• Save
Clavus
Upcoming SlideShare
Loading in...5
×
 

Clavus

on

  • 656 views

 

Statistics

Views

Total Views
656
Slideshare-icon Views on SlideShare
656
Embed Views
0

Actions

Likes
0
Downloads
0
Comments
0

0 Embeds 0

No embeds

Accessibility

Upload Details

Uploaded via as Adobe PDF

Usage Rights

© All Rights Reserved

Report content

Flagged as inappropriate Flag as inappropriate
Flag as inappropriate

Select your reason for flagging this presentation as inappropriate.

Cancel
  • Full Name Full Name Comment goes here.
    Are you sure you want to
    Your message goes here
    Processing…
Post Comment
Edit your comment

    Clavus Clavus Document Transcript

    • Clavus 1
    • 2
    • Jarosław WojciechowskiCl av u s 3
    • Redakcja: Bożena Laskowska Projekt okładki: Roman Galiński Konsultacja: Henryk Rumiński Tadeusz Joachimiak Adiustacja i słowo wstępne: Bożena Laskowska Copyright by: Jarosław Wojciechowski Wydawca Expol P. Rybiński, J. Dąbek Sp. J. 87-800 Włocławek, ul. Brzeska 4 Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być zapisana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny lub foniczny i w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody autora.Donatorzy:Zakład Systemów Komputerowych „ASKI” sp. zo.o, Włocławek, ul. ToruńskaRestauracja „Impresja”, Włocławek, ul. Bojańczyka 21 ISBN 978-83-89836-99-1 4
    • Dedykuję Teodorze Andrzejewskieji ś.p. Ryszardowi Andrzejewskiemu 5
    • Serdeczne podziękowania za okazaną pomoc i życzliwość:Marianowi AndrzejewskiemuElżbiecie i Markowi Wojciechowskimdr n. medycznych Wiesławowi NowakowskiemuMałgorzacie BałaStanisławowi Wojciechowi MorawskiemuWojciechowi MalickiemuCzesławowi PiątkowiBartłomiejowi WodyńskiemuPawłowi KuraKatarzynie GradzikMonice GrzanceMarii Mai MańkowskiejBeacie CybulskiejUrszuli KrólikowskiejŁukaszowi ZbonikowskiemuWłodzimierzowi OborskiemuGrzegorzowi DębowskiemuGrzegorzowi TomasikowiJerzemu Wiesławowi TomaszewskiemuJerzemu i Barbarze LewandowskimJanowi GórskiemuBartłomiejowi KołodziejowiKrzysztofowi Markowi JaworskiemuMarkowi SzymczakowiPatronat medialny: Włocławski portal internetowy www.q4.pl 6
    • „Spragniony byłem świata, jaki jej się przytrafił…” Kiedy się ma do czynienia z twórcą takim, jak Jarosław Woj-ciechowski, człowiek nigdy nie wie, gdzie go słowa artysty za-prowadzą. Czytanie jego utworów to, jak sam lubi mówić, „jaz-da na maksa”. Dokąd więc teraz Jarek nas zabrał? Fabuła utworu jest niezwykle prosta. Opisuje spotkanie dwoj-ga bliskich sobie osób. Z ich rozmowy nad kubkiem kawy wyła-nia się przed czytelnikiem świat, którego raczej się nie spodzie-wamy w tak prozaicznym miejscu, jakim jest kuchnia. Bohater-ka opowiada treść swojego niezwykłego snu, który wytrącił jąz  równowagi, zadziwił, przeobraził wewnętrznie i pozostawiłz całą masą niezadanych pytań. Z każdym jej słowem wizja stajesię coraz dziwniejsza, coraz bardziej zaskakująca. Aż dochodzi-my do momentu w opowieści, w którym następna przerwa nałyk kawy czy złapanie oddechu drażni niedopowiedzeniem. Drugim bohaterem jest słuchacz – człowiek nastawiony nawewnętrzny odbiór przekazywanych mu rewelacji. Ma niezwy-kle ważne zadanie do spełnienia. Otrzymuje pewien dar – odjego reakcji zależy, czym się on stanie. Prezentem cennym czyzakłóceniami w ciszy popołudniowego odpoczynku. Całą swo-ją postawą akcentuje, że jest gotowy na wypełnienie swojegoobowiązku z należytą uwagą i przekonaniem, że oto trafiła musię niezwykłość, gratka godna kolekcjonera opowieści. To jegoreakcje na historię opowiedzianą przez towarzyszkę powodują,że sen staje się plastyczny, realny, godny uwiecznienia. To jegouczucia, emocje urzeczywistniają wymiar, do którego autor sta-ra się czytelnika przenieść. 7
    • I na tym prostota fabuły się kończy, bo w książkach tego au-tora nic nie może być klarowne i jednowymiarowe. Tematem tego utworu jest poszukiwanie, odnajdywanie i gu-bienie. Bohater wyznaczył nam kierunek: „Świat otworzył mi się,świat wyobraźni i ducha, niczym wielka księga życia.” Żeby zrozu-mieć tę książkę, czytelnik musi przekroczyć pewne granice, podą-żając za emocjami opisanych postaci. Musi wyobrazić sobie uni-wersum, do którego zabiera nas jego sprawczyni. Nie jest to zada-nie trudne, wystarczy uruchomić wyobraźnię i empatię. Gdzie jest ten świat? Okazuje się, że całkiem niedaleko. Miej-scem, które ogniskuje całą rzeczywistość, jest niewielka pod-włocławska miejscowość Bobrowniki i ruiny zamku. W tym topunkcie dzieją się niezwykłe wydarzenia wokół Clavusa –przedmiotu posiadającego własną osobowość. To jego poszu-kujemy, nastawiamy się na zrozumienie niezwykłości tegoprzedmiotu, czasem odnajdujemy ukryty w nim sens, a potem,co jest nieuchronne, gubimy go bezpowrotnie. A to wszystkodzieje się w miejscu niemalże magicznym, posiadającym nie-zwykłe wibracje, sekretne komnaty, ukryte skarby i wszystko,co nosi w sobie znamiona wielkiej tajemnicy. Po tym wymiarzeporuszamy się uwięzieni w ciele sokoła, który ptakiem bynaj-mniej nie jest. Obserwujemy mieszkańców zamku i gości doniego przybywających. Podsłuchujemy ich niedokończonychrozmów, próbując jednocześnie zrozumieć, co nam umknęło.Odwiedzamy przeszłość, czas świetności zamku. I w sposóbnieuchronny gubimy wymiar rzeczywisty, by odwiedzić miej-sca jeszcze dziwniejsze, nierealne, metafizyczne, oczywiścieprzez autora niezdefiniowane. Bo nic w tej opowieści nie jestjednoznaczne i klarowne. Bo ta opowieść to kolejny flirt z wy-obraźnią odbiorcy, który poruszając się w labiryncie metafor 8
    • i symboli musi odnaleźć nieprostą drogę do zrozumienia, czegowłaściwie poszukuje, co gubi, a co odnajduje w otwartej księdzeżycia. Książka Jarka to po raz kolejny opowieść uniwersalna. Akcjaco prawda wyrasta z codzienności, ale autor przenosi czytelnikaw czasy średniowiecza. I tak wędrując w wizji bohaterki, ska-czemy między dwoma wymiarami czasoprzestrzeni, śledzimyświat dawny, by odnaleźć w nim wartości czasu współczesnego.Śledzimy poczynania bohaterów, by co jakiś czas mierzyć sięz dygresjami komentującym współczesność tak dobrze i bole-śnie nam znaną. Bo jak przekonuje nas artysta, zawsze jesteśmy„spragnieni” świata, który „przytrafia” się innym. A skoro tkwiw nas to pragnienie, trzeba zanurzyć się strumieniu „świata wy-obraźni i ducha”. To tam ostatecznie odnajdziemy odpowiedzinaznaczeni piętnem Clavusa. Bożena Laskowska 9
    • 10
    • Rozdział IN iespodziewanie odwiedziła mnie dziś kuzynka Teresa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mnie uprzedziła tele-fonicznie, jak zawsze to robiła – kiedy i o której godzinie i czyprzypadkiem jej wizyta w niczym mi nie przeszkodzi. Taka była– szczera do bólu! Za co ją zresztą bardzo lubiłem, jak i za jejjeszcze inne zalety, o których opowiem przy następnej okazji. A więc tak – usłyszałem zamiast dzwonka pukanie i to bardzonerwowe, energiczne, jakby ktoś chciał się szybko dostać dośrodka. „Może uciekał przed kimś?” – głupio sobie pomyślałem. W pierwszej chwili nie wiedząc, któż za drzwiami stoi, prze-kląłem sobie dość siarczyście – kurwa! W końcu nie pamiętam,by ktoś tak mi się do drzwi dobijał. Żona w pracy, dzieci w pracy,to kto to? Cholera! „No, kto?” – na głos siebie pytałem. A właśnieakurat delektowałem się symfonią przeznaczenia Beethovena.Zawsze tak się działo ze mną, kiedy byłem sam – robiłem ucztędla duszy, uczucie, którego nijak nie można było ignorować. Nowłaśnie? A tu ktoś wali mi do drzwi, gdy już jestem prawie… – Zaraz! Zaraz otwieram – krzyknąłem. Głos (mój głos!) wcale mi się nie spodobał – był aroganckii niezbyt miły dla mnie samego, a cóż dopiero dla tego, którystał za drzwiami. No, ale za upadek z takiej… wysokości! Niech 11
    • intruz mi zapłaci i kropka – wytłumaczyłem sobie szybko. By-łem usatysfakcjonowany rekompensatą, na jaką akurat byłomnie stać. No właśnie – było mnie stać? Nic innego mi nie po-zostało, jak ruszyć do drzwi. Przekręciłem zamek chyba ze dwa razy. Energicznie otwiera-jąc drzwi, już miałem puścić swoje narzędzie kastracji (język!),na którym ustawił się oddział pretorian samopas, gdy oczommoim ukazał się znajomy widok. Stała naprzeciwko mnie mojakuzynka Teresa. Oczom moim od razu rzuciły się jej włosy. No, właśnie, wło-sy w każdą stronę sterczały, jakby szukały oparcia – choć krót-kie… A oczy niczym rozpalone węgliki spoglądały na mnie by-stro. Staliśmy chwilę w milczeniu, na siebie patrząc – nim wza-jemnie się odkryliśmy. – Jak dobrze, że jesteś, jak dobrze! – wykrztusiła w końcupierwsza. Może obawiała się, iż nie zechcę jej słuchać i zamknędrzwi przed nosem – może tak właśnie pomyślała, może? Bo jasam ciekawie to nie wyglądałem. Przyznam, cała ta sytuacja zaskoczyła mnie na tyle, że nic sięnie odzywałem, tylko odskoczyłem na bok, by mogła wejść domieszkania. Zrobiła to bardzo szybko, niczym kotka łowna go-towa do akcji. Muszę tu dodać, iż moja kuzynka to kobieta w średnim wie-ku – niczego sobie: krótkie blond włosy, szarozielone oczy, nogi,nie powiem, ale bardzo zgrabne i ten charakterystyczny dla mo-jej rodziny, jak i dla niektórych mieszkańców Bobrownik, ta-jemniczy uśmiech. Podobno towarzyszył nam, jak i niektórymmieszkańcom, od niepamiętnych czasów i nikt nie potrafił lo-gicznie tego wytłumaczyć. Tak po prostu mieliśmy – dziedzi-czyliśmy po przodkach. 12
    • Odruchowo zamknąłem za nią drzwi – nie odzywając się,kiwnięciem głowy pokazałem jej kierunek, w który ma się udać– kuchnię. No i siedzimy sobie naprzeciwko, milcząc. W końcu, gdy ci-sza dała mi się we znaki, wstałem, zrobiłem kilka okrążeń – doprzodu i do tyłu, a że kuchnia nie za duża była, to pomysł narozluźnienie szybko mi się skończył. Najwyraźniej obserwowała mnie spod oka, bo usta lekko jejzadrgały, jakby chciała mi coś powiedzieć. A może tak mi się zda-wało? Tego już się nie dowiem, bo pierwszy zacząłem mówić. – Wiesz, Tereska, zaskoczony jestem tak nieoczekiwaną wi-zytą. Nie powiem, że jest mi niemiła – no, ale… No wiesz…Bym się jakoś ogarnął, gdybyś… Nie odezwała się, tylko pokiwała głową, że się ze mną zga-dza, lewą ręką wskazała mi krzesło, bym usiadł. No, to usia-dłem, wlepiając wzrok w jej oczy. Zamrugała nimi jakby domnie, obdarowując przy tym uroczym uśmiechem, który bar-dzo lubiłem i westchnąwszy głęboko, przemówiła w końcu. – Wiem, co chcesz mi powiedzieć, wiem, ale naprawdę niemogłam inaczej, nie mogłam, bo… Zawiesiła głos, jakby czegoś szukała w myślach, stukającnerwowo nogami pod stołem i zaczęła mówić dalej. – Marek, sprawa jest wyjątkowa i delikatna, dlatego tak jakośniezręcznie mi z tobą na ten temat rozmawiać, bo za bardzosama nie wiem, od czego zacząć. Spojrzała na mnie tak jakoś?, no intrygująco, że moja cie-kawość apetytu dostała nie na żarty. Widocznie zrobiłemdziwną minę, bo pogłaskała mnie po ręku z kilka razy, pozwa-lając mi na powrót do równowagi. Złapawszy azymut, zagad-nąłem. 13
    • – Dobra, Teresa, spoko, mów, o co chodzi, a ja w tym czasiebędę robił kawę albo herbatę, co sobie życzysz. – Zrób mi kawę, bardzo, bardzo mocną. Ze szczególnym na-ciskiem na słowo „mocną” – powiedziała. – No, to rozumiem! – skomentowałem głośno, najwyraźniejsię rozluźniwszy. – Wiesz, sam też mocnej się napiję – dodałem. Zanim zaczęła mówić, stoczyła walkę z niesfornymi włosa-mi, próbując je ogarnąć, a i tak bezkarnie sobie hasały. – Ach! No tak! Czasami z tym uczesaniem tak bywa – sko-mentowała zmagania. – To zaleję kawę, woda właśnie się gotowała – oznajmiłem,nie czekając na jej odpowiedź. Wstałem i zalałem do filiżanek wrzątek, podając jedną z nichkuzynce. – Cukier? – zapytałem. – Nie, ostatnio nie słodzę – podkreśliła. Gdy zalałem, zapachniało kawą w całej kuchni. Przyznam, iżlubię aromat kawy. Zawsze mnie szczególnie nastraja – uroczy-ście i wyjątkowo. – No, to napijmy się łyczka – zachęciłem pierwszy, podno-sząc filiżankę. – O tak! Tak! – euforycznie wyraziła aplauz. Podniosła swoją filiżankę i przyłożyła delikatnie do ust, de-lektując się każdą upitą porcją, po czym odstawiła ją na bokz krótkim komentarzem. – Brakowało mi tego smaku i aromatu. Dodała jeszcze jako uzupełnienie. – Naprawdę wyjątkowo dobra! Naprawdę, Marek! Uśmiechnąłem się pod wąsem nie dlatego, że tak powiedzia- 14
    • ła, ale dlatego, że tak mocno zaakcentowała – naprawdę. W jejustach brzmiało to wyjątkowo zabawnie. Jednocześnie czułem pod skórą, że to, o czym mi chce opo-wiedzieć, będzie hicior nie lada! Że wiele w moim życiu zmieni– może nawet wszystko. Czułem jednocześnie, że już nic w nimnie będzie takie samo, jak do tej pory. No a ja być może będę jużkimś zupełnie innym? Innym człowiekiem? – Rany! Jakie myśli i przeczucia we mnie – krzyknąłem nagłos mimochodem. Teresa spojrzała na mnie ze zrozumieniem, jakby przeczu-wała – nie, jakby wiedziała, że tak zareaguję. – No! Mój kuzynie, sam zresztą osądzisz! – proroczo sko-mentowała. Zapadło milczenie – milczenie, w którym być może układałasobie wszystko to, co mi miała do powiedzenia, wszystko to, costanowiło o tej wyjątkowości, którą przeczuwałem. – Widzisz, Marek – ciągnąć zaczęła, jakby wypity łyk kawyodblokował ją. – Sądziłam, że nigdy z czymś takim… do ciebienie przyjdę, bo niby, po co? Zresztą sama jeszcze za bardzo tegonie rozumiem. Tak, nie rozumiem, bo dowiedziałam się o tejhistorii, gdy jeszcze mieszkałam w Bobrownikach i chyba mia-łam jakieś jedenaście lat. Czas dorastania, potem małżeństwoi macierzyństwo oddalił jego sens… Marek, przejdę już do sed-na sprawy i sam się przekonasz o szczególności tej historii i nietylko. Spojrzałem na moją kuzynkę z jeszcze większą ciekawością,zastanawiając się, co jej po tej głowie chodzi. Moja ciekawośćkazała mi się jej przyjrzeć jeszcze raz – dokładniej Dostrzegłem, że włosy niby ma ułożone, ale jakieś takie roz-chwiane w każdą stronę (może taka moda, choć nie wiem). Za 15
    • to oczy nie tyle rozbiegane, ale rozpalone, jakby trawiła ją go-rączka od środka – co najmniej czterdzieści pięć stopni. Ubrananiby elegancko, ale kilka szczegółów zdradzało szybkość, z jakąsię ubierała. No, na przykład guziki od białej bluzeczki nie takzapięte, poza tym nie była umalowana jak zazwyczaj. Po do-kładnym, jak sądzę, zlustrowaniu, zagadnąłem. – Kochana moja kuzyneczko, cały zamieniam się w słuch.Takiej cię, przyznam, dawno, oj dawno nie widziałem – poki-wałem znacząco głową. – No, pewnie, że nie – potwierdziła z całą stanowczością, odrazu dodając. – Sama zresztą czuję, jak coś dziwnego ze mną siędzieje, niby nic a jednak… Po tych słowach złapała się za głowę oburącz, przekręcającnią to w lewo, to w prawo, jakby chcąc sprawdzić, że ją posiadana swoim miejscu i nic złego z nią się nie dzieje. Upewniwszysię, że wszystko gra, mówiła dalej. – Najlepiej jednak będzie, jak nie będę mówić o moich dzie-cięcych odkryciach, choć miałam taki zamiar, bo to, co chcę cipowiedzieć, jest rzeczywiste. Przytrafiło mi się naprawdę – tui teraz – i ma odniesienie do tych zasłyszanych w dzieciństwiehistorii. – Więc tak, byłam u mamy w Bobrownikach kilka dni temui niby nic takiego, a jednak? Bo coś mnie tam gnało nie tyle domamy, co do Bobrownik, przyznam, od dłuższego czasu. Zaczę-ło się całkiem niewinnie, bo od snów – niby śniły mi się Bo-browniki takie same, a jednak inne i ludzie, których nie znałam,a którzy mnie znali. A to w głowie myśli upierdliwe – przyjeż-dżaj, przyjeżdżaj i to jak najszybciej. Nie dawałam sobie z tymrady. Nawet chwilami myślałam, że coś ze mną nie tak siędzieje. 16
    • Zamilkła na chwilę i spojrzała na mnie bystro, skanując każ-dy mój grymas. W końcu upewniwszy się, że słucham ją uważ-nie, mówiła dalej. – Za którymś razem zmęczona i jednocześnie zachwyconanocnymi snami postanowiłam udać się do lekarza (specjalisty),by się rozpatrzył, co mi jest. Może skąd one się biorą, z jakichpokładów mojej jaźni wypełzają? – Wiesz, że nigdy w nosa nie wciągałam, a skręty dla mniew ogóle nie istnieją! – Tak! Wiem, Tereso, jesteśmy z tego innego miotu. – I tak bez tego dziś łatwo o halucynację – skomentowała. Pokiwałem znacząco głową, w pełni z nią się zgadzając. Bogdy człowiek popatrzy na to wszystko, co go otacza i jakie gwiaz-dory marzenia ludziom rozdają, to może z zamkniętymi oczamiżywcem iść do nieba albo od razu do piekła. Zresztą nie skłamię,gdy powiem, że sam wiele razy łapałem się w sieci tandetnej pod-róby – rzeczywistości, czy też wpadałem na jednego głębszego dokrajny upadłej, gdzie jest zabronione zabraniać czegokolwiek. – No, dobra, Teresa, opowiadaj dalej. – Miałam właśnie wchodzić do gabinetu i wówczas, eureka!Myśl genialna mnie urzekła – jedź po prostu do BOBROWNIK.Tam znajdziesz rozwiązanie, jedź szybko. Obróciłam się na pię-cie i pobiegłam na pieszo na dworzec, by złapać pierwszy lepszyautobus. Na chwilę przerwała, by pociągnąć porządny łyk kawy i za-palić papierosa. Zaciągnęła się ze trzy razy, może więcej, delek-tując się dymkiem i ruszyła dalej. – Kiedy dotarłam na dworzec, jakiś nieznajomy facet powie-dział mi: „Dzień dobry! Autobus na panią czeka”. No, niby nictakiego, ale jednak – skąd wiedział?No skąd? 17
    • Przerwała na chwilą, by spojrzeć na mnie. Wydawało mi się,że jej spojrzenie jest jakieś takie zagadkowe. Lekko przy tym sięuśmiechała. Zaczęła mówić dalej. – No i faktycznie czekał, a po nieznajomym ślad przepadł,jakby się rozpłynął w powietrzu. Zajechałam na miejsce, samanawet nie wiem kiedy. Od razu skierowałam się w stronę domumamy. Uszłam, ja wiem, może trzysta metrów, gdy ni stąd ni zowądpojawił się na mojej drodze starszy dziwacznie ubrany czło-wiek, jakby z innej bajki, a po chwili następny i następny. Byłoich ze trzech. Idą w moją stronę i to prosto na mnie. – I co? – zagadnąłem. – No, co. No, nic! Stanęłam w miejscu i czekam, co się będziedziało dalej. – Niesamowite, Teresa, to, o czym ty opowiadasz. A nie bałaśsię przypadkiem? – Wiesz, powiem ci, że nie, choć sama się dziwiłam, czemu?Ja, taka strachliwa baba. To zresztą nie było nic takiego w po-równaniu z tym, co dopiero miało nastąpić. Zatem proponuję,nie przerywaj, tylko słuchaj dalej. – No, dobra, nie przerywam, mów. – Kiedy goście stanęli tuż, tuż przy mnie, coś dziwnego wemnie wstąpiło. Poczułam się taka lekka jak piórko i przez chwilęwydawało mi się, że fruwanie to pikuś mały. Poruszyłam rękomaodruchowo myślą latania tchnięta i….. Kurczę, czuję, iż rzeczy-wiście umiem latać. Unoszę się w górę za każdym poruszeniempalców coraz wyżej i wyżej, a goście, ci dziwni przebierańcy, bilimi brawo, wołając za mną: „Naroście jesteś, naroście!”. Na początku byłam sztywna, bo to coś nowego i tak intrygu-jącego, ale po jakimś czasie oswoiłam się z tą nową, no, nazwij- 18
    • my, „przypadłością” i dopiero sobie dałam upust mojej fantazjilatania. Gdzie ja nie byłam? Pod samą kopułą nieba. A jakie tańceprzyszły mi do głowy? Sama byłam zaskoczona pomysłowością,o jaką siebie nigdy bym nie podejrzewała, a z chmurami też igra-łam, aż dech zapiera, kiedy pomyślę! Ach! Ach! Takie były zabaw-ne i piękne moje pierwsze chwile latania i kiedy w końcu się wy-szalałam, dostrzegłam, że jestem nad Bobrownikami, nad Wisłą. Oj! Co za piękny i przejmujący widok. Bóg wiedział, co stwa-rza, natchnąwszy moich przodków myślą, by właśnie w  tym,a nie w innym miejscu Bobrowniki nad samą Wisłą osadzić. Lasyniczym płaszcz okrywają Bobrowniki, dając ten cudowny zapachjodu, gdy tylko wiatr się zerwie. A Wisła płynie dumnie, od czasudo czasu zaczepiając krótkimi falami ruiny zamku, które odkądpamiętam zawsze tam były. Tam właśnie na zamek, na jego ruinyposzybowałam, by ruin widokiem i otoczeniem upijać się. Zrobiła głęboki oddech chyba z przejęcia, dygocąc niczymosika. Miałem wrażenie, słuchając jej, że sam się unoszę i razemz nią szybuję pod nieba skłonem. A to za sprawą plastycznychobrazów, jakie przede mną odmalowała. W jej opowieści byłoto coś… autentyczność przekazu. Dlaczego nie mogłoby to byćprawdziwe, no właśnie, dlaczego? Od tej chwili już nie zamierzałem jej przerywać, bo cieka-wość rozpalała mnie okrutnie. Za to cichutko, cichutko szepną-łem (ledwo sam usłyszałem własne słowa): – Opowiadaj, opowiadaj dalej, dalej, Tereso. Ośmielona i pewniejsza moim przyjęciem opowiadała dalej,a ja niczym gąbka wszystko wchłaniałem, każde jej słowo i słówpotok. W końcu miałem wrażenie, iż razem z nią uczestniczęw tej niecodziennej podróży. 19
    • – Gdy tak nad ruinami zamku fruwałam niczym ptak, zoba-czyłam, jak nagle mgła się gromadzi, choć słoneczko świeci. Mgła nachodziła od strony Wisły cicho i bezgłośnie, z każdąchwilą gęstniejąc, spowijając wszystko, co tylko napotka naswojej drodze. Długo nawet nie trwało, a cały zamek został spowity. Niebyło nic widać, choćby na centymetr. Mogę coś o tym powie-dzieć, bo szybowałam, rozkoszując się jego widokiem. Przeraziło mnie to nie na żarty (w końcu nigdy coś takiegoosobliwego mnie nie spotkało). Zaczęłam nerwowo wykonywaćnieskoordynowane ruchy. Pewnie wyglądałam, jakbym konwul-sji padaczkowej dostała, próbując się z tej mlecznej chmury wy-dostać i za cholerę nijak nie mogłam, mimo licznych prób, a cogorsza nie miałam żadnego pomysłu, jak i co mam zrobić. Popadłam już nawet w czarną rozpacz, że to już koniec zemną i… nagle zakręciło mną, jakbym znalazła się w wirze wod-nym, który tak szybko gdzieś mnie wkręca, że oddychać „zapo-mniałam”. Nie potrafię powiedzieć, jak długo – pewnie wiecz-ność całą. W końcu, gdy ostatni promyk nadziej uleciał ze mniei już pogodzona z wiecznym niebytem bezwładnie gdzieś sięwkręcałam, poczułam nagłe szarpnięcie. Było tak mocne, że przypomniałam sobie od razu, że posia-dam ciało, no i duszę przecież. Muszę od razu ci powiedzieć, nierozstrzygając teraz tego, CZY TAK BYŁO CZY NIE, że prowa-dziłam nasłuch w sobie samej. Słyszałam i to wyraźnie, jak gło-śno krzyczę po wszystkich wymiarach: – Ja, Teresa, mam duszę!Mam duszę! Mam ciało! Mam ciało! Czy mnie ktoś usłyszał? Najwyraźniej tak! Myślę, iż cały czasbył ze mną, a ja jeszcze nie byłam gotowa na rozpoznanie go,w ogóle nie miałam pojęcia, co ze mną się dzieje. 20
    • Miałam wrażenie, jakbym została uniesiona przez czyjeśdłonie świetliste. Dlaczego? Tak sądzę, może, dlatego, że pod-czas tego aktu uniesienia mnie cała wewnątrz świeciłam i widaćbyło wszystkie organy jak i moje myśli w promieniach świetli-stych dłoni. Wzbudzało to mój zachwyt i przerażenie, bo tyletwarzy w sobie nie znałam. Płakałam jak dziecko, jak dzieckopłakałam, że tyle we mnie otwartych drzwi. Sama nie zdającsobie z tego sprawy, zapraszałam zło w najczystszej postaci. I kiedy to do mnie dotarło, już nie płakałam, ale szlochałamcałą swoją istotą do czasu, gdy świetliste dłonie przycisnęłymoje ciało w konwulsjach od szlochu do swoich piersi. Spokój mnie wówczas błogi ogarnął i wielka radość, którejnie potrafię wyrazić żadnymi słowami. Och! Jak mi dobrze było,jak dobrze. Na samo wspomnienie tego uczucia chce mi się czy-nić wszelką dobroć i radość wkoło i to bez wyjątku dla kogo. Nim się spostrzegłam, stałam na ziemi, a oczy moje promie-nie słońca ujrzały wylewające się za przecierającej mgły. Rozejrzałam się powoli, gdzie jestem i stwierdziłam, że w oko-licach zamku bobrownickiego. Przyznam, iż wprawiło mnie to w osłupienie, bo zamiast ruinujrzałam cały zamek, jaki był za czasów swojej świetności zapewne. Kurczę! Na głos krzyknęłam: „Co jest grane, jak to możliwe,gdzie jestem? Czy ja śnię?”. Przetarłam rękoma oczy i to wielo-krotnie i nic – dalej widzę cały zamek. Nie wierzyłam jeszczeoczom i swoim zmysłom. To się uszczypnęłam mocno w lewąrękę i ugryzłam w język. Ból poczułam, no to jestem w tymmiejscu naprawdę. Zeskanowałam metr po metrze znaną i nieznaną przestrzeńi dostrzegłam most drewniany prowadzący wprost do zamku.No, może niezupełnie do zamku, ale do tego brzegu Wisły, na 21
    • którym z głównej bramy opadał lub podnoszony bywał mostzwodzony Widać było, że most solidnie był, zrobiony z bali zapewnedębowych, a tam gdzie był stadion Orlik na tzw. Parchoni drew-niane chałupy stoją kryte słomianą strzechą, a obok nich pasącesię luzem konie i wszelaki drób. Tak w ogóle jakieś inne ukształ-towanie terenu. Tak mi się zdało. Stojący ludzie inaczej ubrani, jakby, no, z innej epoki. Rany,czyżbym… Nic mi innego nie pozostało, jak podejść do owych ludzii zaciągnąć języka, wyjaśniając całą sytuację u źródła, bo możejednak mam omamy. Idąc w ich kierunku, zastanawiałam się nad całą sytuacją,w  jakiej się znalazłam i tak pomyślałam. Może film kręcą?Może? No, ale jak to możliwe, by zamek w tak ekspresowymtempie odbudowano, no jak? Wiele takich wątpliwości próbowałam rozstrzygać, ale żadnamyśl racjonalna rozwiązania mi nie dawała, tak więc nie pozo-stało mi nic innego, jak… Teresa przerwała opowiadać – wstała od stołu, robiąc kilkaokrążeń wokół własnej osi, jakby chcąc odkręcić nadmiar ener-gii, jaka w niej się nagromadziła. Po chwili zatrzymała się, wy-ciągnęła ręce przed siebie i zaczęła nimi potrząsać. Nic się nie odzywałem, by jej nie przeszkadzać w tym rytual-nym tańcu. Może było jej to potrzebne przed dalszym opowia-daniem, zresztą sprawiała wrażenie, że mnie wcale nie dostrze-gała. Kiedy się wystrzelała z tej potrzeby ruchu, jak szybko wstałatak szybko usiadła i jakby nigdy nic powróciła na ziemię. I poraz pierwszy od dłuższego czasu zapytała mnie: 22
    • – I co o tym sądzisz? Zamrugałem głupio powiekami, bo niby co miałem powie-dzieć? Podobało mi się i to bardzo, i tak między nami mówiącnie myślałem, czy jej to się naprawdę przydarzyło czy nie.W końcu jakie miałoby to znaczenie, no, jakie? Gdy skończy-łem ostatnią myśl, usłyszałem głos w sobie, który do mnie prze-mówił: „Marek! Marek! Nie popadaj w zwątpienie – uwierz!”. Głos był natarczywy, bo ilekroć pojawiało się we mnie pęk-nięcie i racjonalizm mnie zalewał, głos się nasilał z ogromnąsiłą tak, iż każdy mięsień i tkanka nerwowa były powiadomio-ne, że ja niekumaty. To, co ja miałem zrobić, no, co – uwierzyć?I uwierzyłem mojej kuzynce. Spojrzałem na nią, a głód mną targał. Spragniony byłemświata, jaki jej się przytrafił – i cicho, cichutko wyszeptałem,patrząc prosto w jej oczy: – Opowiadaj, Tereso! Opowiadaj, bo głód mnie trawi, oj, tra-wi okropny! Uśmiechnęła się do mnie delikatnie i zajrzała mi głębokow oczy, przecierając szlak… Westchnąłem i jakby do siebie po-wiedziałem na głos: – Tak, Tereso! Jestem gotowy! Być razem z tobą i dać sięprowadzić w ten miniony świat, czy….. No, nie wiem, póki co…sam, jak to nazwać? Miałem właśnie zamiar powiedzieć jej o moich myślach, ja-kie mnie dopadły – już otwierałem usta, by wylać z siebiewszystkie i… Nie dała mi szansy, bo ni z gruszki ni z pietruszkizaczęła opowiadać swój ostatni sen: – Marek! Miałam dziwny sen wczoraj. Śniło mi się, że niebonad Bobrownikami otwiera się i widzę jak… – zrobiła małąpauzę. Nabrawszy łyk świeżego powietrza, ciągła dalej. 23
    • – Z otwartego nieba wyjeżdża złoty rydwan zaprzęgniętyw  dwa czarne konie o oczach przypominających oszlifowanediamenty, dumnie zataczając kilka okrążeń nad zamkiem, jakbyczegoś szukał. Całemu zdarzeniu towarzyszą wyładowania at-mosferyczne. Mimo że jest dzień i słońce świeci, błysk wyłado-wań jest tak intensywny, że oczy musiałam spuścić, by mnie nieoślepił ich blask. Widok rydwanu wywoływał we mnie nieopi-sany strach (nigdy takiego nie czułam) i jednocześnie ogromnąchęć, by go ujrzeć w pełnej krasie. Zdołałam tylko dostrzec, że był pusty. Nie było w nim niko-go – naprawdę! Choć? Nie wiem? – Jakaś część była mną, bomoje rozkołatane serce o tym śpiewało, gdy niespodziewaniezniknął tak szybko, jak się pojawił. Obudziwszy się, płakałam jak mała dziewczynka, długo i do-nośnie z ciszą na widowni. Gdy skończyła, wyjęła chusteczkę z torby i wytarła łzy nie-zbyt dokładnie, bo widziałem, jak jej się kręcą jeszcze niedobit-ki pod powiekami. Przy tym jakby prowadzona ręką najwyższe-go wystukiwała palcami po stole arie na strunie „G”. Czajnik płakał – mała strużka wody ulatywała mu z dzióbka,co jakiś czas wydając odgłos zachwytu i radio, z którego leciała doniedawna kocia muzyka, z tonu spuściło – zamilkło. Muchaupierdliwa bezkarnie zawłaszczająca przestrzeń w kuchni z wra-żenia i zachwytu wpadła do filiżanki kawy i nic nie robi sobiez tego, że pływać przecież nie umie – słuchała. Gdy ten niezwykłykoncert się skończył, a trwał sam nie wiem jak długo, podsumo-wała krótko, jakby nic się nie stało takiego. – Sam widzisz, co się ze mną dzieje, nawet w snach coś lubktoś mnie szuka, w każdym razie przywołuje. A ja chciałem zapytać, gdzie tam zapytać, wykrzyczeć tak 24
    • bardzo na głos: – Teresa! A aria, którą wystukałaś, to co? To nictakiego? Tylko chciałem, sprzeciwem wewnętrznym targany,tylko chciałem – niestety. Coraz bardziej rozmowa z Teresą zaczęła być interesującai nabierać szczególnego smaku. Co by tu dużo nie powiedzieć,byłem głodny jak pies wszystkiego, o czym chce mi „wyśpiewać”. I cicho, cichutko „zaśpiewałem”: – Opowiadaj dalej. Pokiwała głową tak z dwa razy i ciągła dalej; – Zbliżając się do owej grupki ludzi, odkryłam, że nie idę, aleszybuję nad ziemią na wysokości średnio wysokiego człowieka.Nie to było jednak największym zaskoczeniem, ale to, że tkwiłamw ciele sokoła – nie wiedząc, jakim prawem i kiedy to się stało. – No, ale stało się i co, no nic, koniec i kropka – bez większe-go rozważania w końcu, bo tak czy siak są sprawy tajemne na tejziemi, które niejednemu mądrali się nie śniły. I tak opowieść Teresy płynęła dalej. Tak w ogóle było jej całkiem, całkiem dobrze, ba, bardzo do-brze w ciele sokoła. Wiedziona wewnętrznym radarem namierzała dokładny cel,do którego zmierzała. Nie mogło być żadnej lipy w rejestrze lotu czy innych nieprze-widzianych wahań. Miała w końcu certyfikat, jakby nie patrzećod… Dokończ sobie czytelniku, od kogo. Sama za bardzo nie wiedziała, dlaczego usiadła na lewymramieniu wysokiego i barczystego mężczyzny o włosach białychjak śnieg, zwanego Starostą grodowym zamku bobrownickiego.Starosta najwyraźniej ucieszył się z obecności ptaka i mimo żemocno szponami zakotwiczyła mu się, to nie dał po sobie tegopoznać. Najwyraźniej była podobna do jego sokoła. Na pewno go to bolało, bo odziany był tylko w długą, płó- 25
    • cienną koszulę koloru czerwonego z herbem na piersiach i ple-cach. Herb złotymi nićmi był wyhaftowany. Koszula przepasa-na szerokim skórzanym paskiem z nabijanymi srebrnymi ćwie-kami. Od pasa po prawej stronie zwisał długi, stalowy miecz. Starosta grodowy uśmiechnął się do ptaka i towarzyszącychmu ludzi, po czym wyciągnął przed siebie prawą dłoń odzianąw rękawicę skórzaną – długą aż do łokci i dał znać sokołowi, byna dłoni spoczął. Ptak przeniósł się w mgnieniu oka, a starosta czule pogłaskałgo lewą ręką po głowie, mówiąc: – O, mój sokoliku, gdzie byłeś? No gdzie… – i dalej głaskałswojego ulubieńca, jednocześnie zwracając się do grupki swo-ich towarzyszy. – Panowie! Prawda, iż piękny mój sokół? Zapadło milczenie, bo wszystkie oczy skierowały się naj-pierw na Teresę (sokoła) z wielkim uznaniem i podziwem dlajej dorodności i bystrości oczu. – O! A jakże, Panie Starosto grodowy, a jakże! – ze wszyst-kich piersi słowa uznania gruchnęły. Starosta był kontent z pochwały (muszę od razu powiedzieć,że miał w oczach i w całej swojej sylwetce ogromną potrzebę po-chwały wszystkiego, co dotyczyło bezpośrednio jego, jak i jegowłasności). Usłyszawszy potwierdzenie, odwrócił się energicznieod wszystkich w drugą stronę i ruszył sam w kierunku opuszczo-nego mostu zwodzonego. Unosząc lewą dłoń po przebytych trzydziesty metrach, dałtym samym znać wszystkim, by szli za nim. Podczas drogi panowało milczenie. Teresa, będąc w ciele ptaka, nie podejmowała żadnej próbyzrozumienia czy też rozważania swojej sytuacji (przynajmniejna razie). Było jej dobrze i póki co ten stan jej pasował. 26
    • Starosta grodowy pierwszy się odezwał, nie odwracając się. – Panowie, my tam będziemy strzegli naszych przywilejównadanych nam przez Konrada von Jungingena, tak czy nie? Szmer się zrobił głośny, coś między sobą ustalali, trwało tomoże trzy minuty, nim wspólny język złapali. Głośno i zdecydowanie jeden przez drugiego wykrzykiwał. – Tak, panie, tak! Trzeba delegację mieszczan wysłać do kró-la Władysława Jagiełły, by nasze przywileje potwierdził. A mu-szą być to mieszczanie godni i biegli w mowie i piśmie, no i zna-jący się na etykiecie dworskiej. – Dobrze gadacie, panowie! Zająć mi się tym, jak najszyb-ciej. Może uda nam się jeszcze otrzymać od króla 40 włók zie-mi. Dodając do posiadanych 52 włók, byłoby coś! – Starosto grodowy! Król to mądry i roztropny władca – po-winien się zgodzić – idący z tyłu na czele rycerzy starszy męż-czyzna będący jeszcze w sile wieku odpowiadał przy głośnymaplauzie pozostałych. – Oj tak! Dobrze gada. Starszy mężczyzna ciągnął dalej: – A może w swojej dobroci zezwoli mieszkańcom Bobrow-nik na wyrąb drewna z lasu tak bardzo potrzebnego na remontyi nowe budownictwo. – No właśnie – zagadnął starosta grodowy. – Byłoby to do-brodziejstwem dla dalszego rozkwitu wszystkich mieszkańców.Tak więc jak najszybciej, panowie, sporządzić mi pismo i spisaćmi wszystko to, o czym mówimy i dodać mi jeszcze prośbęo zwolnienie od szarawarów i podwód konnych. – To dopiero by było coś! – głośno wszyscy orzekli. – Jeszcze, jeszcze dopisać – perorował starszy, idący na prze-dzie – że oprócz cotygodniowych sobotnich targów niech Bo- 27
    • browniki otrzymają prawo do dodatkowych jarmarków w dniuMarcina i w dniu Wniebowzięcia NMP. – Tak, to będzie wspaniałe, gdy król przyjmie naszą delegacjęmieszczan i podpisze petycję – oznajmili wszyscy jak jeden mąż. I tak w dobrym i twórczym nastawieniu wszyscy weszli dozamku. Starosta od razu skierował się z dziedzińca na pierwszepiętro do swoich komnat, w których zamieszkiwał i urzędował,pozostali rozproszyli się każdy do swoich zajęć. Sokół cały czas siedział na prawej dłoni starosty. Chcąc czynie chcąc, edukował się w zarządzaniu. A tak naprawdę Teresa przysypiała najwyraźniej znużonanową sytuacją, w jakiej się znalazła. Ktoś by powiedział – co zaptak, pewnie wypchany. Zmęczony dniem dzisiejszym starosta, opadł bez sił na drew-niane, masywne krzesło wykonane z dębowych desek wykończo-ne obiciem skórzanym i po bokach miedzianymi gwoźdźmi. Krzesło stało zaraz przy wejściu naprzeciwko wielkiego, pro-stokątnego, dębowego stołu, za którym równo dosunięto krzesła. Stół usytuowany był pośrodku pokoju, przy którym nie tylkourzędował, ale i ucztował zarządca zamku. Wygląd pomieszczenia uderzał pewną surowością, ale miałcoś w sobie magicznego. Smukłe cztery okna i sklepienie sufitu tak charakterystycznedla gotyku z zestawieniem kamiennej posadzki, w której do-strzec można było co kilka metrów symetrycznie wykonaneokrągłe otwory grzewcze robiło swoje. Do tego w rogach stałykompletne zbroje. Między dwoma oknami ustawiono szafę przepastną, bo sze-roką, do tego pełną alegorycznych rzeźbień – była piękna. Staroście grodowemu kłębiły się po głowie myśli przeróżne, 28
    • a zwłaszcza z ostatniego wyjątkowo pracowitego tygodnia. Sie-dział jakąś chwilę, w milczeniu w wpatrując się tępo gdzieśprzed siebie, po czym przeniósł swój wzrok na sokoła. – Tak! Sprawa pilna będzie – sam do siebie zagadnął. – Wy-słać jak najprędzej delegację mieszczan do króla – nie dalej jakza dwa tygodnie. Już wiadomo, o co mają prosić. No, ale jeszczejest ta sprawa… – zamyślił się głęboko. Powtarzał niczym pa-cierz w kółko: – Do rozwiązania. Podniósł się z krzesła i lewą ręką odpiął pas, na którym byłzawieszony miecz, podszedł do stołu i rzucił go tak od niechce-nia na stół. Myśl ostatnia wyjątkowo upierdliwa nie dawała muspokoju. Przemaszerował wolnym krokiem wraz z sokołem, dzierżącgo w prawej dłoni, przez cały pokój do otwartego okna, przyktórym się zatrzymał, zastanawiając się, co chce ujrzeć lub kogowypatrzyć. Może mu to pomogło, bo uniósł dłoń, na której siedział so-kół, na wysokość swoich oczu i uśmiechnął się do niego. Pew-nie na samą myśl, że nie jest sam. Po czym zaczął go głaskać czule wolną ręką i mówić do niego. – Ty! Cały czas jesteś ze mną, przyjacielu, no popatrz! Któżby to przypuszczał? Jeśli masz ochotę, to leć sobie na łowy, alepamiętaj – wieczorem wracasz! Sokół (Teresa) zatrzepotał skrzydłami i nie zwracając za bardzouwagi na starostę grodowego, rozprostował skrzydła, wyfrunął. Ciągnęło go ku polom i lasom, za zapachem, jaki z ich stronsię unosił i co by tu dużo nie mówić obezwładniał go z resztekmyśli i wspomnień… (czy minionych, a jeśli nie, to jakich), po-zostawiając tylko instynkt łowcy, instynkt drapieżcy. 29
    • Fruwał po niebie – nad polami i lasami okolicznymi, wypa-trując pośród tych cudowności przyrody zdobycz dla siebie.W końcu przecież był łowcą. A czas się nie liczył w ogóle, nie miał znaczenia, bo zegar miałw sobie, który odmierzał mu długość lotów i czas ich trwania. Dzień szybko minął na łowach i co teraz? Wracać do zamku?Taka myśl w głowie sokoła zaświtała, bo iskra jakaś cudownaprzeskoczyła mu w sercu, uwalniając prawdziwe tchnienie –rzeczywisty byt. Poszybował sokół w stronę zamku, w stronę otwartego oknaw komnacie starosty grodowego. Spory kawałek drogi miał do przebycia, to sobie przed drogąusiadł na przydrożnym drzewie tuż niedaleko wjazdu do Bo-brownik. Widok był iście bajkowy! Bobrowniki w dole w sposób natural-ny były przytulone do Wisły, przy której stoi okazały, wykonanyz cegły gotyckiej zamek z lądem połączony mostem zwodzonym.Dalej widać kościółek mały, murowany, kryty czerwoną dachów-ką, wzdłuż którego stoją drewniane chaty i mały kwadratowy ryne-czek. Wszystkie cztery ulice są wybrukowane kamieniem polnym. Nasycenie zieleni i kwitnących ogrodów pełnych drzewowocowych i z trzech stron otaczające lasy, które dopełniajątego szczególnego widoku, niewątpliwie zachwycały. Każdy, kto tylko raz miał okazję w tym miejscu się znaleźći  zatrzymać choć na chwilę, nie mógł tego nie zauważyć, nieulec i nie zakochać się w Bobrownikach. Sokół (Teresa) napawał się widokiem i nic to, że drobneptactwo bezczelnie pod nosem żerowało i urządzało sobie róż-ne harce. To nie było ważne, to się nie liczyło. Zmrok zaciągnął na dobre i we wszystkich chatach jakby za 30
    • dotknięciem czarodziejskiej różdżki migotać zaczęło światło,największe rozbłysło na zamku. Sokół pojął, że czas się zbierać w drogę! Do tego głosu… dotego wyzwania! Do wielkiej niewiadomej życia, w której miał uj-rzeć to, co już było, to, co już jest i to, co będzie zawsze trwało i to,co niby przemija a wiecznie trwa – zmienia tylko swoje oblicza. Rozprostował skrzydła, dziobem sprawdził lotki i upewniw-szy się, że wszystko gra, uniósł się w górę, by poszybować wprostdo zamku do okna komnaty starosty grodowego. Komnatę rozświetlał stalowy żyrandol w kształcie koła, naktórym zamocowano zmyślnie obejmki z brązu rozmieszczoneco dziesięć centymetrów po jego promieniu. W obejmkachznajdowały się grube świece. Żyrandol zwisał na łańcuchu pośrodku komnaty. Za prostokątnym długim stołem siedzieli goście starosty za-proszeni na sutą zakrapianą kolację, o czymś żywo rozmawiając. Najwyraźniej rozmowa była wyjątkowa, bo wywoływaławiele emocji. Starosta słuchał i słuchał cierpliwie, od czasu do czasu dawałznak swojego zniecierpliwienia a to wykrzywionymi ustami czystukaniem sztyletem po stole. Nikt tego nie dostrzegał, co w końcu zirytowało starostę gro-dowego nie na żarty, bo w pewnym momencie nie wytrzymałi pięścią walnął w stół, głośno oznajmiając: – Panowie! Tu ja jestem panem z łaski nam panującego kró-la! I to ja mam głos ostatni! Proszę zważać na słowa i na mnie. Biesiadnicy spokornieli, wołając jeden przez drugiego. – Panie! Starosto grodowy, panie starosto! Upraszamy łaskidla nas. My wiemy, gdzie nasze miejsce, no, ale jakże tu inaczej,gdy sprawa wyjątkowa przecie. 31
    • Starosta nie odzywał się, tylko błądził oczyma po suficie,jednocześnie dając prawą ręką znać, by biesiadnicy dalej deba-towali. Znowu zrobiło się gwarno. Starosta zdawać by się mogło, że chwilami jest nieobecny,jakby gdzieś szybował myślami. Błądząc wzrokiem przed siebiei za siebie, w końcu ujrzał sokoła siedzącego w oknie. Widok ptaka najwyraźniej wyrwał go z odrętwienia, bouśmiechnął się od ucha do ucha, od razu na głos wołając. – Jesteś! Jesteś! – dodając. – Panowie! To dobry omen…Spójrzcie na okno za moimi plecami. – Sokół! Starosty sokół! – podniosły się okrzyki. Starosta nie czekając, kto i co powie, nakazał służbie podaćrękawicę skórzaną, co szybko uczyniono. W tym samym mo-mencie cisza zapadła, wszyscy patrzyli, jak starosta zakłada ręka-wicę, odsuwa krzesło, wstaje od stołu i wyciąga rękę przed siebie Sokołowi wiele nie trzeba było, w mgnieniu oka sfrunąłz okna i usiadł na wyciągniętej dłoni, wszem i wobec oznajmia-jąc swoje przybycie. Wydał okrzyk! Biesiadnicy wstając zgotowali gorącą owację. Na jego cześćwznieśli puchary pełne przedniego wina i wypili za zdrowieptaka, a następnego za zdrowie i pomyślność gospodarza. Starosta był kontent z takiego przyjęcia, dał wolna ręką znać,by wszyscy usiedli i podkręciwszy wąsa, zaczął mówić. – Wielkie dzięki wszystkim za uznanie i podziw dla mojegoptaszka. Dużo nie muszę mówić, jak bardzo mi to sprawia przy-jemność, co zresztą widać nie od dziś. No cóż, każdy z nas majakieś słabości, czyż nie tak? – Jest tak! Jest tak! Jeden z biesiadników stojący po drugiej stronie stołu zawo-łał. 32
    • – Panie starosto grodowy, powróćmy do rozpoczętej rozmo-wy, bo na razie nie widać końca, a przecież jest o czym mówić?I może warto by było zapoznać się w miarę dokładnie – no, jeślibędzie taka łaska. Starosta spojrzał na niego bystro, już nie spuszczając goz oczu. Chwilę milczał, po czym powoli a dobitnie oznajmił. – No tak! Wiem, musimy o tym wiedzieć na pewno. Ale jesz-cze nie teraz, nie teraz. Powiem tylko tyle, że Clavus jest w zam-ku. Ten Clavus! – dodał, by nie było wątpliwości. Zapadło milczenie i jakieś dziwne podniecenie. Wszyscychcieli coś więcej wiedzieć, ale starosta ostro i zdecydowanieuciął jakiekolwiek próby. – Na dziś o Clavusie dosyć! Muzykę proszę! Zaczęto grać, dolewać do pustych pucharów wino i donosićgorącego jadła. Niby wszystko grało, bo każdy opowiadał o swo-ich sprawach i zwycięskich turniejach, a jednak niepokój mię-dzy nimi chadzał, może nie tyle niepokój, co ciekawość podsy-cana wypitym winem. – Nie mówię głośno, bo sobie nasz Pan tego nie życzy, alewarto by się wywiedzieć, mój sąsiedzie, gdzie Clavusa schowałi może kto go przywiózł. – Oj, tak mój kompanie, no to jeszcze po łyku się napijmy,a odpowiedź sama do nas przyjdzie! – Ha, ha, ha! – śmiejąc się, klepnął swojego rozmówcę kilka-krotnie po plecach. Sokół nic sobie nie robił ze wrzawy, jaka panowała. Siedziałna dłoni starosty i niczym niepodzielny król Midas skarbówbroniąc swoich, tak on strzegł swego pana. Wydawałoby się, że na zawsze Teresa ugrzęzła w ciele ptakai jest jej po prostu fajnie! A jednak coś się w niej działo, bo zro- 33
    • biła się jakaś taka niespokojna (trzepotała skrzydłami) i nadsłu-chiwała z początku niby od niechcenia, tak sobie, no, ale póź-niej… Zapałała tak wielką chęcią poznania tajemnicy jako pierw-sza, że zaczęła obmyślać sposób, jak tego dokonać. Drzwi właśnie się otworzyły, bo kilku błaznów na występprzyszło. – To właśnie mógłby być sposób spenetrowania zamku – so-kół w myślach ze sobą gadał. – No, ale gdzie mam lecieć, gdzie go starosta grodowy ukrył? I nagle myśl genialna sokołowi przyszła, że Clavusa zapewneukryli w lochach, no, bo gdzie indziej, a jeśli nie, to ma go ten,kto go znalazł i przywiózł. Zaczął umizgi robić i inne jakieś ptasie zaloty, by zwrócićwiększą uwagę starosty na siebie – może w przypływie szczero-ści, raczej słabości wszystko mu wyśpiewa. I tak: zaczął chodzić tuż przy stole to na dwóch, to na jednejnodze, skrzydła szeroko rozkładając, a gdy to nic nie pomogło,na stół sfrunął i między potrawami paradował, wywołując tymsamym ogólny aplauz. – No, wspaniale! Wspaniale! – krzyczeli rozbawieni biesiad-nicy, nierzadko wznosząc toast. Przy tym dodawali: – Jedz i pijrazem z nami, ptaszku, ha, ha, ha. Gdy tak sobie paradował niczym Bóg nieśmiertelny, rozwią-zanie przyszło nieoczekiwanie – drzwi od komnaty otworzonoszeroko i zaczęto wnosić przeróżne potrawy. Pieczone prosiaki, drób nadziewany, wazy pełne winogroni wiele innych potraw smakowitych, na widok których trudnoby było się oprzeć i nie ulec pokusie. W otwartych drzwiach stali owi trzej dziwnie ubrani ludzie, 34
    • ci, którzy bili Teresie brawo, gdy jako ptak (sokół) wzniosła sięw górę. Teraz mogła dokładnie im się przyjrzeć: ubrani byli w dłu-gie, płócienne, białe togi wykończone po brzegach brązowymhaftem przypominającym kwadratowe figury geometryczne,stopy odziane w sandały skórzane zawiązywane do wysokościkolan cienkim rzemieniem. Całości wystroju dopełniał wieniec laurowy na ich skro-niach. Przypominali rzymskich patrycjuszy, których żywot jużdawno przeminął. Patrząc na nich i na biesiadujących, doznawało się wstrząsu,bo nijak nie pasowali do towarzystwa – raz, że inaczej byliodziani, dwa – biła od nich jakaś jasność, o której niejeden czło-wiek mógłby sobie tylko pomarzyć. Wystarczyło jedno ich spojrzenie, by jego „widmo” czyniłoswoje – stało się zaproszeniem… Nie oglądając się za siebie, sokół (Teresa) sfrunął ze stołui nad głowami rozbawionych gości poszybował wprost do źró-dła… stając się ich częścią. Zakręciło sokołem (Teresą) jakby wpadł w wir wodny do sa-mego dna. Najpierw raz, potem drugi i trzeci i już tchu zabra-kło, a tu nie wiadomo, co robić – sytuacja nieznana, nie ma jejnawet w jaźni. Po prostu czarna dziura się wyłania, poza którąnajpewniej pustką zieje. To co robić? Poddać się, nie poddać? Czy przyjąć z godno-ścią, jaki by nie był, swój koniec? Oświecone ptaszysko, czując, co może teraz z nim się stać,przestało udawać… i oddzieliło się niczym białko od żółtka,krzycząc: – Jajkiem już nie jestem! Nie jestem jajkiem! 35
    • Przez chwilą cisza, nikt nie odpowiadał i mogłoby się zda-wać, że tak już zostanie w nicości, – ale zaraz, głos jakiś słychaćtubalny, który pyta: – To kim jesteś? Kim jesteś teraz? Sokół nie odpowiedział. Nie był jeszcze gotowy… a trzy ży-wioły tańcowały nad nim, o czym nie wiedział. Czwartego niebyło, jeszcze nie dotarł do Bobrownik. Sokół spojrzał do góry, bo taka myśl mu kazała i ujrzał nadsobą otwartą przestrzeń, poczuł zapach pustyni. Jakby za do-tknięciem czarodziejskiej różdżki przeniesiony został w odległyświat. W przestrzeni, w której się znalazł, nie było nikogo, żywejduszy, tylko piasek i gołe skały, no i z daleka słychać było płaczprzenikliwy. Poszybował sokół do płaczu, bo do kogo niby miałby szybo-wać, jak nikogo nie było i żadnej myśli, w którą wsłuchać sięmógłby. I sam zapłakał, bo szok go trafił – nastawił się na coś wielkie-go i odkrywczego, a tak między nami mówiąc na spotkanie z…może NAJWYŻSZYM a tu – KURWA! Głupota stoi w pełnejkrasie, co chwilę zmieniając ubrania, od małych rozmiarów dodużych i wielkich w zależności od zapotrzebowania. Jakby tego było mało, drogowskaz udaje, by nikt przypad-kiem nie pomylił drogi do niego. Przy tym jest bardzo przeko-nywujący i uroku pełen, gdy trzeba z „dołka” wyciągać odszcze-pieńca. A tłok coraz większy od pokoleń, to już nie strumień, to rze-ka – tak głosi wytatuowany na jego plecach napis. Żeby usprawnić przepływ, kod kreskowy każdemu z osobnanada. 36
    • – To kto w końcu płacze? No, kto? Kiedy patrzę na ciebie,widzę – wielka radość w tobie gości od nadmiaru szczęścia –sokół głośno zapytał, bo nie wytrzymał takiej schizofrenii. – Jak to, kto? – zdziwienie wyraziła głupota. – No właśnie, kto? – powtórzył sokół. Zaśmiała się głupota i śmiała się jeszcze długo, jakby wiecz-ność całą śmiać się chciała. Naprężyła mięśnie, popatrzyła naptaszysko (tak w oczach go nazwała) i wypaliła krótko: – To ty płaczesz, ha, ha, ha! Popatrz! No popatrz, jaki „zbo-czeniec”, o sobie nic nie wie… i daje się wydymać. Ha! Ha! Ha! Sokół skurczył się w sobie, bo było mu nie tak, no, nieprzy-jemnie o sobie się dowiedzieć tyle, aż tyle i zamilkł, bo zatłukłsiebie niedowierzaniem. Trwał w tym stanie „autyzmu” i trwał do pierwszego kura!Przebudziwszy się, niczego nie pamiętał prócz wspomnieniaotwartych drzwi na oścież od komnaty i wnoszonych świeżychpotraw – jak pachniały! Do dziś ich zapach robi wrażenie i chęć ogromną ucztowa-nia. – No! Jeszcze pamięta rozmowę starosty grodowego przystole – zaraz! Jak on to powiedział? Czy o czym ona była? Achtak! Właśnie, o Clavusie! – głośno coś gadał. 37
    • Rozdział IIS łońce wysoko na niebie, a starosta grodowy jeszcze wyleguje się w pościeli. Sokół od samego rana bezczynnie przechadza się po komna-cie, za bardzo nie wiedząc, co ma robić, bo niby co? Polatać so-bie nie polata, za mała przestrzeń i z nikim pogadać, bo z kim?A tak w ogóle to, kto by go zrozumiał? Czarna rozpacz powoli zaczęła go ogarniać na swój żywot,bo to nie tak, to wbrew naturze tkwić o tej porze w zamkniętympomieszczeniu. Choć była to złota klatka z dostatkiem poży-wienia, jakiego by zapragnął. Zebrał się w sobie, choć wszystkomilczało – nikt nie podpowiadał, stół, krzesła, szerokie łożei porozrzucane gdzie popadnie odzienie. – No, to taki bilans póki co mamy! – zaskrzeczał na głos. Przemaszerował po raz któryś z rzędu po całej komnacie i towcale nie cicho, przewracał wszystko, co na swojej drodze na-potkał: Stojące buty niczym świece przy stole, miecz opartyo ścianę i poszczególne segmenty zbroi leżące w nieładzie. Nic to nie dało! Dalej cisza, choć, przepraszam, słychać byłoco jakiś czas głośne chrapanie starosty. Po wielu nieudanychpróbach przebudzenia swojego „chlebodawcy” przyszedł czasna radykalne środki. 38
    • Wzniósł się zatem do góry i dzban z winem stojący na stoleuniósł w szponach w kierunku śpiącego starosty. Pomysł był trafiony, bo skuteczny – starosta od razu skoczyłna równe nogi, z początku nie pojmując, co się stało i dzieje,dobrą chwilę trwało, zanim pojął i przejrzał na oczy. Pierwsze,co zrobił – otworzył okno, siarczyście bluźniąc. – Cholera z tobą, ptaku złośliwy, spadaj na dwór. Sokół na to właśnie czekał, wyfrunął z komnaty ku górzei poleciał dalej, nie oglądając się za siebie. Lot miał tak płynnyi równy, iż mogłoby się zdawać, że się nie porusza, ale płynie poniebie. Starosta, choć w pierwszej chwili był zły jak diabli, tojednak z podziwem patrzył na lot sokoła. Rozdziawił szerokogębę, oczy wybałuszył, że o mało mu nie wyleciały z orbit i gło-śno krzyczał. – Jak wspaniale! Mój sokoliku, jak wspaniale! Płyń, płyńw górę, w górę i nad lasy pełne łownej zwierzyny, płyń, sokolikumój! Starosta krzyczał i krzyczał zapamiętale, a serce jego wypeł-niała radość i satysfakcja – to przecież jego, tylko jego sokół! Jak długo stał zaczarowany, trudno powiedzieć, bo sokół jużsię oddalił. Leciał nad gęstymi lasami łaskotany co chwila promieniamisłońca. Ujrzał w końcu z oddali klucz lecących kaczek. Zapra-gnął zapolować na dorodną sztukę. Leciały w trójkątnym kluczu, czasami tylko uderzając skrzy-dłami powietrze. Głowy i nogi wyprostowane sztywno, piersiku przodowi opadają. Słychać od czasu do czasu jak wydają głosw kierunku swojego prowadzącego. Obserwował ich lot jakiś czas, śledząc z oddali każdy ruch –wybierał tę jedną tę, którą najłatwiej zdobyć. 39
    • Właśnie kierunek wiatru się zmienił i mała chmurka naszła– tak, to był ten moment, by zapolować z sukcesem. Zwinął skrzydła ku sobie, głowę i nogi wyprostował i jakpocisk zaczął spadać na stado kaczek, nim się spostrzegły, jużmiał zdobycz, z którą odleciał na leśną polanę, by ją… no wła-śnie, by ją… Po sutym posiłku poszybował na świerkowe drze-wo, by spokojnie przetrawić. Nawet sobie troszkę podrzemał. Z drzemki wyrwał go przeni-kliwy okrzyk: – Uważaj! Uważaj! To drwale krzyczeli, widoczniejakieś drzewo ścięte, niebezpiecznie osuwało się na ziemię. Mimo że głos ten wyrwał go z drzemki, to jednak dodał muotuchy, bo przyszło mu namyśl, że takich ludzi dzielnych i praco-witych, jak w Bobrownikach, gdzież szukać w świecie, no gdzież. Poderwał się w końcu z „błogiego lenistwa” do lotu, bo sobieprzypomniał, że to właśnie dziś po południu starosta z najbliż-szymi przyjaciółmi ma udać się… Właśnie, udać się zobaczyćClavusa. Tyle słów na jego temat już padło, że prawda miesza sięz plotką, a plotka goni plotkę i trudno dociec, gdzie prawda jest,a gdzie fałsz. W locie do zamku przypomniał sobie o swojej sytuacji, żewłaściwie nie jest ptakiem tylko… No właśnie tylko… to jakjest z nim? No, jak? – No dobra? Nie rozstrzygnę tego tu i teraz, tak się stało, tostawać się musi dalej… – sam do siebie zaczął mówić. A tak w ogóle nie odczuwa dokuczliwie tej zmiany. Już zdą-żył zauważyć, że jest mu całkiem fajnie. Natchniony pozytywnąmyślą spokojnie szybował z wiatrem do zamku. Wszystko śpiewało, wiatr i drzewa, zboże urodzajnie, krząta-jący się na polach ludzie i odgłosy dochodzące ze strużki wpa- 40
    • dającej do Wisły. Więc jest nad lasami i polami i przygląda sięznikającym w oddali polanom i wniesieniom i zielonym łąkom:– Jak pięknie!, Jak pięknie? – ciągle powtarzał. – Ech! Udało się stworzenie świata, udało Stwórcy – na ko-niec skomentował. Zbliżał się już do zamku i z daleka było widać, że okno kom-naty starosty było szeroko otwarte – czekało, kiedy sokół przy-będzie. Nikt prócz niego nie wchodził do środka, chyba że mu-chy, komary i inne owady. W komnacie nie było nikogo, za to wszystkie przedmioty naswoim miejscu poukładane, łoże starannie zaścielone i nakryteczerwoną kapą, na której punktem centralnym był wyhaftowanyherb (głowa byka oparta o dwie wieże zamku) koloru złotego. Nastole w kamiennym wazonie cięte kwiaty z ogrodu starosty. Stoją-ce zbroje w czterech rogach dokładnie wypolerowane błyszczały. Sokół rozgościł się jak u siebie w domu – usiadł u wezgłowiałoża – tam mu było najlepiej i czekał na starostę. Długo nie czekał – starosta dziarsko wkroczył do swojej sy-pialni, widać i słychać było, że dopisywał mu dobry humor. Odrazu dojrzał sokoła, bo tylko przekraczając próg, zaczął mówić: – Tobie, mój kochany, dam lanie, czekam i czekam na ciebie,a tu ani widu ani słychu, ha!, ha!, ha! – zaśmiał się rubasznie. – No dobra – dobrze, że jesteś, czekałem na ciebie, no towskakuj – wyciągnął prawą dłoń przed siebie, na której miałzałożoną skórzaną rękawicę. Sokół, wiele się nie namyślając,w mgnieniu oka siedział na wyciągniętej dłoni. I już razem wy-szli z komnaty na krużganek. Teraz sokół mógł ujrzeć zamek w pełnej krasie od wewnątrz. Mury gotyckie na planie kwadratu robiły nieodparte wraże-nie silnej warowni nie mniejsze jak wieża, bo czworoboczna, 41
    • u  góry cylindryczna, usytuowana wzdłuż wschodniego bokuzamkowego dziedzińca. Pomieszczenia gospodarcze drewnianei brukowany dziedziniec. Z narożników murów zewnętrznychwyrastały wieże obronne. Starosta nie zdawał sobie sprawy z dokładnej lustracji jegodomostwa przez sokoła. Szedł szybkim krokiem w kierunku nieza dużych dębowych drzwi znajdujących się niedaleko wieżyw murze. Był to rosły mężczyzna, dobrze zbudowany. Stojąc przydrzwiach, widać dopiero było, że to woj na schwał (małe drzwii wielkie chłopisko – urokliwy widok.) Szybkim ruchem nacisnął wielką klamkę w kształcie liściadębu wykonaną z miedzi, pochylając się wszedł do środka i…co za widok! Sokół zaniemówił. Oczom jego ukazał się przepiękny ogród, czyżby rajski? Nie-samowita jasność uderzyła go i z lęku, że może to nieprawda,zamknął je z powrotem, po chwili znów otwierając. – To jednak prawda, co widzę? To prawda? – jakby do końcanie dowierzając, potwierdzał na głos sam sobie. Kwiaty tańcowały błękitno-pomarańczowe, zachwycając każ-dego, kto tylko na nie spojrzał, a na dodatek pod wpływem zra-szającej je świeżej wody i promieni słonecznych wydzielały ete-ryczną woń. U stóp muru biła zieleń winorośli, pysznie wysta-wiającej do przodu dorodne owoce. Zielona, bujna trawa do-pełniała uroku. Po bokach stały ławeczki dębowe, przy których ustawionomałe, drewniane stoliki z glinianymi wazami pełnymi świeżychowoców. Właśnie na jedną z nich starosta się kierował. Siadającprawą ręką potrząsnął, dając znać sokołowi, by sobie po tymraju po latał. 42
    • Ptak wzleciał na wysokość korony drzew, robiąc kilka okrą-żeń. Nie ukrywał swojego zachwytu nad tym ukrytym rajem,podziwiając zmyślność gospodarza. Starosta przyglądał się lotowi sokoła z nieukrywana satys-fakcją – to jego ptak! Tylko jego! Pasuje jak ulał, właśnie tu… Przyglądałem się Teresie z niekłamanym podziwem. Opo-wiadała tak plastycznie, że podróżowałem razem z nią, jakbynie patrzeć, po miejscach pochodzenia moich przodków. Cie-kawiło mnie, co dalej będzie i o co chodzi w tym wszystkim. Wstałem od stołu, nie odzywając się przyłożyłem swój palecTeresie do ust, by chwilę zamilkła – trochę wytchnienia jeji mnie się przyda. Miałem właśnie coś powiedzieć, gdy nagle uprzedził mnieprzeraźliwy krzyk sąsiadki za ściany – najwyraźniej wrócił jejmąż i znowu nie znalazł pracy (szkołę, w której pracował, zli-kwidowali). Gęsto się przy tym tłumaczył. – Gdzie sie włóczyłeś, dupku! Wielki i szlachetny historyku,co sobie myślisz, że co? Ja tylko mam zapierdalać jak osioł?! – Tak wcale nie myślę, kochanie! Nikt mnie po prostu niechce, bo albo brak etatów, albo już właśnie etaty są obsadzone,a innej pracy dla mnie nie mają – za mądry najwyraźniej je-stem. Sam nie wiem, co mam robić i czuję się z tym źle – takidupek niepotrzebny. – Jesteś dupkiem, niedołęgo, jesteś! Wielki mężczyzna za dy-chę! Proszę i nie dość, że wracasz z niczym, to jeszcze podpity– łajzo! Gadaj mi tu zaraz, z kim mordę zmoczyłeś, pewniez tym twoim kumplem jąkałą, starym kawalerem. On przynaj-mniej wyjechał na wyspy i jakąś kasę natłukł, a ty co, dupę boiszsię ruszyć? 43
    • – No, co ty! Kochanie, wcale się nie boję, ale wiesz przecież,że dzieci są małe i będą tęskniły. – Lepiej niech tęsknią! A nie chodzą w jak najgorszych ciu-chach i wszystkiego sobie odmawiają, bo tatuś dupa i to wbijsobie raz na zawsze w tą swoją historyczną głowę. To z kim pi-łeś, odpowiadaj mi tu zaraz, tylko nie skręcaj! – No, co ty. Ja? – Tak, ty! – Przysięgam, że nie piłem. – Jak nie piłeś? Przecież śmierdzisz na kilometr gorzałą. – No, co ty? – Wariatkę ze mnie robisz, czy co? – Kochanie, przysięgam – jedno piwo. – Ja ci dam jedno piwo? To wszystkie gwiazdy ujrzysz ty….. Słuchałem z Teresą kłótni moich sąsiadów, uśmiechając sięsmuto do siebie i było nam żal tych ludzi, bo przecież kiedyśzapewne kochali się i mieli wspólne plany. – Zobacz, Tereso, co to się wyprawia z człowiekiem, gdy po-zbawi się go pracy i możliwości zatrudnienia, a są to ludzie wy-kształceni – niestety, humaniści. – Jedni jakoś sobie dają radę, a inni nie, może za wrażliwi sąi trudno im się dostosować do nowych wyzwań tego czegoś –demokracji – oznajmiła kuzynka, dodając szybko. – Mamy cho-rą demokrację, a właściwie to nie wiadomo, co to jest. – No właśnie. Sam się wiele razy zastanawiam, co nam wy-smażono. Bo jakoś tego chocholego tańca nie mogę ogarnąć,może jestem tępy, kto wie? – Nie jesteś tępy, nie jesteś! Co prawda Japonię nam obieca-no i kasę, no i Irlandię, ale czego się nie robi, by władzy się trzy-mać – wszystko człowiekowi obiecają, nawet powtórne życie.Ha! Ha! Ha! I mamy, co mamy, teatr lalek! Polityków. 44
    • – Wiesz, Teresa, szkoda słów na to wszystko, lepiej „jedź da-lej” – zrobiłem małą pauzę, nasłuchując, co się dzieje za ścianą,bo cisza nieoczekiwanie nastała. Po chwili nasłuchu oznajmi-łem półgłosem. – Zobacz, sąsiedzi się uciszyli. Widocznie dzieci wróciły zeszkoły. To co, zrobię kawę? A ty opowiadaj dalej. – Zgoda! Opowiadam, rób swoje, a ja jadę dalej. Niepostrzeżenie do ogrodu weszli goście – ci dziwnie ubrani,a właściwie to nie weszli, tylko wyłonili się nagle z powietrza. Sokół przyglądał się kwiatom, radując się ich widokiem, gdymałe stadko mroczków nawiedziło ostrość jego widzenia. Niemógłby powiedzieć, że ta przypadłość nie była mu znana, no,ale jednak rzadko mu się to zdarzało – a tu teraz? Coś takiego?W końcu był ptakiem. Zatrzepotał nerwowo skrzydłami, my-śląc pewnie naiwnie, że w ten sposób je przegoni, a może spraw-dzi, czy to nie jakieś ćmy lub inne latające owady. No, ale nicz tego mu nie wyszło, mroczki latają jak latały i to coraz w więk-szej gromadzie. Zamknął kilka razy powieki, nic nie pomogło.– Co jest ze mną? – pomyślał. W końcu, nie chcąc nadwyrężać swojego ptasiego móżdżku,zamknął oczy na dłużej, będąc przekonany, że to pomoże. I co?No właśnie? Co? Otwiera i widzi, jak dziwaki idą wprost na niego! – A starosta nic nie widział? Siedział przecież blisko na ław-ce? – zapytałem Teresę. – No właśnie? Sama do tej pory nad tym się zastanawiam –nie potrafię na to odpowiedzieć, bo zupełnie o nim wówczaszapomniałam. Zawiesiła głos i spojrzała do góry, jakby czegoś szukała. Nieprzeszkadzałem jej w tej niemej wędrówce – nich sobie patrzy 45
    • i szuka, a może to coś znajdzie? Kto wie? Może… Przechyliłemsię w jej stronę i półgłosem zapytałem: – Śmietanki do kawy? – Nie dziękuję! Słuchaj dalej. – Spoko, Teresa, opowiadaj dalej. Nieoczekiwane ich pojawienie i to w takim miejscu było dlaptaka irytujące, no, ale co robić. Stało się, to się nie odstanie,niech już sobie będą – arogant w sokole się przebudził. Myślę,że w ruchach i w całej swojej postawie dawał temu wyraz. Nie zraziło to jednak dziwaków, może udawali. Wiele nie gada-jąc, złapali go za skrzydła i dawaj podrzucać do góry. Za którymśrazem, gdy spadał w ich podrzucające dłonie, zobaczył dąb złama-ny; czubek drzewa usycha, a do środka dębu ucieka życie i dąbdalej sobie żyje. Po chwili widzi zamek w Bobrownikach w  ru-inach – i co kwitnie, no, co? Ten sam dąb przez kolejne stulecia. Zakręciło się sokołowi w głowie – raz i drugi, za bardzo niewiedział, o, co chodzi w tych obrazach – co chcą mu przez nieprzekazać. To w końcu pyta. – Jak mam to odczytać? Uśmiechnęli się wszyscy razem, jakby się zmówili – pokiwa-li głowami, pokazując na starostę grodowego, który coś w rękuściska. Ściska – to niewłaściwe słowo, raczej czule pieści, łzamizraszając – scena nie powiem, wzruszająca. Wystarczyła chwila zainteresowania sokoła starostą, by niezauważył momentu zniknięcia „dziwaków”. Ich brak skomento-wał krótko; – No, to trudno. Nie zadawał sobie dalszych pytań, dlaczego, bo i po co, skorointrygował go starosta. – Nad czym ten tak rozpacza? 46
    • Rozważał w tej chwili, jak zaspokoić swoją ciekawość. Wie,że wystarczyło przycupnąć na oparciu ławki – jakie to proste?Cholera! No, ale jakaś siła nie dawała mu przyzwolenia, niemógł się ruszyć z miejsca, skrzydłami walił niczym miechamii co? Nic… Dał w końcu spokój – niech się staje, co stać się musii niczym kuropatwa zimą skurczył się tak jakoś w sobie, próbu-jąc przetrwać niemoc, która go dopadła. Pewnie by trwał w tymstanie długo, bo znikąd pomocy raczej się nie spodziewał i żad-na myśl twórcza nie zakwitła mu w głowie, choć nie wiem. Jed-na mu się wykluwała… Zaczął na głos wyliczać swoje atuty, by rozważyć, na co możeliczyć; widzi w kolorach ośmiokrotnie lepiej od ludzi, ponadtojedno jego oko widzi niezależnie od drugiego, nie wspomnio wrażliwości na najdrobniejszy krzyk, rozpoznaje twarze i re-aguje na głos. – No tak, to tyle zalet, a wady – hm! hm! hm!Krótko można powiedzieć – nie ma węchu. Trochę smutnoz tego powodu mu się zrobiło, no, ale w końcu zalet miał bezliku, to co? Musi je przekuć na sukces: – Tak, czy nie? – zapytałsiebie. Odpowiedź żadna nie padła, a może nie zdążyła nadejść,bo… Bo starosta grodowy, niczym król Salomon, węzeł gordyjskirozwiązał, mieczem rozcinając zarośla winogron, które pętałysokoła. Powrócił razem ze starostą na ławkę, siadając tuż obok, naporęczy. Oczom jego ukazał się gwóźdź długi na około czternaściecentymetrów, trójkątny u góry i gruby niczym średni palec do-rosłego człowieka, a u dołu jak mały palec, na samym końcuostro spiłowany. 47
    • Gwóźdź leżał na białym płóciennym skrawku płótna – spra-wiał wrażenie czegoś szczególnego, raz, że nietypowym wyglą-dem, dwa zastygłą jakby w ruchu czerwoną zdaje się cieczą. Sokół za bardzo nie mógł pojąć, o co chodzi z tym, przecieżjakby nie patrzał, tylko gwoździem, dlaczego jest taki szczegól-ny i ważny, no i czemu płacze starosta – taki chłop! A było niebyło, niejednemu głowę odrąbał i kości nieźle porachował, a tujak baba – płacze i na dodatek szaty na sobie rozdziera – to cie-kawe. Oj, ciekawe. Sokół postanowił się dowiedzieć, jak to jest z tym gwoź-dziem naprawdę. Najlepiej będzie, tak mu się wydało, podejśćpowoli do gwoździa, czyli do źródła… i go zlustrować dokład-nie. Powoli i delikatnie zaczął się do niego przybliżać; zeskoczyłz poręczy na ławkę i krok po kroku posuwał się naprzódw gwoździa stronę. Może robił to zbyt chaotycznie i nerwowo,bo niestety został posądzony o nikczemność – próbę porwania. Starosta zdenerwował się nie na żarty, przyjmując opaczniejego starania, bo nagle złapał sokoła za nogi i uniósł do góry, poczym młynka z niego zrobił, ze trzy razy głośno przy tym wy-krzykując; – O, mój ptaku! O nikczemny, ty nie wiesz nawet, na co sięporywasz, od Clavusa mi wara! Wara powiedziałem! I basta –i rzucił nim z całej siły w kwiaty. Sokół znalazł się w potrzasku, w pierwszej chwili za bardzonie wiedział, co się stało i dlaczego taka nagła zmiana w zacho-waniu i agresja. Trwało czas jakiś, zanim się pozbierał i „przeli-czył kości”, dziobem dotykając każde z osobna, wszystko byłona szczęście na swoim miejscu. I rad nie rad poszybował w góręna sam wierzchołek drzewa owocowego – moreli. 48
    • Lepiej patrzeć jednak z góry, jak rozwijać się będzie sytuacja– pomyślał – może znowu wkradnie się w łaski. Starosta tymczasem powoli i delikatnie strzępem płótnaokrył Clavusa, coś pod nosem mamrocząc, po chwili na kolanapadł i dawaj z powrotem pod nosem mamrota. Jak na ptaka, było dla niego za dużo wrażeń, nie pozostałomu nic innego, jak ruszyć w drogą; do lasów zielonych i złotychpól, na łąki zielone i pastwiska. Skrzydła rozłożył, chwilę jeszcze popatrzył i poszybowałw górę. Lot był cudowny – uroczysty, jakby godowy, bo w koń-cu był nad Bobrownikami, w miejscu, w którym się urodził. Wydawało się już, że tak zostanie w takim stanie – zmienio-na w sokoła na wieki. Nic jednak mylniejszego, nie zapomnianoo niej – jej zadaniu, które ma wykonać. I chcąc czy nie chcąc, niczym błędny rycerz z Lamańczy krą-żyła nad zamkiem by ujrzeć starostę grodowego, choć na chwi-lę, na chwilę tylko. Sama nie wiedząc za bardzo, dlaczego i po coi jak niby ma z nim rozmawiać, a jeśli już to, o czym, no, o czymwłaśnie. Siła jakaś – krew sokołowi buzowała, bo wszystko, co mastać się, musi się wypełnić i nie ma na to żadnego logicznegowytłumaczenia. Dał sobie w końcu sokół spokój z jakimkolwiek rozważa-niem i tak w ogóle… poddał się. Nie, nie poddał się – przyjąłwyzwanie. Jego serce i krew pompowały nowe, którego jeszczenie ma. Które już jest… i się staje. I jeśli teraz ktokolwiek stał na wieży zamku bobrownickiegoi obserwował niebo, to zachwyt go ustrzelił z takiego lotu soko-ła, z takiego pikowania. I wspomnieć należy, należy przedewszystkim, wielkie oddanie sokoła dla starosty – bo tuż, tuż nad 49
    • jego oknami pikował, by w locie chwycić zdobycz – a to rzecznie lada! To dla starosty takowa przemiana i wielka chęć bycia, a co tambycia, pozostania przy nim – przy Clavusie! Nawet do końca świata. Nie pytaj mnie, czytelniku, dlaczego, bo sam nie potrafię nato zgrabnie odpowiedzieć – tak po prostu musiało być. Takmusi być! I kropka, no i AMEN. Najwyraźniej o wyczynach sokoła straż powiadomiła staro-stę, bo po chwili pojawił się w jednym z okien komnat do niegonależących. Twarz miał surową; ściągnięte mięśnie policzkowe i bladelico, tylko oczy bystre i świecące jak u tygrysa, wypatrywały „te-ren łowny” należący w końcu do niego. Im dłużej przyglądał się podniebnym wyczynom sokoła,tym jego twarz bardziej jaśniała i nawet lekki uśmiech pojawiłsię w koniuszkach ust, aż w końcu cały rozbłysnął ze szczęścia,bo pokaz był pierwsza klasa, w końcu był to jego sokół. Tamto… No cóż; wypadało mu zapomnieć, bo jak inaczej zesobą być? Pewnie tak pomyślał starosta, bo jak inaczej? No jakmógłby pomyśleć? Teresa zamilkła i spojrzała na mnie bystro – najwyraźniejszukała w moich oczach potwierdzenia, że wszystko, o czym miopowiada, jest dla mnie tak samo ważne jak dla niej i to, że wie-rzę jej z całego serca. A było ważne naprawdę i wierzyłem jej każdemu słowu, jużteraz drażniło mnie to, że zrobiła przerwę i każe mi w bieguwyskakiwać – sadystka! Wiele nie mówiąc, odburknąłem; – Bój się Boga, Teresa, opowiadaj dalej, nie widzisz, iż płonęz ciekawości, co będzie dalej i o co chodzi w tej całej twojej wir-tualnej przygodzie… 50
    • – Wybacz, że zapytałam, taka kobieca przypadłość – szuka-nie potwierdzenia. – No, to rozumiem, ale proszę, przestańmy na sucho strzelać– opowiadaj dalej! – Zgoda, no to przygotuj się, mój kuzynie, na niezłą jazdę!I jeszcze jedno – wiedz, że to zdarzyło mi się naprawdę. Zresztązdążę jeszcze o tym cię przekonać, ale to na koniec, poczekaj. – Teresa, jestem ciekaw, ale nie teraz! Nie teraz! Tereso, lepiejopowiadaj dalej. Nie wiem, czy moja zachłanność słuchania to sprawiła, bospojrzała na mnie tak jakoś dziwnie i uśmiechając się zagadko-wo palcem wskazującym pokazała mi swoje usta, dając mi znać,bym się już więcej do niej nie odzywał. To się nie odzywałem,czekałem w napięciu, co będzie dalej? Czułem pod skórą, żemnie jeszcze zaskoczy i to pewnie nieraz. I rzeczywiście tak się stało; łyżeczką stuknęła w filiżankęz niedopitą kawą, najpierw swoją a po chwili moją – uderzającw ten „szczególny czuły punkt”, z którego nie tyle wydobył sięodgłos tak charakterystyczny dla porcelany, ale to „coś”, co po-ruszyło wibracje zmysłów... W mgnieniu oka przeniknęła mnie,zamieniając się w „złotą iskrę…” Świat otworzył mi się, światwyobraźni i ducha niczym wielka księga życia. 51
    • Rozdział IIIS tarosta zachwycił się sokołem i spuścił z tonu, w końcu jak by nie patrzał, jest jego, do niego należy – sam do siebie mó-wić zaczął, dając wyraz, że złość mu na sokoła przeszła: – To, co było a nie jest, nie pisze się w rejestr – dorzucił jesz-cze dla lepszego swojego samopoczucia. Sokół wrócił do łask i było jak dawniej, zawsze u boku staro-sty. Działał na starostę wyjątkowo kojąco, jego obecność zawszewróżyła pomyślne załatwienie spraw. Dzień się zbliżał ku końcowi, bo słońce już zaszło i znad Wi-sły coraz szybciej nadciągała noc. W komnacie starosty zapalo-no świece – z daleka było widać ich blask, który odbijał się co-raz bardziej w lustrze wody. Ptaki spóźnione przemykały mały-mi gromadkami do swoich legowisk, wydając przy tym z siebiecharakterystyczny harmider pożegnania dnia. Na dziedzińcu zamku wielkie poruszenie – przyjechała zna-komita osoba! Dawny towarzysz wspólnych wypraw wojennychi zarazem dozgonny przyjaciel starosty – rycerz zakonny Tem-plariusz. Był to mężczyzna rosły, dobrze zbudowany, o twarzy prze-oranej żołnierskim rzemiosłem, posiadał brodę starannie po-strzyżoną i długie, ciemne, falujące włosy. Na kolczugę okrywa- 52
    • jącą piersi i plecy miał nałożoną długą płócienną koszulę zeznakiem zakonu (czerwony krzyż równoramienny) Templariu-szy. Opasany był przez biodro mocnym skórzanym pasem,u którego po prawej stronie zwisał miecz, a u boku za pasemmiał długi sztylet. Nie przybył sam, towarzyszyli mu bracia służebni; dwóchgiermków i jeden kapelan. Przyjechali wszyscy konno na pięk-nych, czarnych i białych, ogierach. Na spotkanie znakomitego gościa wyszedł starosta ze swo-imi sługami i jako pierwszy wygłosił mowę powitalną: – Witam długo oczekiwanego i tak zacnego gościa. Gość był najwyraźniej poruszony szczerością, z jaką zostałpowitany, bo pochylił się lekko w stronę starosty i zamiast po-dania dłoni przygarnął starostę do siebie i jak ojciec wyściskałgo serdecznie, mówiąc: – O mój stary druhu, jak dobrze na sercu się od razu robi,gdy człowiek widzi, że jego stary przyjaciel o nim pamięta i za-wsze czeka z otwartymi ramionami. Starosta uśmiechnął się pod wąsem kontent z tak miłej jegosercu uwagi i raczył dalej mówić: – Pójdź i ty w me ramiona, przyjacielu, tobie u mnie niczegonie zabraknie – otworzył szeroko ramiona i wpadli sobie w ob-jęcia. Trwali tak czas jakiś, widać było nieukrywaną szczerośćpo obu stronach i wielką wzajemną zażyłość od wielu lat. W końcu starosta lekko, czyli na całą stopę wysunął się naczoło, będąc cały czas odwrócony do gościa, oznajmił: – No, mój druhu, mój przyjacielu, dosyć czułości na dziś.Idziemy do góry do komnat, a tam chyżo służba godny poczę-stunek zastawi, chodźmy! Chodźmyże, przyjacielu! 53
    • Ruszyli naprzód, po drodze gawędząc. Komnata gościnna pięknie oświetlona była – świece nie tyl-ko się paliły w żyrandolu zwisającym z sufitu, ale też w kinkie-tach zamocowanych po cztery przy każdej ścianie. Wchodzących uderzył zapach pieczonych gęsi i innego mię-siwa z rożna. Starosta spojrzał na przyjaciela jak i na pozostałych i zapytał: – Bracie! Panowie, jak widzicie wszystko gotowe na poczę-stunek, a ja proponuję tymczasem przed wieczerzą małą kąpiel,jeśli łaska! Bo drogę przebyliście długą i strudzeni jesteście nie-zgorzej. Templariusz uśmiechnął się jak i jego służebni i kiwnąwszygłową, powiedział: – Tego też nam trzeba, mój drogi przyjacielu, bo strudzenijesteśmy, to prawda i jeśli możesz, to wskaż nam, a udamy się,co rychlej, by zdążyć na poczęstunek, ha! ha! ha! – zaśmieli sięwszyscy. Starosta przywołał służebnego, by ten poprowadził zacnegogościa i jego towarzyszy do zamkowej łaźni mieszczącej się natym samym piętrze, tyle że w drugim końcu zamku. Zażywszy kąpieli powrócili niebawem, by wspólnie spożywaćwieczerzę. Przed spożyciem pierwszego kęsa starosta wzniósł to-ast na stojąco za króla i gości. – Wiwat król Polski Władysław Jagiełło! Wiwat bracia Tem-plariusze! – Wiwat – Krzyknęli goście ile im w piersiach głosu starczy-ło, dodając po chwili – Wiwat starosto! Po wzniesionych toastach starosta pierwszy rozpoczął uczto-wanie. Podał przyjacielowi najsmaczniejszy kąsek pieczonejgęsi, po czym dodał: 54
    • – Spójrz, przyjacielu, jakiego mam pięknego ptaka! Odwracając się wskazał na oparcie swojego krzesła, na któ-rym siedział sokół. Gość spojrzał na ptaka ze znawstwem. Wi-dać było, że jest obeznany w sokolnictwie. – Co prawda to prawda, ptak pierwsza klasa, poznaję pooczach i upierzeniu, no i szpony ma silne i dziób akuratny… – Tak, mój przyjacielu, dobrze rozpoznajesz, to moja duma. I tak jedząc, popijając i wzajemne prawiąc sobie komple-menty, w końcu zeszli na poważne sprawy. Nietrudno było się domyśleć, że taki gość nie składa wizytyot, tak, bez zapowiedzi, nie mając w tym jakiegoś swojego ukry-tego celu. W końcu pokonanie około tysiąca kilometrów to niew „kij dmuchał”. Pierwszy zagadnął gość; – Starosto! Wiesz przecie, jaka jest nasza wzajemna przyjaźńod lat. – Tak, wiem, bracie i jest mi droga nad życie, jak mniemami tobie? – Zawsze o tym wiedziałem i chwała ci za to, starosto, a two-je życie nie mniej mi drogie jak moje. – Widzę również, tak patrząc na ciebie, że jeszcze coś maszdla mnie w zanadrzu. – Otóż tak! To prawda, nie na próżno taki szmat drogi gonię,by tylko zapewnić ciebie o moim oddaniu. Zamilkł, odwracając głowę w stronę sokoła, lustrując go do-kładnie. Mogłoby się zdawać, że wpadł na cudowną przemianęTeresy, bo jakaś myśl mu przebiegła po twarzy, pozostawiającdziwny grymas. Tym razem bez ogródek wypalił staroście. – Mam pismo do ciebie od mojego Komandora i przyznam 55
    • od razu, że treść mi jest znana! I to dobrze, bo będę ci mógłsłużyć pomocą i radą, jakiej będzie ci trzeba. – To, podaj przyjacielu, niech się z nim zapoznam. – Jedna prośba tylko! – Jaka? – Masz zaraz przy mnie przeczytać i od razu spalić. – Jeśli taka wola Komandora, to należy tylko uszanować. – Dawaj, przyjacielu, niech już się zapoznam… ciekawość tojedno. A drugie, spieszno mi do nowego wyzwania – z tobą tosama przyjemność. – Dzięki ci serdeczne, przyjacielu! Templariusz wyjął za pasa zwój pergaminowy opatrzonydwiema pieczęciami lakowymi (pierwsza przedstawiała sylwet-kę kopuły skały głównego kościoła w Jerozolimie, a druga pie-częć – dwóch jeźdźców na jednym koniu) i wręczył staroście. Zapadło milczenie, starosta przekładał pismo z ręki do ręki,jakby chcąc poczuć jego wagę… zważywszy je w końcu, złamałpieczęcie. Zaczął czytać, każde słowo chłonąc żarłocznie, co było wi-dać po ustach, jak bezgłośnie połykały każdą sylabę. Na koniecspojrzał bystro i czujnie na Templariusza i złapał powietrze jakwyciągnięta ryba z wody, po czym ważąc każde słowo, cicho, aledobitnie oznajmił. – Tak, mój przyjacielu. Taka jest sprawa! Wyrażam zgodę nawszystko bez żadnego ale! I mam jedną tylko prośbę na teraz.Powróćmy do sprawy jutro, po przespanej nocy. – Czas co prawda nagli, ale sprawa zbyt ważna, by będączmęczonym nad nią pracować. – To jak? Zgoda? – Zgoda, przyjacielu, zatem do rana. 56
    • Osiągnąwszy kompromis, co i jak, panowie rycerze wstalirazem od stołu i podziękowawszy sobie za gościnę skinięciemgłowy, opuścili komnatę – każdy z osobna udał się na spoczy-nek. Starosta nawet się nie rozbierał – jak stał, tak rzucił się na swo-je łoże, nie mogąc zasnąć, aż w końcu sen słodki go zmorzył. Śniło mu się, że fruwa w po niebie – ujeżdża żelaznego ptakaciągnącego za sobą długi, złoty ogon, a za ogonem języki ogniażarłoczne. Po chwili ucieka przed jakimiś ludźmi, którzy całyalfabet chcą mu zaszyć pod skórą na wysokości przedramienia.– Rany! – krzyknął na głos – Oni, znaczy ci ludzie, zapisują al-fabet cyframi na cieniutkiej, centymetrowej płytce jak gdyby,zaraz, zaraz! Chyba szklanej. No, ale to dziwne szkło, bo giętkie– jak to jest możliwe – co za bajka mi się śni – powtarzał na głosprzez sen. – Co za bajka? Tak go sen jawa wystraszył i wymęczył, że się przebudził –zlany zimnym potem, nasłuchując czy jeszcze to „coś” powracai słychać nieznośne pukania po przelocie komety. Długi czas, leżąc na wznak, spoglądał w stronę okna na księ-życ, który akurat dzisiejszej nocy był w pełni, aż się połapał, żeto serce tak głośno mu pika. W końcu zmęczony nie wiedział nawet, kiedy spokojnie za-snął. Sokół siedział u wezgłowia łóżka starosty i nie mógł zasnąćni się zdrzemnąć, bo wszystko to, co się działo ze starostą, dzia-ło się w nim. Oglądał go jakby w trójwymiarze i w innych dlasiebie nieznanych wymiarach, o których niekiedy ktoś muw głowie opowiadał. Zobaczył jeszcze sokół jak we wszystkich tkankach starostytańcuje przedziwny różaniec. Co to? – zapytał sam siebie – a tu 57
    • zaraz, ktoś w nim się odezwał: – Jak to? Nie wiesz… – Nie, niewiem – cicho wyszeptałby starosta, gdyby przypadkiem rozmo-wy nie usłyszał! Głos znowu się odezwał: – To zapamiętaj, tokod genetyczny. Zawiera kwas nukleinowy DNA lub RNAw komórkach wszystkich. Teraz uderzyło sokoła – właściwie Teresę, że jedno ogniwojest takie samo w niej i aż krzyknęła na głos – Czyżby starostato, to mój protoplasta? Teresa przestała w tym miejscu opowiadać, bo język z wra-żenia zaczął jej się kręcić i niby z jednej strony blada się zrobiła,a z drugiej strony lekki rumieniec jej się wywalił. Za bardzo nie wiedziałem, co powiedzieć, czy o co pytać,w końcu tyle pytań mnie prześladowało, że póki co wszystko misię pokręciło. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać, co dalej.Co Teresa mi powie, bo myślę, zakładając dość logicznie, że wo-kół niedopowiedzeń właśnie krąży. By jej nie przepłoszyć, sie-działem cicho, cichutko. – Marek! Mój kuzynie i co powiesz o tym? Nie robi to naciebie wrażenia? – Tak! Teresa i owszem, robi wszystko, o czym mi opowia-dasz. – No dobrze, zgoda, ale nie o to mi chodzi. – Mów jaśniej, jeśli można! Kuzynka spojrzała na mnie z wyrzutem, jakbym był małokumaty. Pochrząkała chwilę, tłumacząc się, że jej zaschło w gar-dle, przepiła resztkami kawy i dalej pociągnęła to, czego nie za-łapałem. – Marek! To przecież jakiś odległy nasz krewniak ze mnąmiał „randkę”. – No faktycznie! Ale interesuje mnie, co było dalej. 58
    • – Spokojnie, kuzynie, jazdę będziesz miał pierwsza klasa! Przyznam, byłem bardzo ciekaw, co będzie dalej. Zresztącała ta historia mnie już wciągnęła i irytowało mnie, gdy prze-rywała opowiadać. Nie odzywając się do niej, wstałem i zaparzyłem wodę nakolejną kawę lub jakby wolała herbatę. Dla lepszego wyboruzrobiłem to i to, stawiając przed nią i przed sobą. – No, moja kochana kuzyneczko, pij, co chcesz, tylko opo-wiadaj dalej, proszę. Uśmiechnęła się na głos: – Ha!, ha, ha! A, to dobre, mój ku-zynie – odrzekła. – No, niech ci będzie! Starosta spał do południa, bo tyle wrażeń nie sposób byłozneutralizować w jedną dość krótką w końcu noc. Zanim zasnąłi powalczył z koszmarami, to trochę czasu mu zeszło, zanimbłogi sen go ogarnął. Wyciągnął się w swoim łożu niczym młody Bóg, pierwszymspojrzeniem jak i słowem zaszczycając swojego ptaka – sokoła. – I co, mój sokole, powiesz? Sokół przyglądał się staroście z zainteresowaniem, przechy-liwszy lekko głowę – pewnie czekał na sygnał, kiedy o treści li-stu się dowie. Uniósł się w górę, stając w pozycji wyprostowanej na porę-czy łóżka, otwierając kilkakrotnie dziób – dał sygnał, że jest poprostu głodny i czas ruszyć na łowy. Starosta obserwował ptaka, podziwiając jego sylwetkę – byłaniezaprzeczalnie po prostu piękna i wzbudzająca respekt. Nawetktoś, kto w ogóle na ptakach się nie znał, uległby jego czarowi. – I co, sokole! Pewnie czas? Oj! Czas, widzę? – przemówił doulubieńca, nie spuszczając go z oczu. 59
    • Przemierzył go jak zwykle całego – czy przypadkiem, ktośgo nie podmienił. Najwidoczniej ten codzienny rytuał był dlaniego konieczny, potwierdzał tylko jego lęki i obawy, którychnie mógł się za nic wyzbyć. Gdy zewnętrzna lustracja nie wzbu-dziła żadnej uwagi, uspokoił się i przemówił znowu: – Wiem! Tak, wiem! – komentował nerwowe zachowanieptaka. – Okno zamknięte, a ja tu o dworze sobie gadam! Poczekaj,zaraz otworzę i cię wypuszczę. Starosta wstał, najpierw rozprostował kości, przeciągając sięprzez chwilę, po czym przeszedł na drugą stronę komnaty, idącw kierunku okien. Stanął po ich środku, rozważając zapewne, które okno otwie-rać, chwilę to trwało, zanim zdecydował się otworzyć środkowe. Sokół na to tylko czekał, bo od razu wyfrunął, wzbijając sięniczym pocisk wysoko w niebo. Widział ludzi posilających się. Pewnie odpoczywali po pra-cy, bo obok nich leżały motyki i rydle. Obok nich stał rosły mężczyzna. Po ubiorze było poznać, żeto ktoś z zamku, pokazywał im, co trzeba robić, nie rzadko ramię w ramię z nimi pracował. Było widać, że wykonywali jego polecenia chętnie, do tegoz wielkim oddaniem, a do każdej wyrwanej grudy ziemi – wy-rwanej z lasu, podchodząc ze śpiewem, oznajmiając w pieśniachświatu, że nowe powstaje. Sokół zmęczył się troszkę ciągłym wypatrywanie z góry, toumyślił sobie, że właśnie teraz stanie, w cieniu wielkiego dębu,któremu miejscowi dali na imię – Maciej. Dawno to się stałoi nikt za bardzo nie pamięta teraz, któż to był za szlachetny czło-wiek, ten Maciej i czym sobie na to zasłużył, a że zasłużył, torzecz oczywista dla miejscowych. 60
    • Stojąc tak pod dębem, rozglądał się uważnie, a kiedy tak stał,rzecz dziwna się stała: nadleciały ptaki, ni to gołębie, ni tomewy: – Skąd by się mewy tu wzięły? Gdyby to były one – nowłaśnie, no właśnie skąd? Ciężko było uwierzyć, żeby to były zwyczajne ptaki, bo gołębieczy rybitwy nie usiadłyby tak sobie obok sokoła. Coś musiało zajśćw przyrodzie albo… no nie wiem? Póki co lepiej nie powiem... Po ich zachowaniu widać było, że usiadły ochoczo i nawetpowiedziałbym z zadowoleniem – śpiewały sokołowi – tri li, trili, tri li. I nic się nie działo! Nic zupełnie. Nagle nie wiadomo dlaczego deszcz zaczął padać ulewny,mimo że słońce świeci i żadnej chmury ciemnej nie widać.Deszcz dziwny, bo w smaku słonawy, jak się później okazało.Lał dobry kwadrans i jak nieoczekiwanie zaczął padać, tak na-gle przestał. Po ulewie pozostał rześki zapach w powietrzu – nowłaśnie i dopiero się zaczęło; ptaki zaczęły rosnąć i rosnąć,i w oczach się przeobrażać w trzech tych dziwaków, którzy nie-kiedy sokoła (Teresę) odwiedzają. Odziani byli jak zwykle w togi i w to – „trudno to nazwać,co” – teraz sokół dostrzegł, raczej zauważył, bo oni zapewne takchcieli – światło pulsujące niebieskim kolorem wokół całej ichpostaci. Wianki na głowach z liści laurowych wydzielały zapachlawendowy, który się rozchodził nie tylko w powietrzu, ale do-stawał się przez nozdrza do krwioobiegu. Wszystko to, co chorebyć mogło, zdrowym się stawało – sokół (Teresa) sam nie wie-dział, czemu o tym wie – tak po prostu. Niezadługo Teresa mogła sobie pohasać w domysłach i spe-kulacjach, bo chwycili ją dziwacy z dwóch stron za skrzydłai  dawaj ze trzy razy podrzucać do góry, za czwartym razemprzeobraziła się w jajko, którego szuka złota kura – ciekawe,dlaczego? A może dla zarodka… 61
    • Kura wcale niemała była, bo duża, z pół kilo ważyła i jakwieść wśród miejscowych głosi znosi złote jaja. Polowania urządzano na nią nie raz i nie dwa (jak w pismachmądrych piszą) i zawsze jakimś cudem uciekła. Zachłanne „li-cho” niebieskie – za każdym razem pomaga jej w ucieczce. W końcu nie wytrzymała Teresa i zapytała – bo nie dało sięinaczej tak hasać i udawać, że nic się nie stało. – To o co w tym wszystkim chodzi… powiecie mi w końcu! Dziwaki popatrzały na Teresę, uśmiechając się chytrze i takjakoś smutno. – No pomyśl troszeczkę! – Nie bardzo mogę…, bo zawrót głowy taki przez was w koń-cu dostałam. – Tak sądzisz? Zatem pytaj do skutku. – I tak się stanie, jeśli mi pozwolicie… – My? Głośne zdziwienie dziwaków wydało się Teresie dość takie,no, dwuznaczne i w najwyższym stopniu podejrzane. Pomyślałasobie – w co oni grają z nią, tak naprawdę – w co? By uśpić ichczujność albo nie dać im pretekstu do ignorowania jej osobysprecyzowała swoje pytanie: – Tak! Wy, rzecz jasna. – Skoro tak, to niech się staje… tyle tylko, co ci z tego przyjdzie? – Sama za bardzo nie wiem? Ale czuję, że powinnam wie-dzieć. – Dobrze! Tylko zanim ci powiemy, musisz o czymś wiedzieć… – Słucham! – Ano właśnie, słuchaj i zapamiętaj na całe życie! Wiedzaniestety boli…. – Jeśli nawet tak jest? To niech się staje, ból ma różne oblicza. 62
    • – Patrzcie, jaka mądra! – To co, powiemy jej? – trzygłos było słychać. Zapadła cisza – tak sądzę, a dziwaki przechodziły jak przezotwarte drzwi przez siebie nawzajem najwyraźniej czegoś lubkogoś szukając. Za którymś razem chyba tarcia powstały, bo za-częło iskrzyć, aż w końcu ogień powstał i wszystko zajął, co musię tylko trafiło; dziwaki płonęły i dąb i zboże na polu i lasy i lu-dzie płonęli jak żagiew. Wówczas Teresa pojęła, że złotą kurą sąludzie, na których co jakiś czas „obcy” będą polować – oni sami. Gdy ogień dosięgał sokoła (Teresę) z woli instynktu pofru-nęła w górę do słońca, do lasów zielonych i pól złocistych, za-chłannie ich widok połykając… Czas właśnie się zbliżał do zamku powracać, bo dzień siękończył; żegnajcie pola i lasy zielone – jutro też jest dzień i zno-wu się zobaczymy. Starosta jak zwykle o tej porze już czekał na swojego sokoła– od czasu do czasu było widać jego głowę w oknie, jak wyglądai wypatruje, czy przypadkiem sokół nie nadlatuje. Ujrzawszy go z daleka, pomachał ręką, na której miał założo-ną skórzaną rękawicę. Sokół poznawał ten gest i precyzyjniekierował się w jego kierunku, wydając przy tym głos, któryw miarę zbliżania się potęgował. Powrót ulubionego ptaka sprawiał za każdym razem staro-ście ogromną radość. Było to coś, co go wzmacniało „duchem”do siebie i świata. – Mój sokół, mój piękny ptak! – do siebie mówił, ilekroć po-wtarzała się taka sytuacja, a w oczach paliła się radość i poczu-cie dumy z posiadania sokoła. 63
    • Rozdział IVP o wieczerzy starosta udał się ze swoim gościem i jego braćmi służebnymi do tajnej komnaty. Oczywiście jak zawsze towa-rzyszył mu sokół, który siedział na jego prawej dłoni. Wejście do tajnej komnaty znajdowało się niedaleko osobi-stej kaplicy starosty na parterze we wnęce do kaplicy przydrzwiach dębowych wysadzonych stalowymi ćwiekami. Nieda-leko tych drzwi był mały uskok ceglany, trzecią cegłę od górynależało mocno pchnąć do środka i wówczas ukryte wejścieotwierało się pod nogami. Było na metr szerokie i miało strome mansardowe schody,które ginęły w ciemności. Starosta podpalił pochodnie i pierw-szy zaczął schodzić, a za nim pozostali szli gęsiego. Ostatni za-mykał za sobą wejście, wypchnąwszy od środka cegłę z powro-tem. Tajna komnata znajdowała się najwyraźniej poniżej funda-mentów zamku i na dodatek pod dnem Wisły, bo jeszcze w po-ziomie trzeba było ze czterysta metrów przejść, żeby się do niejdostać. Pomieszczenie wcale niemałe wykonane było z cegły stawia-nej na sztorc i miało około 2,5 metra wysokości, 3,5 metra sze-rokości i tyle samo długości. 64
    • Na środku ustawiony był mały okrągły stolik, przy którymznajdowało się pięć taboretów drewnianych, a po bokach trzymetalowe skrzynie, stojące jedna na drugiej. Gdy znaleźli się w środku, starosta podpalił pochodnią świe-ce stojące na stoliku w glinianych, płytkich misach, a pochod-nie wsadził do metalowej obejmy wystającej ze ściany w rogu. – No, panowie Templariusze, zapraszam do stolika – ode-zwał się w końcu. Towarzystwo bezgłośnie usadowiło się za stołem, czekając,kiedy gospodarz do nich dołączy. – To teraz możemy pogadać – oznajmił starosta siadając. Templariusze lustrowali pomieszczenie, uważnie nie prze-puszczając niczego, co mogłoby ujść ich uwadze, i tak: dostrze-gli w podłodze wejście do następnego ukrytego pomieszczenia,mimo że było w przemyślny sposób zrobione. Wykonano pod-łogę z cegły gotyckiej, układając ją w jodełkę na sztorc, w miej-scu ukrytego wejścia był troszkę inny wzór – małe jego detalewskazywały różnice. Dla lepszego kamuflażu na wejściu do nie-go ustawiono stolik i krzesła. – Widzimy, starosto, że jeszcze jedno jest wejście – jedenz gości się odezwał, chyba kapelan. – No pięknie! Nie dziwi mnie to, że dostrzegliście, w końcuwasza szkoła, jakby nie patrzał. – A co ono kryje? Jeśli można – kapelan ciągnął dalej. – Co kryje? – Tak! Właśnie, co – powtórzył. – Ukryte przejście jest pod Wisłą na drugi brzeg, bo to nigdynic nie wiadomo, co i jak może się wydarzyć, bywa niekiedyniespokojnie. Trzeba być na wszystkie okoliczności przygoto-wanym. 65
    • – Co prawda, to prawda starosto! I cieszy taka zapobiegli-wość – odezwał się jeden z giermków. – Panowie! Jesteśmy tylko my i nikt poza tym – perorowałTemplariusz. – Proponuję jak zwykle w takich sytuacjach przy-jąć formułę – nie ma ważnych i ważniejszych, najważniejsza jestnasza wspólna sprawa i nic więcej. Za to tylko jesteśmy rozli-czani… – Jak rzekłeś! Niech się tak staje – wszyscy obecni jak jedenna głos zawołali, dodając jeszcze jedną formułę. – Na krew na-szą i przodków naszych przysięgamy wszyscy, jak tu jesteśmy,dochować tajemnicy i wzajemnej wierności, po grób nasz i zagrobem… Po czym Templariusz wyjął zza pasa małe zawiniątko, poło-żył na stole i rozwinął. Oczom wszystkim ukazał się niedużyzłoty krzyż wysadzany oszlifowanymi diamentami – jak świeci-ły! Dech zapierało. Kiedy go uniósł do góry, uderzył ich strumień różnokoloro-wego załamanego światła. Sprawiło to, że pomieszczenie, w któ-rym przebywali, nabierało niesamowitej szczególności – jakbysam Bóg był pośród nich. Wszyscy jak jeden padli na kolana,po kolei całując złoty krzyż, na końcu pocałował go celebrującyotwarcie spotkania. Pierwszy wstał z kolan i wyprostował sięjak struna, dając tym samym znać pozostałym, by podobnieuczynili. Stojąc w pozycji wyprostowanej, dopełnili rytuału – odśpie-wali głośno pieśń, której słowa im były tylko znane, z pełnejpiersi, kończąc jeden drugiego ucałował w usta. Starosta posadził sokola pośrodku stolika. – Niech współuczestniczy w naszym misterium – oświad-czył. 66
    • – Zgoda, szlachetny rycerzu – wszyscy razem wyrazili apro-batę. – Wobec dopełnienia naszych zwyczajów proponuję, by za-brał głos nasz gospodarz – oświadczył Templariusz. – Dziękuję za pierwszeństwo, szlachetni Panowie! Powiemtak, jeśli można. Przyznam, że byłem zaskoczony listem – niespodziewałem się tego teraz, ale czas leci nieubłagalnie i jak toczęsto bywa, nie pamięta się o tym, o czym się powinno pamię-tać każdego dnia. – To prawda! I dzięki ci, o szlachetny, za słowa szczerości –powiedział kapelan. – Zawsze mówiłem na zgromadzeniach naszego zakonu, żekto jak kto, ale starosta z Bobrownik nad Wisłą to człowiek pra-wy, wielkiego serca i zaufania – oświadczył przyjaciel. – Co prawda, to prawda! Tak mówił – giermkowie chóremjak jeden oświadczyli. – Szlachetni panowie, zostawmy wzajemne oświadczenianaszych wzajemnych szczerości i przejdźmy do sedna sprawy– starosta miło acz stanowczo oświadczył. – Pozwólcie, zatem szlachetni panowie, że pierwszy zabioręgłos – kapelan zaczął. – Niech i tak się stanie – wszyscy się zgodzili. – Otóż! Tak, starosto, masz Clavusa u siebie. – Mam! – Masz nasze złoto. – Spójrzcie, tu pod ścianą stoi. – To dobrze – Wobec tego przykazano nam jeszcze jedną sprawę z tobązałatwić – jak z listu wynika, czytałeś? – Czytałem od razu jak wiesz. 67
    • – Wybacz, że o to pytałem, ale lepiej potwierdzić, a terazniech rozmawia z tobą dalej twój przyjaciel. Skinął głową w kierunku Templariusza, dając znać, że on jużnie ma więcej pytań i jeśli ten chce, może rozmawiać ze starostą. – Mój dzielny przyjacielu, przekazano nam tajemną księgę,w której jeden z rozdziałów dotyczy nadwiślańskiego kraju two-jego! Po tych słowach przestał mówić do starosty i odwrócił sięw do jednego ze swoich giermków, zwracając się z pytaniem: – Mamy ze sobą księgę? – Tak, panie, mamy. – To bardzo, bardzo dobrze! Podaj mi ją. Giermek sięgnął do swojej przepastnej torby i wyjął to, o cojego pan prosił – księgę, o której Templariusz opowiadał. Do-stawszy ją do ręki, od razu otworzył na pożądanej stronie i za-czął czytać. – Jest w niej napisane: Wszelkie robactwo w ludzkiej skórzenapłynie i zhańbi wasze kobiety i mężczyzn, będzie ich zjadaćz pokolenia na pokolenie, otwarcie i podstępnie do czasu, aż iskrawyjdzie z niegodziwości i hańby, i dokona się zmiana w ich duszy. – Jaka zmiana, objaśnij przyjacielu. – Wzrośnie poczucie własnej wartości i pewności siebie potych wszystkich upokorzeniach dziejowych i szacunek się obja-wi dla wszystkich ludzi niezależnie, kim będą i są, i jak wyglą-dają i jak wyglądać będą. – Co wobec tego teraz można zrobić? – Mój kompanie, chyba niewiele, bo jak słyszałeś, jest tuw księdze zapisane, że wszystko musi się najpierw wypełnić, bypowstało nowe życie, nowa twórcza myśl. Choć w jakiejś mie-rze należy przeciwdziałać. 68
    • – Czyli jednak można? – No, niezupełnie, ale pośrednio. – Mówże! – Więc tak? Masz Clavusa. – Mam, jak mówiłem. – Dobrze zatem. – Czyli? – Clavusem będziesz wszelkie robactwo cechował. Przeczytawszy ostatnie zdanie, gwizd posłyszeli tuż, tuż, nadsobą i odgłos rozcinanego powietrza. Wywołało to w nich niezły popłoch – ręce ze strachu trząśćim się zaczęły i jeden przez drugiego jąkać się zaczął, mało tego,w pierwszym odruchu chcieli uciekać „tam, gdzie pieprz ro-śnie”. Nawet próbę podjęli – i co? Nic z tego nie wyszło, bo nogido podłoża im „przymarzły”. Stały biedaczyska szlachetnejsprawy, zmuszone czekać, co się za chwilę wydarzy. I ujrzeli nad stołem na wysokości metra nieznaną głowę –miała krucze, długie włosy i oczy bystre jak dwa rozgrzane doczerwoności węgliki, miała jeszcze brodę i wąsy koloru miedzi.Obracała się wokoło własnej osi raz wolno, to znowu szybko, zaktórymś obrotem zatrzymała się, spoglądając w oczy staroście,to znowu lekko się obróciwszy spoglądała następnemu stojące-mu przy stole i tak wszystkich przemierzyła, do szpiku kości...W końcu wrzasnęła: – No, odpowiadać na zadane pytanie! I jeszcze jedno, dostoj-ni panowie, niedługo przewodnika wam poślę w habicie, tego,który z wami pogada o tych tajemnych sprawach. Przyjąć go,proszę, godnie i szczerze – to wam się zapewne opłaci. Skończywszy mówić, głowa pociągnęła duży łyk powietrza,po czym taką samą porcję wydmuchnęła i w tym samym mo- 69
    • mencie rozszedł się zapach lawendowy tak silny, że zakręciło imsię w głowach i uśmiech ich trafił. Śmiali się i śmiali, nie wie-dząc, czemu i dlaczego, a strach, który ich przygwoździł, minął,poczuli się wolni i jacyś godni, innymi słowy wybrani. Na taki obrót sprawy cóż było robić – głowa jak się naglepojawiła, tak nagle znikła. Starosta pokornie, jakby sprawy niebyło pytał dalej Templariusza. – Jak to? – Tak to. Cechował, jak powiedziałem. – Dokładniej, proszę. – Przebić bok musisz robala! Ale najpierw nauczysz się ichrozpoznawać. – Ich rozpoznać? – Przecież mówię wyraźnie. – No dobrze i co dalej? – Spokojnie, wysłuchaj do końca. Dodam tylko, że nie bę-dzie łatwo, one się zrobiły cwane. Znowu głowa się ukazała i tak, jak za pierwszym razem, krę-ciła się wkoło z pewną tylko różnicą – głośno się śmiała – ha!,ha!, ha! Wyśmiawszy się w końcu, krzyczeć zaczęła – do nichi nie do nich. – Moja twarz Boska, anielska, moja twarz anielska, Boska i…sami sobie odpowiecie, jaka, ha, ha. Po tych słowach głowa przyspieszyła tępa, kręcąc się, wirującniczym kula ziemska, aż w końcu zniknęła. Z zasklepiającegorozciętego powietrza usłyszeli nakaz: – Odpowiadać na zadane pytania, odpowiadać. I jak poprzednio starosta przyjął pokornie nakaz – zadawałdalej Templariuszowi pytania. – Co radzisz? 70
    • – Powiem tak, na początek pomożemy ci. – Jak? Jeśli można. – Pierwszy się nacechujesz. – Dlaczego ja? – Dlaczego, dlaczego. Tak ma być i basta! Przeraziło to starostę i to nie na żarty, nigdy nie odczuwałpotrzeby samookaleczania, a tu takie żądanie. Co robić? Czy sięgodzić, czy też nie. – Dobre pytanie? – pomyślał. A tymczasem cisza zapadła, nikt się nie odzywał do starosty– najwyraźniej czekali, by w milczeniu sam pojął wagę sprawy. – No dobrze. To jak mam to zrobić… – Przebić sobie bok prawy. – Dalej zobaczysz w ogniu walki, co należy robić. – Dobrze! Tak zrobię. – Dodam jeszcze, przyjacielu, że to draństwo wyjątkowo od-porne i cwane. – Odporne, jak diabli, powiadasz! – Tak! Dokładnie, jak diabli. – To, co? Jutro ruszamy? – Tak! Jutro, im szybciej tym lepiej, pamiętaj tylko, co maszzrobić… i jeszcze jedno za dwa miesiące przywiozą nasi dwieskrzynie ze złotem, ukryj je w tej komnacie, w której jesteśmyteraz. – I tak się stanie, stary druhu. – Odbierzemy, kiedy czas na to przyjdzie. – Będą na was czekały! – Zawsze byliśmy was pewni, starosto! Zakończono na tym tajemne spotkanie i w dobrych nastro-jach w poczuciu wzajemnego spełnienia powracali do zamku.Głowa już więcej się nie pojawiła – słuch po niej przepadł, nikt 71
    • jej nawet nie wspominał, po drodze za to opowiadali swojeprzeżycia ostatnich tygodni, a było co wspominać. Oj, było, boczas taki niespokojny, pełen zaskakujących niespodzianek. Teresa głęboko westchnęła: – Zróbmy małą przerwę, zgoda? – zapytała. – Zgoda. Mimo że wyraziłem zgodę, to jednak ciekawość mnie cisnęłaokrutna, co będzie dalej. No, ale może faktycznie mały luz bluzsię przyda? – To co, kawkę jeszcze jedną? – Nie dziękuję, wiesz, może herbatę, jeśli można? – Można! Takie gadanie, już ci robię. – No to dziękuję, mój kuzynie. – Wiesz, Teresa, ostatnio rozmawiałem z moją znajomą, któ-ra mieszka przy ulicy Biskupiej we Włocławku. Powiem tak,zawsze rozmowa z nią jest szczególna, chociażby dlatego, że jestto osoba o wyjątkowej wrażliwości, takcie i skromności. Wcalenie przesadzę, jak powiem, że jest to nieoszlifowany diamentw ludzkim ciele. – Co ty, Marek! Aż tak? – Tak! Tak, moja kuzyneczko. – No dobrze! I co w związku z tym. – Ano to, że miała ostatnio wizję (po raz pierwszy w życiu). – O? Co ty gadasz? – Tak! – To koniecznie musisz mi opowiedzieć. – Zgoda! Tylko chwila, zaleję herbatę. Jaką lubisz, bo ja „Ro-oibos” – jest smaczna, bo z miodem i wanilią. – Skoro tak, to proszę. 72
    • Woda właśnie się zagotowała w czajniku elektrycznym – za-lałem Teresie i sobie, dosypując do cukierniczki cukru, bo jakośmało się go zrobiło. Najwyraźniej za długo przy tej czynnościtańcowałem, bo zaczęła mnie ponaglać. – No! Marek, opowiadaj, w końcu. – Otóż tak! Niekiedy wpadam do niej, gdy jestem w pobliżu,tak sobie pogadać – co u niej słychać i w ogóle… pogadaćo wszystkim. Jak mówiłem, rozmowa z nią sprawia mi po pro-stu przyjemność. Raz, że jest przejrzysta i klarowna, dwa –mówi piękną polszczyzną, nie to, co ja. – Do rzeczy, Marek. – No, spoko! Nie popędzaj. – Nie popędzam, ale zainteresowało mnie to i tyle! Uśmiechnąłem się do Teresy, będąc zadowolony, że mój„NEWS” ją zainteresował, że zainteresował widać to było poniej, bo za każdym razem, ilekroć ciekawość ją rozrywała, do-stawała czerwonego pąsa na szyi. – To słuchaj! – przeciągnąłem, troszkę chcąc się podrażnić Zmierzyła mnie wzrokiem pełnym wyrzutu i kilkukrotnieuderzyła po ręku łyżeczką od herbaty – innymi słowy zachowa-ła się jak kotka nie znosząca sprzeciwu. Nie pozostało mi nicinnego, jak w końcu zacząć opowiadać. – No to słuchaj! – Słucham i słucham! A ty zawsze coś wynajdujesz, byle tyl-ko odwlec i wzmóc moja ciekawość. – Oj! Nie, już jestem grzeczny i opowiadam. – W końcu! – Otóż, tak? Odwiedzam moją znajomą – Dankę, tak ma naimię (nie pamiętam teraz, czy to był piątek czy czwartek), no,nieważne, w każdym razie nie zdążyłem nawet wejść do środkamieszkania, a ona od razu do mnie mówi… 73
    • – Marek! Nie uwierzysz, ale miałam wizję, być może poostatnich hopsztosach i „tańcach”, jakie się przez media przeto-czyły. – To znaczy? – zapytałem. – To znaczy, ze nie potrafię tego wyjaśnić… to mi się po pro-stu przydarzyło, nagle i nieoczekiwanie – powiedziała. – A bliżej, jeśli można? – dopytałem. – Bliżej, bliżej, jaki ty mądry? Sama nie wiem. – No, dobrze, Danka, to może zacznij mi opowiadać od po-czątku. Zamyśliła się, po chwili wstała i znowu siadła i wstała i takz kilka razy, szukając najpewniej właściwego słowa, od któregoma zacząć mi opowiadać. Pomyślałem sobie, by jakoś jej w tympomóc i wymyśliłem sobie tak na szybko, co przyszło mi dogłowy: – Weź, Danka, głęboki oddech raz i dwa i spróbuj opowiadać! – Tak? – Tak! I tak zrobiła, podeszła do uchylonego okna, nabrała głębokopowietrza w płuca i zrobiła wdech i wydech, wdech i wydech.Najwyraźniej jej to pomogło, bo już pewniej przystąpiła do zło-żenia mi relacji. – Marek, siedzę sobie sama w mieszkaniu, a wszystko, cogada, jest wyłączone – jestem tylko ja i książka (wiesz, że lubięczytać) – Wiem! – No i otóż to! A tu litery zaczynają mi się rozmazywać i ska-kać w różne strony, po chwili zupełnie znikać i… widzę czło-wieka nieznanego, człowieka, jak mi po domu się przechadza. – Co ty? 74
    • – Tak! Mało tego, każe mi się nazywać „Celebryta”, nie każe,ale nakazuje, krzyczy na głos: „Celebryta” jestem! Jestem i ko-niec i kropka! Łazi mi taki po chałupie, niczym kokota, a nadymany jakpaw. Nie skłamię, jak powiem, że chodzi niczym „Bóg nie-śmiertelny”, bo taka jasność i wielkość nad nim się unosi. Dlapełni obrazu dodam, że kręci się wokół „macherów” od układa-nia porządku tego świata. – Żartujesz! – Nie, przysięgam! – I co dalej? – „Chcą” – jak mówił, macherzy nowego zjawiska – „nowegoogrodu rajskiego”, nowego stworzenia, stworzenia człowieka –bez treści. Tylko kasa i kasa, jako jeden wspólny język i nic pozatym!... Smutno mi się zrobiło i tak jakoś dziwnie…, pokiwałem gło-wą i nic nie mówiąc, wyszedłem po angielsku. – No, nie wiem? Czy to ładnie było tak… Po prostu wyjśćsobie, bez pożegnania? – Tak! Wiem, nieładnie zrobiłem, ale jakoś tak wyszło – naj-wyraźniej szoku doznałem. – Wypadało, byś przynajmniej zadzwonił i przeprosił. – Właśnie tak zrobię. – No właśnie! – A co o tym myślisz? Jeśli można spytać, Tereso! – Nic nie myślę. Wiem tylko tyle, ze wszystko musi się wypa-lić – do końca. – A jeśli tak? Jak długo to potrwa? – Jak długo? Któż to raczy wiedzieć, nie wiem– niestety… Zamilkliśmy razem, to sobie milczymy, jakby do końca świa- 75
    • ta i szczęście w nieszczęściu – mucha w sukurs przyszła. Zaczę-ła latać upierdliwie przed oczami Teresy, różne hopsztosy wy-czyniając: to o nos zawadzi, to o powieki, w końcu przeleciałajej między ustami szybko i zwinnie, dla równowagi przyczepiłasię do mnie i ani myśli, skubana, wyluzować, zaczęła krążyć nawysokości moich policzków. To dawaj, pacnę ją otwartą dłoniąraz i drugi, jak nie pomogło to i trzeci i nic, uniki robi – zwinnebydlę, tylko pozazdrościć. A ja? Cóż ja? Czerwony na twarzy, bospoliczkowałem się solidnie, powiem nawet, za wszystkie czasy.Polowanie rozpocząłem nie na żarty – nie ma u mnie, że boli,niech zapłaci za upierdliwość – nie ma taryfy ulgowej! Skoczy-łem na równe nogi, bo mi odleciała – między firanką a zasłonąsię schowała. Już właśnie miałem zamiar palcem wskazującymją zmiażdżyć – inkwizytor we mnie się przebudził, gdy Teresakrzyknęła: – Ułaskawiam ją! I cóż miałem zrobić, otworzyłemlufcik – niech spada na dwór. – No to na tyle wrażeń, co Tereso? – Na tyle, Marek. – No i co? – Jajko? Już opowiadam. Powracając do swoich komnat, szlachetni panowie rozma-wiali półgłosem, od czasu do czasu ściszając głos, gdy tylko po-jawiał się ktoś w pobliżu z obsady zamku. – Jak mówił – zaczął Kapelan – nasz Pan, musisz się, staro-sto, pierwszy nacechować, to bardzo, bardzo ważne. – Zrobię to, jak tylko będę w komnacie. – Zrób, zrób jak najszybciej! Starosta niby rozmawiał, ale tak naprawdę już był gdzie in-dziej myślami – był przy Clavusie, zastanawiając się nad jego 76
    • sprawczą mocą. Był oczywiście głęboko przekonany o zasadno-ści nacechowania się, no, ale jednak gdzieś we wnętrz czuł prze-możny lęk, w końcu był tylko człowiekiem, co prawda wysokourodzonym, ale… właśnie, tylko człowiekiem. Oczami widział Clavusa, jego charakterystyczny kształt dlaepoki minionej, o której tylko słyszał z opowiadań braci Tem-plariuszy. Widział oczami wyobraźni ich zmagania na tej „zie-mi szczególnej”, gdzie tyle zostało uczynione złego i dobrego,i pewnie tak zostanie do końca świata. Wiedział i czuł zarazem,do czego Clavus, ten właśnie, którego posiadał, do czego posłu-żył. Łza mu się zakręciła i dużo nie brakowało, by zaczął płakaćz bólu i tak okrutnej straty… Już do końca na zadawane pytania odpowiadał kiwnięciemgłowy, bo co miał odpowiedzieć, no, co. Skoro był już nieobec-ny, był przy Clavusie. Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się w swojej komnaciesam. No, niezupełnie sam, bo z sokołem. Sokół usadowił się starym zwyczajem na poręczy łoża staro-sty, wodząc za nim wzrokiem i od czasu do czasu wydając krótkieodgłosy, chcąc najprawdopodobniej zwrócić na siebie uwagę. Czy to mu się udało? Trudno powiedzieć, co prawda pogła-skał go starosta czule, no, ale jednak sprawiał wrażenie nieobec-nego. Sokołowi (Teresie) najwyraźniej to się nie spodobało – fru-wał po komnacie tuż nad głową starosty, zrobił trzy, czteryokrążenia, aż w końcu znudziło go to najwyraźniej, bo zakotwi-czył się na jego ramieniu. I tak razem chodzili z jednego końcana drugi koniec komnaty. W końcu starosta najwyraźniej podjął decyzję, nad którą takgorączkowo rozmyślał – zaczął mówić do ptaka. 77
    • – Sokole, nie jutro, ale dziś… Idziemy do mojego ogrodui tam rzecz się stanie! Teresa zaczęła się zastanawiać, jaka „rzecz”, co ma na myśli?Chyba, że… Zaraz niech pomyślę? Ach, tak, na pewno o to muchodzi… W tym czasie, gdy sokół się zastanawiał, starosta był jużw  połowie drogi do ogrodu. Szedł szybkim i zdecydowanymkrokiem, nie zwracając uwagi na to, co się wokół niego dzieje.A działo się, oj działo! Kilka robali przeniknęło do jego otocze-nia i bacznie go obserwowało. Dwa robale szczególnie bezczel-nie szły krok, w krok za nim, udając usłużność. Nie rozbudziłoto jednak jego czujności i uwagi, gdyż był skupiony na swoimpostanowieniu, rozwiązaniu sprawy – dziś! Jak szybko szedł, tak szybko znalazł się w ogrodzie, na szczę-ście zamykając za sobą drzwi – blokując ich otwarcie stalowąsztabą. Na próżno robale mocowały się z dębowymi drzwiami, pró-bując je za wszelką cenę sforsować, w końcu wpadły na pomysł,by przechytrzyć dębową zaporę: i tak obiecały im, że nigdy niespłoną, że jako ławki wylądują w tutejszym kościele nabożnymśpiewaniem kojone. – Ii, co? No, nic! Nic, im z tego nie wyszło,dębowe drzwi nawet nie drgnęły, tylko cicho jęknęły: – Możemy spłonąć! I przepaść w historii... Robale uparte nie dawały za wygraną, coraz tłuściejsze kąskiim podrzucały: – A może jednak, wpuścicie nas, to uczynimy wszystko, by-ście spłonęły w ogniu świętym albo jako trumny dostojnie zgni-ły w ziemi świętej, ze szczątkami godnymi. – Nic z tego, próżne wasze miałczenie! – zajęczały drzwi. – No może jednak? – molestowały dalej robale. – Pomyślcie, 78
    • ile możecie zyskać, a tak stoicie sobie w jednym miejscu, czasa-mi tylko ktoś was otwiera i tak naprawdę nie zwraca na wasuwagi, jak byście były nieobecne, bez duszy! – Przestańcie! – wreszcie jęknęły drzwi najwyraźniej już roz-drażnione. Robale nie reagowały, ciągnęły dalej uparcie i to z takim za-angażowaniem i oddaniem, że w ciszy usłyszeć można było po-chwałę od ich guru. – To się chwali, takie zaangażowanie, byle tak dalej! Robalom dodało to jeszcze większej pary i dawaj ze zdwojo-ną siłą i jeszcze z większym oddanie szturm na drzwi przypu-ściły. – Rozważcie, dębowe tępaki, ile zyskacie – dusze! To mało?To wszystko, to wszystko wszystkiego, co tylko mogło wam sięprzytrafić. – No i cóż z tego! – drzwi arogancko skrzypnęły. – Jak to, co? My duszę wam damy, co prawda sprzedajną, alejednak duszę w końcu, prawda? Pomyślcie przez chwilę, czy niewarto? Bo tak układów wianuszek wzajemny stworzymy i bę-dziemy się wspierać wszyscy jak jeden i kąpać w złocie i w luk-susach tego świata, a wszystkie drzwi otworem staną przednami, biorąc z was przykład. I czy nie warto być z nami? Mająctyle z tego świata do wzięcia? Drzwi już nie jęknęły, ale zaskrzypiały, dając jednoznacznyswój wyraz sprzeciwu. – Spadajcie! Nic z tego waszego śpiewania. – No, może jednak? – zaskomlały robale. – Koniec! I basta na ten temat – zaskrzeczały jeszcze gło-śniej. – Ale? 79
    • – Żadne ale! Trzymamy stronę starosty, nie potrzebujemywaszych nędznych obietnic. W końcu szlak ich trafił po tak długich bezowocnych nale-ganiach – postanowiły donieść do swojego „guru” – żywych„laleczek” z wawrzynami na skroniach, „knujących od zawszeswój porządek świata” – co się na zamku w Bobrownikach nadWisłą wyprawia i donieść jeszcze o tym, że o północy raz w ty-godniu, gdy starosta brzegiem Wisły się przechadza, krzew go-rejący widać. Wieść lotem błyskawicy się rozniosła, mutując po drodzei  zanim doszła do „guru”, wszem i wobec wiadomo było, żew Bobrownikach urzęduje niebiańska postać nie z tego świata. No, ale przejdźmy do rzeczy – starosta był sam w ogrodzie,a  właściwie z sokołem i zmierzał właśnie prosto do drzewa –dębu, który szczycił się niezłą koroną liści. Po lewej stronie konara na wysokości półtora metra znajdo-wała się dziupla, w której ukrył obiekt pożądania dobrychi złych ludzi. Pogmerał prawą ręką w dziupli, bo najwidoczniejna dnie ścianka miała wgłębienie i wydobył z niej niewielkiezawiniątko – kawałek płótna białego skrywający obiekt ukryty.Od razu na miejscu zaczął rozwijać, rozkładając na lewej dłoni.Po rozwinięciu ukazał się Clavus, mało tego na tym skrawkupłótna, w który był zawinięty zobaczyć można było wizerunektwarzy człowieka umęczonego – właściwie negatyw. Im dłużej spoglądał na Clavusa i wizerunek, to żal w sercuzaczął go trawić i odbierać rozsądek i rozum – wszystkich bywówczas trupem położył – wszystko jedno kogo, byle ktośwskazał winowajcę… Resztki rosy ukryte w pąkach kwiatów wylewały się cieniut-ką strużką, po chwili przemieniając się w rwący potok, gdzieśz głębi ogrodu dochodził go szloch płaczących kobiet. 80
    • W takiej scenerii klęcząc na ziemi, wzniósł starosta grodowydo góry gwóźdź, twarz zakrywając kawałkiem płótna z wize-runkiem oblicza człowieka umęczonego i z całej siły ugodził sięw lewy bok. Sokołowi pióra opadły i na tę chwilę, na tę chwilę jedną stałsię na powrót tym, kim był naprawdę – Teresą, szlochającąz pozostałymi w ogrodzie niewiastami, a wokół starosty piekłoz niebem otworzyło swoje podwoje i… JAK BY TO NAZWAĆ?No, nie wiem? W każdym razie zapraszały. – Chodź do nas, starosto, zaprawdę zacne będziesz miał to-warzystwo – ktoś z piekła słodko zawołał. – Nie słuchaj tego wołania i tych podszeptów, bo cię zwio-dą… – z nieba zawołali. – Nie zwiodą cię, nie zwiodą, takie ich tylko gadanie. – Gadanie tylko! Coś podobnego? Nie słuchaj ich! Nie słu-chaj ich wcale! Sami zazdrośnie na nas patrzą! Jeśli nie wierzysz,wejdź do piekła i się przekonaj, ilu zacnych aniołów mamyw naszych szeregach... – I owszem! Mają upadłe anioły, bo im zapachniały ich pod-boje. – Nie zapachniały! Proszę uważać na słowa! Po prostu byli-śmy lepsi… – Pewnie tak było i jest, i cóż z tego, kiedy na wieczność je-steście potępieni. – Popatrz! Jaka zazdrość ich gniecie, wielka rzecz, potępio-nym być. – A wielka rzecz, zapewniam, wielka! – Kończmy te gadki, niebieskie gagatki, bo jeszcze jakaśświęta iskra od was do nas przeskoczy i wywoła pożar nawró-ceń... 81
    • – No widzisz, jak się nas boją piekielne czarci? – Wcale się nie boją! Tyle tylko, że na zimne dmuchają… tojak, starosto! Przystąpisz do NAS? Czekamy na ciebie z otwar-tymi wrotami… Starosta słuchał i słuchał, wpadając w coraz to inne stany –począwszy od TAK! – Zgadzam się, skończywszy na NIE. Taki stan zawieszenia pozwolił go przemierzyć wzdłużi  wszerz, najdłużej penetrując jego serce, aż w końcu ukazałamu się winorośl urodziwa, rozkwitła z jego nasienia, a na niejowoców mnogość co raz soczystych i zdrowych, jeden owoc wi-norośli to – Teresa! I taniec się zaczął! Widok był niesamowity, nie sposób gonawet opisać, można powiedzieć tylko, że stali naprzeciwko sie-bie, przenikając się nawzajem: – Ja jestem w tobie! Ty jesteś we mnie! Mój protoplasto –mówiła cicho Teresa, zaskoczona. – To jestem nieuschnięty! Do końca, do końca świata! – sta-rosta wyszeptał szczęśliwy. Niewiasty tymczasem przestały płakać, a ogród powoli za-czął rozbrzmiewać radosnym śmiechem i śpiewem ptaków,a zapach kwiatów delikatnie i lekko unosił się do góry, wpadającw nozdrza – był eteryczny. Wówczas starosta zrozumiał, jakiegosłusznego wyboru powinien dokonać i to wystarczyło, by nowelepsze tchnienie przeniknęło go. W tym samym momencie nadBobrownikami nad Wisłą tęcza na niebie się ukazała, zachwy-cając mieszkańców paletą barw. Pamięć starosty, co mu się wydarzyło, trwała zaledwie chwi-lę, chwilę zaledwie, bo taki był zamysł, bo taki był sens – najwi-doczniej. 82
    • Spojrzał na swój lewy bok, w którym zatopił Clavusa i ujrzałzamiast rany znamię koloru ciemnobrązowego i poczuł siędziwnie i poczuł, że w życiu nic nie jest oczywiste… Przechadzając się alejkami swojego ogrodu pośród kwiatówi winorośli, był szczęśliwy jak nigdy dotąd, jak nigdy. Spojrzał do góry i ujrzał tęczę spinającą niczym most półko-listy dwa brzegi Wisły i myśl mu taka przyszła do głowy: – Jak to by było fajnie przechadzać się po takim moście ko-lorowym i spoglądać z nieba na swoje włości, jak dobrze bybyło! Westchnął głęboko i jeszcze raz spojrzał do góry, oczu niemogąc nasycić takim szczególnym widokiem natury i ruszyłdalej w kierunku wyjścia z ogrodu, tu i ówdzie zatrzymując sięna chwilę: to pogłaskał rosnące róże, to liście drzew owoco-wych, to znowu ucałował owoce winogron, a cały czas mówiłdo siebie. – Jak pięknie! Jak pięknie jest w moim raju. Clavusa cały czas miał w prawym ręku, ściskając go mocno,a może to on uścisk trzymał? Może, kto wie? Spojrzał jeszczeraz na niego i się uśmiechnął do siebie i nie do siebie, trudnojednoznacznie orzec, bo oczy miał przymglone. Sokół siedzący na gałęzi owocowego drzewa cały czas go śle-dził, aż w końcu najprawdopodobniej zniecierpliwiony skrzy-dłami zaczął głośno trzepotać, dając znać staroście, że już poraprzyspieszyć wyjście z ogrodu. – No, tak! Wiem, mój drogi, już czas! Usłyszawszy to, sokół zerwał się z gałęzi, zataczając kilkaokrążeń nad miejscem azylu swojego pana, usiadł na jego pra-wej, wyciągniętej dłoni. 83
    • Rozdział VS tarosta w towarzystwie Templariusza i kapelana szybko po- dążał w kierunku wejścia do lochów. Znajdowały się od stro-ny Wisły i by się do nich dostać, trzeba było przejść przez dzie-dziniec zamku. Obserwując ich z krużganka, odnosiło się wrażenie nagłeji niespodziewanie podjętej decyzji w sprawie wizytacji lochów…Włosy zmierzwione, jak to po nocy, do tego niestaranne i niezbytkompletne ubranie, takie, byle szybko. Stojące na murach i wieżystraże skinięciem głowy pozdrawiały ich, nie okazując specjalne-go zdziwienia, po co i na co o tak wczesnej porze podążają w oweszczególne miejsce przyzwyczajone zapewne ostatnimi czasy dotakich niezapowiedzianych przechadzek. Do pełni tego obrazunależy dodać, że tuż za nimi – zresztą jak zwykle, podążał sokół,nisko frunąc. Będąc na przodzie „orszaku”, starosta pierwszy się odezwał: – Panowie! Musiałem was szybko pobudzić i to osobiście! – Domyślamy się, iż powód musiał być szczególny – odrzekłkapelan. – Zapewne tak, jak znam mojego starego druha – zawołałTemplariusz. – Panowie! Wiem, wiem, iż pora jest zbyt wczesna i tak na- 84
    • gle. No, ale jak się przekonacie sami, nie było innej możliwo-ści… – Powiedz w końcu, stary druhu, zanim dojdziemy. – Otóż wyrwał mnie ze snu, panowie, uważajcie, kto… no,kto? – Nie wiemy – odezwali się wszyscy chórem. – Otóż to? Nie wiecie, bo nie moglibyście wiedzieć! Sam by-łem nie lada zaskoczony. – Starosto, przyjacielu, streszczaj się, żebyś nam zdążył po-wiedzieć, zanim zejdziemy do lochów! – No, tak! Spokojnie, troszkę cierpliwości. Sokół między czasie postanowił najwidoczniej już dalej niefruwać, bo delikatnie i z niekłamaną gracją usiadł w locie naprawym ramieniu swego pana, wszem i wobec głośno oznaj-miając swoje przybycie. Trzeba powiedzieć, że takie zachowanie sokoła cieszyło jegopana, bo dawało mu możliwość poczuć się kimś szczególnym. – Otóż, panowie, obudził mnie Clavus! – Co? – jeden przez drugiego wyrażał swoje wielkie zasko-czenie. – Tak! Obudził mnie Clavus! – powtórzył z naciskiem. – Ale jak to? – zapytał przyjaciel. – Ano, mój druhu, tak to. – Do rzeczy, prosimy – zawołali wszyscy. – Spałem w najlepsze i myślę, iż nawet sen miałem w miaręspokojny, gdy tu nagle wybudza mnie niski i niesamowiciewkręcający się w głowę dźwięk. Otwieram oczy i patrzę, cojest... I co widzę? Clavusa, jak tańczy na stole. – Co? Tańczy? – zawołał kapelan, nie mogąc powstrzymaćzaskoczenia. 85
    • – Otóż to! Nie tyle może tańczy, co wiruje po stole, przy tymwydając ten niski dźwięk, do tego mieniąc się przeróżnymi ko-lorami – takich jeszcze nie widziałem. Najwidoczniej Clavusdostrzegł moje urzeczenie, bo od razu do mnie przemówił. „Tosą kolory żywiołów, które uczestniczyły przy powstaniu świata,patrz i podziwiaj – tyle jest ciepłych, co zimnych i tyle gorących,co lodowatych”. – No i co mam pomyśleć? – głupio zapytałem tańczącego. – Nic! Czas na myślenie przyjdzie… podejdź tu, do stołu! Nie powiem, bym się nie wystraszył, bo się wystraszyłem, alemoja wielka ludzka ciekawość wzięła górę i mimo że czułem,jakbym miał sparaliżowane nogi, powoli, bardzo powoli, pcha-ny przez siły niewidzialne szedłem do przodu. Gdy już byłemprzy stole, ujrzałem żywioły, w których i ja dobry i zły stawałemsię a obok mnie Clavus na obraz dobrego i złego powstawałz tych samych żywiołów – myśl jak mi się zdaje była nasza czło-wiecza – choć, no nie wiem. – Co, ty, przyjacielu, opowiadasz. – Nie opowiadam, ale mówię jak było. – No dobrze, to ciągnij dalej. – I gdy tak stałem, patrząc na te żywioły, karmiąc się niminiczym mlekiem matki, Clavus wyjawiał mi swoje pragnienia,a właściwie życzenie. – A to ciekawe, starosto – odezwał się spowiednik. – No, ciekawe i owszem, ale ja sam tego do końca nie rozu-miem, bo… – Co bo? – zawołał Templariusz. – Bo – zamilkł na chwilę – przykazał udać mi się natych-miast do lochów wraz z Clavusem! Stąd wiele nie myśląc, obu-dziłem was, moi drodzy, by wspólnie ogarnąć…, jak to mawia-ją, co dwie głowy, to nie jedna. 86
    • – Dzięki ci, przyjacielu i dobrze zrobiłeś! Widzimy teraz, żejesteś godzien naszego zaufania i tak myślę sobie – jak Bóg da,to wszystko nam się otworzy, co przed ślepcami zostało zakryte. – Oj, przyjacielu, stary druhu, miód mi na serce kładziesz! – Nie kładę! Nie kładę! Ale mówię to, co należy mówić. – W to nie wątpię, tylko pomyślałem tak sobie, dlaczegoakurat nam? – Wydaje mi się, iż niepotrzebnie plątasz sobie tym w głowie! – Jeśli tak sądzisz, to wyjaw mi, czemu? – Czemu? Czemu? Hm, hm, hm – bo to są przypadłości, któ-re są nam wpisane w nasze trwanie, a na które nigdy nie znaj-dziemy racjonalnej odpowiedzi, one po prostu są i tyle. Starosta spojrzał tak jakoś wymownie, za bardzo nie wie-dząc, co ma począć z tym wywodem i co powiedzieć, bo niby comiałby powiedzieć, skoro gdzieś we wnętrz zgadzał się z nim,ale jego żołnierski i racjonalny umył to po prostu odrzucał.Zdobył się na jedno, bo było mu w tej sytuacji najłatwiej, poprostu pokiwał głową, co na dwoje babka wróżyła. I chyba jegorozmówca pojął jego dylematy, bo się uśmiechnął od ucha doucha i poklepał go po plecach życzliwie, na koniec westchnąw-szy głęboko, dodał: – Ech, przyjacielu, ech! – A cóż takiego, cóż! – A nic już, przyjacielu, mój druhu, nic. Zbliżyli się właśnie do tego miejsca, skąd już tylko jedenkrok, by zejść do lochów. Było to miejsce, a właściwie zejście poceglanych schodach mansardowych w dół na wysokość pięciumetrów ponad posadowieniem zamku. Łatwość, z jaką starosta prowadził, świadczyła o jego do-kładnej znajomości, gdzie i co jest rozmieszczone w lochach. 87
    • Przed zejściem do nich wszyscy zapalili pochodnie, które znaj-dowały się zawsze w niszy muru u wejścia gotowe, by je użyć. Idąc korytarzem pięknie sklepionym cegłą gotycką, po stumetrach poczuli wilgoć, najwyraźniej znajdowali się pod Wisłą.Łamiące się na murze cienie idących i woń palącego się łuczywadopełniały niesamowitości sytuacji. – Daleko jeszcze, starosto? – zagadnął kapelan. – Czy daleko, to zaprawdę za bardzo tego ja nie wiem… – Jak to! Starosto, idziemy tak sobie w ciemno? – No, niezupełnie? – Czyli? – Czyli! Czyli! Spokojnie, wszystko zaraz nam się objawi, no,tak sądzę? – Coś, tu nie tak chyba, starosto. – Spokojnie, mówiłem, co miałem zrobić, to żem zrobił i toaż nadto! Starosta krótko skomentował, po chwili zanurzył się w sobie,coś tam mamrotał pod nosem, otaczając się pełną zadumy aurą,która była drażniąca najwyraźniej, aż w końcu nie wytrzymałTemplariusz! – Dajże spokój, kapelanie, staroście, wie przecież, co ma robić. – Tego nie zaprzeczam, tylko tak zapytałem, bo zdaje mi się– idziemy donikąd… – Idziemy we właściwą stronę, jak sądzę. – No dobrze, starosto, niech będzie na twoje. Kapelan więcej nie próbował się odzywać, najwyraźniej byłlekko podenerwowany, może miał lęk zamkniętej przestrzenii stąd taki nerwowy. Zbliżali się właśnie do zakrętu, gdy niespodziewanie w ichkierunku zaczął snuć się pod sklepieniem delikatny, białobru- 88
    • natny obłoczek. W pierwszej chwili niespecjalnie zwrócili naniego uwagę, bo może im się zdawało, że to dym od pochodni,choć dymu w niczym nie przypominał. Gdy przybliżali się doniego, nagle cofał się na odległość metra, a znowu, gdy oddalalisię, przybliżał się na taką samą odległość. To jeszcze nie koniecna tym, przy dłuższej obserwacji dostrzegli, że dymek wypełzanie skądinąd, jak z ziemi, to tak jakby „coś” go emitowało... Sokół dostał oczopląsów z wrażenia, bo jeszcze czegoś takie-go nie widział i miał już właśnie… no, głos wydać, gdy jakbyz… nie wiadomo skąd trzej dziwacy pojawili się i trzymającpalce na ustach nakazywali mu milczeć. Ptak jednak nerwowy,bo serce jego wolne od ograniczeń, głośno zawołał, ile w płu-cach sił mu starczyło: – Cóż to takiego, do cholery? I gdy sam się usłyszał, a usłyszał się sam, bo oni, czyli dziwa-cy uszy zatkali rękoma – sam się zdziwił, nie to, że taki odważnyjest, ale że krzyknął w języku człowieka… Cisza zapadła dość długa, a wszyscy obecni oniemieli z wra-żenia, za bardzo nie wiedząc, co się wokół nich dzieje i kto tymrazem rozgrywa… Nawet cisza wpadła w stan zawieszenia, od-krywając, że pod ich wymiarem inny wymiar się rozgrywa… Starosta i pozostali jego kąpani nie odważyli się na żadengest ani pół słowa, stali jakby wrośli głęboko korzeniami w zie-mię i zdawać by się mogło, że za chwilę liście im wyrosną. Gdy wrażenia w końcu opadły po obu stronach, dziwacy po-woli poczęli się rozpływać niczym sweter rozpruwany, na ko-niec przed zniknięciem jednocześnie razem zawołali: – Do zobaczenia, sokole, do zobaczenia, jeszcze się spotka-my, spotkamy na pewno! Sokół już nie odpowiedział, bo milczenie przeszyło jego ser- 89
    • ce, tylko razem z pozostałymi obserwował niecodzienne zjawi-sko wychodzące z ziemi. A dymek zmieniając swój kolor w niebieskobiały, tworzyłkształt wirującego lewostronnie krzyża. I… no właśnie i nie-oczekiwanie jakaś zmiana w nich, czyli uczestnikach rannejwyprawy, zaczęła się dokonywać – pełna harmonia życia stawa-ła się ich udziałem, do tego ostrość ich koncentracji sięgnęłaszczytów, a drzemiące w każdym człowieku wyższe stany świa-domości przypadły im w udziale na jak długo – to tajemnica… Pojęli mękę Chrystusa, bo męka stała się ich udziałem – od-krywając jej smak, ujrzeli piekło w całym jego wymiarze po samkres stworzenia świata i nie było dla nich żadnych granic w cza-sie i przestrzeni – w całej materii wszechświata. Clavus trafiony rykoszetem otworzył się i jak szalony zacząłszukać po wszystkich korytarzach, lochach zamkowych spo-wiednika, na głos wykrzykując: – Dajcie mi go! Dajcie mi spowiednika. Spostrzegłszy sokoła, do niego się przykleił, bo najwidocz-niej rozpoznał w sokole jego naturę człowieczą. Jemu tylko, tyl-ko jemu chciał wyjawić swój ból. – Sokole! Sokole! Wysłuchaj ty mnie, choć wysłuchaj! O tocię proszę. Nie czekając, co powie, znalazł się w jednej chwili przy nim.Najpierw jednak przygwoździł go do posadzki swoim stalowymostrzem, żeby mieć pewność jego obecności. – Sokole, nie myśl, żem głupiec i nie wiem, com uczynił… – Tak wcale nie myślę – kiwając głową, sokół alfabetem braj-la do Clavusa się zwracał. – Powiem tak, sokole, że nikt mi nie powiedział, do czegomnie wykorzysta, jak mnie z ziemi wydobywał i odlał na „po-dobieństwo” gwoździa. 90
    • – Wiem o tym, Clavusie. – Powiem więcej! Jest we mnie tyle gorąca, co zimna. – To prawda, o czym mówisz. – I jest jeszcze ostrość – dodał. – Clavusie! Zmiłuj się, wiem o tym. – Dlaczego o tym wszystkim mówię, dobre sobie! Clavus zakręcił się z kilka razy wokół własnej osi, przybiera-jąc pozycję wcale nie układną – musiało nim wstrząsnąć i to niena żarty i najwyraźniej zmusił się do w miarę spokojnej i zrów-noważonej odpowiedzi: – No dobra, odpowiem. – To co, mam powiedzieć, dziękuję? – zapytał sokół. – Wcale nie musisz, nie o to przecież idzie, nie o żadną kur-tuazję! – spojrzał Clavus na sokoła z pewnym wyrzutem, że gopodejrzewa o taką małość ducha, kogo jak kogo, ale jego, gdy tuidzie o coś innego, o wielką sprawę! W pierwszej chwili miałogromną ochotę i chęć dać mu jakąś nauczkę, nawet wymiar jejrozważał, ale w końcu mu odpuścił i pomyślał sobie – niech tamsobie gada, ja mu odpowiem godnie! – To prawda, ale słuchaj. – Jak rzekłeś, słucham! – Rozporządzono mną bez mojej zgody. – Źle zrobili! – No właśnie! – Ale ty jesteś, jak mówiłem, tylko gwóźdź! – I co z tego? – Jak gwóźdź jesteś traktowany. – To nigdy nikt gwoździa nie będzie pytał o zdanie? Kolejny komentarz też nie był zbyt grzeczny, a na pewnoniestrawny, wywołał w Clavusie drgawki – trząsł się jak osika 91
    • i w ogóle poczuł się podle, mimo to wszedł na wyżyny i spokoj-nie odpowiedział. – No nie! – Nie twoja wina – sokół zreflektował się w końcu. – To jak to jest, że jakiekolwiek piętno obok mnie przecho-dzi. – Piętno, powiadasz, obok przechodzi – sokół zatrzepotałskrzydłami. – Tak, przechodzi… I jestem tylko tym, czym jestem, nieste-ty albo stety! – Nie potrafię tego zjawiska ci wytłumaczyć, może dlatego,żeś taki zimny i bezrozumny, no przepraszam, po prostu gwóźdźjesteś – zaskrzeczał sokół. – I to dlatego? – Dlatego, dlatego, tak po prostu jest i kropka! Clavus nie zadał już więcej pytań sokołowi, bo zakręciło nimjak bąkiem. Wirował w jednym miejscu, aż poczerwieniał cały,a po chwili stał się biały, to znowu fioletowy i żółty i w oczachpoczął się rozpadać. Nie było w nim niczego, czego w ziemi byś,człowieku, nie znalazł. Gdy wszystkie te stany – fizyczne i psychiczne i te z innychwymiarów wygasły, bo najwyraźniej była już na nie pora, staro-sta z gośćmi opuścił lochy. Teresa głęboko westchnęła, jakby jej skrzydła opadły, cowcale mnie nie zdziwiło, bo w końcu mogła być zmęczona takąpodróżą… Spojrzałem jej prosto w oczy, naiwnie szukając, zaraz. Wła-ściwie, no sam nie wiem, czego. Za to podarowałem jej mójuśmiech przelotny, który akurat pojawił się na mojej twarzy, nie 92
    • zwracając specjalnie uwagi, czy go przyjęła, czy w ogóle do-strzegła. Zarówno ona jak i ja byliśmy w dziwnych stanach – obecnii nieobecni, innymi słowy penetrowaliśmy się nawzajem, chcącnajwidoczniej dociec jakieś racjonalności, jeśli ona była. Pierwszy przerwałem te „wykopaliska”, zadając w końcu py-tanie najzwyklejsze, prozaiczne. – To może kawy albo herbaty, bo jak widzę, zębami stukaszpo pustej filiżance. – O proszę, jak ty jesteś akuratny, Marek! – Wiesz, Teresa! Jeśli pozwolisz, to w ramach antraktu ja cicoś opowiem, bo widzi mi się pewna zbieżność sytuacji. – Jeśli tak uważasz, to proszę! – Tak uważam, zresztą sama ocenisz. – No to zaczynaj, mój kuzynie, ale najpierw zrób świeżej her-baty. – No, faktycznie, już robię. Wstałem od stołu i nastawiłem na gazie czajnik z wodą,umyłem filiżanki. – Teresa? – zapytałem. – Tak! – Powtórka takiej samej herbaty czy może owocowej? Milczała chwilę, pewnie się zastanawiała, jaką teraz ma wy-pić. Przyglądając się jej „medytacji”, odniosłem wrażenie, że takdo końca nie potrafiła się na żadną zdecydować. Postanowiłemnie czekać na jej wybór, sam go w jej imieniu dokonałem. – Proszę, tym razem masz owocową – oznajmiłem, podającjej do ręki filiżankę zaparzonej herbaty. – Dziękuję, Marek! Odmiana się przyda. – I tak właśnie pomyślałem. 93
    • – To teraz opowiadaj! – Zatem jest tak! Mam kolegę malarza, rzeźbiarza i rysowni-ka w jednej osobie – postać i osobowość nietuzinkowa, rzekł-bym diament, który sam diamenty wytwarza, nie wiedząc dokońca o tym. Otóż wybrałem się do niego w zeszłą sobotę i – nowłaśnie i… Nie dokończyłem, bo mi Teresa nagle przerwała, zadając py-tanie. – A jak się nazywa, jeśli można wiedzieć? – Jak? Skąd zainteresowanie. – Bo może go znam. – Ach, tak, Zbigniew Błaszczyk, kuzynko. – A gdzie mieszka? – We Włocławku. – No nie, niestety, nie znam, a szkoda! – Dobra! Opowiadać dalej? – No tak! – Co mówiłem? A mówiłem, że odwiedziłem mojego kolegęartystę w sobotę, wysiadłem jak zwykle z autobusu i skierowałemsię w stronę jego domu i niby nic takiego, a jednak… Od razutego, co mi się przytrafiło, nie zarejestrowałem – dopiero później. Widzę jak naprzeciwko mnie idzie starszy człowiek eleganc-ko ubrany, bo w śnieżnobiałej koszuli i czarnym garniturze, dotego świecące lakierki – widok, przyznam, niecodzienny. Nibynic takiego! Starszy człowiek sobie idzie, no, ale on idzie zeskrzypcami pod pachą bez futerału. Przyznam, troszkę mnie tozdziwiło, że tak właśnie. No, ale to w końcu nie moja sprawa,pomyślałem – żyjemy jakby nie patrzał w wolnym kraju. Twarzy jego nie widziałem, bo kiedy go mijałem, akurat sięodwrócił w drugą stronę, kogoś wypatrując. Minąwszy go, 94
    • szybko o nim zapomniałem, bo właśnie już stałem przed wej-ściem do domu mojego kolegi, Zbigniewa. Mieszkał w ładnym domku jednorodzinnym pośród zielenii drzew iglastych. Pracownię miał na dole od tyłu posesji, tamzazwyczaj zawsze można go było zastać. Gdy wszedłem, był jakzwykle przy pracy: skupiony na wystrugiwaniu płaskorzeźbyw kawałku drewna lipowego – skrzypka grającego przy pustejwidowni. Ucieszył się, gdy mnie w końcu dojrzał (kwadrans ja-kiś stałem, nie chcąc mu przerwać aktu twórczego) – Witaj, Marek! – No witaj, Zbyszku! – Tak cicho stałeś, że cię nawet nie zauważyłem – uśmiech-nął się. – To prawda, nie chciałem ci przerywać pracy! – Oj, bym się wcale nie pogniewał. – Wiem o tym, no ale… jednak. – Niemniej dzięki za zrozumienie. Zbyszek zrobił małą pauzę, nad czymś się zastanawiając,w końcu ruszył do „przodu” i wylał z siebie, co mu leżało nasercu. – Marek, najpierw siadaj na swoje miejsce: Czyli na słomiany fotel ustawiony pod oknem, przyznam, iżmoje miejsce ulubione. Stąd napawałem się widokiem jego pra-cowni i dzieł, które tworzył, a było czym! Nieraz widziałem, jak z niewielkiego kawałka drewna powstajepiękna figurka, a to płaskorzeźba czy na płótnie wyłania się zacza-rowany świat jego wyobraźni skąpany cudownością kolorów. Usadowiwszy się w końcu w fotelu i nasyciwszy swoje oczyi wyobraźnię, przytomniej spojrzałem na Zbyszka, dając mu sy-gnał, iż jestem gotowy go słuchać. 95
    • Znał mnie dobrze i zawsze wiedział, kiedy ze swoich „po-dróży” powracam. – Marek, teraz pracuję nad płaskorzeźbą. – No, owszem, widzę i co? – Co? No właśnie w tym jest cały ambaras. – Jaki? – No właśnie, … jaki. – Opowiadaj, Zbyszek. – Jak wspomniałem, miałem nie lada problem z tematem i tojak nigdy. Umyśliłem sobie, że tym razem tematem będzie mójś. p. ojciec ze swoimi ukochanymi skrzypcami. – To piękne, o czym mówisz! – Dzięki, tyle w końcu mogłem dla niego zrobić. – No właśnie! – Problem tkwił w tym, że nie pamiętałem, jak trzymał gryf. – A to coś szczególnego? – Niby nic, a jednak? W końcu tak dawno to było. – To w końcu jak jest? – Bo tak! Ojciec miał zwyczaj trzymania skrzypiec w sposóbcharakterystyczny dla siebie. – I co związku z tym? – No właśnie, to był mój problem. – No rzeczywiście! – Dlatego w mojej płaskorzeźbie chciałem na ten szczegółzwrócić uwagę. – Można spojrzeć? – Proszę! Wstałem i już miałem podejść do niego, gdy mnie powstrzy-mał: – Siadaj jeszcze na chwilę! 96
    • – A to czemu? – No, na słówko! Usiadłem z powrotem zaciekawiony, zastanawiając się, co toza wiadomość taka szczególna, by zasługiwała na taki „ukłon”. – To mów! – Zdziwisz się bardzo, ale sen mi pomógł. – Jak to? – Przyśnił mi się ojciec, jak gra w ten szczególny dla siebiesposób. – Nie gadaj, Zbigniew. – Tak właśnie było! – Popatrz, to dopiero numer! – No właśnie. – Wiesz, Zbyszek, może to czysty przypadek, ale tak mi sięjakoś teraz przypomniało w związku z tym, o czym mi powie-działeś. – Tak, a co? – Co? – No, właśnie? – Dobra! Więc tak idąc do ciebie, mijałem się akurat ze star-szym człowiekiem, który pod pachą miał skrzypce. – Żartujesz! – Zapewniam, iż żarty akurat mi nie w głowie. Spojrzał na mnie jakoś tak? No, nie wiem… jak. A może misię zdawało, no może? W każdym razie minę zrobił nietęgąi  kiwnął do mnie palcem, bym podszedł do płaskorzeźby, topodszedłem i… – Rany! To ten facet, którego mijałem, ten sam! – krzykną-łem na głos. Usiadłem z powrotem w fotelu, nie mogąc przełknąć śliny 97
    • z wrażenia i jedno, co od razu zrobiłem, to zapaliłem papierosa,zastanawiając się, czy przypadkiem nie zwariowałem. Gdy tak siedziałem zszokowany, weszła jego córka, Agniesz-ka – piękna kobieta o blond długich włosach i oczach niebie-skich. Miała coś w sobie szczególnego… I ulotnego zarazem,czego długo by szukać. Pomieszczenie wypełniło się tym czymśszczególnym. Czułem, jakby anieli pojawili się w pomieszcze-niu i tańcują i tańcują, śpiewając pieśń życia. Przestałem w końcu opowiadać, bo słów mi zabrakło na takniecodzienne wydarzenie i spojrzałem na Teresę, długo i do-kładnie ją skanując. – I jak,Teresa? – zapytałem. – No cóż, Marek, jest w tym jakaś zbieżność… – Tak sądzisz? – Tak sądzę! Wstała i podeszła do mnie, pokazując rękoma, bym równieżto uczynił – wstał jak ona. – I co dalej – zapytałem wstając – Co? Co? Choć do lustra w przedpokoju. – Dobra! Miałem w przedpokoju lustro na metr długie i na metr sze-rokie, oprawione w grubą rzeźbioną ramę koloru starego złota.Do niego zaciągnęła mnie Teresa i stoję teraz przed nim z mojąkuzynką i patrzymy w nie – tak sobie. Za bardzo nie wiem, o cojej chodzi. Trochę dziwnie się poczułem. Na szczęście to cele-browanie długo nie trwało, bo Teresa przemówiła do mnie: – Marek, odwróć się lekko w lewo i podnieś koszulę. – Po co? – Nie pytaj? Tylko zrób to, o co cię proszę! – No dobra. 98
    • Zrobiłem, o co mnie prosiła – podniosłem z lewego bokukoszulę do góry. – No już! I co? – zapytałem. – Nie widzisz? Masz znamię takie samo, jak ja i w ty samymmiejscu. – Kurczaki, ale jaja, faktycznie! – No cóż, rodzinne najwidoczniej. – Właśnie, rodzinne… – A wiesz, że u wójta widziałam podobne znamię – choć tonie rodzina, a było to latem nad Wisłą. Opalał się z rodziną. – No, niby nie rodzina, ale jakby tam pogrzebał w genealogiiu poszczególnych bobrownickich rodzin, to znalazłoby sięwspólnego protoplastę. – Pewnie tak! – Coś sugerujesz? – No niby nie? – Czyli? – Bo jeśli już… taki racjonalizm. – I niech taki zostanie, choć… no nie wiem? – Pal sześć racjonalizm… – Czyli, co? – To słuszne pytanie? Obydwoje parsknęliśmy śmiechem, długo i głośno śmiejącsię – właściwie to do czasu, kiedy za ścianą znowu wybuchłkonflikt. Mieliśmy, chcąc nie chcąc, darmowe słuchowisko z życiawzięte z całym folklorystycznym wykonaniem: – Co, fajnie tak przed dziećmi strugać wariata – niedorajdożyciowa! – No, co ty? Znowu. 99
    • – Jak co? – Ciągle się czepiasz, jak dzieci wyjdą? – Nie można tak dłużej żyć! – To rozejdźmy się. – Oj nie, nie tak szybko, cwaniaczku! A kredyty to, co? – To czego chcesz? – Czego? Zapadło milczenie, jedna ani druga strona nie odzywała siędo siebie, oczekując najwyraźniej jakiegoś przełomowego sfor-mułowania i to niezależnie czy sprawiedliwego, byle było moc-ne i dokuczliwe. Zamiast tego padło słowo zwykłe pozornieprozaiczne – drążyło niczym kret swój tunel. – Czego? No właśnie, czego? – Dobra, cwaniaku – kasy! – Robię, co mogę. – Widocznie słabo, pierdoło życiowa. – Nie umiem inaczej! – To się naucz, dupku! – Dobra, to wyjadę! – Tak! A gdzie? – Na wyspy. – Na wyspy, powiadasz! – No właśnie. – Twoje niedoczekanie!. Zamilkli, słychać tylko było, jak żona sąsiada jak zawsze za-częła walić po stole – na pewno nie ręką, czymś raczej cięższymi twardym, może wazonem i nie daj Boże kryształowym albopopielnicą, kto wie, może! Najwidoczniej biedak nie wytrzymałszaleństwa żony, bo wypalił: – Czego ty chcesz, kobieto? Nic ci się nie podoba, żadnemoje rozwiązanie. 100
    • – Czego chcę? To spójrz na siebie, wyglądasz jak wydmuch-nięty z trąbki! – Nie przeginaj! – Nie przeginam – euro sieroty chcesz, by nasze dzieci były. Tego sąsiad nie mógł przyjąć spokojnie, choć na pewnogdzieś wewnątrz siebie z żony opinią po prostu się zgadzał. Za-mruczał głośno – ni to był głosem psa ni kota i nad wyraz spo-kojnie, a rzeczowo, oświadczył: – Przecież wiesz, że nie o to chodzi. – Ale tak będzie! – Nie ma innego wyjścia póki co? – Tak, nie ma? To się mylisz. – Proszę, pokaż rozwiązanie. – To ja pojadę na plantację czegoś tam. Do Hiszpanii. – O? Coś nowego! – Tak, dupku, wysyłają z Urzędu Pracy. – Jestem zaskoczony. – A kiedy ty nie byłeś, ha!, ha!, ha! Kłótnia za ściana jak nagle wybuchła, tak nagle się skoń-czyła. – Nic nowego! Tak to trwa od pół roku – skomentowałemcałe zdarzenie. – Jak w życiu, coraz więcej takich „rozgrywek” – oświadczy-ła Teresa. – Chcąc czy nie, musiałem się przyzwyczaić – pokiwałemsmutno głową. – Och! Marek nie schowasz się nigdzie przed życiem. – Co prawda to prawda. Pokręciłem się po kuchni, próbując znaleźć sobie jakieś zaję-cie, a tak naprawdę zastanawiałem się, co się dzieje ze starostą 101
    • i jak w ogóle wszystko dalej się potoczy. Najwyraźniej robiłemto nie za zgrabnie, bo Teresa, obserwując mnie, wybuchnęłaśmiechem: – Ha!, Ha!, Ha! – Ty też jak sąsiad taki nie… – No, co ty! – To, co się tak miotasz? – Zaraz miotam? – No przecież widzę! – No dobra! Niech ci będzie. – To, o co chodzi? – Myślę, co ze starostą dalej… – Ach! O to ci chodzi. – No właśnie! – To siadaj i jedziemy dalej… Dla lepszego „powrotu” zrobiłem świeżą, tym razem kawęi  wyłożyłem biszkopty, które znalazłem w szafie. Żona miałazwyczaj chomikowania łakoci. Znowu siedzieliśmy za stołem, tym razem od czasu do czasumaczając biszkopty w kawie i powolutku ją spijając. Przyznam,że po tych wszystkich wrażeniach zaczęło mi się wydawało, iżClavus jest między nami – przechadza się po kuchni, tak zwy-czajnie, po prostu! A może to nadmiar mojej wyobraźni wypro-dukował złudzenie, kto wie, może właśnie? Teresa delikatnie położyła mi rękę na ramieniu i zapytała ci-cho: – I co, Marek, jesteś już gotowy? – Tak, jestem! Opowiadaj – odrzekłem. Starosta wraz ze swoimi zacnymi gośćmi robił rekonesanspowierzonych mu dóbr. Wyruszyli z samego rana, bo było cooglądać. 102
    • Rozpoczęli od Bobrownik, podziwiając przebiegający przezmiasto trakt wiodący z Torunia na Ruś, przy tej okazji nieomieszkali wejść do kościoła, by się pokłonić najświętszej Pa-nience. Kościółek posadowiony został na fundamentach z tutej-szego kamienia polnego, a całość wykonano z drzewa(bo lasyzasobne w budulec) jak i wszystkie domostwa, obfitujące w bo-gate zaplecze(żywy inwentarz). Dalej oglądali i podziwiali polauprawne żyzne jak każdego lata, to lasy gęste pełne łownej zwie-rzyny, jeziora w rybę nieskąpe. Słońce wysoko było na niebie i coraz trudniej było im jechaćw tym skwarze. Konie zgrzane i nie mniej jeźdźcy, wypatrzyw-szy rozłożysty dąb do niego pocwałowali by pod jego konaramisię schronić. Ptaki jak ludzie szukały jakiegoś skrawka cienia, by móc sięprzed żarem słonecznym schronić. Tylko samotny orzeł zawie-szony w powietrzu zdawać by się mogło bezwolnie płynie. Lecznaraz zmieniło się wszystko. Ptaki zerwały się ze swoich legowisk z takim impetem, że coniektóre pogubiły pióra, a orzeł szybujący cierpliwie po niebiezaczął spadać na ziemię niczym pocisk, choć żadnej zdobyczydla niego nie było widać. Stojące pod dębem konie dostały na-głego ataku szału, zerwawszy się z cugli, pogoniły na oślepprzed siebie. – Co się dzieje? Co się stało? – pytali się jeden drugiego sto-jący pod drzewem. Skupiwszy się w grupie, bo tak poczuli się najbezpieczniej,wypatrywali tej nagłej przyczyny popłochu w przyrodzie. Pierw-szy na głos odezwał się starosta, jako gospodarzowi, nie innemu,jak tylko jemu wypadało zachować hart ducha i pierwszeństwo. – Myślę, panowie, że za duży skwar był do południa i naj-pewniej jakaś burza się szykuje. 103
    • – Obyś, starosto, miał rację – Templariusz ponuro oświad-czył. – Nijak tego inaczej nie widzę, by wytłumaczyć. – Spójrz, starosto, niebo jest czyste, a żywe stworzenie sięlęka. I w nas jakiś niepokój zagościł, no przyznaj? – I owszem, przyjacielu, i owszem, nijak tego pojąć. – To co mamy sądzić? – No właśnie, co? Zapadło milczenie i mimo że już nikt się nie odzywał, jed-nak zdawali sobie sprawę, że coś się w przyrodzie stało. Tylkoco? Długo nie czekali na wyjaśnienie dla tej dziwnej anomalii.Pierwszym sygnałem, który światełko w tunelu im zapalił, byłsam starosta. Rzucił się nagle i niespodziewanie na ziemię,skręcając się z bólu, potwornie krzycząc: – Bok mi rozrywają! Rozrywają bok! Aż żal było na niego patrzeć, tak wił się z bólu i nijak podejśćdo niego było, bo rzucał się na wszystkie strony świata. Gdyw  końcu uchwycili go takiego wijącego się niczym wąż boa,przemówił, a raczej syczeć zaczął, język wywaliwszy aż dobrody. – Cóż to? – Templariusz zawołał. Kapelan na nic nie zważając, padł jak stał na oba kolanai zdrowaśki zaczął odmawiać, prawą dłoń przyłożywszy do czo-ła starosty. Im głębsze były modlitwy, tym syk i złość coraz bar-dziej rozszalałej bestii zaczął się wzmagać. – Odejdź ode mnie! Bo cię piorun porazi lub jeszcze innegorsze szkaradztwo! Nie ustępował kapelan najwidoczniej obeznany z diabelskimnasieniem – ile go natłukł w ziemi świętej, tego by nawet nie 104
    • zliczył. Twardo trwał przy swoim, choć siła była nie lada postronie „napastnika”. W końcu zważywszy, że nie da rady, krzyk-nął do pozostałych: – Wyciągać mi z zapasa starosty Clavusa! – Jak to zrobić? – rozpaczliwie odkrzyknęli giermkowie. Kapelan spojrzał bacznie i szybko na wijącego się starostęi  węża (Szatana) już prawie otrąbiającego swoje zwycięstwo,oceniając ostatnią swoją szansę na zwycięstwa. – Jak zrobić? – powtórzył na głos kapelan, by siły sobie dodać. – Jak? – giermkowie rozpaczliwie zawołali. – Już wiem! Odskoczę od starosty ze słowami na ustach mo-dlitwy do najwyższego Jezusa Chrystusa, to wówczas – zatrace-nie ziemskie skoczy na mnie, by odebrać mi dar mowy. Wy bę-dzie mieli jedną chwilę, chwilę jedną, by wydobyć zza pasa sta-rosty Clavusa i nim bestię ugodzić. Jak powiedział kapelan, tak giermkowie uczynili: szybkoi sprawnie wydobyli zza pasa starosty Clavusa, Ugodzili węża po sam jego łeb. Ryk taki się rozległ, że wszyst-kie stworzenia żywe i martwe struchlały, a cała okolica krwiąspłynęła przelaną i tą, która ma jeszcze spłynąć – niebo płakało.Gdzieś daleko słychać było płacz matek, które już nigdy nie zo-baczą swych synów i ojców – zło za darmo nie odstępowało. Clavus zrobił swoje, bo czas mu dano, bo myśl taka była pra-gnieniem. Sokół siedział przerażony na gałęzi i to tej najwyższej. Naj-wyraźniej zaniemógł, bo żaden głos nie potrafił przebić mu sięprzez gardło. Cicho siedział, próbując się jakoś przynajmniejpozbierać – dziobem uporządkował nastroszone pióra, potemugasił pragnienie. Tak naprawdę nie wiedział, co powiedzieć nato wszystko. I tak by zresztą nie mógł, dlatego postanowił lecieć, 105
    • lecieć jak najdalej od tego miejsca i od…. Oj nie! Nigdy w życiunie zostawi starosty. Jest z nim i z nim zostanie – właśnie. Zawrócił sokół, bo ser-ce jego jednak mężne się okazało, niezdolne zostawić, niezdol-ne zdradzić. Kiedy powrócił, słońce świeciło wysoko, ptaki śpiewały,a gdzieś daleko było słychać pasące się gęsi i żab rechotanie i ludzibyło widać krzątających się w polu – wszystko działo się tak, jakdawniej i zdawać by się mogło, że nic się nie stało. A coś się stało? Starosta dosiadłszy konia, dał znać pozostałym, by poszli zajego przykładem i wyciągnąwszy prawą dłoń przed siebie odzia-ną w skórzaną rękawicę, przywołał długim gwizdnięciem soko-ła. Ruszyli stępa naprzód w stronę zamku. Ujechawszy z półkilometra starosta spostrzegł z przerażeniem brak za pasemClavusa. Nagle zatrzymał konia, stawiając go prawie do góry i odwra-cając głowę w stronę kapelana krzyknął: – A mój Clavus to gdzie? – Tu jest! Mam go przy sobie. – Na pewno, Kapelanie? – Na pewno! Żeby nie było wątpliwości, wyjął go ze swojej przepastnejskórzanej torby, która zwisała na prawym boku konia i uniósłgo do góry. – O! Starosto – krzyknął. – No, to dobrze! Już myślałem, że mi wypadł. – Podać go? – Podać! Kapelan spiął konia i podgonił do starosty, wręczając mu dowyciągniętej lewej dłoni Clavusa. Uspokoiło to starostę i już 106
    • spokojniejszy wyrównał konia i lekkim truchtem wszyscy po-gnali naprzód. Sokół od czasu do czasu wydawał odgłos, jakby rozmawiał,tylko z kim, jak nikogo widać nie było. Ptaki między drzewamischroniły się przed żarem lejącym się z nieba, a zwierzęta polneukryte w zaroślach cieniem się delektowały. A jednak sokółsprawiał wrażenie, że jest jakąś rozmową zaangażowany. Pióralekko mu sterczały i to wcale nie od wiatru, jak mogłoby sięzdawać, ale z wrażenia, a oczy błyszczały niczym dwa oszlifo-wane diamenty i w ogóle był jakiś taki spięty. Jeźdźcy dojeżdżali właśnie do pierwszych zabudowań Bo-brownik, gdy na ich trakcie ni stąd ni zowąd pojawił się czło-wiek, jakby wyszedł z nikąd. Siła w nim musiała być wielka, bozdołał powstrzymać od dalszej jazdy dwa konie – starosty i ka-pelana, a pozostali sami się zatrzymali. – Cóż ty za cudak! – rzucił starosta groźnie. – Cudakiem nie jestem! – A kim? Mówże człowieku! – Mnichem jestem, jak widać, panie starosto! – grzecznieodpowiedział nieznajomy człowiek. Starosta spojrzał na swoich kompanów, po chwili razem zlu-strowali intruza: wyglądał na jakieś pięćdziesiąt parę lat, ciemnewłosy z dużymi zakolami łysiny na przodzie głowy, dość wyso-ki, ubrany w ciemnobrązowy habit, na piersiach habitu miałpięciocentymetrowy krucyfiks. – To powiadasz, iż mnichem jesteś – odezwał się tym razemkapelan. – Tak! Jak rzekłem, mnichem. – A cóż tu robisz i skąd jesteś, jeśli można wiedzieć – Tem-plariusz dopytywał dalej. 107
    • Mnich, spuściwszy głowę na dół, otrzepał zubożałą sutannę,bo cała pokryła się kurzem i odrzekł spokojnie jak za pierw-szym razem. – Co robię? – Tak właśnie, co robisz? – Kapelan powtórzył. – Czekam na was, szlachetni panowie. – A to czemu, jeśli można spytać? – starosta dociekał. Tymczasem mnich rozpostarł ręce jakby za chwilę miał po-frunąć i krzyknął na głos, patrząc w niebo: – GŁOWO, oni nie pamiętają! Zachowanie mnicha wprawiło wszystkich w osłupienie, niewiedzieli, co maja myśleć o tym dziwnym człowieku, o jego za-chowani. W końcu przemówił kapelan obeznany chyba najle-piej w tych wyższych sprawach. – Co za głowę pytasz? – Nie pamiętacie, że z wami rozmawiała? – Nie bardzo. – Cóż mogę w tej sytuacji wam powiedzieć? – No nic, powiedz przynajmniej jak cię zwą! – Brat Henryk na mnie wołają – odrzekł mnich. – Bracie Henryku, trudno tak na drodze rozmawiać. – To prawda, trudno. – Jedź z nami do zamku, tam nam wszystko wyjaśnisz. – Jeśli taka wasza wola, szlachetni panowie – mnich odparł. Tymczasem starosta zwrócił się do Templariusza z pytaniem– nie było słychać, z jakim, bo konie parskały, jednak ich minymówiły, że się dogadali. Po chwili Templariusz odezwał się doswojego brata służebnego. – Bracie służebny, bądź tak łaskaw i użycz konia strudzone-mu wędrowcowi. 108
    • – Tak, Panie! Brat służebny bez oporów odstąpił mnichowi swojego konia.Rzekł tylko: – Mnichu, koń jest płochy, uważaj, jak będziesz go prowa-dził? – Dziękuję, bracie służebny, za gest tak szlachetny. Grzecznie i z lekkim uśmiechem na ustach podziękował, odrazu wskoczywszy na konia. Po jego sprężystych ruchach moż-na było rozpoznać, że to nie byle jaki jeździec. Brat służebny dosiadł się swojemu drugiemu bratu służebne-mu i tak razem wszyscy w towarzystwie ruszyli do zamku.Mnich trzymał się blisko starosty, najwyraźniej odpowiadałomu towarzystwo sokoła – na niego zwracał szczególna uwagę.Za którymś razem, gdy sokół po raz kolejny głos wydawał, półgłosem odezwał się do niego. – Sokole! – Tak, słucham mnichu! – Długo za piórami będziesz się skrywał? Sokół zamilkł, bo co miał powiedzieć, sam za bardzo niewiedział. Nowe „odzienie”, jakie mu dano, luki w jego pamięciw przedziwny sposób cerowało, więc odparował, jak umiał naj-lepiej. – Nie mam pojęcia. – A to ciekawe? – Tak sądzisz? – Tak, właśnie – Dobra, sokole, skończmy na tym. – Tak będzie najlepiej. – Na koniec powiedz mi, o czym rozmawiałeś z Clavusem? – A to dobre sobie! 109
    • – To co, nie powiesz? Sokół zakrył dziób skrzydłami, by przypadkiem żadne słowomu się nie wymknęło i kręcąc głową to w lewo to w prawo da-wał znać wścibskiemu mnichowi, by dał mu święty spokój. Widząc mnich, że nic z tego, machnął ręką i zamilkł. Dłuższyczas nie odzywał się, zapewne knując jakiś podstęp, choć nieko-niecznie, bo rozglądał się wkoło, jakby czegoś lub kogoś wypa-trując na drodze. W końcu przypomniał sobie o sokole, bo spoj-rzał na niego wymownie, mrugając oczami – zachęcając do dal-szej rozmowy. Tu należy przyznać, że sokół, mądre ptaszysko,w mig skumało, o co chodzi przebiegłemu mnichowi. Rozważyłwszystko za i przeciw, dochodząc do wniosku – na jednym wóz-ku jedziemy, to sprzedam mu tylko to, co chce usłyszeć. – Tak, rozmawiałem z Clavusem. – A o czym? – dociekał. – O jego ostrym czubku! – I o czym jeszcze? – O twardości materiału, z jakiego został wykuty. – Prawdę powiedział, jest ostry i twardy, innymi słowy nie-ugięty. – Powiedział jeszcze, że wiele przeżył. – Wcale nie skłamał! Powiem tak, potwierdzam! – I że ma misję do spełnienia. – A jaką? Sokół jakby się uśmiechnął na zadane pytanie i z jakąś dziw-nie dziką radością zatrzepotał skrzydłami, wydając przy tymkilkukrotnie głośne i długie piski i odparował: – Robale wytępić. – Trudne zadanie i wcale nie na dziś, ale na lata, a gdzie tamlata, na wieki całe. 110
    • – Wiem, mnichu? Ale od czegoś trzeba zacząć. – Co prawda to prawda, sokole. Ale już przestań, nie chcęsłuchać nic więcej… – A to czemu? Taki byłeś ciekawski. – Zostawmy to pytanie na razie bez odpowiedzi. Zamilkli obaj, jakby się zmówili, jednak nie spuszczając sięz oczu. Stojąc z boku i przyglądając im się, można było odnieśćwrażenie, że się na siebie spinają, do tego mocują wzrokiem. W końcu sokół pierwszy spuścił z tonu i rozluźnił się, oczyuspokajając, by dać temu wyraz, głośno i przeciągle ziewnął ioznajmił: – Nie odpowiem ci już więcej. – Nie odpowiesz? No cóż, jeśli taka twoja wola! – No właśnie, taka moja wola. – To szkoda. – Szkoda nie szkoda, musisz się z tym pogodzić. – A mam inne wyjście? – Nie masz! Pokiwał głową mnich najwyraźniej strapiony zdecydowanąodmową, by zająć się czymś, wypatrzył, że pióra sokoła są na-stroszone i niby z troski o jego wygląd rzucił: – Przyczesałbyś się troszkę. – O, bardzo? – No, trochę. – Dzięki, mnichu. Zaczął układać nastroszone pióra dziobem i przyznać nale-ży, że była to syzyfowa praca, bo wiatr na przekór jego stara-niom i tak sobie harcował. W końcu mnich, obserwując najwy-raźniej poczynania sokoła, zlitował się nad biednym ptaszy-skiem, bo cichutko szepnął mu do ucha: 111
    • – Sokole! – Tak, słucham? – Zostawmy to, o czym rozmawialiśmy czasowi. – Czasowi powiadasz? – Tak właśnie! – Długo to potrwać może? – Długo i krótko! Kto to wie? – Sam wiesz. – Wiem! I nie wiem. – To mnie to cieszy i smuci zarazem. Uśmiechnął się mnich jak umiał najlepiej do sokoła, a prawąręką głaskał go, przygładzając niesforne pióra, które i tak nicsobie z jego głaskania nie robiły, tylko rajcowały dalej na wie-trze. Mimo to robił to uparcie z pewnym rozmysłem, nie dajączbić się z tropu wiatrowi. – Ostatnie słowo – mnich zagadnął. – Tak, słucham? – Czas, o którym mówiłem, przemierzy ciebie i mnie. – W to nie wątpię i co? – Ano? To, że przemierzy dobro i zło (i to wcale nie przyokazji!) – Skoro tak mówisz, nich się tak w końcu stanie, mnichu. Nie czekając, co odpowie sokół, mnich dał ręką znać, że nieoczekuje odpowiedzi, przykładając otwartą dłoń do swoich usti jedno tylko można było usłyszeć od niego: – Cicho, cicho, ci-cho! Na koniec spojrzał na sąsiadów tuż, tuż przy nim cwałują-cych. Nie, nie przyglądali mu się, bo upał dawał im się we znakii pomyślał sobie (sokół słyszał jego myśli): – Co jest, czyż o mnienic nie słyszeli, nikt ich nie uprzedzał, że się pojawię?… 112
    • – Nie użalaj się, mnichu, nie po to tu jesteś. – Nie użalam się, ale umowa była inna. – I owszem była, i cóż z tego? – No jak, cóż, inaczej miało być. – Zgoda, nieprzewidziane sytuacje. – To, co zatem? – Cierpliwość, nic więcej! Mnich ze złości zrobił się purpurowy, za chwilę szary, w koń-cu głośno zaczął wzdychać i dziwne gadać po jakiemuś – niktz obecnych tego języka nie znał. Sokół siedział cicho i się nie zdradzał, że słyszy myśli mni-cha. Przez lekko otwarte oczy obserwował, co się dzieje w jegopobliżu, z kim on gada. Popatrzał z każdej strony i nic, nikogonie widać, a on gada – to co jest, z kim, a może to brzuchomów-ca. I jakby trafił, bo brzuch mnicha zaczął skakać jak oszalały,na dół i do góry, to do przodu dobry kawałek wyskoczył, żemnich jęknął z bólu. Przez chwilę był spokój, tylko przez chwi-lę, aż w końcu znowu brzuszysko skoczy i się przewala, jakbymiało coś za chwilę się urodzić. Rady nie było najwidoczniej, bobiedaczysko jęczeć zaczął. – Oj, daj mi spokój. – Nie dam! – Daj, proszę! Skamleć zaczął mnich nie na żarty, aż wszyscy mimo upałuobejrzeli się w jego stronę, zapewne myśląc, iż przyczyną jegodolegliwości jest zmęczenie i tryb życia tułaczy. Sokół jednak nie odpuszczał i nie dał się zwieść – twardo stałprzy swoim, że mnich z kimś niewidocznym gada, tylko, z kim,oto pytanie. Za punkt honoru sokół przyjął, iż nie spocznie takdługo, jak tego kogoś nie wytropi i to wszystko jedno jakimi 113
    • metodami. Najlepiej będzie, pomyślał sobie, wziąć skurwiela naprzeczekanie, no nie ma innej opcji, nie ma. I przygotował sięna czekanie, okopawszy się w swoim miejscu, od czasu do czasuodpędzając od swoich oczu upierdliwe muchy. Muchy, rzeczy-wiście były upierdliwe, bo mimo przeganiania nadlatywałyz jeszcze większą gromadą, wykorzystując każdą zaniechaną pró-bę przeganiania ich. Zdawać już by się mogło, że walka z mucha-mi sokoła do reszty pochłonie i oderwie go od istoty sprawy, wy-tropienia gadającej z mnichem osoby. Przyznać trzeba, że dużonie brakowało, bo taki pojedynek w samotności wciąga i to jakcholera. Wystarczyło, by moment nieuwagi odwlekł i nic by sięnie ustrzeliło, a szkoda, oj, szkoda. Jak zakładał sokół, tak i też sięstało – sukces w końcu sam przyszedł i sokołowi się pięknie wy-stawił. Spod przymrużonego oka sokół dostrzegł, że z prawejstrony wywalonego brzucha mnicha coś malutkiego wystajei wkoło się rozgląda. Oczy sokoła bystre, widzieć potrafią i dawajobiekt przybliżać i co – rany, to włosy i, zaraz chwileczkę, przybli-żę, no tak, ucho widać, o i drugie, po chwili całą głowę . Jak żywoskubana wyskoczyła i latać zaczyna wokół mnicha. Po chwili wi-dzę, jak z jednej głowy następna się wysuwa i następna, rany, jestich już teraz chyba, ja wiem, no dwadzieścia i dalej się rozmnaża-ją. Tworzą nad jego głową wianek małych, ciemnych i łysiejącychgłówek i jedna drugą goni niczym w kółeczku różańcowym. Cóżto za tańce i hopsztosy główki główeczkom urządzają, aż miłopopatrzeć . – Tańcujcie, główki, główeczki, moje złote makóweczki –mnich zaczął śpiewać. – Tańcujemy, tańcujemy i tańcować będziemy – główeczkisię odszczekały. 114
    • Widać było, iż mnich był zrajcowany i to na maksa jak małokiedy. Słońce wesoło na jego łysinie tańcowało, zachwalając tenszczególny poród. I gdyby tak umieć pojąć słońca mowę, moż-na by wiele ciepłych słów od słońca usłyszeć i razem z nim sięradować i radować i tak naprawdę w dupie mieć ciemniaków –cienie. W końcu nie zawsze można wyjść na powierzchnię i takjak rzadko kiedy zamanifestować, kogo… (kurwa siebie!) beztych esów floresów i innych zmaglowanych bohaterów czy teżcwaniaków z wypasionymi życiorysami. – Główki, główeczki moje makóweczki, tańcujcie, tańcujcie!– mnich znowu zaczął śpiewać. – Tańcować będziemy, do białego rana, ha!, ha!, hula!, na-sza!, ha!, ha!, ha!, wasza! – główeczki nie dały za wygrane. I tak fajnie się zrobiło sokołowi na sercu, patrząc i słuchając,bo to w końcu nie zawsze coś z brzucha wyskoczy – i co, anotaki fajer! no, no to jest to!, należy tylko chwalić, co tam chwa-lić? – uczyć niegramotnych mądrali na wszystkich drabinach,dokąd już się w drapali. – Główko, główeczko, tańcz przed słońca zachodem, tańczdo upadłego – Mnich śpiewał dalej. Templariusze i starosta najwidoczniej słońcem przygrzaniniczego nie słyszeli i nic nie widzieli – jechali dalej, nie odzywa-jąc się do siebie. 115
    • Rozdział VIM nich odbywszy poufną rozmowę ze starostą i jego gość- mi – Templariuszami, szykował się właśnie do powrot-nej drogi. Jego pobyt wywołał niemałe poruszenie na zamku,sam jego wygląd jak i sposób zachowania był niezwykle uprzej-my, ale dyskretny, do tego nikomu nie pokazywał swojej twarzy.Zasłaniając się kapturem, stwarzał wokół swojej osoby nimbtajemnicy i kogoś szczególnego, zasługującego na najwyższyszacunek i respekt. Choć należałoby tu powiedzieć, sokół trzy-mał się od niego z daleka. Starosta poznawszy bliżej mnicha, przekonał się do niegobez reszty. Z szacunku dla jego osoby i sprawy, którą mu powie-rzył, podarował mu swojego ulubionego konia, na którym tylkojeździł dla przyjemności. Koń był umaszczenia karego o lekkiej budowie ciała i wyso-kim osadzeniu ogona. Miał małą, suchą głowę o delikatnymprofilu szczupaczym. Nogi silne, a jednocześnie delikatne. Ko-pyta twarde umożliwiające długodystansową jazdę. Szlachetno-ści dodawała mu długa łabędzia szyja i pięknie uformowany łebz szeroko otwartymi nozdrzami. Kto żyw z mieszkańców zam-ku wyglądał, by choć przez chwilę popatrzeć na ten cud natury.Mnich i owszem podziękował za prezent staroście, wziął go na- 116
    • wet za uzdę i przeszedł się z nim po dziedzińcu z kilka razy, nomoże z trzy albo i cztery. Po czym wskoczył na niego i pogalo-pował do wieży i z powrotem, następnie zakręcił młynka, uno-sząc się w miejscu do góry – od razu można było poznać wy-trawnego jeźdźca. Zeskoczywszy zwinnie z konia, zwrócił gostaroście z powrotem, oświadczając: – Starosto, twój prezent gody najwyższego wawrzynu. – Więc, co zatem? – Nic takiego. – No, a jednak, coś nie tak? – Ależ starosto. – To, dlaczego? – Moja wdzięczność w sercu. – Dlaczego? – To mało ? – No właśnie! – Nie mogę przyjąć, bo śluby zakonne… Podszedł do starosty i obiąwszy go rękoma, mocno przycią-gnął do siebie, czuć było, że to chłop niczego sobie – silny ni-czym tur. Tak trwali dobrą chwilę w męskim uścisku do mo-mentu, gdy mnich w ucho mu szepnął: – Dziękuję, bywaj zdrów, starosto, bywaj zdrów! Nim się spostrzegł starosta i wszyscy ci, którzy byli świadka-mi, pożegnania, Mnicha już nie było, jakby wyparował alborozpłynął się w powietrzu. Tylko nad miejscem, gdzie jeszcze przed chwilą się znajdował,krążyły kolorowe ptaki dziwnie jakoś podniecone, jakby kogoślub czegoś oczekiwały, a może szukały. Starosta przyglądał siętym dziwnym harcom kolorowo upierzonych ptaków i zastana-wiał, co to za stworzenia, jak ich zwą i skąd ich tak nagle tyle. 117
    • Nie mogąc znaleźć żadnego logicznego rozwiązania, krzyk-nął na straże: – A wy co, nie macie co robić!? – Ależ panie, czy koń wasz nie był tego godzin, by na niegospojrzeć? – ktoś ze straży odkrzyknął. – A jakże, godzien! – przyznał z satysfakcją starosta. – A jeszcze coś tam widzicie z góry? – zapytał. – Nic, panie, prócz konia. Zdziwiło to starostę ogromnie, bo jakże to możliwe, że nicnie widzą – a kolorowe ptaki, które on widzi jak tańcują nadmiejscem, w którym dosłownie przed chwilą znajdował sięmnich. Głowa zaczęła mu pękać od przeróżnych przypuszczeń,że może on, właśnie on zbzikował. By nie poniosła go czarna rozpacz, nakazał strażom przywo-łać Templariusza i wszystkich, z którymi przybył: – A dalej mi tam, przywołać moich gości. – Tak panie, już wołamy. W międzyczasie starosta zbliżył się do upierzonych w kolo-rowe pióra ptaków, a właściwie to wszedł w ich środek – fruwa-ły nisko nad ziemią, tworząc zamknięty krąg. Z chwilą, kiedyprzekroczył go i znalazł się w środku, odczuł lekką wibrację –jego ciało tańcowało bez zgody jego woli, stając się małymipierścieniami niezależnie od siebie wirującymi. Pierścienie na-pędzały jeden drugiego, przybierając przeróżne barwy, od błę-kity, po czerwień, biel, żółć, i tak dalej… przeplecione wszystkokolorem czerni. Kiedy pierścień czerni zdominował inne, do-znał ogromnego bólu w całej swojej ludzkiej istocie. Pojawieniesię Templariuszy na dziedzińcu spowodowało jak za dotknię-ciem czarodziejskiej różdżki zniknięcie pierścieni i ptaków.Gdzieś przepadły jakby wessane przez lekki wiaterek, który nie-spodziewanie się pojawił. 118
    • – Starosto, jesteśmy – zawołali Templariusze. Trochę potrwało nim zareagował, musiał się jakoś ogarnąći sobie poukładać w głowie taki niezwyczajny przypadek, jakigo trafił. – To dobrze, to bardzo dobrze! – na tyle się zdobył. – Czy coś się stało? – zapytał przyjaciel. Słysząc pytanie, nie potrafił od razu odpowiedzieć, jakby doniego nie docierało. Słyszał jakby jakieś szumy czy może prze-bicia (mu obce) po głowie mu latały. Zebrawszy się w sobie,spojrzał przytomniej na Templariuszy tknięty w tej samej chwi-li szczególną myślą zrodzoną z jego wewnętrznego zamieszania.Powoli ważąc każde słowo, powiedział: – Niby nic, ale jednak mam sprawę! – To słucham, słuchamy! – Po pierwsze mnich już nas opuścił i kazał wszystkich po-zdrowić. – Tak nagle? Widać było po twarzach gości ogromne zdziwienie nagłymzniknięciem brata Henryka, bo przecież tak niedawno wszyscyrazem rozmawiali i nie było o jego wyjeździe żadnej mowy. – No właśnie – bez emocji odpowiedział. – Nie to jednakchciałem powiedzieć. – Słucham, starosto! – Podejdźcie tu do mnie. – Jak sobie życzysz. Powoli podeszli do niego, zastanawiając się zapewne, co toza sprawa wymagająca takich ceregieli, no, ale skoro tak. Totrzeba podejść i wysłuchać – w końcu są tylko gośćmi. W mię-dzyczasie starosta dał znać jednemu ze swoich ludzi, by odpro-wadził konia do stajni. 119
    • – No? Starosto, jeśli można, słuchamy – oświadczył przyja-ciel. By lepiej mu się rozmawiało, stanął naprzeciwko starosty,bacznie obserwując jego zachowanie, a jego ludzie tuż, tuż zanim. W powietrzu można było wyczuć jakąś w zmianę. – Wiesz, mój przyjacielu… – zaczął starosta. – Tak! – Jakim cię darzę szacunkiem! – Oczywiście! – Dlatego wraz z wami muszę to zrobić… – Cóż takiego? – No właśnie przyjacielu, sam tego nie wiem. – A jaśniej, jeśli można. Zasępił się starosta, szukając słów i myśli, które w nim siępogubiły, w końcu najwyraźniej ustrzelony przez nie pojął, o cochodzi w tej układance czy raczej o co chodzi komuś w nim… – Przyjacielu, jak tu jesteśmy, złapmy się za dłonie. – Za dłonie powiadasz? – Tak! – No, dobrze, jeśli twa wola taka! – Taka właśnie! – I co potem? Podniósł starosta oczy do góry i spojrzał w niebo. Było przej-rzyste, żadnej chmurki, tylko na twarzy wyczuwało się lekkiwiaterek. Sam nie pojmując czemu, uśmiechnął się do siebie,głośno westchnąwszy. Wyjął za pasa Clavusa i rzucił nim dogóry, nie wiedząc, czemu tak uczynił, był jednak przekonany, żetak właśnie trzeba, po prostu trzeba! Clavus szybko wzbił się do góry, zadziwiającego dostając„kopa”, tak, jakby w rękach starosty nadprzyrodzona siła na ten 120
    • czas zagościła. W mgnieniu oka zniknął, w górze gdzieś przepa-dając albo tak daleko poleciał, gdzie oko ludzkie nie sięga. I co,i nic – żadnego powrotnego spadania nie widać, a wszyscy jakstali, tak stoją na swoich miejscach, wpatrując się w niebo.W końcu jeden przez drugiego nerwowo zaczął się rozglądać,to zgrzytać zębami, to znowu przechodząc do histerycznegośmiechu – ha!, ha!, ha! – nie wiedząc za bardzo, co dalej począćze sobą. Stać dalej czy może się rozejść, no, ale jednak odejść niewypada, bo gospodarz stoi, co prawda stoi niczym „słup soli”– to stoją przykładnie murem za nim, bo nie wiadomo, co sięstało! Pewnie by tak stali do jesieni, aż liście na drzewach bypospadały, gdyby nie sokół sprawą zniknięcia Clavusa się niezajął. Niczym pocisk wzbił się w górę, lecąc jego torem, wystar-tował z samej wieży zamku – najwyraźniej z niej z góry wszyst-ko obserwował. I stało się. Deszcz meteorytów zaczął spadać, a słońce, któretak niedawno pięknie świeciło, przestało świecić i wydawać bysię mogło, że to trwać tak będzie wieczność całą. Wszystkieżywe stworzenia struchlały a to, co człowiek zbudował – prze-stało mieć jakiekolwiek znaczenie. Starosta i pozostali, pomimoże patrzeć nie chcieli na taki koniec świata (jak sądzili), nie mo-gli zamknąć oczu – łza kryształem się stała, między powiekamizostając. To patrzeli z przerażeniem, dochodząc w końcu dozdziwienia i zachwytu, jak z tego wszystkiego nowe, inne życiewypływa. Najpierw z ciemności wyłonił się Clavus – świecący meta-liczno żółtym światłem, lekko się w pionie obracając. Był pięk-ny i zadziwiający zarazem, bo jego struktura budowy co jakiśczas ukazywała im się we wszystkich jej przemianach. Była razpłynna i twarda, naszpikowana pierwiastkami ziemi, o których 121
    • nikt jeszcze nie słyszał (może śnił czasami?) układających sięw jeden logiczny ciąg zdarzeń – dla nas niepojęty. Pławić im się pozwolono w tej nowej rzeczywistości niczymw życiodajnym jeziorze, gdzie wszystkie organy, zdrowe i chore,jednako są traktowane – z miłością! Clavus uśmiechnął się i rozbłysnął niezliczoną ilością koloro-wych światełek, które tańcowały zabawnie przed nimi, to znowuprzenikały każdego z osobna i siebie nawzajem. W końcu rozsz-czepiły się na cieniutkie promienie, które w mgnieniu oka skręca-ły się z sobą, tworząc świetlisty warkocz wchłaniany przez ziemię.Patrząc na cudowność tego zjawiska, chcąc czy nie chcąc, zrozu-mieli to, co się staje i stało się ich udziałem, a czego są świadkami,że to wszystko nie jest przypadkiem czy losu kaprysem, jest jed-nym logicznym ciągiem zdarzeń następujących po sobie. Starostawestchnął głęboko, a cała jego istota zadrżała z wrażenia i przypo-mniał sobie fragment z księgi Koheleta (koh) księga, Eklezjastesa: „Szalony więc ten, komu zda się, że coś buduje lub wywraca Daremne Trudy! Próżna praca! Wszystko już było Kiedyś w czasie? Znikomość jest dziełem ludzkim gońcem, Co jest – to było już od wieka? Co było nowych wcieleń czeka? Nowego nie masz nic pod słońcem! Mijają ludzkie pokolenia, Jak fala, gdy wiatr morzem zmęci – i nie masz godów ich pamięci i nie masz bólów ich wspomnienia”. Skończywszy mówić, jeszcze raz westchnął, spojrzał wszyst-kim w oczy i ujrzał w nich dzieło stworzenia – ujrzał człowieka. 122
    • Rozpoznawszy w sobie geniusz najwyższego i wszystkie rzeczywidzialne i niewidzialne, pojęli czas, w którym się znaleźli czymiejsce, czy w ogóle wszystko, co było ich udziałem, doszli downiosku że jednak warto oszaleć i być szalonym, a nie ciepłymczy letnim, bo może tak właśnie niekiedy trzeba. I światło nad nimi rozbłysło – wyszło słońce. Ujrzeli, że stojąjak stali w tym samym miejscu pośrodku dziedzińca zamku,jakby inni – wewnętrznie spokojni. Pierwszy odezwał się Tem-plariusz, lekko łamiącym się głosem oświadczył: – Panowie, spełniła się mnicha zapowiedź. Posłyszawszy, że rozmawiają, sokół zaczął krążyć nad niminadsłuchując, czego rozmowa będzie dotyczyć, jednocześnieczekając z niecierpliwością, co się dalej wydarzy. Pamiętał do-kładnie słowo po słowie, co mnich mówił na zamkniętym spo-tkaniu. – No, niezupełnie… – wtrącił kapelan. – A co masz na myśli? – O ile mnie pamięć nie zwodzi, to jeszcze o czymś mówił. – Tak chyba było – potwierdził jeden z braci służebnych. Kapelan spojrzał na Templariusza, a potem na starostę i nabraci służebnych, chwilę jakąś wodził wzrokiem to od jednegoto do drugiego i w końcu przytaknął głową, że coś jeszcze było,tylko nijak nie może sobie przypomnieć, co. Ich spojrzenia sięskrzyżowały i w tym samym momencie jakaś iskra przeleciałai z oczu odpadły im łuski – ujrzeli pośrodku swojego kręgu so-koła, który się zmienia na ich oczach. Zakręciło nim niczym liściem na wietrze, choć wiatru niebyło nawet na lekarstwo, po chwili począł rosnąć i rosnąć, ażw końcu był ich rozmiarów, przyznać należy, wyglądał imponu-jąco! To jeszcze nie koniec, to dopiero się zaczęło. Ujrzeli u nóg 123
    • sokoła – tego wielkoluda, wijącą się cieniutką spiralę mgły gę-stej, która z każdą chwilą zwiększała szybkość owijania go. Niezdążyli nawet złapać większej porcji powietrza w płuca, a sokółzniknął, za to stał przed nimi owalny słupek gęstej mgły. – Co to jest? – zawołał starosta. – No, właśnie, co? – Templariusz powtórzył. – To chyba… – brat służebny nie zdążył dokończyć. Bo właśnie wiatr się zerwał, a właściwie to, no zaraz, takwiatr chyba, tylko jakiś dziwny – zwinięty w lejek, który z niebaspłynął po promieniu słońca wprost na sokoła, który stał sięsłupkiem mgły. Lejek wiatru połknął go i z nim po całym dziedzińcu latał jakszalony. Co jakiś czas unosił się na wysokość wieży, to znowuspadał jak pocisk, między nimi przelatując. Czuli jego pęd i siłę,jaką posiadał i mimo że wzrok wytężali, by ujrzeć, jak się zacho-wują wewnątrz wiatru opary mgły, nie mogli, ze zbyt wielką siłąsię kręcił. – Starosto! Czegoś takiego jak żyje jeszcze nie widziałem –krzyknął brat służebny. – Gdzieś słyszałem o takim przypadku – Templariusz dodał. – Nigdy czegoś takiego nie doświadczałem – starosta krzyk-nął. Stali i stali, nadziwić się nie mogąc, że coś takiego im sięprzydarza. Zjawisko godne szczególnej uwagi, a zwłaszcza tutaj,w Bobrownikach nad Wisłą. Gdzie nigdy, jak „wieść gminna”niesie, takiego przypadku nie doświadczano – nawet legendyo czymś takim milczą. Napawał się starosta widokiem, bo było zaiste, czym, w koń-cu on pierwszy z bobrownickich notabli ma ten zaszczyt i ho-nor: 124
    • – Ach, wnukom kiedyś opowiem. – Daj Bóg, starosto, daj Bóg – Templariusz powiedział. – Warto by było jeszcze w jakiś kronikach tutejszych towszystko opisać – brat służebny oświadczył. – Zaprawdę warto, oj warto – starosta krzyknął. I tak im fajnie i sielsko się porobiło, że uśmiech zagościł naich ustach i pewnie by pozostał, gdyby nic się nie wydarzyło.A jednak to jeszcze nie był koniec, to dopiero się zaczęło. Słońcena chwilę przygasło, jakby ktoś je przysłonił, tylko nad dzie-dzińcem było widać, że po bokach świeci. Trwało to może dwie,może trzy minuty, może i więcej, po czym wszystko wróciło doswojej pierwotnej formy. No, jednak nie wszystko, bo zamiastsłupka mgły i lejka wiatru – stała dziewczyna o blond włosach. Teresa przestała opowiadać właśnie w tym miejscu i głośnozaczęła się śmiać – ha!, ha!, ha! – spojrzałem na nią z mieszany-mi uczuciami, za bardzo nie wiedząc, co jej się stało, co ją takrozweseliło. A może ja słuchałem ją z jakąś głupkowatą minąalbo no sam nie wiem co. – Co ci, kuzynko? – zapytałem w końcu. – No, nic takiego. – To czemu się śmiejesz? – Czemu, czemu? Zaraz wszystko chciałbyś wiedzieć? – No może nie wszystko, ale jednak. – Dobra, już dobra, na pewno nie z ciebie. – A już przez chwilę myślałem. – No, co ty! – A jednak? – Więc tak rozśmieszyło mnie wspomnienie. – Czego? 125
    • – Jak się przeniosłam w czasie. – To przestań się śmiać i opowiadaj. – Słuchaj, będzie ciekawie! Rozglądam się nieporadnie, nie mogąc pojąć, co w ogólez  mną się stało, bo tak nagle z sokoła powróciłam do swojejpostaci. Stałam sztywno, wpatrując się w znajomych i nieznajo-mych ludzi stojących w kręgu naprzeciw mnie, którzy nie mniejode mnie byli zdziwieni niezwykłością sytuacji, w jakiej się zna-leźli. Nie za bardzo wiedziałam, co mam robić i jak się odezwać– no, bo jak, no jak. W końcu wpadłam na pomysł sprawdzenianajpierw przestrzeni, w jakiej się znalazłam. – A to ciekawe! – zagadnąłem. – Żebyś wiedziała, ciekawe! A więc tak, otwartymi rękoma kręcąc się wokół własnej osisprawdziłam, czy przestrzeń, w jakiej się znalazłam, nie jestprzypadkiem ograniczona taflami szkła. Mogę sobie tylko wy-obrazić, co oni sobie o mnie myśleli się. – No właśnie, co? – Nie gadaj, tylko słuchaj kuzynie? – O przepraszam! – No już dobrze, bez tej kurtuazji. Sytuacja była zaiste komiczna i za bardzo nie miałam pomy-słu, jak i co mam robić dalej, a pragnienie pogadania z nimibyło wielkie – oj wielkie! A tu patrz, taka nieporadność, gdy jestku temu okazja! Prawdę powiedziawszy, zrobiłam wówczas je-den krok do przodu, czując jak serce podchodzi mi do gardłaz  wrażenia i pomyślałam sobie, że za chwilkę, dosłownie za 126
    • chwilkę będę rozmawiała z gośćmi, których już dawno czasprzeminął, było to ekscytujące, i takie podniecające – takiegokopa wszystkim tylko życzyć! – Wyobrażam sobie! – Nie jesteś w stanie, kuzynie. – Może i nie, ale mogę przynajmniej… – I owszem, możesz! Prosiłam, byś nie przerywał. – Obiecuję, cicho już siedzę. A tak, w celu uzupełnienia, coz Clavusem! – No właśnie o tym też się dowiesz. Tak jak mówiłam, zrobiłam jeden krok i – dupa! Poleciałamzupełnie gdzie indziej do miejsca ostatniego, w którym chciała-bym być, nie sama jak się okazało – w ręku jakimś cudem trzy-małam Clavusa. – A co to za miejsce? – Co za miejsce? Ha, ha, ha! – Nie śmiej się, tylko opowiadaj! – To uważaj, będzie jazda! – To już mnie kręci. – Uważaj, odpalam! Zrobienie kroku – tego jednego tylko, wyzwoliło to, co nanią, czy jak kto woli, na sokoła i Clavusa czekało tuż, tuż za takzwanymi drzwiami niewidocznymi. Były to drzwi w pierwszymrzędzie dla zatraconych dusz tego świata. Nie, nie, żadne piekło,tylko, jeśli już, to jego drugie dno, skąd wykopywano dusze,które nawet tam obrzydliwe były. Zza tych drzwi – o dziwo, do-chodziła „wesoła muzyka”, którą trudno w człowieczej głowie 127
    • poukładać sobie, bo niby jak to, w takim miejscu, taka muzy-ka… A jednak tak było, tym bardziej odtworzyć jest niemożli-we, bo jest poza jakimikolwiek naszymi możliwościami. Możedlatego, tłumaczyłam sobie (chytrze), wesoła, bo śmiała się jakgłupia, choć płacz ją dusił i rozrywał na kawałki – wszystkodziało się odwrotnie wbrew przyjętej logice i porządkowi odwieków utrwalonemu przez ludzi tak zwanych światłych. Naj-widoczniej kogoś przyjmowali, ktoś odpadł w przedbiegachz piekła. Pilnujący tego przybytku przedstawił się jej w inny niżdo tej pory jej znany sposób, przy tej okazji kazał się zwać: – Bramkarzem jestem i nikim poza tym – takim sygnałemw głowę dostała. A jak był ubrany czy jak wyglądał, nie pamiętała, ze strachu– czy w ogóle miał jakąkolwiek postać? Bramkarz na Clavusa nie zwrócił specjalnej uwagi, tylko po-wiedział jakby od niechcenia: – Przytępiony staruszek? – dodając od razu. – Wchodź,gwoździu, dalej! Wejście miała całkiem, całkiem miłe – nie pospieszał jej, zanic nie ganił, nie robił żadnych wymówek i o niczym innym niemówił, tylko ograniczył się do wręczenia jej instrukcji: „Jak naj-szybciej tu trafić”. W pierwszej chwili spojrzała na nią, kręcącnosem – że po co, że nie jest nią zainteresowana. Gdy jednakmimo sprzeciwu podsunął jej ją pod sam nos, poczuła tenszczególny zapaszek, który wyzwalał to „coś” gdzieś głębokow niej ukryte. I zakręciło nią jak cholera, że tylko hulaj duszo!(poczuła się godna każdego najwyższego szaleństwa). Należyod razu tu powiedzieć, że bramkarz nie łapał żadnych „figur”,był miły i  grzeczny, do tego towarzyski i obroty, od razu za-chwalał temperaturę wysoką!, jaka tutaj panuje i czas spalania, 128
    • wieczność całą. Ukłoniwszy się szarmancko, w progi zaprosił izaczął zachwalać liczne i godne towarzystwo, od których na-zwisk i ich godności Teresie się w głowie zakręciło – O, to ludzie znani i wielce zasłużeni „dla ludzkości” –wskazał na dusze przegnane z piekieł, dodając z uśmiechem: – Tak przynajmniej śpiewają u ludzi podręczniki historii,ha!, ha!, ha! – zaśmiał się głośno. Teresa jak oniemiała stała i nic nie mówiła, bo to nowa sytu-acja i jakby nie patrzeć (Kolumbem się poczuła)w takim miej-scu być, toć nie lada gratka. Bramkarz w lot wyczuł, o czympomyślała i z przekąsem jej się przyglądał, zachęcony najwi-doczniej jej postawą, co widać było gołym okiem, po chwili do-dał jakby od niechcenia: – Popatrz dalej. O, na przykład tamte dusze, co prawda jużniekompletne (w piekle nam je troszkę pościerali…) za swojegożycia kazały swoje ciała po śmierci balsamować, by z zaświatów,jak im się zdawało, schodzić do ciał swoich niczym Bogowienieśmiertelni, ha!, ha!, ha! – zaśmiewał się do rozpuku. Idąc dalej, spotkała dusze polityków, którym się pomyliłyrole – za życia zamiast wypasać swoje owce, to strzygli je, ile siędało. Było ich liczne grono, oj liczne – w piekle ich nie chciano.W jednym z pomieszczeń w tym przybytku w obecności GURU– „Zła w czystej postaci”, czytano na głos spisane wszystkie do-konania nowo wstępujących do nowicjatu. Pisk i lament się roz-chodził i rozpacz wielka, a GURU ze szczęścia przybierał różnepostacie – wszystkich wymiarów i czasów. Śmiał się z nieszczę-śników, nie, to nie był śmiech, to było rechotanie. Na koniecczytania oddział pomniejszych w hierarchii bramkarzy odbrudnej roboty pojawiał się nagle i bez żadnego zmiłuj się za-bierali wszystkich ze sobą w otchłanie przestrzeni, gdzie czas 129
    • nie miał swojego wymiaru – a co miało, nie wiem! Dobrze sięstało, że Clavus nad nią czuwał, bo wiedział od samego począt-ku, co może się tutaj wydarzyć. W lot pojął, w co ZŁO gra i odrazu zaalarmował kogo trzeba – nie zdradził, kogo! Ten ktośusłyszał Clavusa wołanie – przebywał właśnie na inspekcjiw pomieszczeniu obok. Słuch miał czuły na każdy najmniejszyszelest, a cóż dopiero wołanie Clavvsa, którego był twórcą odsamego poczęcia po jego bezwolne działanie – przybył natych-miast z odsieczą. Harmider się zrobił i wielkie lament, że prze-szkadza w agitacji, że sieje wrogi ferment w nowicjacie. Wy-bawca twardo swoje egzekwował (w końcu zaprawiony w bo-jach) dawaj kobitę z tego „towarzystwa” wyciągać. Znał dosko-nale panujące tutaj układy i zwyczaje, wiedział, do czego mogąbyć zdolni i jakie sztuczki i przebiegłość są w ich posiadaniu,komu, jak komu, im się nie ufa, a broń boże odpuszczą – trzebaod razu iść na całość. A tak nawiasem mówiąc, mają zawsze ja-kiegoś newsa w zanadrzu dla wyjątkowych twardzieli. Wybawiciel bez żadnej ceregieli czy dyplomatycznych zabie-gów wyprowadził Teresę z tych zatraconych włości. Na odchod-ne z uśmiechem na ustach powiedział do wszystkich dusz za-traconych: – Pokutujcie, czas przestał się dla was liczyć. Złapawszy głęboki oddech, przestała na chwilę opowiadać,spojrzała na mnie przerażona i zapytała, co o tym sądzę. – Widzisz, co się ze mną działo! – No właśnie, jazda bez trzymanki. – Żebyś wiedział! – No, jednak zawdzięczasz uratowanie „skórki” Clavusowi– wypaliłem. – Nie da się tego ukryć. 130
    • – A co było dalej? – Co było dalej, pytasz? – Tak, no właśnie. Dalej Clavus otworzył następne drzwi, drzwi szczególne,przy których jasność biła i radość wielka – wiecznej szczęśliwo-ści! Od progu tą jasnością i szczęściem mnie obdarowano, jak-by na kredyt, a po chwili z tej jasności wyszła mi naprzeciwpiękna szatynka o oczach zielonych. Patrzyłam i patrzyłam nanią, jak zaczarowana, nie mogąc oczu oderwać od niej: bo takabyła w niej harmonia wszystkiego, co piękne i mądre i sprawie-dliwe. Czyżby to była ona? – zadałam sobie pytanie… – A jak sądzisz? – ktoś stojący za mną zapytał, najwyraźniejśledził mój tok myślenia. – No, nie wiem – odpowiedziałam. – Powiedz, Tereso, swoja pierwszą myśl – indagował ten ktośdalej. – Pomyślałam, że Ewa! Cisza zapadła, a postać owej tajemniczej kobiety zaczęła pul-sować wszystkimi kolorami ziemi, jakie być może towarzyszyłyprzy powstaniu świata. Trwało to, no nie wiem jak długo, pa-miętam tylko, że nieoczekiwanie wniknęła we mnie, tak po pro-stu weszła jak do siebie „do domu”. – To moja odpowiedź – usłyszałam głos za plecami. – Odpowiedź? – zapytałam. – Tak, właśnie – głos powtórzył. I cisza zapadła, nikt się do mnie nie odezwał. Za to poczu-łam w sobie, że owa tajemnicza kobieta delikatnie mnie w sercepocałowała i tym pocałunkiem „wskazała mojemu sercu” dro-gę, w którą mam iść dalej. Nie zadawałam już żadnych pytań,nie miałam, jakichkolwiek zastrzeżeń, po prostu poszłam za 131
    • wskazaniem. W tym samym momencie radość, jakiej nigdy niedoświadczyłam, towarzyszyła mi z coraz większą siłą, a im da-lej, czyli w głąb, wchodziłam, czułam światło w sobie jak tańcu-je we wszystkich moich tkankach. A co to były za uczucie, och,zaprawdę na samo wspomnienie łzy szczęścia same z oczu milecą! Spojrzałem na Teresę i rzeczywiście łzy jej leciały, leciały jakgroch, uderzając o stół, uwalniając namiastkę jej przeżyć, którełapczywie zlizywałem – bo byłem spragniony i głodny jak ni-gdy! I sen mi się przypomniał ostatni. Słuchałem gry na harfiepięknej dziewczyny, o hebanowych włosach nie z tego świata.Zaraz? Jak jej było na imię, niech sobie przypomnę? Tłukłemsię w głowę rękoma, by imię na koniec języka mi wpadło, no,tak! Magda. Grała na drodze mlecznej spadającym gwiazdom,będąc w podróży do innego świata… Miłością wielką zapała-łem do niej i każdy ton brzmienia jej harfy połykając łapczywie. – Kim jesteś, kim? – pytałem oszalały. – Kim jestem – pytasz? – Tak właśnie? – Snem twoim… I odleciała z rojem gwiazd w nieznane, dokąd nie dane mibyło za nią podążyć, bo sen mi się urwał nagle. Wszystko torazem wziąwszy, załkałem w sobie, bo smutek i żal mnie czyścił.Podniosłem głowę do góry i patrząc gdzieś przed siebie, zapyta-łem Teresę: – A jak tam Clavus? – Oddalił się. – Jak to? – No, tak to. – Tak sądzisz? – Tak właśnie sądzę. 132
    • Tłukłem się dalej z myślami, próbując pojąć zbieżność tychwszystkich sytuacji i nic z tego mi nie wychodziło, bo może„gorączka” mnie paliła i jedno, co mogłem teraz zrobić, to pytaćdalej: – A dokąd? – Tego nie wiem, ale myślę… – Tak, co myślisz? – Że z… – Z nim rozmawiał? – Tak mi się coś zdaje. Zamilkliśmy obydwoje, jednak nie była to zwykła cisza, bocoś w niej zaczęło się dziać nadzwyczajnego. Zobaczyłem ludzizasiadających do wieczerzy, nie knujących przeciwko bliźnie-mu, i radość widziałem w ich twarzach i śmiech i zabawę i twór-cze wypełnianie zamysłów najwyższego. – Tak, jeszcze nigdy czegoś takiego nie udało mi się przeżyć– głośno i z zachwytem zawołałem. Moja kuzynka spojrzała na mnie i w jej spojrzeniu dostrze-głem to samo, co ja zobaczyłem i odczułem. Choć była to tylkochwila, to jednak zarysowała się głęboko i nieodwracalniew nas. Chwila ta potwierdzała jedno, że co jak co, ale w życiuwszystko może się nam zdarzyć i dlatego warto wierzyć w to, cowykracza poza stereotypy myślenia. – I co ty na to, Teresa? – zapytałem. – O to pytasz? – zrobiła małą pauzę, kładąc prawą rękę tam,gdzie serce bije. – Tak, właśnie – pokiwałem głową. – Nie potrafię tego wyjaśnić – krótko oświadczyła. – Podobnie jak i ja – westchnąłem głęboko. Wstałem od stołu, by rozprostować kości, w końcu już okołodwóch godzin siedzimy i rozmawiamy, no może nie tyle rozma- 133
    • wiamy, co raczej ja słucham. Zrobiłem kilka rundek – z jednegokońca kuchni na drugi. Właściwie to nie myślałem o niczym,byłem jeszcze w tej szczególnej chwili, która pozwoliła mi staćsię jej udziałem. Za którymś razem moich przechadzek zatrzy-małem się przy niej lekko się w jej stronę pochylając i cichoprawie szeptem, zapytałem. – I jak, kuzynko? – Co, opowiadać dalej? – Tak, czekam na to. – To siadaj i nie tańcuj nade mną. – I tak się stanie! Usiadłem z powrotem przy stole, wygodnie się rozpierającna krześle, z niecierpliwością oczekując, co będzie dalej? – No to jadę dalej! – oświadczyła. – Niczego więcej mi nie trzeba! – rzuciłem. – To tak trzymaj – skomentowała moją uwagę. Clavus okazał się wielce użytecznym w tej niesamowitej po-dróży. Dzięki niemu udało mi się wyjść z piekła i ta świadomośćjuż zawsze będzie moim towarzyszem. Zobaczywszy do tegoniebo…, czego by można było więcej oczekiwać od życia no,czego? – Mnie pytasz? – Ciebie, właśnie. – A co ja niby mam powiedzieć? – Jak to co? – Co o tym sądzisz? – Nie wiem, do cholery! – No popatrz a myślałam? – Że wiem! – No właśnie. 134
    • Poczułem, że rozmowa przestała się kleić. Najwyraźniej ku-zynka już się wystrzelała i dalsze naleganie na siłę nie miałobysensu – nici z dalszych opowieści. Cóż i tak bywa, zresztą napewno jeszcze się spotkamy i dokończymy… I jak pomyślałem,tak głośno powiedziałem. – Co, to może innym razem. – Innym razem, powiadasz? – Tak, właśnie. – Cóż, dobrze. Jeszcze chwilę pogadaliśmy o różnych sprawach, mówiąco  wszystkim i o niczym i dopiliśmy resztki herbaty – świeżej niechciała. Ciekawość, jaka we mnie zakwitła, rozrosła się do roz-miarów trudnych do zlekceważenia, dając w końcu swój owoc– NIENASYCENIE. Tak, miałem teraz orzech nie lada do zgry-zienia, oj nie lada. Dlatego z większą uwagą nadsłuchiwałem sie-bie… Kuzynka wyszła, nawet nie wiedziałem, kiedy, mimo żepożegnaliśmy się najprawdopodobniej – jak sądzę. Wstałem i podszedłem do okna, przyglądając się – tylkokomu, za bardzo nie wiedziałem. Śmieszyły mnie za to upierdli-we muchy, które uparcie atakowały łysego gościa na przystankuautobusowym. Najwidoczniej musiał mieć szczególny pot albozapach, zdiagnozowałem w końcu. Obserwowanie tej scenydało mi chwilę wytchnienia i odskocznię od świata, który bu-dził się we mnie, a którego jeszcze dobrze nie poznałem, innymisłowy nie skumplowałem się przynajmniej na tyle, by być z nimna per ty. To, że z taką łatwością „łykałem” wszystko, co mi mojakuzynka Teresa opowiadała, świadczyło tylko o tym, że tak na-prawdę należę do tego gatunku ludzi, który nigdy nie zadowolisię jedną i jedyną prawdą! 135
    • Rozdział VIIP rzespawszy noc w miarę spokojnie, obudziłem się wcześnie rano z mocnym postanowienie pojechania do Bobrownik i na-wiązania (złapania kontaktu duchowego) z minioną przeszłością,bo gdzie jak gdzie, ale tylko tam mogłem tego dokonać. Jakby niepatrzeć, nie ucichły ostatnie echa opowiadanych przeżyć kuzynkiTeresy. Tym bardziej, że moja wyobraźnia była głodna i stawała sięroszczeniowa. Tak więc byłem niejako postawiony pod mur –przez siebie samego (może i nie przez siebie?). Nie mogłem inaczejpostąpić, jak stanąć oko w oko ze światem, o którym do tej pory niemiałem zielonego pojęcia, a jeśli już miałem, to bardzo mgliste,mając jednocześnie nadzieję, że i mnie jej świat się objawi. Zrobiłem toaletę i szybko się ubrałem, jakby ktoś mnie gonił:dżinsy, koszula niebieska w czarną kratę, po czym zaparzyłemmałą kawę, siadając na swoim ulubionym miejscu – przy okniew kuchni. Malutkimi łyczkami popijałem z porcelanowej fili-żanki, delektując się jej aromatem. Pod koniec byłem z siebiezadowolony, wesolutki, nawet i mówiłem do siebie: – Zobaczysz, będzie, jak myślisz. A jak myślę naprawdę? No,właśnie jak? Szybko złapałem autobus PKS do Bobrownik i jadę do miej-sca pochodzenia mojej matki Natalii, po ilu tam latach? – nawet 136
    • nie wspomnę po ilu, bo wstyd mi się przyznać. Zbliżając się docelu podróży, mimo woli uwolniłem swoje myśli, cofając się dookresu dzieciństwa i ujrzałem siebie – chłopca sześcioletniegoniemogącego doczekać się pierwszych zabudowań, bo kto, jaknie matka tak pięknie opowiada o miejscu swojego urodzenia.Z sercem na ramieniu wyczekiwałem chwili – „tamtej chwili”,by mnie przytuliła znów – tak samo jak wówczas (myślałem na-iwnie). O, chwilo święta lat minionych, chwilo moja, objaw misię znów i zwróć mi to, czego już nie ma, bo… No właśnie, boczas się przetoczył, zostawiając mgliste wspomnienia i to szcze-gólne drżenie serca. Spojrzałem przez okno, tablica informacyjna – Bobrowniknad Wisłą. Jestem na miejscu – półgłosem do siebie powiedzia-łem. – Jestem! – powtórzyłem. Wyjście z autobusu odbyło się szybko i bezkolizyjnie, bo tło-ku nie było – osiem osób. Bagażu żadnego nie miałem, bo i poco, jedynie, co miałem, to jasny sprecyzowany cel przyjazdu.A świat, o którym mi moja kuzynka Teresa opowiadała, tłoczyłmi się do głowy z jeszcze większą intensywnością pomieszanyz moimi wspomnieniami z lat dziecięcych. Miałem wrażenie, żepo mnie wyszli – mały chłopiec, czyli ja sam, starosta grodowyz Clavusem i ukochanym ptakiem sokołem, Templariuszei mnich Henryk, tajemniczo się uśmiechając. Idąc za wewnętrznym głosem, którego póki co jeszcze nie roz-kodowałem, pomyślałem sobie, że dobrze się stało, że to właśnieze mną moja kuzynka Teresa rozmawiała. A dlaczego tak właśniepomyślałem, tego nie wiem i pewnie ona też nie wie. Nie zważając na nikogo, skierowałem swoje kroki wprost nazamek, a właściwie jego pozostałości, które jeszcze do tej porywywołują zapewne w każdym zwiedzającym refleksje o historii 137
    • i nie tylko. Miejsce zaprawdę najbardziej urokliwe w Bobrowni-kach nad Wisła. Kiedy tak sobie idąc, rozmyślałem, zrobiło mi się przyjem-nie, bo to wiaterek delikatny leciutko po twarzy łaskotał, a tozapach świeżego sianka pachnie. – Jak przyjemnie i błogo – na głos do siebie powiedziałem. Przechodząca obok mnie starsza kobieta spojrzała na mniezdziwiona, najwyraźniej usłyszała, co mówię, bo już po chwili,będąc kilka metrów dalej za mną, odwróciła się w moją stronęi rzuciła pytanie: – Słucham? – A nic takiego, głośno tylko myślałem. – Jakiś dziwak przyjechał – skomentowała. – Tylko nie dziwak – odgryzłem się. – Widział kto, jaki mądrala – skwitowała. Nie dawała za wygraną, najwyraźniej lubiła zbierać sensacje(najnowsze ciekawostki) i niczym „kurier warszawski” roznosićje do wygłodniałych mieszkańcach, a do tego intrygowałem ją,bo to obcy byłem i do tego dziwny, jakiś taki gadający ze sobą. – Mądrala czy nie, to co to panią obchodzi! – odszczekną-łem. – Nie ma o czym gadać! – warknęła. Szybko się oddaliła, bo to z dziwakami i to nieznajomymi ni-gdy nic nie wiadomo – pewnie tak sobie w końcu pomyślała. Bę-dąc już dalej, jednak obejrzała się za siebie z kilka razy, lustrującmnie dokładnie, co wskazywałoby, że najwidoczniej budziłemw niej nieodpartą ciekawość. Byłem przekonany, że będę pożyw-ką dla tutejszych „aborygenów” przynajmniej przez kilka godzin. Małe miejscowości to w sobie mają, że od razu wychwytująosoby nieznajome – a ja mimo wszystko czułem w sobie, że ja-kaś moja jedna część jest z nimi związana i to nierozerwalnie. 138
    • Dochodziłem do rozwidlenia, czyli końca zwartych zabudo-wań Bobrownik, gdy oczom moim po lewej stronie ukazały sięruiny zamku i rzeka Wisła. Na tak zwanym Parchaniu nazywanym tak przez miejsco-wych (plac czy łąka) tuż nieopodal zamku pobudowano stadion„Orlik” – w zestawieniu z przeszłością muszę przyznać, iż wy-glądało to całkiem, całkiem fajnie. Zbliżywszy się do ruin od strony najbardziej dla mnie intere-sującej, poczułem w pewnym momencie, a właściwe w polu niewiększym jak metr na półtora metra, pozytywną, przyjazną,serdeczną i kochającą energię. – Czy to jednak prawda? – na głos zawołałem. Zaskoczyło mnie to uczucie, bo przyznam, iż nie do końcabyłem przekonany o tym, o czym mi opowiadała moja kuzyn-ka. – Prawda, prawda, Marek – sam do siebie powiedziałem,utwierdzając się w doznanym uczuciu. Zrobiłem trzy kroki do przodu i po chwili do tyłu, dokładniew tym polu wydzielania energii i uczucie, jakiego doznałem, niemija a wręcz przeciwnie nasila się i jest mi tak dobrze, tak wspa-niale. – Jednak jest tutaj ten jeden gruczoł ziemi – głośno zawoła-łem, nie bacząc, czy ktoś mnie słucha. I jakbym doznał w tym momencie szczególnego olśnienia,poczułem w sobie myśl precyzyjną, jakiej nigdy nie doświad-czałem. Byłem pewny tego, że pod ziemią w tym właśnie miejscu nagłębokości 1600 m znajduje się silne ognisko promieniowaniaenergetycznego, że z mniejszej głębokości wydziela się radiacja,która potęguje owo pierwsze promieniowanie. 139
    • – Niesamowite! – powtarzałem na głos. Pewnie bym tam kwitł Bóg raczy wiedzieć jak długo, gdy-bym nie uskoczył dalej poza pole działania „gruczołu ziemi”. – To tak się sprawy mają? – podjąłem rozmowę z sobą sa-mym na głos. – No właśnie, Marek! – sam sobie odpowiedziałem. – To pewnie Clavus jest na zamku, w ziemi – pomyślałem. – Dobrze kombinujesz – szybko sobie dodałem. Uczepiłem się ostatniej myśli, będąc przekonanym, że Cla-vus jest tu, tak na pewno jest, tylko gdzie – no właśnie gdzie?Może tam, gdzie starosta grodowy miał swój ogród albo w ukry-tych tajemnych pomieszczeniach pod Wisłą, no właśnie, możewłaśnie tam. Moje rozważania przerwał głos dochodzący jakby do mniezza pleców: – Witaj! – odwracam się za siebie, bo przed sobąnikogo nie widzę i tuż, tuż za mną na wzniesieniu skruszałegomuru zamku stoi moja znajoma Ewa, uśmiechając się do mnie. Bardzo ją lubiłem, bo to wielkiej kultury i taktu osobao szczególnej pięknej wrażliwości, niejako z urodzenia. Dawałatemu upust, układając kwiaty w pełne uroku i wdzięku bukiety,pracując we Włocławku w jednej z kwiaciarni. – Witaj, Marku. – No, witaj Ewa! – Co, zaskoczony jesteś? Widać po mnie było wielkie zaskoczenie; raz, że w pół zda-nia usta otworzyłem, szukając słów, bo kogo, jak kogo – jej bymsię tu ostatniej spodziewał. – Tak! – No oczywiście, bo nic ci nie mówiłam. – A o czym, Ewa? 140
    • – O czym? Zawiesiła zdanie w pół słowa, obdarowując mnie urokliwymuśmiechem. Przyznać muszę, że to piękna kobieta, do tegoz  klasą; sylwetka szczupła, dość wysoka o długich ciemnychwłosach i oczach brązowych. – Tak, właśnie – powiedziałem. – Bo widzisz, Marek, ja z Bobrownik pochodzę. Zaskoczyło mnie jej wyznanie i to bardzo, bo prawdę powie-dziawszy zawsze myślałem, sam nie wiem, dlaczego, no nie my-ślałem, ale byłem przekonany, że z Włocławka. – No popatrz, jak to ludzie się szukają! – Co masz na myśli? – To, że moi przodkowie tu żyli. – Niesamowita zbieżność – głośno swojemu zaskoczeniudała temu wyraz. Zeskoczyła z muru pogryzionego przez czas i idąc do przo-du, kiwnięciem reki dała mi znać, bym szedł za nią. To ruszy-łem, za bardzo nie wiedząc gdzie i po co? Właściwie chciałembyć sam, no, ale takie spotkanie i to w miejscu dla mnie szcze-gólnym coś jednak znaczyło. Idąc za nią, tym razem przygląda-łem jej się dokładnie i taka myśl mnie naszła: swoją drogą niebędzie to nadużyciem, jeśli powiem, że takie właśnie pięknekobiety, gdzie jak gdzie, ale rodzą się w Bobrownikach nad Wi-słą. – Tak właśnie! – głośno dałem aprobatę sam sobie. – Słucham? – zapytała. – A nic takiego? – Aha. Zeszliśmy poniżej najlepiej zachowanego fragmentu muru,tuż przy Wiśle. Widok był iście imponujący. 141
    • Wisła na wyciągnięcie ręki i fragment wcale nie małego,dość długiego i wysokiego na dziesięć metrów muru, wykona-nego z kamienia polnego. Trzeba przyznać, że robił ogromnewrażenie, dając pole wyobraźni i niezaprzeczalnego kunsztuwarsztatu budowniczych średniowiecznych warowni. Zatrzymała się pośrodku muru i podnosząc głowę do góry,wskazała ręką mały uskok na wysokości jakieś siedmiu metrów.Powiedziała: – Widzisz uskok w murze? – I owszem, widzę? – Otóż to! – Czyli co? – Już mówię. – Mów, bo ciekawość to moja pięta Achillesowa. – Jedna z legend mówi, że na tym uskoku zawsze siadał uko-chany sokół starosty grodowego. – Zaczyna być ciekawie. – Bo jest. – Słuchaj dalej. – Słucham. – Z tego uskoku obserwował Wisłę, jakby na coś lub na ko-goś czekając. Nigdy z tego miejsca nie polował, mimo że miałku temu niejednokrotnie okazję. Spójrz, Marek, nawet teraz ilejest ptactwa i drobnej zwierzyny – chodzące przysmaki sokoła,a co dopiero w tamtych czasach. – Co prawda, to prawda. – Widzisz! – No dobrze, ale dlaczego? – To jest dobre pytanie? – Wyjaśnij! 142
    • – Nie potrafię, na pewno był to fenomen sokoła starosty gro-dowego. – Pewnie tak, no a co dalej. – Siadał sokół, tak jak mówiłam na tym uskoku i gapił sięw Wisłę i prawdę powiedziawszy wszyscy, którzy go znali już siędo jego zwyczajów przyzwyczaili, nie robiło to żadnego wraże-nia. No, ale pewnego dnia zdarzyła się rzecz niezrozumiała,a na pewno tajemnicza. Siedząc tak, sokół nagle się zerwał zeswojego miejsca i odfrunąwszy od muru około trzech metrówzawisł w powietrzu. Tak trwał w tej pozycji dobry kwadrans, poczym zaczął rosnąć i rosnąć do wysokości człowieka i… – Czemu przerwałaś? – Zaraz, mały kamyk wpadł mi do buta, tylko go wyjmę. Złapała się mojego ramienia i zdjęła z prawej nogi but, z któ-rego wnętrza wyskubała mały, ostry kamyczek. Przyznam, mógłnieźle uwierać. – Na czym to skończyłam? – Sokół zaczął rosnąć. – Ach tak, rosnąć do wysokości człowieka i wystarczył tylkomały zefirek, który delikatnie dmuchnął w sokoła, by zmienićgo w blond dziewczynę. – Pięknie opowiadasz! – Podoba ci się? – Oczywiście. – Chcesz wiedzieć, co było dalej? – Pewnie, że chcę. – Zmieniwszy się w piękną blond dziewczynę wywołał nielada szok w tych, których było to udziałem. Dziewczyna na tejwysokości chodziła tak, jakby w ogóle nic a nic nie ważyła, pochwili znikając, tak sobie po prostu. 143
    • – No i co? – Nic, znikła i tyle. – A sokół? – Sokół pytasz? – No właśnie. – Przepadł, nikt go już nie widział. – To koniec. – Tak, właśnie. Zamilkła Ewa i ja zamilkłem, szliśmy tak razem jakiś czasw milczeniu. W jej opowieści o jednej z legend zamku bobrow-nickiego dostrzegłem pewną zbieżność z tym, co się przydarzy-ło mojej kuzynce Teresie. Nic jednak o tym jej nie wspomnia-łem, bo i po co? Niech ta legenda pozostanie taką, jak była. Muszę jednak przyznać, że była ciekawa i w jakiś nieroze-rwalny sposób sklamrowała to, co było efektem mojego słucha-nia Teresy. – To co, idziesz ze mną? – przerwała milczenie. – No, no, jeszcze nie! – z pewnym wahaniem, cedząc słowopo słowie, jej odpowiedziałem. – No cóż, ja już muszę iść – z pewnym żalem w głosie powie-działa. Muszę przyznać, że lubiła moje towarzystwo: być może zacierpliwość słuchania czy podkreślania jej wyjątkowej zdolno-ści w  układaniu bukietów z kwiatów. W końcu pracowaław kwiaciarni i prawdę powiedziawszy, żaden z jej klientów, na-wet ten najbardziej wybredny, nigdy się na nią nie skarżył. Mia-ła dobrą i w pełni zasłużoną renomę, to też nigdy mnie nie dzi-wiła mnogość klientów u niej. – Cóż, szkoda, że tak szybko – skwitowałem szczerze. – Wiem, Marek, ale muszę. 144
    • – Tymczasem, Ewa. – Tymczasem, Marek, do następnego spotkania. Podała mi rękę na pożegnanie i idąc pod górę, dość szybkosię oddaliła. Przyznam, że lubiłem jej towarzystwo, bo była ko-munikatywna i miła, a poza tym miała to coś… Teraz tym bar-dziej będę ją lubił, bo pochodziła z Bobrownik nad Wisłą, skądmoi dziadowie. Jeszcze chwilę spoglądałem w jej stronę, obserwując, jak sięoddala. Gdy tylko znikła mi z pola widzenia, obróciłem się napięcie, zamierzając iść dalej. Uszedłszy zaledwie kawałek drogi,posłyszałem jak za moimi plecami ktoś woła. – Marek! Szybko odwróciłem się w tym kierunku, skąd głos dochodziłi widzę, że Ewa cofnęła się i z daleka próbuje mi coś powiedzieć. – Nic nie słyszę! – głośno od krzyknąłem. Rozłożyła ręce dając mi znać, że jest zbyt daleko, by mogłacokolwiek usłyszeć. Nic innego mi nie pozostało, jak energicz-nym krokiem podejść do niej. Chwilę mi to zajęło zanim dotar-łem do niej lekko zdyszany i zapytałem: – Co się stało, Ewa? – Właściwe nic takiego, ale… – Tak, Ewa… Zamyśliła się, patrząc tak jakoś na mnie tajemniczo, pewniesię zastanawiając czy mi powiedzieć – takie odniosłem wraże-nie. By jej nie pospieszać, grzecznie poprosiłem ją, mówiąc. – No, Ewa, wal śmiało. – Widzisz, Marek, chciałam tylko zapytać? – O co? – pociągnąłem ją za język. – Czy nie czułeś przypadkiem lekkiego mrowienie na ciele? Przyznam, że to pytanie mnie zaskoczyło. Tak barwnie mi 145
    • opowiadała, że może nie zwróciłem na to uwagi, choć przecho-dząc obok jednej ze ścian rozpadającego się muru jakiś impulsmały mnie elektryzował. Pomyślałem wówczas, że to być możemrówki, których tu pełno. – No może i owszem – odrzekłem. – A widzisz, zapomniałam ci powiedzieć o jednej ciekawejrzeczy. – To słucham, Ewa. – Są takie miejsca wśród ruin zamku, gdzie można odczućdziwne wibracje. – A to ciekawe. – Dobra, Marek, nie będę się na ten temat rozwodzić. – No, ale Ewa dziękuję ci i za to. – Sama nie wiem, po co ci o tym mówię. – Ewa, spoko. – No to już na tyle, pozdrawiam. – Ja również. Podaliśmy sobie dłonie, jeszcze raz się żegnając. Ewa szybkosię oddaliła, po chwili znikając. Stałem dłużą chwilę w miejscu– może sądziłem, że znowu zawróci, ale się nie zawróciła. Przezchwilę myślałem o tym, o co mnie pytała, zastanawiając się nadtym zjawiskiem: czyżby coś jednak było… No dobrze, jest napewno teraz to, że zostałem znowu sam wśród ruin zamku.Przechadzając się między kruszejącymi murami, próbowałemsam sobie wskazać (odnaleźć), w którym to miejscu był ogródstarosty grodowego. Było to zajęcie zajmujące i pociągające za-razem. Idąc powoli, wyobrażałem sobie, że tuż, tuż, za wzniesie-niem jednej ze stert cegieł rozpadającego się muru zamku znaj-dę choćby mały ślad. No cóż, było to tylko oczywiście moje po-bożne życzenie. Tak czy owak było mi tak niezmiernie miło 146
    • wałęsać się pośród pozostałości minionej świetności zamku,a jednocześnie przykro, że czas tak okrutnie z nim się obszedł.Miałem tylko nadzieję, że dalsza pogłębiająca się erozja w jakiśsposób zostanie powstrzymana, czego w głębi serca życzyłemgospodarzom Bobrownik nad Wisłą. Cóż, mój czas już się kończył, zbierałem się powoli do po-wrotu. Zaspokoiłem swoją pierwszą ciekawość, na razie – noniezupełnie, raczej wypuściłem z mojej „szafy” wszystkie du-chy, które w niej były…, teraz tylko czekać, kiedy do mnie przyj-dą, a że przyjdą, byłem o tym przekonany. Kiedy wracałem,przypomniał mi się Clavus – nie pomyślałem o nim, dlaczego,no właśnie, dlaczego? Idąc do przystanku, kupiłem w jedynym kiosku gazetę – niepamiętam tytułu, zresztą to aż takie ważne nie było i w drodzepowrotnej czytałem. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby,no właśnie gdyby… Otwieram pierwszą stronę i od razu dopa-dły mnie „robale” i to wcale niepochowane między wersami, alew wypasionych tytułach, które niczym „TYTANIK” szumniei dumnie wyruszały w swój dziewiczy rejs (choć dziewictwo jużdawno straciły, o czym zapomniano napisać) mojej, być możenaiwnej i głodnej sensaci, ciekawości. Zostałem nakarmionyjak się patrzy, że pod koniec podróży miałem wszystkiego do-syć. Kraju nad Wisłą z niedoszłą drugą Japonią i zielenią Irlan-dii, którą szlag trafił po przesileniu i z kolejnymi szamanami odcud malina demokracji. Kończąc czytanie, półgłosem tak zwy-czajnie po ludzku przekląłem sobie: – Kurwa, co jest grane? – Co jest grane, się pytasz? – głos nieznany usłyszałem w gło-wie. – Tak właśnie, a ty kto? 147
    • – Kto, pytasz? – Tak właśnie. – Clavus. – Gdzie jesteś? – W tobie, więcej nie pytaj… – To co dalej, jak będzie. – Wszystko, co chore, spłynie do szamba. – Jak to możliwe? – Czas pokaże. – Czas, powiadasz? – Tak właśnie. Cisza zapadła – głos czy Clavus więcej się do mnie nie ode-zwał, pozostawiając mnie samego, no nie samego, jak niejedno-krotnie mogłem się przekonać. Podróż zakończyłem skopany i zbity niczym dziki pies dingoi w chwili wielkiej mojej rozpaczy przyszedł mi na myśl frag-ment poematu mieszkającego we Włocławku poety, któregopod nosem sobie – dla siebie, zacytowałem. Autora nie zdradzę,by go nie zamknęli. „przyszłaś wolności niczym dziewica w rytmie rżnięcia orkiestry – społecznej ofiary i tak mi jakoś dziwnie się zrobiło śmiesznie w końcu więc zatańczyłem taniec indiański przed moim wigwamem – a bizonów tak mało ja polski oskalpowany Indianin” Poczułem się lepiej, jakby mi ulżyło. Wychodząc z autobusu,wpadłem na znajomego (zaraz, jak on się nazywa, no, no mamwłaśnie na końcu języka, ach, już wiem Gwardecki Sławek),wielkiego pasjonata słowa pisanego. Ceniłem go za to – jawił misię jak dinozaur w dzisiejszej polskiej rzeczywistości. 148
    • – Witaj, Marek. – Witaj przyjacielu! – Ty skąd? – Z Bobrownik. – O, a co tam robiłeś? – Zamek zwiedzałem, no jego rujny. – Urokliwe miejsce, co? – Żebyś wiedział, urokliwe i to bardzo. – To, co, pozdrawiam i uciekam dalej, trzymaj się ciepłoi zdrowo. – Cóż. Bywaj! Niby nic, zwykłe jakieś tam spotkanie dwóch znajomych,a dające tyle... Zrobiło mi się fajnie na duszy, byłem mu wdzięcz-ny za tych parę jakby się wydawało nic nieznaczących słów,a dla mnie znaczyły bardzo wiele. Dały mi ładunek pozytywnejenergii. Zresztą z całej jego postaci biło autentyczne źródło ży-cia i gdyby nawet nic nie powiedział, sam fakt przebywaniaw jego towarzystwie dawał pozytywne wibracje. Są takie osobo-wości ludzkie, które tę szczególność ducha po prostu mają. Taksobie idąc i rozważając osobowość mojego znajomego i pobytw Bobrownikach, sam nawet nie wiem kiedy, znalazłem się podulubioną restauracją „Impresja”. Najwyraźniej przywiedzionyurokiem tego szczególnego miejsca i atmosferą pięknego du-cha, jaka tam panuje. Usiadłem w ulubionym miejscu podoknem, słuchając delikatnie sączącej się muzyki, po czym za-mówiłem małą kawę ze śmietanką i zadzwoniłem do mojegokolegi Henryka R. Troszkę potrwało zanim się zgłosił: a to zaję-te, to znowu zły numer wybrałem – przekombinowałem, bozbyt szybko chciałem dzwonić, w końcu mi się udało. – Heniu! 149
    • – Tak, słucham. – Witaj! Marek mówi! – Witaj, od razu poznałem. – Tak właśnie pomyślałem. – Co cię sprowadza? – Nic szczególnego, choć może, to, co... – Owszem, czemu nie. – To czekam jak zwykle, w tym samym miejscu. – Innego sobie nie wyobrażałem. – Jaki jasnowidz, ha!, ha!, ha! To jak, czekać? – Pewnie! Heniu wyłączył się i nic innego mi nie pozostało, jak na nie-go zaczekać. Jest to człowiek solidny, a do tego pragmatycznyo umyśle ścisłym, w końcu inżynier. Niemniej posiada pięknącechę charakteru – jest wrażliwy i delikatny w swych ocenach,co niewątpliwie nie raz i nie dwa przysparza mu kłopotów. Cze-kanie umilałem sobie spoglądaniem od czasu do czasu przezokno i oglądaniem przechodniów, a było na co popatrzeć: idziesobie kilkuosobowa grupa małolatów z ogolonymi z jednejstrony głowami i krzyczy: – Jest nas za mało, jest nas za mało! Kogo za mało, nie zdążyłem się zorientować, zbyt szybkoprzeszli. Długo nic się nie działo, ludzie sobie przechodzą i do-kądś tam zdążają, aż w końcu znowu ciekawie się zapowiada:straż miejska zatrzymuje podpitego, starszego człowieka, pró-bując się z nim najwyraźniej dogadać. No, ale nic z tego, jak toz podpitym bywa. To w końcu zirytowało dzielnych stróżówporządku publicznego, zaczęli podnosić na smakosza Bachusagłos i ku mojemu, a myślę ich zaskoczeniu, smakosz wyjmujeczerwoną kartkę, wcale ale to wcale niemałą, podnosi do góry 150
    • i  obracając się powoli wokół własnej osi, oznajmia im na głos,że za faul ją otrzymują. Co było dalej nie wiem, bo właśnie mójznajomy Henryk dotarł na miejsce. – No jestem, Marek! – Miło, siadaj, Henryk. Wskazałem mu ręką miejsce, usiadł naprzeciwko mnie, by-stro mi się przyglądając, jak to on. Przez jakiś czas się nie odzy-wał, najwidoczniej próbując postawić jakąś dla mnie diagnozę.Czy mu się udało, tego nie dociekałem, bo i po co, to i tak niebyło istotą spotkania. – To, co cię tak przypiliło, by mnie ściągnąć. – Pytasz się, co, Henryku? – No właśnie. – To, tylko siedź i cierpliwie słuchaj. – Jak każesz, tak się i stanie, Marek, ha!, ha!, ha! – Ty się nie śmiej, tylko… – No dobrze, słucham. Opowiedziałem Henrykowi ostatnie moje przeżycia – nie-spodziewane odwiedziny kuzynki Teresy i spotkanie ze znajo-mą w Bobrownikach wśród ruin zamku. Przyznać muszę, żemoje opowiadanie zrobiło na nim spore wrażenie. Dostrzegłemw jego twarzy pewną nerwowość i zarazem skupienie – leciutkoledwo zauważalnie powieki mu drgały. Chciał niby mi coś po-wiedzieć, a nie mógł, bo słowa mu w gardle ugrzęzły, przyłożyłotwartą dłoń do otwartych ust i głośno odkaszlnął, tak z kilkarazy powtarzając. Najwidoczniej pomogło mu to, bo kiwnąłpalcem na mnie, bym bliżej niego się przesunął i wówczas cichomi powiedział. – Marek, wiesz, że mam ścisły umysł. – No i owszem, wiem i? – I no, właśnie trudno, bym zbyt łatwo ulegał. 151
    • – Ulegał powiadasz? – Ano właśnie. – Co masz na myśli? – To, o czym ci kuzynka Teresa opowiadała. – To sądzisz, że to pierdoły? – I tu się mylisz i to bardzo. – Nie poznaję cię, ty? – Tak, ja Henryk, powiem, że w tym jest coś na rzeczy. – Skąd taka zmiana? – Nie będę się rozwodził, ale byłem na zamku w Bobrowni-kach i powiem jedno, że jest to miejsce, które mnie urzekło i nietylko urzekło. – Co ty gadasz! Ty tak myślisz? – Tak myślę właśnie. – Co się stało? – Co się stało, nic! – No jednak, chyba przyznasz. – Widzisz, byłem w Bobrownikach i znalazłem czas na małyrekonesans po ruinach zamku. Powiedziałbyś, nic takiego, cho-dził sobie – wielka mi rzecz! A jednak w niektórych miejscachpoczułem się dziwnie: najpierw lekkie delikatne mrowienie wewszystkich kończynach, po niepokój i niczym nieuzasadnionąradość, że jestem, że żyję. (piękne uczucie!) I tu moja przygodasię zaczyna. – Jak mam rozumieć? – Zadzwoniłem do mojego kolegi ze studiów. – Tak, a gdzie on mieszka? – Czy to ważne? – No nie! – Mieszka i pracuje w Krakowie. – I co? 152
    • – Opowiedziałem mu o moich odczuciach, podczas spacerupo zamku bobrownickim i muszę przyznać, iż bardzo go to za-intrygowało, co się przełożyło na jego przyjazd do mnie. – Pojechaliście do Bobrowników? – Oczywiście. – No i co? – Stwierdził, że jest to miejsce niewątpliwie szczególne, któ-rego szczególność odbierania nie wszystkim jest dana. Spojrzałem na mojego kolegę i właściwie nie wiedziałem, comam powiedzieć, takiego jeszcze go nie widziałem i nie słysza-łem – zatkało mnie na dobre. – A, jeśli można, przyjacielu, dopytać, chciałem... – musia-łem zapytać. – Wal, Marek, śmiało. – No, a Clavus, co o nim sądzisz ty i twój kolega? – Ja i mój znajomy sądzimy, że jest w ziemi zamku bobrow-nickiego. – Teraz mnie rozłożyłeś na łopatki, Henryku. Zamilkłem, bo za bardzo nie wiedziałem, co powiedzieć –tyle sensacji na mnie naraz spadło. Bo tak, zaraz (sam ze sobągadałem) powoli, Marek, tylko się nie denerwuj, co mamy no,to mamy. Zacząłem kręcić głową, napotkawszy myślowy murnie do przebicia. Próbowałem dalej kontynuować moje rozwa-żania, na różne sposoby chcąc się dostroić do nieprzeciążonychkanałów myślowych – Co, zaskoczony? – zauważył Henryk. – Tak, właśnie. – Marek, jest coś jednak na rzeczy. – Myślisz… – Tak, tak myślę i nie tylko ja… Wbiłem się głęboko w krzesło, bo za bardzo nie wiedziałem, 153
    • co mam począć z tym fantem, co mam powiedzieć Henrykowi –no, co. Bo tak, takiego postawienia sprawy po kim jak, po kim,ale po Henryku się nie spodziewałem. Sądziłem, że będzie opo-nentem i to dużym, a tu „masz babo placek”. Przegadaliśmy„sprawę” z kilka godzin, dochodząc do jednego wspólnego wnio-sku, że jakby nie patrzył, tkwi jakaś tajemnica w  Bobrownikachnad Wisłą – na zamku. Rozstaliśmy się w pełni zgodni co do dal-szych wzajemnych relacji, nowego idea fiks. Właściwie na tym mógłbym zakończyć moją opowieść, gdy-by, no właśnie gdyby… nie CLAVUS. Nie, nie myśl o nim czywspomnienie, że coś „takiego” już było przed wiekami i wyzna-czało rozwój człowieka, jego pomysłowość… Ale to, że się zmu-tował i mutuje się dalej. I tylko od czasu do czasu wynurza swo-ją pierwotną postać, przechodząc obojętnie obok swoich ofiar,kimkolwiek by one nie były, czekając na nowego „Kolumba”.Rodzaj nasz musi się czymś karmić do końca świata. „No wła-śnie tak” – westchnąłem głęboko i spojrzałem do góry, utkwiw-szy wzrok w suficie i w tym właśnie momencie moje spojrzenieprzenikło, przeszło przez sufit, łagodnie zaglądając w nieskoń-czoność wszechświata, której nijak nie mogłem pojąć. Z tegostanu wyrwał mnie trzepot skrzydeł motyla, który nie wiadomokiedy i jak dostał się do mieszkania. Był piękny – różnokoloro-wy. Zmęczywszy się najwidoczniej, usiadł na jednej ze stronotwartej encyklopedii łacińskiej, na słowie Clavus… KONIEC Ukończono 26.05.2011 r. Włocławek. Restauracja „Impresja” 154
    • Wykorzystano: Fragment z księgi Koheleta (Koh) księga Eklezjastesa w tłumaczeniu Ro-mana Brandstaettera Fragmentu poematu p.t. „PIKTOGRAMY” (cz. I) Jarosława Wojcie-chowskiego. 155
    • Spis treściSłowo wstępne .........................................................................................7Rozdział I ...............................................................................................11Rozdział II .............................................................................................38Rozdział III ............................................................................................53Rozdział IV ............................................................................................65Rozdział V .............................................................................................84Rozdział VI ..........................................................................................116Rozdział VII ........................................................................................136 156