Your SlideShare is downloading. ×

Wiadomosci misyjne nr 25 (3/2012)

856

Published on

WIADOMOŚCI MISYJNE to biuletyn informacyjny Sekretariatu Misyjnego Polskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Wydawany cztery razy w roku. …

WIADOMOŚCI MISYJNE to biuletyn informacyjny Sekretariatu Misyjnego Polskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Wydawany cztery razy w roku.
####
WIADOMOSCI MISYJNE (Mission News) is a periodical pubished four times a year by the Office of Freign Missions of the Province of Poland of the Congregation of the Mission.

0 Comments
0 Likes
Statistics
Notes
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

No Downloads
Views
Total Views
856
On Slideshare
0
From Embeds
0
Number of Embeds
0
Actions
Shares
0
Downloads
0
Comments
0
Likes
0
Embeds 0
No embeds

Report content
Flagged as inappropriate Flag as inappropriate
Flag as inappropriate

Select your reason for flagging this presentation as inappropriate.

Cancel
No notes for slide

Transcript

  • 1. W tym numerze oprócz misjonarzy, których listy czytamy regularnie,a więc ks. Marka Maszkowskiego, opisującego nam zwyczaje malgaskiezwiązane z ceremoniami pogrzebu oraz wspomnianego ks. Józefa Klatki,spotkamy się z ks. Edwardem Łojkiem, poprzez fragmenty obszernegoopracowania przedstawiającego pracę misjonarzy na Białorusi i Ukrainie.Dziękujemy ks. Edwardowi i wyrażamy nadzieję, że misjonarze za nasząwschodnią granicą będą częściej gościć na naszych łamach. Ks. Stani-sław Szczepanik, jeden z polskich misjonarzy aktywnie biorących udziałw formacji pierwszych kongijskich misjonarzy snuje refleksję nad swojąrolą wychowawcy kandydatów do kapłaństwa i delikatnym problememspotkania się ludzi mających te same intencje służenia Bogu, ale należą-cych do dwóch różnych światów kulturowych. Modlitwa jest ważną for-mą zaangażowania w dzieło misyjne. Kl. Jacek Międlar rozmawia z Sio-strą Ancillą na temat tej formy głoszenia Ewangelii i wspierania pracymisjonarzy a ks. Damian Wyżkiewicz kolejnym nabożeństwem misyj-nym pomaga nam włączyć się w modlitwę za misje. Dla mnie osobiście ten wakacyjny numer „Wiadomości Misyjnych”jest również pożegnaniem z Wami w roli dyrektora Sekretariatu Misyj-nego. Przez wiele lat miałem okazję utrzymywać kontakt z Przyjaciół-mi Misji, jako misjonarz w Kongo. Pozostaję zawsze wdzięczny zawszelką życzliwość i pomoc okazywaną mi w tym czasie. Przez ostat-nie trzy lata miałem szczęście poznać bliżej wszystkich, którzy współ-pracują z Sekretariatem Misyjnym poprzez posługę w Sekretariacie,redakcję „Wiadomości Misyjnych” i strony internetowej. Wielu mo-głem poznać osobiście lub przez korespondencję. Dziękuję Panu Bogui Wam Drodzy Przyjaciele Misji za współpracę na rzecz Misji. Dzięku-ję bardzo moim najbliższym współpracownikom Pani Agacie Gruźle,klerykowi Jackowi Międlarowi i Panu Tomaszowi Zielińskiemu. 1
  • 2. Przekazuję kierownictwo Sekretariatem ks. Stanisławowi Szcze-panikowi, któremu życzę owocnej współpracy z misjonarzami, ichrodzinami i Przyjaciółmi Misji. Niech ta współpraca owocuje corazbardziej wyrazistym głoszeniem Dobrej Nowiny o zbawieniu poprzezposługę misjonarzy oraz modlitwy i świadectwo Przyjaciół Misji.Ks. Stanisław ma za sobą wieloletnią posługę misyjną w Kongo, naHaiti i w Portoryko. To doświadczenie zapewne zaowocuje nowymipomysłami animacji misyjnej i pomocy misjonarzom. Z radością informuję Was, że znalazłem się w grupie misjonarzyudających się w tym roku do pracy misyjnej. Dlatego nie żegnam się,ale wracam do pierwszej formy kontaktu i współpracy z Wami jakomisjonarz. Polecając się Waszym modlitwom, życzę wszystkimwszystkiego co najlepsze jeszcze raz serdecznie dziękując za dotych-czasową współpracę. Szczęść Boże. Ks. Stanisław Deszcz CM Dyrektor Sekretariatu Misyjnego 2
  • 3. WSPOMNIENIEO ŚP. KS. STANISŁAWIE WNUKU CM „Niezbadane są wyroki Boskie” Śp. Ks. Stanisław Wnuk CM miałjuż wykupiony bilet lotniczy, by potrzech latach od ostatniego pobytu, po-nownie przylecieć na urlop do Polski(spotkać się z rodzeństwem, nabrać siłdo dalszej pracy misyjnej, pomodlić sięna grobach najbliższych) i wrócić doswojej „drugiej Ojczyzny” jaką dla niegobył Madagaskar. Niestety z „innym bile-tem” został przyjęty do Ojczyzny Nie-bieskiej. Pogrzeb ks. Stanisława odbyłsię 3 maja 2012 roku. Został pochowany,jako pierwszy kapłan ze Zgromadze-nia Księży Misjonarzy w grobowcu,który kiedyś pomagał budować, w Fort-Dauphin (Tolagnaro) na Madagaskarze. Z księdzem Stasiem przebywałemod 15 roku życia. Najpierw przez trzylata w „małym seminarium” w Krako-wie, na Kleparzu. Władze komunistyczne zabrały nam jednak budy-nek i dalszą naukę kontynuowaliśmy na Stradomiu. Po ukończeniuliceum przed komisją państwową odbył się egzamin maturalny, Stasiuzdał za pierwszym podejściem. Następnie rozpoczęliśmy studia filo-zoficzne w Wyższym Seminarium. Ówczesne władze dały znowuznać o sobie i część seminarzystów powołano do odbycia służby woj-skowej – mieliśmy wtedy po 19 lat. Dwa pełne lata, to czas służby„w tak zwanej jednostce kleryckiej” w Szczecinie. Była to trudna jed-nostka saperów. Raz w miesiącu – w niedzielę – wychodząc na prze-pustkę, pierwsze kroki kierowaliśmy do kościoła na Mszę Świętą.Lata spędzone w wojsku (1965-1966) to czas Millenium chrztu Polski. 3
  • 4. Różnie w tym wojsku było, ale w miarę wolnego czasu uczyliśmy się,między innymi historii Kościoła, aby w czasie krótkich urlopów zali-czać egzaminy. Po zakończeniu służby wojskowej przyjęto nas na drugi rok filozo-fii. Mogę śmiało powiedzieć, że mimo zamierzonego celu, wojsko niezniechęciło kleryków do wytrwania w powołaniu kapłańskim, leczuodporniło ich na trudy życia i w dużym stopniu przygotowało dopracy misyjnej. Nauczyliśmy się między innymi naprawiać drogi, bu-dować mosty, pływać i radzić sobie w sytuacjach ekstremalnych,z którymi często spotykamy się na Madagaskarze. Po ukończeniu studiów teologicznych, w czerwcu 1971 rokuks. biskup Albin Małysiak udzielił nam święceń kapłańskich. StasiuWnuk i Marcin Wiśniewski, już jako diakoni, zgłosili się na wyjazddo pracy misyjnej, więc zaraz po święceniach wyjechali do Paryża nakurs języka francuskiego, a następnie na Madagaskar. Ja dołączyłemdo nich cztery lata później. Stasiu pracował bardzo ofiarnie. W Tsivory zbudował dużą plebaniędla księży i nowy dom dla Sióstr Miłosierdzia, a w Ebelo piękny kościół.Dużym przedsięwzięciem budowlanym była również rozbudowa domu 4
  • 5. Księży Misjonarzy w Fort-Dauphin (Tolagnaro), gdzie znajduje się no-wicjat Zgromadzenia. Przez prawie 15 lat jego pokój w misjonarskimdomu w Fort-Dauphin (Tolagnaro) był naszą przystanią. Tam nas przyj-mował, stamtąd wyjeżdżaliśmy na urlop do Ojczyzny i tam wracaliśmyz powrotem. Ksiądz Stasiu był cierpliwy, wyrozumiał i pracowity. Wy-konywał plany techniczne budowy nowych kaplic i kościołów, był na-szym inżynierem i doradcą. Można było na niego liczyć przy zakupiemateriałów budowlanych, realizacji zamówień itp. On też był naszymlekarzem „pierwszego kontaktu” (mierzył ciśnienie, cukier), a jak trzebabyło to był też naszym fryzjerem. U niego mogliśmy zjeść dobrą polskązupę, bigos, jajecznicę i wypić zieloną herbatę. Wstawał już o godz. 4.00rano i kto miał ochotę mógł u niego wypić poranną kawę. Ksiądz Stanisław był mężczyzną wysportowanym, często przejeż-dżał na rowerze ok. 20 km dziennie, pływał w oceanie indyjskim, alenajwiększą radość sprawiała mu poranna wspinaczka na górę Marillacz różańcem w ręku. Codziennie rano odprawiał Mszę Świętą w domuSióstr Miłosierdzia, które opiekowały się trędowatymi. W pobliżutego domu został zbudowany duży grobowiec dla sióstr i księży. 5
  • 6. Ksiądz Stasiu często mówił, że dla siebie zbuduje grobowiec na górzeMarillac, obok figury Matki Bożej. Stało się jednak inaczej i to onjako pierwszy z kapłanów naszego Zgromadzenia – Polak, misjonarz,kolega i przyjaciel został pochowany 3 maja 2012 roku, w Uroczy-stość Matki Bożej Królowej Polski, w grobowcu Księży Misjonarzyi Sióstr Miłosierdzia na Madagaskarze. Drogi Stasiu, chciałbym Ci dzisiaj serdecznie podziękować zawszystkie lata – te z czasów seminaryjnych i te z pracy misyjnej naMadagaskarze. Nie mogłem tego w pełni uczynić 3 maja 2012 roku naMszy Świętej w Twojej rodzinnej miejscowości, ponieważ wzruszenie„odebrało” mi głos, a do oczu napłynęły łzy. Dziękuję Ci, że byłeś z nami w ubiegłym roku na jubileuszu 40-leciaświęceń kapłańskich w Mananteninie. Żartowałeś wtedy: „Co to za jubi-leusz, zaczekam na 50-lecie”... Żegnaj Stasiu !!! Ks. Józef Klatka CMKraków, 15 maja 2012 r. misjonarz z Madagaskaru 6
  • 7. „Ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia” Madagaskar, 2008 rok. Zmęczenie po wielogodzinnej jeździe pobezdrożach i spotkanie z Człowiekiem, który mnie rozumie. Nareszciemogę napić się herbaty, o której marzyłam od dawna. Trudno sobiewyobrazić moją radość. Dobroć Księdza Stanisława jest ogromna,pomimo tak trudnych warunków, w jakich przyszło Mu żyć. Maławioseczka w buszu. Okropna pogoda, pada deszcz, błoto. Jechaliśmybardzo długo po bezdrożach, gdyby nie samochód terenowy, nie moż-na by było przejechać. Czekamy, aż zejdą się ludzie, trwa to bardzodługo. Przyjazd Misjonarza to dla tubylców niedziela i wielkie święto.Spowiedź, Msza św., a potem rozmowy z ludźmi o ich problemach.Zmęczenie, często to praca ponad ludzkie siły. A potem skromny po-siłek – miska ryżu, za którą trzeba zapłacić, bo przecież ci ludzie niemają z czego żyć. Co kupić, kiedy nie ma za co? Ale coś trzeba jeść.Czasem ryż nie wystarcza. Ksiądz Stanisław wychodzi ze sklepu na 7
  • 8. ulicę i widzi małą dziewczynkę proszącą o pomoc. Oddaje jej wszyst-kie posiadane pieniądze. Na pierwszym miejscu jest człowiek, jakodzieło Boga, niezależnie od jego poglądów. Dla księdza Stasia naj-ważniejsza w tym momencie była ta głodna dziewczynka. Na Madagaskarze spędziłam pięć tygodni. Przez kilka dni jeździ-łam z Ks. Stanisławem Wnukiem CM do Jego wiosek w buszu.Każdy dzień był niezwykły. On uczył mnie miłości do każdego napo-tkanego człowieka, cierpliwości i wyrozumiałości. Dziękuję Panu Bogu za to, że dane mi było spotkać tak wielkiegoCzłowieka, który swoje życie poświęcił ludziom z „czerwonej wy-spy”. Jestem pewna, że teraz cieszy się z nagrody w niebie i zaśw. Pawłem może powiedzieć: „W dobrych zawodach wystąpiłem,bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. A na ostatek odłożono dla mniewieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan”. Barbara Masłowska 8
  • 9. List z Madagaskaru FANDEVENANA „Pogrzeb w plemieniu Tanosy (poł. Madagaskaru)” Bardzo upraszczając filozofię życia malgaskiego, można powiedzieć,iż większość Malgaszy nie przywiązuje większej wagi do urządzeniasię w życiu, zdobycia majątku czy bogactwa. Według ich wierzeń,prawdziwe życie dopiero rozpoczyna się po śmierci, gdy zmarli zostanązłożeni do rodzinnego grobowca, o ile wszystkie zwyczaje związanez pochowaniem zostaną dopełnione według zwyczaju plemiennego. Śmierć, pogrzeb, rodzinny grobowiec to punkt kulminacyjny mal-gaskiego życia, a całe życie praktycznie jest przygotowaniem się na tęchwilę. Nie ważne jest gdzie się mieszka, co się ubiera, co się na co-dzień spożywa. Najważniejsze to mieć piękny i huczny pogrzeb, naktóry przyjdzie dużo osób i podczas którego zabije się wiele bydła, zło-żonego na ofiarę przodkom. Jeżeli ktoś zmarł z dala od rodzinnego gro-bowca, rodzina zrobi wszystko by ciało zmarłego (razana) sprowadzići pochować w rodzinnym grobowcu. To daje pewność, że zmarły połą-czył się z przodkami, a jego duch nie będzie nękał w snach rodzinę.Wyjątek stanowią niemowlęta do trzeciego miesiąca, chłopcy i męż-czyźni nieobrzezani. Ale i tutaj, często już po zgonie, robi się obrzeza-nie. Zmarli o wyjątkowo złej przeszłości (mordercy, truciciele, złodzie-je bydła jak i ci, którzy dopuścili się uchybienia względem rodziny) sąpozbawieni tego prawa. Często o zmarłym nie mówi się, że zmarł, ależe „skończył się jego dzień”, „powraca do snu”, „nadszedł zmierzchjego dnia”, co do mężczyzny, że „złamało się jego wiosło w oceanie”,a o kobiecie, że „rozbił się dzban, który czerpał wodę”… Każda rodzina ma przynajmniej dwa grobowce, często daleko odwioski. W jednym chowani są mężczyźni i chłopcy, w drugim kobietyi dziewczęta. Bez przesady można powiedzieć, że jest to miejsce naj-świętsze – sacrum dla Malagasza. Absolutnie nic nie wolno zabrać,ruszyć z tego miejsca. Żadnego drzewka czy gałązki nie można ściąć.Uczestniczyłem w procesie wioskowym, dotyczącym małego chłopca,który nieopatrznie w okolicach gobowców (fasana lub kibory), zaro- 9
  • 10. Tsangam-bato chrześcijan Tsangam-bato poganśniętych lasem zbierał chrust na opał. Żadne usprawiedliwienie, że niewiedział, że to pierwszy raz, nie trafiało do starszyzny. Jednogłośniezadecydowano, że rodzice dziecka muszą ofiarować wiosce krowę.Nikt nie ma prawa wejść na teren cmentarza, o ile najstarszy z klanurodzinnego (lonaka) nie wyrazi zgody i sam nie poprowadzi. Każdeuchybienie w tym wypadku jest surowo karane, łącznie ze śmiercią.Tak się stało niecały rok temu w plemieniu Antyfasy (diecezja Fara-fangana). Dwóch braci oczyszczając pole w pobliżu grobowców, wy-palali zeschłą trawę i ścięte krzewy. Przy niespodziewanym podmu-chu wiatru, ogień przerzucił się na pobliski lasek, w którym znajdująsię grobowce. Starszy brat próbując ratować młodszego, całą winęwziął na siebie. Niestety starszyzna wioski była nieugięta, a po odby-ciu narady (kabaro) wyrok był jednoznaczny – śmierć. Najpierw ob-cięto obu braciom ręce i nogi, a resztę ich ciała spalono. Gdy zmarły odchodzi do zmarłych przodków, najpierw cała rodzi-na naradza się: kogo zawiadomić, ile bydła przeznaczyć na pochóweki stypę, skąd wziąć fundusze na jedzenie dla gości, zwłaszcza na zakupryżu i toka (rum z trzciny cukrowej). W tym samym czasie ktoś innyz rodziny udaje się do sklepu (czasami wiele kilometrów), by kupić 10
  • 11. materiał służący do owinięcia zmarłego. Dopiero teraz można rozesłaćposłańców (iraka) z powiadomieniem o nieszczęściu (fahoriana). Trzeba zauważyć, że w przypadku ciężko chorego, umierającego,cała rodzina jest przy nim obecna, czasami wiele dni. Wszystkie pracei zajęcia są zawieszone, liczy się tylko chory. W wiosce zmarłego, cojakiś czas można usłyszeć antsiva (duża muszla morska z małymotworem, w który umiejętnie się dmucha, by wydobyć bardzo basowyi niski dźwięk, wywołujący atmosferę grozy). Powoli schodzi się dal-sza rodzina, sąsiedzi i znajomi. Wszyscy obowiązkowo przynosządatki pieniężne i jedzenie. Przyprowadzają krowę tylko ci, którzy sązobowiązani (dzieci zmarłego rodzica, zięciowie, ci którzy mającwcześniej pogrzeb w swojej rodzinie, otrzymali kiedyś krowę od ro-dziny obecnie zmarłego i ci co mieli fati-dra („bratestwo krwi” zezmarłym, tj. dwoje osób nacina sobie skórę, by zmieszać krew, tymsamym stają się dla siebie rodzeństwem). Wszystko jest skrupulatniezapisywane, to na przyszłość, aby wiedzieć jaką ofiarę trzeba przy-nieść, gdy będzie pogrzeb u sąsiadów. Kobiety gromadzą się przyzmarłym, w sąsiednim domu mężczyźni zdrowo popijając rum, ucina-ją sobie dyskusje na różne tematy. W trzecim domu najstarszy z roduz sekretarzem zapisują co przynieśli żałobnicy dla rodziny zmarłego,by się móc w przyszłości zrewanżować. W południe wspólny posiłek. Bez przesady można powiedzieć, żerodzina zmarłego staje na głowie, aby zdobyć co najmniej jedną sztukębydła – bilet wstępu dla zmarłego do grona przodków oraz by gościemieli co jeść i pić przez kilka dni. Nierzadko na sprzedaż idą ryżowiska,plantacje kawy. Rodzina, która nie dopełni tego zwyczaju kompletnietraci prestiż społeczny. Wieczorem, przy akompaniamencie mandoliny,langoro (bęben), rozpoczyna się czuwanie nocne przy zmarłym. Kawa,bimber, śpiewy, tańce wokół domu zmarłego mogą nas trochę szokować,ale dla rodziny to oznaka szacunku i gwarancji, iż długo będzie się opo-wiadało i wspominało ostatnie pożegnanie zmarłego z rodziną. Czwarteki niedziela to dni tabu, przeznaczone do pochówku zmarłego. W trzecim dniu lonaka z kilkoma osobami udają się do grobowca,by prosić zmarłych o pozwolenie na jego otworzenie i przyjęcie zmar-łego. Jeżeli zmarł ojciec rodziny, to po wspólnym posiłku przy zmar-łym, najbliższa rodzina prosi go o błogosławieństwo. Pod podniesio- 11
  • 12. nymi w górę zwłokami, które są przywiązane do dwóch drążków,wszyscy przechodzą dołem, zapewniając sobie dalszą opiekę zmarłego.Po trzykrotnym obniesieniu wokół domu, gdzie mieszkał zmarły, jesz-cze pozostaje pożegnanie się z jego bydłem i wioską. Przypędza siębydło, aby przeszło obok zmarłego, a młodzi i zwinni chłopcy próbująchwycić za rogi niektóre sztuki. Jeżeli rodzina, a przynajmniej częśćjest chrześcijańska, to przy śpiewach religijnych, płaczu, wszyscy udająsię w ostatnią drogę ze zmarłym do grobowca. Uwaga! Kobiety niemogą płakać przy grobie. Karą za to jest oczywiście krowa. Dla kobietbardziej sentymentalnych i uczuciowych wyznaczone jest specjalnemiejsce, z dala od grobowca. Po podniesieniu płyty grobowej i opuszczeniu zwłok do wewnątrz,lonaka zwraca się do zmarłego z prośbą, „by nie opuszczał tego miejscai nie przychodził do wioski”. Dla dopełnienia zwyczaju Tanosy pozo-staje obowiązek postawienia kamiennej steli (tsangam-bato) upamięt-niającej zmarłego, będącej jednocześnie miejscem spoczynku jegoducha. Niekoniecznie musi to być spełnione zaraz po pogrzebie.Zwłoka nawet kilku lat jest dopuszczalna. Ale i tutaj obowiązuje na-kaz zabicia byka, który jest w pewnym sensie utożsamiany z osobą. Sięgając w przeszłość Tanosy, dowiedziałem się z opowiadań, iżprzy ciągnięciu płyty kamiennej, która często miała kilka metrów dłu-gości i ważyła kilka ton, zabijano 20-40 sztuk bydła (omby). Spraszanoludzi z całej okolicy, ilość uczestników często przekraczała 200 i więcejosób. Wszystko odbywało się w stylu egipskim, pod blok skalny pod-kładano okrąglaki i lianami powiązanymi z blokiem, przy muzyce,śpiewach i ostro polewanym rumie, centymetr po centymetrze prze-suwno blok. Cała uroczystość trwała niekiedy kilka tygodni. Obecniehodowla bydła bardzo spadła, poziom życia z każdym rokiem się obni-ża. Rodziny nie stać na uczczenie zmarłego większą ofiarą, więc czynisie to tylko symbolicznie, kilkoma sztukami bydła. Przy stawianiu blo-ku kamiennego (czasami z cementu), padają sakramentalne słowa lona-ka: „Tutaj jest twój dom, opiekuj się nami, przymnażaj nam zdrowia,bydła, bogactw i plonów, a zły duch (angatra) niech już nigdy nie za-kłóca życia żywym”. Kamień polewa się tłuszczem zabitego byka. Do-piero wtedy można powiedzieć, że duch zmarłego spoczywa w pokoju,a rodzina spełniła swój święty obowiązek i uczyniła zadość przodkom. 12
  • 13. Tsangam-bato stoją bardzo blisko wioski, często tuż przy drodze,tym samym duchy zmarłych mogą skuteczniej opiekować się żyjącymii tymi, którzy obok przechodzą. Promienie nadziei zmartwychwstaniatych co zasnęli w Panu, z wielką trudnością przenikają gęste zarośla wie-rzeń i zwyczajów, które od wieków w plemieniu Tanosy, są podtrzymy-wane i przekazywane z pokolenia na pokolenie. Niewiele rodzin (na-zwijmy je chrześcijańskimi) prosi o pogrzeb chrześcijański z księdzem.Tłumaczenie, zachęcanie do wypełnienia obowiązku i zwyczaju chrze-ścijańskiego co do zmarłych (modlitwa kapłana w domu, przyprowa-dzenie zmarłego do kościoła, Msza św., odprowadzenie do grobu,poświęcenie grobu), nadal napotyka na pewien opór. Słaba wiara, braktradycji, rodziny mieszane (większość nie przyjęła wiary chrześcijań-skiej), w pewnym stopniu usprawiedliwiają nieobecność kapłana i po-żegnania zmarłego ze wspólnotą chrześcijan w kościele i przy grobie.Nierzadko sama rodzina wręcz odmawia umierającemu sakramentów. Tak było w Efasy, zebrana rodzina przy umierającym dziadku,który prosił o księdza, zdecydowanie była przeciwna temu by mniepowiadomić. Dziadek przez dwa tygodnie był nieprzytomny. Gdyprzyszedłem do Efasy, odbywając comiesięczne odwiedzanie chrze-ścijan, dowiedziałem się, że dziadek jest umierający. Natychmiastudałem się z komunią św. i olejami do domu umierającego. Udzieli-łem tylko sakramentu chorych. Po kilku godzinach dziadek zmarł.Czyżby czekał na łaskę sakramentalną? W kontekście uproszczonego i skrótowego opisu zwyczajów i wie-rzeń Tanosy co do zmarłych, może łatwiej będzie czytelnikowi zro-zumieć potrzebę modlitwy i ofiary cierpienia w intencji Misji i pro-blemów przekazania Dobrej Nowiny, nie niszcząc tradycji i zwycza-jów tubylczych. Nadal bardzo dużo potrzeba czasu, modlitw, ofiar dlatych, którzy uczynili pierwszy krok (chrzest) i następne (PierwszaKomunia Święta, bierzmowanie), ale ciągle nękani są wątpliwościami,paraliżowani strachem przekroczenia zwyczajów przodków co do po-chowania razana w połączeniu ze zwyczajem chrześcijańskim. Głębokich i radosnych przeżyć uroczystości paschalnych i tajem-nicy Zmartwychwstania Pańskiego z modlitwą życzy Ks. Marek Maszkowski CM misjonarz z Madagaskaru 13
  • 14. INFORMACJE O PRACY MISJONARZY NA WSCHODZIE W OKRESIE PRZEMIAN USTROJOWYCH w latach 1990-2010 (fragmenty) Przed święceniami i zaraz po ich przyjęciu w 1982 roku bardzopragnąłem wyjechać na Misje zagraniczne, tzn. na Madagaskar lub doZairu, gdzie wtedy wyjeżdżali nasi współbracia. Jednakże zbyt wielubyło chętnych na wyjazd, a ks. wizytator mógł wysłać tylko dwóch,więc ja otrzymałem propozycję wyjazdu za rok, dwa lub później. Zo-stałem w Polsce, ale w roku 1985, gdy w ZSRR doszedł do władzy Mi-chaił Gorbaczow i zaczęła się tzw. „pierestrojka i głasnost” (przebudowai otwartość), czyli wolność, także trochę swobody religijnej po dotych-czasowym, kilkudziesięcioletnim ucisku i prześladowaniach, doszedłemdo wniosku, że tam – na Wschodzie – będzie możliwość pracy i pomocy.Zresztą wiedziałem o tej rzeczywistości, bo gdzieś pod koniec lat 70-tych 14
  • 15. XX wieku (dokładnej daty nie zapamiętałem) w naszym Seminarium naStradomiu gościł „legendarny” dla nas kleryków – ks. Michał Woro-niecki. Spotkanie z nim „zapaliło” wtedy we mnie myśl i pragnieniepomocy dla Kościoła na Wschodzie. Wtedy powiedziałem więc wizy-tatorowi, że: „Jeśli będzie taka możliwość, to jestem gotowy jechać naWschód, obojętnie gdzie”. Po kolejnych pięciu latach sytuacja dojrza-ła do tego stopnia, że pracujący w ZSRR nasz współbrat, ks. MichałWoroniecki z Różan (dzisiejsza Białoruś) został poproszony do pomocyw organizowanym od podstaw Seminarium Duchownym w Grodnie,w charakterze Ojca Duchownego. Wtedy zostali zaproszeni dwaj Mi-sjonarze z Polski; byli to: ks. Jerzy Tumas i ks. Tadeusz Wojtonis, któ-rzy objęli rozległe tereny dotychczasowej, prowadzonej przez kilka-dziesiąt lat, posługi księdza Michała. Ponieważ ks. Wojtonis po półtorarocznym pobycie wracał do Pol-ski, dlatego wizytator, ks. Stanisław Wypych zwrócił się do mniew tych słowach: „Podobno jesteś chętny pojechać na Wschód? Boks. Tadeusz Wojtonis właśnie chce wracać, więc może ty byś go za-stąpił. Skontaktuj się z nim, pojedź, zobacz”. Pojechałem, zobaczyłemi postanowiłem tam pracować. Pierwszy rekonesans obyłem w czerw-cu 1991 roku, a już pod koniec lipca pojechałem do pracy na Wscho-dzie. Dla mnie było to jednoznaczne zaproszenie Boże – nie miałemnajmniejszych wątpliwości. Pomyślałem: „Nie można tych ludzi, któ-rzy całe dziesięciolecia żyli bez kapłana i – mimo wielkich przeszkódi trudności – zachowali wiarę, zostawić bez posługi kapłańskiej, gdyteraz jest taka możliwość działania”. Pojechałem i zatrzymałem sięw miejscowości Szereszewo (do wojny nazwa: Szereszów). W tejniewielkiej miejscowości (około 3 000 mieszkańców) żyło blisko 500katolików, a drugie tyle w okolicznych wioskach, odległych od ko-ścioła w promieniu do 20 km, a może i więcej. Kościół katolicki, któ-ry był zamknięty przez równo 40 lat (1948-1988), też był już zwróco-ny katolikom, więc brakowało im tylko kapłana na stałe. Tutaj pragnę podać nieco informacji o poszczególnych domachi wspólnotach należących do utworzonej i powołanej do życia z dniem1 stycznia 2001 roku Wiceprowincji św. Cyryla i Metodego, obejmu-jących Misjonarzy pracujących na terytorium dzisiejszych krajówBiałorusi, Rosji i Ukrainy, a kiedyś będącymi republikami w „zesta- 15
  • 16. wie” Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, krótko nazy-wanych Związek Radziecki lub „sowieckij sojuz”. UKRAINA – ZAKARPACIE – PERECIN. Perecin to kilkuty-sięczne miasteczko w zachodniej Ukrainie, tuż przy granicy ze Słowacją.Z tego co wiem, to nasi Konfratrzy ze Słowackiej Prowincji zaczęli swo-ją działalność na terenie Zakarpacia już w 1990 roku, a być może trochęwcześniej. Jednym z pierwszych i bardzo aktywnych był ks. Milan Šasik(czyt. Szasik), przez kilka lat pracujący jako Sekretarz Nuncjatury Apo-stolskiej w Kijowie, a obecnie Biskup Diecezjalny diecezji Użgododzkiejobrządku Bizantyńsko-Ukraińskiego (greko-katolicy). UKRAINA – CHARKÓW. Przemysłowe, około dwumilionowemiasto na wschodzie Ukrainy – blisko granicy z Rosją. Pamiętam, żeDom w Charkowie na Ukrainie był organizowany już w roku 1995.Była to Misja międzynarodowa, w skład której wchodziło na początkutrzech Konfratrów; jeden ze Słowacji: ks. Jarosław Jasso i dwóchz Polski: ks. Jacek Dubicki i ks. Jan Trzop. ROSJA – URAL. Misja na Uralu, w około półmilionowym mie-ście Niżnij Tagił, rozpoczęła się w roku 1997. Była to misja między-narodowa; tworzyli ją czterej konfratrzy – dwóch ze Słowenii:ks. Tomasz Mavrić i ks. Alojzy Letonya i dwóch z Polski: ks. MaciejKuczak i ks. Krzysztof Waryan. Oprócz pracy duszpasterskiej wśródnielicznych katolików w mieście przemysłowym, gdzie rozwinęło sięhutnictwo i produkcja uzbrojenia, a zwłaszcza czołgów, objęli takżemaleńkie wspólnoty katolickie w okolicznych miejscowościach i dwóchpunktach duszpasterskich, w miasteczkach odległych ponad 300 km napółnoc (nazwa ich to Krasnoturińsk i Sewierouralsk). Co zaś tyczy się Domu Misjonarskiego na Białorusi, to jakwcześniej wspomniałem, w lutym 1990 roku, dwaj księża z PolskiejProwincji, tj. ks. Tadeusz Wojtonis i ks. Jerzy Tumas pojechali dopomocy dla ks. Michała Woronieckiego, który całe swoje misjonar-skie życie przeżył na Wschodzie. To wspaniała postać, która domagasię szczegółowego opracowania, gdyż nawet sobie nie uświadamiamy,jak wiele przeżył na tej „nieludzkiej ziemi” w objęciach totalitaryzmusowieckiego. Podobnie piękną kartę misjonarskiego posługiwaniazapisał swoim życiem i pracą ks. Adolf Trusewicz, który od święceńkapłańskich w 1945 roku niemal całe życie służył w Wilnie i Sude- 16
  • 17. rowie na Litwie. Ostatnie zaś lata swojego misjonarskiego życia spę-dził w Krakowie, gdzie też zmarł w roku 2001. Pochowany w gro-bowcu misjonarskim w Krakowie na Rakowicach. W 1991 roku zastąpiłem ks. Tadeusza Wojtonisa, a ks. Jerzy Tu-mas mieszkał w Różanach. Ks. Michał Woroniecki już od 1990 rokubył Ojcem Duchownym w WSD w Grodnie. Tam pracował do samejśmierci, która zastała go 10 czerwca 1998 roku – pochowany został nacmentarzu w Grodnie. W 1992 roku do Grodna dołączył ks. TadeuszWyszyński, który podjął się heroicznej pracy jako wykładowca i wy-chowawca przyszłych młodych kapłanów na Białorusi, tam też pracu-je do dnia dzisiejszego. Także w 1992 roku po kilkumiesięcznym po-bycie na Litwie, od ks. Adolfa Trusewicza z Suderwy, przybył do Sze-reszewa ks. Henryk Balcer (wcześniej, po święceniach pracujący namisjach w Zairze). Po wyjeździe z Różan, w czerwcu 1994 rokuks. Jerzego Tumasa, z Polski przybyli do pracy na Białorusi ks. JanuszPulit i ks. Dariusz Błaszczyk. Należeliśmy do Polskiej Prowincji. Za kadencji ks. Karola Hołubickiego jako wizytatora Polskiej Pro-wincji, 2 czerwca 1996 r. został erygowany Dom Prużański na Białorusi. 17
  • 18. Tworzyli go wszyscy współbracia mieszkający i pracujący na terenieBiałorusi w duszpasterstwie (księża: Błaszczyk, Pulit i Łojek) i w WSDw Grodnie (księża: Woroniecki, Wyszyński i od 1995 r. Mariusz Zyga-dło). Tak więc Dom był zapisany na papierze, ale w rzeczywistościżyliśmy w „rozsypce”. Wspólnotowość staraliśmy się tworzyć na miaręnaszych ograniczonych możliwości. Byliśmy w bardzo częstym kon-takcie telefonicznym, a spotykaliśmy się z okazji takich świąt jak:uroczystość św. Wincentego a Paulo, święto Nawrócenia św. PawłaApostoła, imieniny lub dzień urodzin któregokolwiek z nas; i oczywi-ście święta Bożego Narodzenia jak też Wielkanocy. Widywaliśmy siętakże na odpustach w prowadzonych przez nas parafiach. Wychodziłoto ok. 12 do 20 razy w ciągu roku. Pracując w duszpasterstwie staraliśmy się także dopomagać sobiew różnych akcjach duszpasterskich. Ci, którzy mieszkali w Grodnie,byli bardzo zajęci w tamtej pracy, niemniej starali się do nas dojeżdżaćna umówione spotkanie w dogodnych terminach. Największa pomocmaterialna dla naszej pracy duszpasterskiej do tej pory była ze stronyPolskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Misjonarzy, a także indywi-dualnie każdy starał się organizować sobie pomoc na różne sposoby,szukając Przyjaciół i Dobrodziejów wśród znajomych kapłanówi świeckich, zwłaszcza w Polsce. 18
  • 19. Misjonarze pracujący na Białorusi: Imię i nazwisko Lata Miejsce Uwagi Łysków Proboszcz 1945-1949 Kazachstan Obóz pracy 1949-1956Ks. Michał Woroniecki Różany Proboszcz 1956-1990 Grodno Ojciec Duchowny 1990-1998 w seminarium Szereszewo,Ks. Tadeusz Wojtonis 1990-1991 Sielec k. Berezy, Proboszcz Prużany Różany, Łysków,Ks. Jerzy Tumas 1990-1994 Proboszcz Kosowo, Podorosk 1991-1992 Proboszcz 1991-2003 Sielec k. Berezy, Proboszcz 1991-2005 Szereszewo ProboszczKs. Edward Łojek 2000-2003 Prużany Proboszcz 2000-2005 Przedzielsk Proboszcz 1992-2005 Wielkie Sioło Dziekan Prużański 1996-2004 Superior Domu Pr.Ks. Tadeusz 1992- Grodno Wykładowca WSDWyszyńskiKs. Henryk Balcer 1992-1993 Szereszewo Pomocnik Prob.Br. Marek Kopczyk 1993-1994 Szereszewo Pomocnik Prob. 1994- Różany, ProboszczKs. Janusz Pulit 2004-2007 Łysków Sup. Domu Prużań Kosowo, Wólka,Ks. Dariusz Błaszczyk 1994- Proboszcz IwacewiczeKs. Mariusz Zygadło 1995-2003 Grodno Ojciec Duch. WSDKs. Andrzej Klima 1998-1999 Grodno Ojciec Duch. WSDKs. Sławomir 1998-2000 Szereszewo WikariuszWartalskiKs. Adam Stroczyński 2000-2002 Szereszewo WikariuszBr. Mariusz Czarnolas 2003-2004 Szereszewo Pomocnik Prob. Prob. Szereszewa 2003- Szereszewo, i PrzedzielskaKs. Jacek Dubicki 2006- Przedzielsk Dziekan Prużański 2007- Superior Domu Pr. 2006- Prużany ProboszczKs. Robert Iskrzycki 2006- Wielkie Sioło Proboszcz 19
  • 20. Najważniejsze wydarzenia związane z posługą misjonarską naBiałorusi:– odzyskanie budynku Kościoła Wniebowzięcia NMP w Prażanach,zamkniętego przez „bolszewików” w 1948 r. i zamienionego na „DomKultury Socjalistycznej”, a także jego rekonstrukcja w l. 1991-1998.Rekonsekracja tej świątyni miała miejsce w dniu 14 sierpnia 1998 r.,a została dokonana przez JE Ks. Kard. Kazimierza Świątka (byłegowikariusza tej parafii w l. 1939-1944);– przerobienie byłej Polskiej szkoły na Kaplicę Miłosierdzia Bożegow wiosce Przedzielsk, a także poświęcenie trzech krzyży przydroż-nych w tej wiosce (4.10.1991 r.). Zorganizowaliśmy również przykaplicy pomieszczenia, w których były organizowane letnie obozy dladzieci i młodzieży;– w latach 1992-1995 uporządkowanie i odnowienie cmentarza kato-lickiego i kwatery Żołnierzy Polskich poległych w l. 1920-1921 w Pra-żanach; zaś w roku 2000 wybudowanie pomnika z tablicą pamiątkowąufundowaną przez Konsulat Polski w Brześciu;– wybudowanie od fundamentów do krzyży na dachu i poświęcenieprzez JE Ks. Bpa Kazimierza Wielikosielca (18.10.2005 r.) kaplicypw. Św. Michała Archanioła w Wielkim Siole na Białorusi;– zakup i zewnętrzny remont domu Parafialnego w Prużanach(w latach 2000-2004);– w l. 1992-2000 wyjazdy dzieci i młodzieży do Polski na odpoczy-nek, a także różne inne wyjazdy, jak np. na spotkanie z papieżem Ja-nem Pawłem II w Drohiczynie w Polsce (1999 r.) i w Kijowie naUkrainie (2001 r.). Także przedstawiciele młodzieży z tych parafiibyli na Światowych Dniach Młodzieży: w Rzymie z Janem Pawłem II(2000 r.) i w Kolonii z Benedyktem XVI (2005 r.);– przez kilka kolejnych lat młodzież uczestniczyła w Vincentianach(Festiwalach Piosenki Religijnej w Krakowie, w Polsce), na którychotrzymywali nagrody i wyróżnienia;– poczynając od roku 1993, każdego roku w czasie wakacji przyjeż-dżali klerycy misjonarscy a także diecezjalni z Polski i prowadziliz dziećmi i młodzieżą spotkania formacyjne, katechetyczne i rozryw-kowe, a także wiele pomagali w pracach duszpasterskich i budowlano-remontowych; 20
  • 21. – z Mszami św. i z odwiedzinami duszpasterskimi, czyli tzw. „kolę-dą” docierałem do każdego katolika, jaki żył na terenie powierzonymmi opiece duszpasterskiej. Przypominam sobie, że oprócz tych miej-scowości gdzie była Msza św. w niedziele i święta (tj. Prużany, Szere-szewo, Przedzielsk i Wielkie Sioło, a także od sierpnia 1991 do wrze-śnia 1992 r. Sielec k. Berezy Kartuskiej), jeździłem też do miejscowo-ści gdzie mieszkało tylko po kilkanaście lub nawet kilka osób;– „Wigilie” dla samotnych i pomoc charytatywna z odzieżą, produk-tami spożywczymi, dla dzieci – zabawkami i słodyczami itp. Do końca 2005 r. pracowałem na Białorusi. Cały rok 2006 i dopołowy 2007 r. przebywałem w Polsce; trochę „reperowałem” zdro-wie, a jednocześnie napisałem i obroniłem w tym czasie na Uniwersy-tecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego pracę licencjacką z Prawa Ka-nonicznego nt.: „Małżeństwa mieszane pomiędzy katolikami obrząd-ku łacińskiego i prawosławnymi”. 21
  • 22. Latem 2007 roku przebywałem trzy miesiące na zastępstwachw Rosji na Uralu, a od początku października tegoż roku zostałemskierowany do Odessy, gdzie podjąłem pracę w Sądzie Biskupim Die-cezji Odesko-Symfropolskiej, a także dodatkowo pracę duszpasterskąw maleńkich wspólnotach katolickich (od 6 do 15 osób) odległych odcentrum Odessy od 20 do 80 km. W 2010 roku zosta- łem przeniesiony do mi- sjonarskiej parafii w Sto- rożyńcu na Bukowinie ukraińskiej (blisko ru- muńskiej granicy). Tutaj też pracy duszpasterskiej i budowlano-remontowej zapowiada się niemało. Znowu trzeba szukać wsparcia, zwłaszcza fi- nansowego, tym bardziej, że wiele jest do zrobienia w samym kościele w Sto- rożyńcu, jeszcze więcej na plebanii, w parafii funkcjonuje także „Ku- chnia dla Ubogich”, która dziennie wydaje średnio około 20 posiłków. Już teraz ośmielam się zwrócić z prośbą o przekazanie środków napomoc dla Misji w Storożyńcu. Z góry dziękuję i zapewniam o modli-twie w intencjach Dobrodziejów i wszystkich Czytelników „Wiado-mości Misyjnych”. Pozdrawiam serdecznie wszystkich. Ks. Edward Łojek CM misjonarz z Ukrainy (Bukowina i Odessa) 22
  • 23. MIĘDZY DOBROCIĄ I PRZYNAGLENIEM Odpowiadając na prośbę ks. Stani-sława Deszcza, by opisać proces forma-cji w którym uczestniczyłem w Zairze-Kongo, jestem świadomy ryzyka jakieniesie retrospektywne spojrzenie na tozagadnienie. Jego złożoność to sumawzajemnie przenikających się decyzji,wyborów, uwarunkowań, skomplikowa-nych sytuacji społeczno-religijnych,także nieuniknionych pomyłek, specy-ficznych zawirowań związanych z pro-cesem inkulturacji. Formacja to przedewszystkim bardzo bogaty dyptyk: onii my. Oni – seminarzyści, katecheci,grupy parafialne i my – formatorzy. Jakie przyjąć kryteria opisu tej złożonej sytuacji? Z pewnością nieosądu innych, czy zbyt krytycznego spojrzenia na tę epokę z dystansulat, ale ten ostatni może posłużyć mi jako platforma refleksji w próbiezrozumienia mojej misjonarskiej przygody w przestrzeni formacji,którą dla użytku tego artykułu, zawężam do etapu formacji początko-wej naszych seminarzystów w Kongo. Te uwarunkowywały dwa podstawowe kryteria: dobroci i przynagle-nia. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dostrzega-łem je, akceptując do pewnego momentu ich logikę, dziś chcę patrzeć nanie bardziej realistycznym spojrzeniem. A zatem wsiadam do łodzio nazwie formacja, dziękując Bogu za jakże bogatą w doświadczeniapodróż i jednocześnie składam hołd jej pionierom na ziemi kongijskiej,także współbraciom, którzy płynęli ze mną w tej trudnej, ale ubogacają-cej podroży; dla mnie prawdziwej misjonarskiej inicjacji. Bóg ich przysyłał, więc byli dobrzy, mieliśmy powołanie i kierunekdziałania. Wytyczała go zgodnie powtarzana opinia przez wielu starszych 23
  • 24. misjonarzy – „to dobre chłopaki”, tzn. kandydaci do Zgromadzenia Mi-sji. Przychodzili, wnosili ożywienie, młodość, spontaniczność; byli da-rem dla Prowincji Konga. I to ewangeliczne żniwo stworzyło sytuacjęustawicznego przynaglenia, było jak nurt rzeki, która nagle zmienia kory-to i trzeba kanalizować, i mądrze wykorzystać jej użyźniające masy wód.Nie było czasu na dojrzały i metodyczny proces rozeznania odnośnieżniwnych pól; te wystarczająco bogate w wymiarze statystycznym i opi-nii wielu konfratrów, prosiły o żniwiarzy. Jakie miałem doświadczenie by dołączyć do nich? Więcej niżubogie, żadne! Jednoroczny staż kapłański w Polsce, trzymiesięcznypobyt w Belgii na naukę języka francuskiego we wspólnocie sióstr,które rozmawiały... po flamandzku. Podróż Bruksela – Moskwa –Kijow – Trypolis – Duala – Brazaville (to dla archiwów, jako przy-kład interpretacji ślubu ubóstwa i... braku rozeznania!). Z dwóch wali-zek jedna odzyskana na lotnisku i niezapomniana przeprawa przezrzekę Zair, by dotrzeć na nasze żniwne pola. Rosły mury seminariumi byli klerycy; wchodziłem w logikę przynagleń. W drugim roku ka-płaństwa dołączyłem do ekipy żniwiarzy-wychowawców, dziś pozo-staje mi dziękczynienie i uśmiech, bo racjonalnej logiki w tym wy-padku, a nawet cnoty roztropności raczej nie należy przywoływać. Pierwsze kontakty, uściski, zdjęcia i próba ogarnięcia szerokichhoryzontów formacji w perspektywie młodości, ryzyka, spontaniczno-ści, dobrej woli i... dobroci. Logika, ta moja sprzed lat, ale równieżi innych „żniwiarzy” była prosta: na dobroć seminarzystów trzeba byłoodpowiedzieć naszą dobrocią. Ta zaś wymagała od nas nie tylko posta-wy wynikającej z klasycznej definicji „kierowania sie w postępowaniużyczliwością i chęcią niesienia pomocy”, ale także żmudnego procesuzrozumienia innej kultury, tworzenia miejsc i warunków adekwatnychdo wielkości podjętego zadania i również odpowiedniego przygotowa-nia „profesjonalnego”. Zarząd Prowincji tego okresu rozumiał to wy-zwanie i podejmował mądre decyzje odnośnie formacji wychowawców.Tak oto po kilku miesiącach pobytu w Zairze wróciłem do Europy, bylepiej przygotować się do wielkich żniw, jednak logika przynagleniaznów wzięła górę nad początkowym projektem. Reorganizacja studiów,przyspieszony powrót – żniwa stawały sie coraz trudniejsze. Tak, trud-niejsze i coraz bardziej skomplikowane. 24
  • 25. Moje pierwsze „zerwanie odnawiające”, czyli dwuletnie studia weFrancji, pozwoliły mi uporządkować bardziej metodycznie przestrzeńformacji na bazie niezwykle bogatego doświadczenia tego okresu. Na-bierałem przekonania, że „postawa dobroci” wychowawcy to nie tylkozapał, regularność, przejrzyste świadectwo czy profesjonalne przygo-towanie, ale to także zdolność stawiania trudnych pytań, umiejętnośćdialogu, jasne wymogi połączone z radykalizmem ewangelicznym. Z rozbudowaną teoretycznie definicją dobrego wychowawcywkraczałem ochoczo na żniwne pola. Już pierwsze praktyczne egza-miny sygnalizowały narastające trudności. Postawy niektórych „do-brych” w seminarium zdradzały obecność kąkolu, ale to nie był wiodą-cy temat refleksji wśród żniwiarzy; trwały dyskusje odnośnie „statusu”kandydatów na braci, rozdzielenia wspólnoty studentów filozofii nadwie grupy, w zależności od bagażu intelektualnego wyniesionego zeszkoły średniej. Także zmiany w ekipie żniwiarzy i niektóre narzędziaużywane do zbiorów, tzn. procesu wychowania, nie mogły gwaranto-wać płynnej akcji żniwnej. Kosy formatorów zaczęły szczerbić się na kamieniach, których jaosobiście wcześniej nie znałem, takich jak paternalizm czy neokoloni-zacja. Coraz bardziej rozumiałem, że byłem kimś „z zewnątrz” z coraz 25
  • 26. mniejszą szansą na szczery dialog, otwartość, rzetelną dyskusję. Naszfront akcji żniwnej w opinii wielu wydawał się być solidny: rozbudo-wane zaplecze techniczne (seminarium, transport, wyżywienie), regu-larność procesu wychowawczego, przynajmniej pewna znajomość tere-nu z językiem, kulturą, zwyczajami, nasza gorliwość i poświęcenie. Mimo to narastało we mnie przekonanie, że sprawnie funkcjonującestruktury, duży bagaż intelektualny seminarzystów i pokaźny wachlarzsprawdzonych praktyk religijnych, nie mogły jeszcze gwarantować tegoco w formacji najważniejsze – transformacji osoby, kształtowania trwa-łych postaw w relacji do cnót nowego, ewangelicznego człowieka. Sądzę, że ciągle jeszcze pokutował schemat: Bóg przysyłał „do-brych”, statystyki były zachęcające i napełniały wielu nadzieją i dumą;rozeznanie bardziej głębokie i zmiana metod żniw-formacji, nie byłapriorytetem, bo nim stawał się nowy projekt, którego byliśmy gospoda-rzami. Z lotniska przywoziłem delegację z Afryki i Europy, by dysku-tować nad przyszłym seminarium międzyprowincjalnym na niezabu-dowanej parceli obok naszego seminarium. A jakże, duma, rozmach,uśmiech, poklepywania, wspólne zdjęcia! Pomimo dużej dozy euforii i nowatorskich wizji, właśnie w tymokresie nad naszymi polami żniwnymi zacząłem dostrzegać chmurykoloru: „oni”, tzn. żniwiarze z Europy (wtedy już tylko z tego konty-nentu w Prowincji) nie mogą nas zrozumieć. I chyba zaczęliśmy w towierzyć i ta „wiara” manifestowała się w konkretnych postawach. Napoziomie Prowincji jedni uważali, że żniwne pola należy zostawić jaknajwcześniej pierwszym miejscowym żniwiarzom, inni byli zwolenni-kami spokojnej współpracy z nimi i powolnego wycofywania sie euro-pejskich robotników, jeszcze inni wyrażali opinie, że dobre kłosy niemogą być złymi, bo są na polach, tzn. w seminarium, więc wszelkie złow przestrzeni formacji należy przypisać żniwiarzom z zewnątrz. Byłem zwolennikiem zaproszenia nowych, miejscowych żniwiarzydo wspólnych żniw, co w mojej opinii wymagało przyspieszenia proce-su rozeznania, wzajemnego szacunku, szczerej woli współpracyi wspólnej linii akcji w najważniejszych decyzjach w obszarze formacji. Etap początkowej euforii i obiecujących perspektyw zamykał wyraź-nie rysujący się kryzys i dostrzegałem go wyraźnie. Moje wołanie o pró-bę wytyczenia wspólnej linii działania, uzgodnienia kryteriów formacji 26
  • 27. w oparciu o dokumenty Kościoła i Zgromadzenia, i próba zachowaniatego, co dziś nazywa się „hermeneutyką ciągłości”, nie znajdowałypodatnego gruntu. Nad formacyjne pola nadciągała burza i wiedzia-łem, że będzie gwałtowna, analizując język i postawy miejscowychżniwiarzy. Nie podzielałem opinii, że wystarczy ją przeczekać a póź-niej zaświeci słońce. Nie bałem się ani jej gwałtowności, ani jej jedno-razowych skutków, ale nie znajdowałem motywów, dla których mu-siałbym przeżywać jej ciągłe nawroty i zaakceptować ten stan anomaliipogodowej, jako jedyną możliwą formę oczekiwania na wielką wiosnęw procesie formacji. Czy wierzyłem w nią? Nie, ponieważ język, formy i gesty tych,którzy ją zapowiadali, nie mogły przyczynić się do jej nadejścia.W tym kontekście wpisuje się moja decyzja wycofania się ze żniw-nych pól formacji „dobrych”. W tego rodzaju sytuacjach granicznychzawsze pozostaje możliwość pomyłki i subiektywnej oceny zdarzeń,ale oczekiwałem, że przed moim oficjalnym odejściem z formacjiprzeżyję burzę, która albo potwierdzi moją decyzję, albo skłoni mniedo jej odwołania. 27
  • 28. Moja postawa doprowadziła do zwołania „okrągłego stołu”. Wynikobrad (czytaj burzy) pokrywał się z moimi przewidywaniami. Szantaż,uprzedzenia, ewidentny brak spojrzenia na gromadzące się konfliktyw perspektywie Ewangelii, potwierdzały słuszność mojej decyzji. Był początek 1992 roku; kilkanaście tygodni po spotkaniu „okrą-głego stołu” zostawię żniwne pola w stolicy Kinszasy i przeniosę sięna inne w pobliżu równika. Żniwa na polach formacji katechistów czyczłonków licznych grup parafialnych będą odbywały się w zupełnieinnej atmosferze; wdzięczność, radość, spontaniczność, poczuciewspólnoty będą znowu normalnymi postawami w procesie formacji. Kończąc moją podróż pragnę podkreślić, że inne spojrzenie naformację w Zairze-Kongo jest oczywiście możliwe z użyciem formi kryteriów, których ja nie wprowadziłem do mojej refleksji. Zakła-dam i z góry akceptuję możliwą postawę korekcji, uzupełnienia,a nawet odrzucenia formy mojego opisu formacji w Kongo przez in-nych współtowarzyszy żniw nad wielką rzeką. W tej krótkiej refleksji to co ogniskowało moją uwagę, to przedewszystkim dobroć Boga, który powołując mnie do misjonarskich żniww obszarze formacji, pozwolił mi przeżyć niezwykle ubogacającąsłużbę i wspaniałą przygodę, wielkie doświadczenie duszpasterskiei radość bycia z innymi na pierwszym froncie. Ale przestrzeń formacji w Kongo, to także dla mnie etap życio-wych decyzji, stawiania fundamentalnych pytań o naszą misjonarskątożsamość i wielkiego doświadczenia, które po kilku latach wykorzy-stam z wielkim pożytkiem na innym kontynencie. Tak więc, nawetgdybym chciał bardzo krytycznie odnieść się do tego okresu mojejmisjonarskiej przygody, końcowy bilans będzie pozytywny: na żniw-ne pola formacji w Kongo nie patrzyłem z daleka, ale wraz z bardziejdoświadczonymi wychowawcami-żniwiarzami, wszedłem w tę prze-strzeń tak jak oni, z radością, determinacją, odpowiedzialnością i peł-nym zaangażowaniem. Bogu, który w swojej nieskończonej dobroci wezwał mnie na tepola i moim współtowarzyszom żniw, wyrażam wdzięczność i rado-sne, szczere podziękowanie. Ks. Stanisław Szczepanik CM 28
  • 29. WYWIAD Z SIOSTRĄ ANCILLĄ OD PRZENAJŚWIĘTSZEJ EUCHARYSTII „Nie przestaję być misyjna” Siostra Ancilla od Przenajświętszej Eu- charystii należy do Zakonu Klarysek od Wieczystej Adoracji od 25 lat. Przed wstą- pieniem do zakonu napotkała na wiele prze- ciwności m.in. w postaci otwartego sprzeci- wu rodziców. Mimo to w 1986 r. wstąpiła do klasztoru w Kętach. Po 16 latach, mimo licznych trudności zrozumiała, że Bóg po- wołuje ją do dawania świadectwa o Jezusie Eucharystycznym i pogłębionej modlitwy w Castelnaudary na południu Francji. Kl. Jacek Międlar – Należy Siostra do mało popularnego w Pol-sce Zakonu Klarysek od Wieczystej Adoracji. Czym charakteryzujesię charyzmat zakonu, do którego Siostra należy? S. Ancilla – Reguła naszego zakonu opiera się na regule św. Kla-ry, ale nie należymy bezpośrednio do tych klarysek, które są tak bar-dzo popularne. Nasz zakon powstał we Francji, a celem naszych zało-życieli była dziękczynna adoracja Jezusa, dzień i noc. J.M. – Dlaczego obrała Siostra właśnie tę drogę powołania? S.A. – Wybierając nie wiedziałam, że faktycznie nie są to te znaneklaryski, a że jest to zakon który powstał we Francji i ma na celuszczególnie całodzienną adorację Najświętszego Sakramentu. Osta-tecznie wybrałam adorację, ponieważ to było coś co mnie niezwyklepociągało. Samo życie kontemplacyjne niekoniecznie, ponieważ po-czątkowo myślałam, aby zostać siostrą bezhabitową, pracującą wśródludzi. Jednak pewnego dnia, wysiadając z autobusu dostrzegłam, że 29
  • 30. siostry klaryski prowadzą w kościele adorację. Kiedy spostrzegłamJezusa ukrytego w hostii stwierdziłam, że to jest właśnie to co chcia-łabym robić. Zostać z Jezusem i adorować Go. J.M. – Świat podpowiada zupełnie co innego. Zamknięcie się zamurami klasztorów i całodzienna kontemplacja Chleba są w oczachświata niemodne, wręcz „średniowieczne”. Dlaczego świat margina-lizuje życie kontemplacyjne? S.A. – Myślę, że powodem jest kryzys relacji z Bogiem. Ci, którzyweszli w tę relację rozumieją czym jest życie kontemplacyjne i jakąma wartość, natomiast ci, którzy tego nie doświadczyli nie zdołajątego zrozumieć. J.M. – Każda z sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji od mo-mentu wstąpienia do zakonu modli się w jakiejś szczególnej intencji.Czy mogłaby Siostra zdradzić o co całymi dniami wyprasza Boga? S.A. – Od samegopoczątku wstąpieniado klasztoru była mibliska modlitwa zakapłanów. Mimo, żePolska – kraj w którymmieszkałam – ma dużokapłanów, dostrzega-łam pewien kryzys.Doszłam do wniosku,że potrzebny jest ktoś,kto odda za nich życie,kto w sposób wyjąt-kowy otoczy ich swojąmodlitwą. Nie pragnę-łam otoczyć jedyniegarstki kapłanów, ale kapłanów całego świata, ponieważ jeśli kapłanibędą święci, również w ten sposób cały Kościół stanie się święty. J.M. – Widoczny jest w Europie wyraźny spadek liczby księży. Czynie ma Siostra żalu do Pana Boga, że mimo tylu modlitw sytuacja Ko-ścioła jest w tak opłakanym stanie? Gdzie tkwi źródło problemu? 30
  • 31. S.A. – Faktycznie, to jest dobre pytanie czy nie mam żalu do PanaBoga… Kiedy pojechałam do Francji i spostrzegłam jak wielkim pro-blemem jest liczba kapłanów w danym kraju, zaczęłam zadawać Bogupytanie, dlaczego! Po czasie zrozumiałam, że problem tkwi w rodzi-nie. Skąd mogą wziąć się kapłani, skoro nie przekazuje się wiaryw rodzinie, a przez to młodzieży niezwykle ciężko usłyszeć Boże we-zwanie. Bez wątpienia Bóg daje powołania, natomiast brakuje tegopodłoża, które usytuowane jest w rodzinie. Dlatego teraz zaczęłam sięmodlić o wiarę w rodzinie, o święte rodziny. Ufam, że to pomoże. J.M. – Bł. Jan Paweł II w adhortacji apostolskiej „Vita Consecra-ta” bardzo mocno uwypuklał charakter prorocki życia konsekrowane-go, a zatem również charakter misyjny. Św. Teresa od Dzieciątka Je-zus, nie wyjeżdżając za granice kraju, a pozostając wierną modlitwiekontemplacyjnej, została mianowana patronką misji zagranicznych.Bł. Paweł Manna mówił, że nie trzeba wyjeżdżać za granicę, aby pozo-stać misjonarzem. Jak siostra wypełnia charakter misyjny, którym bezwątpienia jako chrześcijanka, a przede wszystkim osoba konsekrowa-na została Siostra obdarowana. W jakim sensie możemy mówić o cha-rakterze misyjnym powołania do życia kontemplacyjnego? S.A. – Poprzez modlitwę jestem zamknięta za klauzurą, ale nieprzestaję być misyjna. Przebywając za murami klasztoru, poprzezmodlitwę jestem nastawiona na modlitwę za misjonarzy. Wielka odle-głość wcale mi nie przeszkadza. Jestem połączona z nimi modlitwąi utrzymuję z nimi kontakt korespondencyjny. Poprzez tę łącznośćjestem z nimi bliżej niż gdybym z nimi pracowała na miejscu. Czasa-mi misjonarze nas informują o swoich trudnościach, w intencji któ-rych my już wcześniej wiedziałyśmy, żeby się modlić. Tutaj dostrze-gam wyraźne działanie Ducha Świętego. Również charakter misyjnydostrzegam w dawaniu świadectwa we własnej wspólnocie poprzezrozmowę, wspólną pracę, żarty oraz rozmawiając z wiernymi przy-chodzącymi na furtę. Często wywiązuje się między nami niezwykładyskusja dotycząca życia kontemplacyjnego, a przede wszystkim ado-racji Chrystusa Eucharystycznego, którego obecność w Hostii nie jestdla wszystkich Francuzów taka oczywista. 31
  • 32. J.M. – W jaki sposób można zaangażować się w życie misyjne niewyjeżdżając za granice swojego kraju? S.A. – W pierwszej kolejności – modlitwa. W drugiej – poprzezkorespondencje z misjonarzami, zasięganie wiadomości co dzieje sięna konkretnym odcinku misyjnym z konkretnymi kapłanami. Właśniew taki sposób możemy pomagać. To także pomaga nam, siostromkontemplacyjnym, przez taki kontakt zobaczyć, że nasze życie choćukryte, jest aktywne. J.M. – Czy czuje się Siostra misjonarką? S.A. – TAK! Nigdy nie czułam takiego odczucia, że się zamykamprzed czymś. Ciałem jestem blisko Najświętszego Sakramentu, alemyślą jestem bardzo daleko. W ten sposób w ciągu dnia przemierzamwiele kilometrów. J.M. – Serdecznie dziękuję za rozmowę, a przede wszystkim zanieocenione zaangażowanie w działalność misyjną. 32

×