przyrządem. Dlatego wasz czyn nie tylko że bezkarnie można przeprowadzić, ale dla was to konieczność. - Kosmos we wzorach jest zawarty integralnie i na zawsze, ale ponieważ wam to przeszkadza – ponieważ to wy te wzory stosujecie – ponieważ zgadza wam się dalej wszystko, to, sami rozumiecie, narzucacie taką a nie inną wzorków interpretację. I dobrze. Wam się zgadza, liczycie w tę oraz drugą stronę z powodzeniem - to jak to może się nie zgadzać komuś, kto w dalszej analizie opiera się na wynikach waszej pracy i to stosuje? Musi uwzględnić wasz punkt widzenia, czyli w końcowym ustaleniu ma błąd skali nieskończonej. Dosłownie. Na koniec, trochę na zasadzie godzenia odrębnych stron, chciała bym zaproponować wspólne działanie. Otóż przyjmijmy roboczo, że kosmos to stan nadrzędny wobec wszechświata, że to logicznie maksymalny w prostocie stan, że policzalny. I ustalmy rytm zmiany, takiej już w fundamentach, bez żadnych skomplikowanych naleciałości. Nie zapis w formie fizycznych znaczków, to, koledzy fizycy, nie tak będzie w ostateczności szło. Owszem, we wszechświecie wasze wzroki są dobre i potrzebne, ale nie w najszerszym ujęciu. Tu już tylko logika, taka najprostsza matematyka może być zastosowana. Wzór ostateczny może i musi być maksymalnie prosty, coś na podobieństwo liczby "dwa" z kilkoma dodatkami w rozszerzeniu. A jak już podobny rytm ustalimy, o ile go ustalimy - to w zwrotnym działaniu zobaczmy, czy można wykryć i stosować we wszechświecie coś takiego. - Jeżeli się to nie uda, jeżeli się nie sprawdzi, to przyjęcie wniosku, że wszechświat jest jeden oraz nieskończony, że widać z niego tylko mały fragment, to będzie konieczność. Ale jeżeli w analizie logicznej uzyskamy rytm, który wszędzie oraz zawsze pokaże swoje walory, to uzyskamy bezpośredni dowód i także wniosek, że "kosmos" jest w stosunku do wszechświata nadrzędnym i przez to niezbędnym dopełnieniem. Niepoznawalnym, ale koniecznym dopełnieniem. I jeszcze z tego wywnioskujemy, że "wszechświat" to lokalny - ale zarazem przemijający fakt w bezkresie. Że to stan chwilowy, jeden z nieprzeliczalnych na prostej... I możemy to przeprowadzić... Dziękuję za uwagę. 23
  24. 24. Kwantologia stosowana - kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 2.4 - Światło. I stała się światłość... Tak, tak, znacie - ale czy to prawda? Spokojnie, nie zamierzam tu i teraz was zanudzać bajkami, mitologia to nie moja działka - jednak warto się zastanowić, co w trawie pojęciowej piszczy. Wiadomo, że trzeba to było wszystko wokół jakoś ponazywać, ubrać w słowa oraz odnieść do wcześniej rozpoznanego. Wszelkie sposoby na poradzenie w życiu są dobre, jeżeli istnienie przedłużają; nie ma znaczenia, czy abstrakcja jest budowana na bazie naukowej, religijnej, czy ma w sobie dowolnie inny element, liczy się skuteczność. Eksperyment i przydatność są rozstrzygające. Może być bardziej zyskowny efekt działania, może być ograniczony w dostarczaniu wiedzy - ale jeżeli pomaga zrobić kolejny krok, liczy się w bilansie. Przecież czas na podsumowanie kiedyś nastanie, tu i teraz trzeba ten krok jednak zrobić i nie wpaść w kłopoty. Więc nie ma znaczenia, co i jak nazywam - liczy się sam akt nazywania i działania. Drogę i jej pułapki poznaje się w trakcie wędrowania, a nie z oddalenia. To tak ogólnie, co by pierwsze zdanie wytłumaczyć. Ale nie tylko dlatego. Przecież warto się zastanowić, czy ujęcie z mitu rodem, czy takie podejście jest znacząco odległe od tego, co się w rzeczywistości dzieje i co może zajść? Czy zakres widzialny w postaci światła i jasności, czy to "zabłysło", czy się stawało - co jest mitem, a co prawdą? Ot, jest sobie widmo promieniowania, znacie, uczyliście się o tym, bo kiedyś zachciało się fizykom uszeregować w częstotliwościach i pod linijkę pomierzone wartości drgań. Niby nic, można powiedzieć, zestawienie jak zestawienie. Tu coś w skali popiskuje dźwiękami i różni się od zera, czyli ciszy - wyżej w zbiorze są wartości jakoś widoczne i doznawane - a jeszcze wyżej te energetycznie naładowane, zagrażające. A szczytem urywa się to w sposób przypadkowy - i nie bardzo wiadomo, dlaczego właśnie tutaj. Jedne elementy w widmie są wyraźnie zarysowane i wyznaczone, inne zachodzą na siebie - jedne to rozciągnięte na znaczącym dystansie wartości, inne skupione i liczone w mikrometrach. Fakt jak fakt, można powiedzieć - a jednak zasadniczy. Przecież w tym zbiorze znajdują się dwa zasadnicze podłączenia do świata, tu lokuje się mój główny punkt dostępowy do danych. Czyli jest w tym zbiorze światło, tak niewielki w zajętości całego widma i w przeliczeniu na elementy zakres tego, co jest "oknem" na otoczenie - pasmo widzialne. Niewielki zakresem, a jakże istotny w poznaniu. I jest oczywiste pytanie: dlaczego jest, jak i kiedy zaistniało, i do jakiego momentu będzie? Jaki mechanizm prowadzi do wytworzenia we wszechświecie warunków, że światło może się stać. Się stać. - Co 24
  25. 25. warunkuje powstanie światłości? Na początku jest reguła. Kosmiczna reguła. Nieskończona i wieczna - i jedna reguła. Ruch "czegoś" w "niczym", jest pęd COŚ przez NIC. I to już wszystko potrzebne. A dalsze? Dalsze w skrócie prezentuje się następująco (szczegóły w innej opowiastce). Dalej jest wcześniejszy świat, który się rozpada - warstwy kwantów w oddalaniu - podobne i liczne strumienie energii z innych światów, a tych w nieskończoności jest mnogość - te strumienie energii się przecinają, a tym samym "trasują" w bezkresie sferę - a następnie wtłaczają, wpychają do wnętrza, czyli "w dół", kwant za kwantem. I w środku narasta zagęszczanie, rośnie ciśnienie, maleją odległości między jedynkami czegoś - aż proces, po wielu etapach i epokach, w swoim gęstnieniu i zapełnianiu "bańki" osiąga punkt krytyczny: nie można wcisnąć więcej, bo wszystko zapełnione. I co się dzieje? Dopływ energii trwa i nie może się zatrzymać, nie ma ucieczki ze sfery, ponieważ nacisk idzie z każdej strony, także nie ma wolnego miejsca w środku - więc co się dzieje? Zapada się. Struktura się zapada. "Wciskane" w sferę elementy się zapadają. W siebie się zapadają. Czyli "krok dalej" - o jeden kwant dalej dochodzi do zapaści. W do tej pory jednorodnym zbiorze, gdzie kwant energii od kwantu energii jest oddalony również o kwant (więc o jednostkę liczenia), dochodzi do zapaści. Jedynka zbliża się na tyle do drugiej jedynki, że mają teraz łącznie również wartość jedynki - wcześniej były dwa kwanty czegoś i jeden próżni je dzielący, obecnie jest jeden kwant czegoś i jeden próżni - próżni, która separuje od identycznego faktu. Obecnie już podwojonej wewnętrznie jedynki. I tym samym w całości sfery ilość wolnego miejsca zwiększyła się o połowę, dokładnie o połowę. Jeden kwant więcej docisku, a świat w każdym kierunku robi się luźny, ponownie pusty - i ponownie tworzą się warunki do dalszego "pompowania" sfery. Prosty w swojej fizycznej mechanice proces - ale jakże istotny dla dopiero rysujących się na horyzoncie bytów. Coś dociśnięte do tego samego obok - i jest "podwojona jedynka". Też czegoś, a jakże - ale zarazem nowość, kwant kolejnego poziomu rzeczywistości. Przecież w tym dociśnięciu już się rzeczywistość buduje. Jeszcze nie fizyka, do tego kilka kroków pośrednich, ale czasoprzestrzeń i owszem, to zakres buzowania kwantowego, dziejącego się brzegowo, jednak tu już formuje się czasoprzestrzeń. Kwant w ruchu, a przestrzeń i czas nabierają cielesności. Ponieważ docisk zewnętrzny trwa i trwa, i trwa - aż do środka tej całościowej zmiany, to w kolejnych punktach węzłowych, kiedy tylko jednego kwantu trzeba do dopełnienia, znów dochodzi do zapaści, na coraz niższe poziomy schodzi ewolucja. Ale jednocześnie przybiera na wadze. Tworzą się coraz większe materialne "zbrylenia", o coraz większym wewnętrznym skomplikowaniu - a zarazem coraz mniej liczne są to zbiory. Cóż, skoro do zaistnienia fizycznego faktu potrzeba 25
  26. 26. całej piramidy kwantów, to w budowę kolejnego bytu wchodzą zbiory i zbiory zbiorów. I dlatego takie zbieranie się w kupę musi trwać. Bo wymaga zasobów. I dlatego też może w całości zaistnieć sporo - jednak na pewno nie dowolnie dużo. Cóż, nawet w nieskończoności nie ma zasobów na dowolne i wszelakie. Wieczna zasada krótkiej kołdry daje znać o sobie. W miarę zapełniania się wnętrza sfery jedynkami czegoś i w trakcie dociskania elementów do siebie, tworzą się kolejne poziomy zmiany, od najbardziej rozedrganych, od energetycznie zasobnych - czyli od górnego zakresu widma promieniowania - aż po te "zerowe", ospałe i masowe. Czyli już materialnie atomowe. Z chwilą wypełnienia się w sferze wszystkich możliwości komplikowania struktur promieniowania - od tego momentu, ponieważ nacisk zewnętrzny nie ustaje i dopływ kwantów trwa, od tego momentu "zagęszczanie", zbrylenia toczą się w ramach układu okresowego i atomowej drobnicy. - A później dalej, w ramach następnych poziomów ewolucji. Zasada docisku, "maszyneria ciśnieniowa" jest cały czas w ruchu, a jej produktami jest i obserwator, i wszystko wokół niego. Istotny z punktu widzenia tegoż obserwatora jest moment "zapłonu" w sferze - pojawienia się światła. To stosunkowo wczesny etap takiego procesu, ale ważny z powodu faktu obserwacji: wcześniej dla fizyka rejestrującego zdarzenia nic nie istnieje - a "w punkcie", nieomal natychmiast, wybucha promieniowanie (i światło jako takie) w każdym już kierunku. Wcześniej "nie było niczego", ciemność i bezkres oraz wieczność - i jest "pstryk" - i zapala się, i "staje się jasność". Z punktu widzenia obserwatora fizycznego, zawartego w zmianie - co trzeba podkreślić w tym kontekście - fakt zaistnienia w sferze (i to w każdym kierunku jednocześnie) światła, to jest proces wybuchu, "zapalenia się". Ten moment musi uzyskać w tym ujęciu formułę etapu pierwszego - i (wszech)początku. I jest zdumienie fizyka, i jest zakłopotanie filozofa, który się w fizyczności nurza oraz na niej opiera, a przy tym odrzuca dziwy jako tłumaczenie tego momentu. I jest próba za próbą przeniknięcia tej świetlnej zasłony, która jest jedynym dostępnym faktem - i jest aż do nerwowości poszukiwanie rozwiązania. Dlaczego wybuchło - co wybuchło - gdzie wybuchło - jednorazowo, a może wielokrotnie wybuchło - jednostka czy zbiór - nieskończony a może skończony - reguła czy wyjątek... ? Pytania istotne, ale wynikają z samej istoty obserwacji - z punktu obserwacyjnego i jego cech, czyli środkowego położenia w zmianie; a po drugie, z zawierania się w procesie, czyli możliwości odbioru i pomiaru takich faktów, które już są mocno rozbudowane. Zdarzenia prowadzące do wyłonienia się na poziomie obserwacyjnym elementu w jego cielesnej postaci - ten brzegowy zakres zmian jest skryty na zawsze i poza pomiarem. Warunkuje pomiar, ale jest poza nim. Z tego też powodu cały i rozwleczony w czasie oraz przestrzeni tok zmiany prowadzący do "światła", to znajduje się poza zasłoną samej świetlnej ewolucji - po prostu zaistniała jasność zakrywa ciemność 26
  27. 27. wcześniejszą, elementy już rozbudowane (w obserwacji od środka) są dosłownie większe od tych poprzednich - i przesłaniają pomniejsze. I dlatego punktem najdalszym w przeszłości - i zarazem najniższym w aktualnej obserwacji - jest najbardziej rozedrgany oraz najmniejszy tym samym element promieniowania. Fizyk (eksperyment) niżej-głębiej nie sięgnie, ponieważ operuje w/na najniższym-i-najgłębszym sobie dostępnym poziomie - tylko że ten jest stanem zbiorowym i połączeniem jeszcze mniejszych elementów. Kiedy we wszechświecie pojawia się światło widzialne, ewolucja tej struktury jest już daleko posunięta, a historia zmian liczy spory zestaw kroków pośrednich. Zakres widzialny lokuje się praktycznie w środku całego widma, więc dochodzenie do tego momentu trwało. A jednocześnie w obserwacji fizycznej dystans od początku do światła podlega skróceniu - pojedyncze fakty są trudno rozróżnialne, przez co nakładają się na siebie. Jak w przypadku złożenia kilku zdjęć, obraz jest prawdziwy, oddaje treść, ale sumuje się w jedność. Kiedy ta jedność składa się z wielu odrębnych etapów. Czy mityczny opis zaistnienia światła we wszechświecie jest błędny i odległy od prawdy? W żadnym punkcie, jasność się stała - i wybuchła. Czy mityczny opis zaistnienia światła we wszechświecie jest błędny i odległy od prawdy? Jak najbardziej. Jasność się stawała i żadnego wybuchu nie było. Oba stwierdzenia są prawdą - oba opisy są poprawne. Nie któryś z mnich, ale jeden i drugi łącznie oddają ten fakt. Nie wolno ich rozdzielać, ponieważ jednostronność ujęcia prowadzi i do zafałszowania obrazu, i do niezrozumienia procesu zmiany. Ogląd z wnętrza, ogląd fizyka jest potrzebny na równi, jak ogląd filozofa, czyli zewnętrzny. To na bazie ustaleń z zakresu "namacalnego", na bazie fizyki, może filozof zbudować obraz brzegu, więc na zawsze ciemnego i skrytego zakresu, i dopełnić nim widoczne. Jednak żeby to przeprowadzić, w świecie musi się pojawić ten fundament i dalej pokazać w pomiarze, a następnie przybrać postać wniosku. Oraz musi być wzmiankowane światło, żeby można było to zapisać na jakiejś kartce papieru. I jest jasność. 27
  28. 28. Kwantologia stosowana – kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 2.5 – Materialna głębia. Prawda, wysoki sądzie, potwierdzam, mam życiową słabość do materii i ją zbieram. Tak, wysoki sądzie, pan prokurator zebrał i zestawił wszystko, w ogólności prawdę opisał. Nie zaprzeczam, tam a tam i w czasie opisanym byłem, próbki pobrałem. Wszystko prawda i szczera w szczegółach prawda. Ale, wysoki sądzie, choć to prawda jest, to w swojej głębinie zafałszowana, czyli rozmijająca się ze stanem i faktycznością. Wnioski, które prokuratorsko padły, zupełnie się z rzeczywistą prawdą nie mają, to w innym kierunku idzie. Prawda, wysoki sądzie, zbierałem, ale w celu naukowym, ku ogólnemu pożytkowi. I sprzeciwiam się, żeby to znieważać, to praca dziejowa była, z perspektywami. Tak, wysoki sądzie, z perspektywami. Raz nawet udało mi się bliską przygranicę w celu naukowym zwiedzić, pan prokurator tego w swojej mowie nie zaakcentował, ale tak było. Działanie się rozwijało, już strefy granicznej sięgało, ale organa się wtrąciły, niestety. Tak bym już daleko w badaniu materii zaszedł, a tak jestem tutaj. I to w zupełnie niezrozumiałym charakterze. Tak, wysoki sądzie, to badania były - wielkie, przekrojowe, naukowe i wszelakie. Tak, wysoki sądzie, ważne były, podstaw i fundamentów sięgały. Owszem, ma wysoki sąd rację, ale próbki brałem do badań, to życiowa konieczność była, naukowa konieczność. Bo czy sąd wie, jak się teraz naukowo dzieje, ma pojęcie sąd, jak badania się dla dobra ludzkości prowadzi? Sąd nie wie. No i lepiej żeby sąd musieć tego nie musiał wiedzieć. Żałość, można powiedzieć, wszędzie taka marność ponad marnościami. Co sobie człowiek naukowy, choćby taki jak ja, temat nośny badawczo wymyśli, co sobie jakieś wiekopomne i nośne zagadnienie w trudzie ustali, to mu zwierzchność momentalnie i od razu, wysoki sądzie, już od drzwi mówi, że nie ma, że środków brak, że trzeba się dzielić i ograniczać. Że, słowem, wszystko się będzie dobrze i pięknie działo, jak opętany naukowo sobie finanse sam najlepiej sprawi. - I ja sobie środki sprawiłem, wysoki sądzie, ja na garnuszku społeczeństwa nie chcę być. Ja środki budżetowe i i trud podatnika szanuję głęboko i podziwiam, ministerialny zawrót głowy z przydzielaniem oraz dotowaniem nie chcę pogłębiać, to dla mnie niegodne, bo ja osobowość naukową posiadam. Bo ja szlachetnej materii produktem jestem, wysoki sądzie. Owszem, wysoki sądzie, to jest sztabka, wszystko prawda. Ale taka właśnie była do badania zawartości materii w materii niezbędna, po prostu to konieczność była. Sąd wysoki powie, że to sztabka złota, i sąd będzie miał rację, sąd powie, że to obrączki ślubne, też to pełna prawda, sąd powie, że biżuteria jubilerska, i trudno takiej przenikliwej uwadze zaprzeczyć. To wszystko prawda prawdą głęboką przesiąknięta. Ale, wysoki sądzie, to tylko sądowa prawda. Bo jest jeszcze naukowa prawda, sąd wybaczy, ośmielam się powiedzieć, że i ważniejsza w naszej rzeczywistości. Bo gdzie byśmy dziś byli, jak by nasz świat wyglądał, jakby przeszłe pokolenia badań naukowych w realności nie prowadziły, jakby sądy zakazywały i cenzurę badawczą 28
  29. 29. stosowały? Sąd przyzna, że w innym miejscu. Może i w mało ciekawym miejscu. Tak, wysoki sądzie, te wszystkie przedmioty, co to leżą zupełnie w bezładzie przed sądem, to naukowo zebrane próbki badawcze, do celu i ogólnie. Tak, potwierdzam, to próbki w celu naukowym pozyskane. Bo ja, wysoki sądzie, metodologię badawczą ściśle przestrzegałem, dwa razy w to samo miejsce, dwa razy do tej samej skrytki sejfowej nie sięgałem, uchowaj. Wiarygodność badawcza przede wszystko, dla mnie czystość próbki najważniejsza. Owszem, w granicach generalnie się mieściłem, raz, jak wspomniałem, bliskiej zagranicy poznaniem sięgnąłem, ale organa się wtrąciły. Bo plany oczywiście miałem, to zrozumiałe, chciałem eksplorację poprowadzić daleko i dalej, tylko że organy się wtrąciły. Szkoda, perspektywy były. Tak, wysoki sądzie, próbki tylko pierwszej klasy brałem, przecież żadnego materialnego fałszowania nie miałem w planach, do badań i zestawienia wyników tylko czysta materia się nadaje, mieszaniny to nie ja. Po co to było, sąd pyta. Mówiłem, do badania. Jakiego? No, głębokiego. Ot, widzi sąd tę sztabkę i kolejną, dla sądu to żadnej różnicy nie przedstawia. A to błąd, wysoki sądzie, wielki błąd, co prawdę deformuje. Prawda, złoto jak złoto, takie a takie, świeci i kosztuje odpowiednio. Tylko że to powierzchnia obserwacyjna, taka zupełnie bez znaczenia, to złudzenie dla mało wyrobionego umysłu. Tak, wysoki sądzie, złudzenie. Niech sąd sobie wyobrazi, że ta mała sztabka - fakt, nie taka mała - to dziejowo zawieruszona w tym miejscu pozostałość po kiedyś dawno tam zapadłym słońcu. Tak, wysoki sądzie, to już naukowo zbadane, to pozostałość. Była sobie gdzieś tam gwiazda, dawno to było, no ona się zapaliła, zgasła, a później wybuchając rozniosła. I teraz jej szczątkowy kawałek leży przed sądem. Po prawdzie, wysoki sądzie, w tym sądowym budynku i w ogóle wszędzie, tu tylko i wyłącznie takie popielisko i odpadki gwiezdne, niczego innego. Owszem, można takie też badać, naukowo obrabiać, ale to nie dla mnie, ja szlachetną i dostojną materię poznaję, byle czym się nie zajmuję. Atom żelastwa to niby podobne, ale przecież też pospolite. To leży na ulicy, się starzeje rdzewiejąc, zamienia w pył i unosi. A atomowa konstrukcja złotonośna z samej swojej szlachetności aż po oczach bije, to się rzuca mocno w rozum, to wyobraźnię podnieca. Sam sąd powie, że tak jest. Fakt, sąd nie może. Tak, wysoki sądzie, prawda jest taka, że każda z tych próbek to w badaniu inny już element świata, z innej epoki dziejowej. Dla sądu to kawałek żółtego metalu, z takiego a takiego sejfu, i tak dalej. A to najmniej ważne, to zupełnie nieważne. Przecież, wysoki sądzie i szanowni państwo, to naukowe dowody na przeszłość świata, w nich zawarta jest nasza historia. Wysoki sądzie, sąd przyzna, że to nie może tak być, żeby ktoś jeden tyle naszego wspólnego dobra sobie w skrytce trzymał, badanie utrudniał, prawdę skrywał, tak nie może w świecie się to dziać. - Wiem, wysoki sądzie, prawo znam i szanuję w detalach. Ale jest jeszcze prawo nadrzędne, prawo prawdy wiecznej i naukowej, ono najwyższe. No i ja, wysoki sądzie, nim się kierowałem, zawsze i wszędzie jeno prawdę naukową zbieram. Bo dla mnie, wysoki sądzie, każdy zebrany i zbadany kawałeczek materii to przyczynek, to kroczek w stronę i dla dobra prawdy, nie inaczej. Dla sądu to tylko złota błyskotka, 29
  30. 30. a to przecież kolejny atom i świadek dalekiej epoki. Tak, wysoki i godny sądzie, każdy atom to posłaniec z przeszłości, co to się tu znalazł i nam zaświadcza, jak to było. Więcej, wysoki sądzie oraz szanowni państwo, każdy atom w tej sztabce to inna dziejowa epoka i warstwa, to inny czas i przestrzeń. Tu, wokół nas i w nas, tylko atomy i ich zbiorowe dopełnienie pierwiastkowe, ale to zawsze się tylko z jednego miejsca poczynający fakt materialny. Wysoki sąd na tę lampę migającą spojrzy, banał świetlny, prawda? A nie, wysoki i szlachetny sądzie, błędna interpretacja. To nie lampa błyska, ale z odległej przeszłości naszej i głębiny materialnej sygnały do nas wysyła kiedyś tam zaistniała ewolucja. Niech wysokie zebranie tak to sobie przedstawi, że każdy jednostkowy czy to atom, czy dowolna materialna jednostka, że coś takiego na własnej i tylko dla niej w historii przynależnej orbicie kołuje, no i że z niej, jak czymś w taki stan szturchnąć, do nas błyska. Im dalej, tym bardziej to się czerwone robi, tak samo, jak to astronomiczne badanie wykrywa. Bo to nie ma znaczenia, wysoki sądzie, czy to się w dalekość naukową zapatrzyć, czy w głębinę materialną badaniem nakierować. To zawsze to samo, choć ilość próbek do zbadania różniasta. Tak, wysoki sądzie - każdy atomowy stan do nas z daleka i głębokiej czasowej pozycji sygnały przesyła. Fakt i owszem, to prawda sądzie i szanowna publiczności, to, co tu przed nami leży i co odnotowane w aktach zostało jako złoty bibelot, to światło realnie i zgodnie z prawami fizyki odbija, czyli jest jako jest. Ale też prawdą jest poważną, że to się z owej wielkiej przestrzeni czasowej tak tutaj objawia. Że tam i kiedyś to powstało, ale tutaj i teraz pokazuje, że jest i jakie jest. Tak, wysoki sądzie, to zawsze inna atomowa próbka, zawsze jednostka i unikalność. - Tak, wysoki sądzie, zmieszanie może do nieporozumień doprowadzić, fałszerstw laboratoryjnych zamierzonych lub nie można się po takiej niepoprawnej metodologii badawczej spodziewać. A to przecież groźne jest, wysoki sądzie. Tak, groźne. Bo to zasadnicze znaczenie ma, to fundamentalnie ważne jest, wysoki sądzie. - Jak się to objawia? A tak, że na ten przykład zmierzy ktoś sygnał atomowy, co to do niego z daleka dociera. Niby atom od atomu się nie różni i niby wszystko się zgadza. A nieprawda, a błąd, a problem wielki z tego może wyniknąć. Tak, wysoki sądzie, problem. No bo przecież każdy atomowy sygnał, jak mówiłem, z innej epoki, wcześniej albo i później powstały. Pięknie laborant to znakuje, światło takie albo takie wykrywa, niby wszystko w detalach poznaje. Tylko jest ważne pytanie: z jakiej epoki to światło, ono stare czy młode, od ciągu atomowego głównego, czy izotopowe? A może z jeszcze innego? - No i jest dylemat, wysoki sądzie, zasadniczy. No bo jeżeli człowiek ma swoją datę życiową podać, to poda, wszystko pięknie. Ale jeżeli w badaniu naukowym dokładnego zlokalizowania w czasie nie podam, to może z tego coś złego wyniknąć, może się obserwacja zagrożenia do faktu nie zbliżyć. I problem, wysoki sądzie. Bo nagle coś się mało przyjemnie pokaże i uszkodzi ciągłość świata, czy tylko cielesną. I jest nieprzyjemnie. Sąd to wie, sąd to często bada. Zdatowanie w naukowym badaniu, wysoki sądzie, to podstawa, to być i nie być naukowego czynienia, to fundament wszystkiego. Można to na przeróżne sposoby robić, metody są. Na ten przykład prokurator swoje badanie wstępne prowadził poprzez odpytywanie, a to kiepska 30
  31. 31. w ścisłości metoda. Stąd, wysoki sądzie, błędy w materiale sądowym występują, sąd to zauważył. Można naukowo węglowe szczątki badać, ale i to metoda przybliżeniem mało szczegółowa. Tak po prawdzie i do bólu po prawdzie, żadne dzisiejsze datowanie momentu sięgać nie sięga, to zawsze, wysoki sądzie i szanowna publiko, to zawsze jeno przybliżenie, plus minus ileś tam, milion latek w tę lub drugą ze stron, to norma w tym zliczaniu. Więc jak tu się rozeznać, jak to wszystko ponumerować i przypisać do konkretu dziejowego? Nie można i się nie da, wysoki sądzie. Tak, wysoki sądzie, ma sąd trafną intuicyjnie uwagę, to wszystko w tej naszej materialnej głębi, tak się kotłujące, to identycznie w obserwacji dogłębnej się prezentuje jak na niebie. Jak to sobie w teleskopach astronomowie pokazują, te galaktyki, skrętna tak albo owak, te gwiazdy i planety krążące po orbitach, pyły wszelkie oraz wybuchy. Tak, wysoki sądzie, tak samo to się w materialnym naszym jestestwie prezentuje. Fakt, trudno się do tego badaniem dostać i odpowiednie wnioski wyciągnąć, ale to tak samo idzie. To zawsze i w każdym przypadku tak samo jest, tyle że w górę olbrzymie kawałki się bada, a w głąb szczypta próbkowa wystarczy. No, czasem więcej, sztabka się przyda, to prawda, ale to przy szeroko rozciągniętych w czasie badaniach konieczność. Tak, wysoki sądzie, można to sobie tak właśnie prezentować, że do nas z tej wielkiej czasoprzestrzeni jakaś bytność sygnał kieruje, że rozum czy tylko gwiezdna i naturalna konstrukcja informacją na swój temat miga. I każdy kolor w tym sygnale to inny poziom, inny czas zaistnienia takiego sygnalisty. Zawsze inny, wysoki sądzie. I nigdy to się nie powtarza. Każdy z nas, wysoki sądzie, na takiej z przeszłości w przyszłość przepływającej energetycznej prostej, to, wysoki sądzie, tylko jednostkowe zaistnienie. Niczego takiego nie było, nie ma i nie będzie – każdy z nas tutaj tylko na chwilę. To takie prawo jest, ponad dziejowe. Tak, wysoki sądzie, tylko prawdę mówię, żadnego zagmatwania się w słowie nie dopuszczam. Badanie naukowe prowadziłem, a jak wysoki i łaskawy sąd pozwoli, to dalej będę prowadził. Ja, wysoki sądzie, w naukę wierzę, w poznanie wierzę, w prawdę wierzę. Ja wiem, że dużo pracy jeszcze przede mną, że materię zbadać dogłębnie to wysiłek i szukanie w stogu, ale nie ustanę, nie potrafię. Wysoki sąd wie, że w świecie tyle jeszcze miejsc do przebadania, tyle próbek wydobyć z ukrycia trzeba, dla nauki pobrać i porównać. Że to poraża umysł, gdy bezużyteczność takiego zakrycia przed światem się stwierdzi, że to trzeba wydobyć i oświetlić potencjalnie nośną naukową wartością? - Sąd to wie, ja to wiem, i wszyscy to wiemy. I dlatego warto sięgnąć w materialne głębiny. 31
  32. 32. Kwantologia stosowana - kto ma rację? Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie). Część 2.6 - Rzeczywistość, czyli co? Żyje sobie człowiek żyje na tym świecie iks lat z okładem - niby w tym nic wielkiego, przecież każdy tak ma. Niby nic interesującego go nie spotyka, co najwyżej żona wypuści się z pobliskim znajomym dalszą okolicę zwiedzać, co najwyżej jaki wypadek człowiek zaliczy i autko skasuje, albo go z pracy biurowej będą zwalniali za jakieś tam nie wiadomo co. Słowem wszystko to pospolite i wszystkim znane do znudzenia. Ale czasem w tym byle jakim życiu codziennym tak się robi, jakoś w duszy cielesnej tak się przestawi, że siądzie człowiek, w przestrzeń czasowo się zapatrzy, a w nim myśl taka dziwna zacznie kołatać: co to rzeczywistość? dlaczego to tak jest, jak jest? - czym jest świat i co to wszystko znaczy? Rozumie się, to tak nieoczekiwanie człowieka nachodzi - tak z rana, a może wieczorem, to tak nurtuje jestestwo i domaga się wyjaśnień, że nie sposób się oprzeć. Więc rzuca wówczas pan Zdzisio robotę w biurze i w świat daleki się wybiera, żeby tłumaczeń szukać. Kiedyś tam się był przeterminowanych bajek naczytał, o mądralach ponoć w odmętach społecznych bytujących wywiedział, dlatego teraz odszukać te stwory postanawia. Co by się o rzeczywistość wypytać. No i idzie, idzie przez ten światowy padół, ludzi zaczepia, o sens pyta, o rzeczywistość zagaduje - pytania o co się tylko da zadaje. Ale ludzkość, w tym żadnej sensacji nie ma, rozpowiadać o takowych sprawach nie chce, pana Zdzisia zbywa burczeniem, czasami też psem szczuje. A generalnie w wielkim poważaniu to posiada, co przecież żadną niespodzianką nie jest. Ale napotkał wreszcie bohater naszej opowiastki osobnika, który o złożoności rzeczywistości z nim wymienić uwagi również zapragnął. I tenże osobnik taką mu dłuższą gadkę w temacie zaprezentował: "Pytasz się, co to rzeczywistość... Tak, pytanie, trzeba przyznać, ciekawe, nie powiem. Ty sobie pewnie tam myślisz, że rzeczywistość jakaś tam jest, że to wszystko wokół i w tobie to takie mocno i aż fundamentalnie pewne i trwałe, prawda? No i, widzisz, ty się tak w całości mylisz, tak zwana rzeczywistość nie istnieje, niczego takiego nie ma. To wszystko złudzenie... Tak, złudzenie, nie dziw się. No, nie w tym prostym a prostackim mniemaniu, że tego nie ma, że to na umyśle się tylko człowiekowi dzieje, nie. To, widzisz, o to chodzi - że tego tak nie ma, jak my sobie to przedstawiamy. Ty tam coś na tym obrazku świata widzisz, ja swoje, ale to i tak dalekie od tego rzeczywistego. Bo to złudzenie - to nasze spojrzenie to złudzenie. I fakt, nie może być złudzenia w pustce, to oczywistość jest - musi być coś, co takie złudzenie dla nas pokazuje, tylko ono inaczej się w sobie układa, niż my to postrzegamy... Każdy rzeczywistość swoją odmiennie ze sobą taszczy, pojmujesz?... Ty swoją, ja też. I nie ma jednej i ostatniej tej rzeczywistej złudy, wszyscy popatrujący tę 32
  33. 33. rzeczywistość dla siebie samych mają, każde spojrzenie sobie równe i jednako ważne. Rozumiesz? ... Siedzimy tu miło, browarka pijemy - i jest dobrze. I to ta nasza rzeczywistość jest, wspólna. Tam sobie idą ludzie w celu im wiadomym i też mają swoją, też ważną. I wydaje się, że ona inna, oddzielna, samoistna - a nie. Ona, widzisz, także wspólna, z naszą tutejszą połączona przez świat, całość wszystkiego. My i oni, widzisz, w jednym siedzimy, jednako się zmieniamy, zawsze sobie bliscy zasadą przekształceń. - A zarazem, zauważ, to inne już w sobie zjawisko, ich rzeczywistość - i każdego - jest indywidualna, jedna i jedyna, i to poprzez historię. I zawsze osobniczo doznana, i zawsze odrębnie przeżywana. Nie ma podobnej i nie będzie. Nigdy. Rozumiesz?... Ty idziesz, ludzi tak sobie zaczepiasz, o rzeczywistość zagadujesz, i co, myślisz, że ci powiedzą? A co mają ci powiedzieć? Niby przez wspólnotę świata tak ogólnie mogą ci powiedzieć o tym lub owym, i ty to zrozumiesz. To część wspólna, która umożliwia jaki tam dialog międzyosobniczy i jakie tam porozumienie - ale wszystko poza tym już osobiste, konkretnym życiem naznaczone, jakoś podobne, ale jednak inne... Dla ciebie jedna rzeczywistość, dla mnie moja - dla ciebie jedno jest ważne, dla mnie drugie. Tak przykładowo mówiąc, masz piątkę pożyczyć, pierwszego oddam... Nie masz." Ruszył pan Zdzisio dalej i zaszedł w jedno miejsce. Innego poznał. Przypowieści wysłuchał. "Widzisz jest dom. Taki każdy. Fundamenty, dach, okna i drzwi. Nic szczególnego. I co, pytasz, gdzie tu rzeczywistość? W tym, że to w twojej obserwacji całość funkcjonalna i pełna konstrukcja. I ona w twoim spojrzeniu inna być nie może. Zauważ, że to jest 'dom' już w stanie skończonym, tu niczego nie brakuje. To ważne, bardzo ważne. Dlaczego?... Wyjdź w swoim zastanawianiu się nad światem od tego, że to proces, że się zaczął kiedyś tam, jest stan teraz, ale wszak za chwilę, kosmiczną chwilę to się skończy. To już wiadomo, nauka w dowolny sposób ten fakt potwierdziła. Można się spierać, kiedy w tym zaczną robić się dziury, ale nie co do tego, że tak to będzie. Tylko, zauważ, o tym fakcie wiadomo dlatego, że badamy, że uczymy się oglądać to wszystko - i że wyciągamy wnioski... A teraz ustaw to sobie tak od początku, naszego osobniczego początku i zarazem w całości, jako społeczeństwa. Oto przychodzi na świat nowy człowiek i się rozgląda, na przykład ty. To oczywiście nie jest żadna tam w sobie pusta karta, to zapchane z poprzedniego etapu informacjami i komórkami istnienie, ale wobec tego, co w świecie się znajduje, to rzeczywiście jeszcze pustka, trzeba się wiele nauczyć. I co takie widzi, co odbiera zmysłami?... Jakieś plamy, dźwięki, w których na tym poziomie nawet rytm trudno znaleźć - słowem, pojedyncze fakty w ich fizycznej postaci. Leży takie coś w kołysce, piszczy, żeby dać sygnał o tym i tamtym, w sumie nic ciekawego to nie jest, zadatek na przyszłość, który może, ale nie musi się w osobnika zamienić. I to tak trwa, długo trwa... Po jakimś czasie wylezie z tej kołyski, bo już pewne zasady świata się w nim wdrukują, rozpoznaje bliskie sobie twarze i poznaje okolicę. Czyli raczkuje i podłogę smakuje, później do okna z ciekawością zagląda, za drzwi, i tak dalej. A to wszystko, zauważ, bo to istotne, w pełnym domu się dzieje, co by tym domem nie było. Każde takie obserwowanie świata dlatego jest możliwe w swojej złożoności, że wszystkie składowe elementy tego 'domu' już 33
  34. 34. w realności są, tu niczego nie brakuje, tu liczy się każda cegiełka. To nie prowizorka, która dopiero się staje - zrozum to... Dlaczego to takie istotne? Ponieważ, jak już staniesz na nogi i jak się tak całościowo rozejrzysz, masz te wszystkie fakty dostępne, one tu są i warunkują twoje spojrzenie. A przecież 'okna' oraz inne wtyczki do świata, czyli twoje zmysły, to zaledwie niewielki, maleńki zakres z całości, to szparki, przez które obserwujemy świat. I aż dziwne, że w tym spojrzeniu nie ma dramatycznie wielkich błędów, że można kroki w otoczeniu stawiać i zazwyczaj w ścianę się nie trafia. Że to długo trzeba poznawać i uczyć się? Oczywistość... A później jeszcze dalej idziesz, z domu wychodzisz, rozglądasz się, poznajesz wszystko, co można poznać. Ale czy to wszystko? Zadaj sobie takie pytanie, to w twojej sprawie również istotny element... Przecież 'domu', w którym się pojawiłeś - jego w powstawaniu nie widziałeś, bo to niemożliwe. I jego końca też nie zobaczysz, to też niemożliwość. Jednak wiesz, że się budował, i chcesz to poznać. Jak to zrobisz? Możesz użyć do tego przyrządów, zbadać wszystko od fundamentów po czubek dachu - i co, już wszystko poznałeś? Możesz pytać poprzedników, szukać czegoś w archiwach, badać szczątki historyczne, które zaświadczają okresy budowania - i co, uważasz, że to już wszystko?... Otóż nie, to tylko na jedno spojrzenie z tego wszystkiego... Zauważ, że twoja osobista historia się zaczęła iks z okładem temu, i dla ciebie to jest już wszystko. Jednak przed tobą byli inni i po tobie będą kolejni - na historię domu też tak można spojrzeć... Ty na dziś postrzegasz 'dom' w jego skończonej formie i to jest dla ciebie dostępne, tylko że to dalece nie wszystko, rzeczywistość świata jest dalece inna od tego obserwowanego - jest znacząco większa... Ty powiesz, że to takie tam gadanie, że co w tym dziwnego. Jednak ty sobie podstaw pod nazwanie 'dom' słowo 'wszechświat', tak na sprawę spójrz. Nasza pozycja tak właśnie się prezentuje, zauważ. - Jako konstrukcja pojawiamy się nie w dowolnym momencie, ale w ściśle określonym i policzalnym, i jest to jedyny taki moment w dziejach tego świata. I to nie jest żadnym tam jakimś przypadkiem - gdybym mógł, to bym ci to do głowy wbił na wszelkie sposoby, i jeszcze przyklepał. To nie żadne tam dziwactwa i odchylenia od normy, o czymś takim zapomnij na wieki wieków, bowiem w sprawie - w chwili naszego zaistnienia głęboki fizyczny sens się kryje, rozumiesz?... Nie wcześniej, nie później, tylko w środku, to jest nasz moment. Tylko w chwili, kiedy wszystkie elementy można w okolicy zaobserwować i zużytkować - kiedy są dostępne składniki do produkcji takiej gadatliwej poczwary, rozumiesz? Czy w zakątku się jakim tak podzieje, że taka poskręcana kodem bytowość się pojawi i że sobie o tym pogadamy - cóż, widzisz, to jest pewne tak na kilka szans na wszechświat. Ale to, zauważ, jedynie szansa. Może z tego coś wyrośnie, a może tylko zadatkiem się okaże... Naszym zadaniem, każdego z nas i wszystkich razem, jest tak spojrzeć na ten tutejszy dom-wszechświat, żeby wyjść w zastanawianiu się od takiego, co pod ręką i najbardziej widoczne, i jedynie zresztą dostępne - ale żeby tak z tego środka, i zawsze od wewnątrz, żeby w spojrzeniu już nie ograniczać się do tego, co widać i co jest. Bo to, po prawdzie, i obejrzane, i obmacane, i posmakowane - nawet zrozumiane. Chodzi o to, żeby opierając się na istniejącym, tu i teraz istniejącym, jak na materialnej opoce się opierając - żeby ujrzeć wszystko. Nawet i to, czego już nie ma lub jeszcze nie ma. I to jest możliwe... Można 34

×