Clavus

699 views
550 views

Published on

0 Comments
0 Likes
Statistics
Notes
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

No Downloads
Views
Total views
699
On SlideShare
0
From Embeds
0
Number of Embeds
2
Actions
Shares
0
Downloads
0
Comments
0
Likes
0
Embeds 0
No embeds

No notes for slide

Clavus

  1. 1. Clavus 1
  2. 2. 2
  3. 3. Jarosław WojciechowskiCl av u s 3
  4. 4. Redakcja: Bożena Laskowska Projekt okładki: Roman Galiński Konsultacja: Henryk Rumiński Tadeusz Joachimiak Adiustacja i słowo wstępne: Bożena Laskowska Copyright by: Jarosław Wojciechowski Wydawca Expol P. Rybiński, J. Dąbek Sp. J. 87-800 Włocławek, ul. Brzeska 4 Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być zapisana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny lub foniczny i w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody autora.Donatorzy:Zakład Systemów Komputerowych „ASKI” sp. zo.o, Włocławek, ul. ToruńskaRestauracja „Impresja”, Włocławek, ul. Bojańczyka 21 ISBN 978-83-89836-99-1 4
  5. 5. Dedykuję Teodorze Andrzejewskieji ś.p. Ryszardowi Andrzejewskiemu 5
  6. 6. Serdeczne podziękowania za okazaną pomoc i życzliwość:Marianowi AndrzejewskiemuElżbiecie i Markowi Wojciechowskimdr n. medycznych Wiesławowi NowakowskiemuMałgorzacie BałaStanisławowi Wojciechowi MorawskiemuWojciechowi MalickiemuCzesławowi PiątkowiBartłomiejowi WodyńskiemuPawłowi KuraKatarzynie GradzikMonice GrzanceMarii Mai MańkowskiejBeacie CybulskiejUrszuli KrólikowskiejŁukaszowi ZbonikowskiemuWłodzimierzowi OborskiemuGrzegorzowi DębowskiemuGrzegorzowi TomasikowiJerzemu Wiesławowi TomaszewskiemuJerzemu i Barbarze LewandowskimJanowi GórskiemuBartłomiejowi KołodziejowiKrzysztofowi Markowi JaworskiemuMarkowi SzymczakowiPatronat medialny: Włocławski portal internetowy www.q4.pl 6
  7. 7. „Spragniony byłem świata, jaki jej się przytrafił…” Kiedy się ma do czynienia z twórcą takim, jak Jarosław Woj-ciechowski, człowiek nigdy nie wie, gdzie go słowa artysty za-prowadzą. Czytanie jego utworów to, jak sam lubi mówić, „jaz-da na maksa”. Dokąd więc teraz Jarek nas zabrał? Fabuła utworu jest niezwykle prosta. Opisuje spotkanie dwoj-ga bliskich sobie osób. Z ich rozmowy nad kubkiem kawy wyła-nia się przed czytelnikiem świat, którego raczej się nie spodzie-wamy w tak prozaicznym miejscu, jakim jest kuchnia. Bohater-ka opowiada treść swojego niezwykłego snu, który wytrącił jąz  równowagi, zadziwił, przeobraził wewnętrznie i pozostawiłz całą masą niezadanych pytań. Z każdym jej słowem wizja stajesię coraz dziwniejsza, coraz bardziej zaskakująca. Aż dochodzi-my do momentu w opowieści, w którym następna przerwa nałyk kawy czy złapanie oddechu drażni niedopowiedzeniem. Drugim bohaterem jest słuchacz – człowiek nastawiony nawewnętrzny odbiór przekazywanych mu rewelacji. Ma niezwy-kle ważne zadanie do spełnienia. Otrzymuje pewien dar – odjego reakcji zależy, czym się on stanie. Prezentem cennym czyzakłóceniami w ciszy popołudniowego odpoczynku. Całą swo-ją postawą akcentuje, że jest gotowy na wypełnienie swojegoobowiązku z należytą uwagą i przekonaniem, że oto trafiła musię niezwykłość, gratka godna kolekcjonera opowieści. To jegoreakcje na historię opowiedzianą przez towarzyszkę powodują,że sen staje się plastyczny, realny, godny uwiecznienia. To jegouczucia, emocje urzeczywistniają wymiar, do którego autor sta-ra się czytelnika przenieść. 7
  8. 8. I na tym prostota fabuły się kończy, bo w książkach tego au-tora nic nie może być klarowne i jednowymiarowe. Tematem tego utworu jest poszukiwanie, odnajdywanie i gu-bienie. Bohater wyznaczył nam kierunek: „Świat otworzył mi się,świat wyobraźni i ducha, niczym wielka księga życia.” Żeby zrozu-mieć tę książkę, czytelnik musi przekroczyć pewne granice, podą-żając za emocjami opisanych postaci. Musi wyobrazić sobie uni-wersum, do którego zabiera nas jego sprawczyni. Nie jest to zada-nie trudne, wystarczy uruchomić wyobraźnię i empatię. Gdzie jest ten świat? Okazuje się, że całkiem niedaleko. Miej-scem, które ogniskuje całą rzeczywistość, jest niewielka pod-włocławska miejscowość Bobrowniki i ruiny zamku. W tym topunkcie dzieją się niezwykłe wydarzenia wokół Clavusa –przedmiotu posiadającego własną osobowość. To jego poszu-kujemy, nastawiamy się na zrozumienie niezwykłości tegoprzedmiotu, czasem odnajdujemy ukryty w nim sens, a potem,co jest nieuchronne, gubimy go bezpowrotnie. A to wszystkodzieje się w miejscu niemalże magicznym, posiadającym nie-zwykłe wibracje, sekretne komnaty, ukryte skarby i wszystko,co nosi w sobie znamiona wielkiej tajemnicy. Po tym wymiarzeporuszamy się uwięzieni w ciele sokoła, który ptakiem bynaj-mniej nie jest. Obserwujemy mieszkańców zamku i gości doniego przybywających. Podsłuchujemy ich niedokończonychrozmów, próbując jednocześnie zrozumieć, co nam umknęło.Odwiedzamy przeszłość, czas świetności zamku. I w sposóbnieuchronny gubimy wymiar rzeczywisty, by odwiedzić miej-sca jeszcze dziwniejsze, nierealne, metafizyczne, oczywiścieprzez autora niezdefiniowane. Bo nic w tej opowieści nie jestjednoznaczne i klarowne. Bo ta opowieść to kolejny flirt z wy-obraźnią odbiorcy, który poruszając się w labiryncie metafor 8
  9. 9. i symboli musi odnaleźć nieprostą drogę do zrozumienia, czegowłaściwie poszukuje, co gubi, a co odnajduje w otwartej księdzeżycia. Książka Jarka to po raz kolejny opowieść uniwersalna. Akcjaco prawda wyrasta z codzienności, ale autor przenosi czytelnikaw czasy średniowiecza. I tak wędrując w wizji bohaterki, ska-czemy między dwoma wymiarami czasoprzestrzeni, śledzimyświat dawny, by odnaleźć w nim wartości czasu współczesnego.Śledzimy poczynania bohaterów, by co jakiś czas mierzyć sięz dygresjami komentującym współczesność tak dobrze i bole-śnie nam znaną. Bo jak przekonuje nas artysta, zawsze jesteśmy„spragnieni” świata, który „przytrafia” się innym. A skoro tkwiw nas to pragnienie, trzeba zanurzyć się strumieniu „świata wy-obraźni i ducha”. To tam ostatecznie odnajdziemy odpowiedzinaznaczeni piętnem Clavusa. Bożena Laskowska 9
  10. 10. 10
  11. 11. Rozdział IN iespodziewanie odwiedziła mnie dziś kuzynka Teresa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mnie uprzedziła tele-fonicznie, jak zawsze to robiła – kiedy i o której godzinie i czyprzypadkiem jej wizyta w niczym mi nie przeszkodzi. Taka była– szczera do bólu! Za co ją zresztą bardzo lubiłem, jak i za jejjeszcze inne zalety, o których opowiem przy następnej okazji. A więc tak – usłyszałem zamiast dzwonka pukanie i to bardzonerwowe, energiczne, jakby ktoś chciał się szybko dostać dośrodka. „Może uciekał przed kimś?” – głupio sobie pomyślałem. W pierwszej chwili nie wiedząc, któż za drzwiami stoi, prze-kląłem sobie dość siarczyście – kurwa! W końcu nie pamiętam,by ktoś tak mi się do drzwi dobijał. Żona w pracy, dzieci w pracy,to kto to? Cholera! „No, kto?” – na głos siebie pytałem. A właśnieakurat delektowałem się symfonią przeznaczenia Beethovena.Zawsze tak się działo ze mną, kiedy byłem sam – robiłem ucztędla duszy, uczucie, którego nijak nie można było ignorować. Nowłaśnie? A tu ktoś wali mi do drzwi, gdy już jestem prawie… – Zaraz! Zaraz otwieram – krzyknąłem. Głos (mój głos!) wcale mi się nie spodobał – był aroganckii niezbyt miły dla mnie samego, a cóż dopiero dla tego, którystał za drzwiami. No, ale za upadek z takiej… wysokości! Niech 11
  12. 12. intruz mi zapłaci i kropka – wytłumaczyłem sobie szybko. By-łem usatysfakcjonowany rekompensatą, na jaką akurat byłomnie stać. No właśnie – było mnie stać? Nic innego mi nie po-zostało, jak ruszyć do drzwi. Przekręciłem zamek chyba ze dwa razy. Energicznie otwiera-jąc drzwi, już miałem puścić swoje narzędzie kastracji (język!),na którym ustawił się oddział pretorian samopas, gdy oczommoim ukazał się znajomy widok. Stała naprzeciwko mnie mojakuzynka Teresa. Oczom moim od razu rzuciły się jej włosy. No, właśnie, wło-sy w każdą stronę sterczały, jakby szukały oparcia – choć krót-kie… A oczy niczym rozpalone węgliki spoglądały na mnie by-stro. Staliśmy chwilę w milczeniu, na siebie patrząc – nim wza-jemnie się odkryliśmy. – Jak dobrze, że jesteś, jak dobrze! – wykrztusiła w końcupierwsza. Może obawiała się, iż nie zechcę jej słuchać i zamknędrzwi przed nosem – może tak właśnie pomyślała, może? Bo jasam ciekawie to nie wyglądałem. Przyznam, cała ta sytuacja zaskoczyła mnie na tyle, że nic sięnie odzywałem, tylko odskoczyłem na bok, by mogła wejść domieszkania. Zrobiła to bardzo szybko, niczym kotka łowna go-towa do akcji. Muszę tu dodać, iż moja kuzynka to kobieta w średnim wie-ku – niczego sobie: krótkie blond włosy, szarozielone oczy, nogi,nie powiem, ale bardzo zgrabne i ten charakterystyczny dla mo-jej rodziny, jak i dla niektórych mieszkańców Bobrownik, ta-jemniczy uśmiech. Podobno towarzyszył nam, jak i niektórymmieszkańcom, od niepamiętnych czasów i nikt nie potrafił lo-gicznie tego wytłumaczyć. Tak po prostu mieliśmy – dziedzi-czyliśmy po przodkach. 12
  13. 13. Odruchowo zamknąłem za nią drzwi – nie odzywając się,kiwnięciem głowy pokazałem jej kierunek, w który ma się udać– kuchnię. No i siedzimy sobie naprzeciwko, milcząc. W końcu, gdy ci-sza dała mi się we znaki, wstałem, zrobiłem kilka okrążeń – doprzodu i do tyłu, a że kuchnia nie za duża była, to pomysł narozluźnienie szybko mi się skończył. Najwyraźniej obserwowała mnie spod oka, bo usta lekko jejzadrgały, jakby chciała mi coś powiedzieć. A może tak mi się zda-wało? Tego już się nie dowiem, bo pierwszy zacząłem mówić. – Wiesz, Tereska, zaskoczony jestem tak nieoczekiwaną wi-zytą. Nie powiem, że jest mi niemiła – no, ale… No wiesz…Bym się jakoś ogarnął, gdybyś… Nie odezwała się, tylko pokiwała głową, że się ze mną zga-dza, lewą ręką wskazała mi krzesło, bym usiadł. No, to usia-dłem, wlepiając wzrok w jej oczy. Zamrugała nimi jakby domnie, obdarowując przy tym uroczym uśmiechem, który bar-dzo lubiłem i westchnąwszy głęboko, przemówiła w końcu. – Wiem, co chcesz mi powiedzieć, wiem, ale naprawdę niemogłam inaczej, nie mogłam, bo… Zawiesiła głos, jakby czegoś szukała w myślach, stukającnerwowo nogami pod stołem i zaczęła mówić dalej. – Marek, sprawa jest wyjątkowa i delikatna, dlatego tak jakośniezręcznie mi z tobą na ten temat rozmawiać, bo za bardzosama nie wiem, od czego zacząć. Spojrzała na mnie tak jakoś?, no intrygująco, że moja cie-kawość apetytu dostała nie na żarty. Widocznie zrobiłemdziwną minę, bo pogłaskała mnie po ręku z kilka razy, pozwa-lając mi na powrót do równowagi. Złapawszy azymut, zagad-nąłem. 13
  14. 14. – Dobra, Teresa, spoko, mów, o co chodzi, a ja w tym czasiebędę robił kawę albo herbatę, co sobie życzysz. – Zrób mi kawę, bardzo, bardzo mocną. Ze szczególnym na-ciskiem na słowo „mocną” – powiedziała. – No, to rozumiem! – skomentowałem głośno, najwyraźniejsię rozluźniwszy. – Wiesz, sam też mocnej się napiję – dodałem. Zanim zaczęła mówić, stoczyła walkę z niesfornymi włosa-mi, próbując je ogarnąć, a i tak bezkarnie sobie hasały. – Ach! No tak! Czasami z tym uczesaniem tak bywa – sko-mentowała zmagania. – To zaleję kawę, woda właśnie się gotowała – oznajmiłem,nie czekając na jej odpowiedź. Wstałem i zalałem do filiżanek wrzątek, podając jedną z nichkuzynce. – Cukier? – zapytałem. – Nie, ostatnio nie słodzę – podkreśliła. Gdy zalałem, zapachniało kawą w całej kuchni. Przyznam, iżlubię aromat kawy. Zawsze mnie szczególnie nastraja – uroczy-ście i wyjątkowo. – No, to napijmy się łyczka – zachęciłem pierwszy, podno-sząc filiżankę. – O tak! Tak! – euforycznie wyraziła aplauz. Podniosła swoją filiżankę i przyłożyła delikatnie do ust, de-lektując się każdą upitą porcją, po czym odstawiła ją na bokz krótkim komentarzem. – Brakowało mi tego smaku i aromatu. Dodała jeszcze jako uzupełnienie. – Naprawdę wyjątkowo dobra! Naprawdę, Marek! Uśmiechnąłem się pod wąsem nie dlatego, że tak powiedzia- 14
  15. 15. ła, ale dlatego, że tak mocno zaakcentowała – naprawdę. W jejustach brzmiało to wyjątkowo zabawnie. Jednocześnie czułem pod skórą, że to, o czym mi chce opo-wiedzieć, będzie hicior nie lada! Że wiele w moim życiu zmieni– może nawet wszystko. Czułem jednocześnie, że już nic w nimnie będzie takie samo, jak do tej pory. No a ja być może będę jużkimś zupełnie innym? Innym człowiekiem? – Rany! Jakie myśli i przeczucia we mnie – krzyknąłem nagłos mimochodem. Teresa spojrzała na mnie ze zrozumieniem, jakby przeczu-wała – nie, jakby wiedziała, że tak zareaguję. – No! Mój kuzynie, sam zresztą osądzisz! – proroczo sko-mentowała. Zapadło milczenie – milczenie, w którym być może układałasobie wszystko to, co mi miała do powiedzenia, wszystko to, costanowiło o tej wyjątkowości, którą przeczuwałem. – Widzisz, Marek – ciągnąć zaczęła, jakby wypity łyk kawyodblokował ją. – Sądziłam, że nigdy z czymś takim… do ciebienie przyjdę, bo niby, po co? Zresztą sama jeszcze za bardzo tegonie rozumiem. Tak, nie rozumiem, bo dowiedziałam się o tejhistorii, gdy jeszcze mieszkałam w Bobrownikach i chyba mia-łam jakieś jedenaście lat. Czas dorastania, potem małżeństwoi macierzyństwo oddalił jego sens… Marek, przejdę już do sed-na sprawy i sam się przekonasz o szczególności tej historii i nietylko. Spojrzałem na moją kuzynkę z jeszcze większą ciekawością,zastanawiając się, co jej po tej głowie chodzi. Moja ciekawośćkazała mi się jej przyjrzeć jeszcze raz – dokładniej Dostrzegłem, że włosy niby ma ułożone, ale jakieś takie roz-chwiane w każdą stronę (może taka moda, choć nie wiem). Za 15
  16. 16. to oczy nie tyle rozbiegane, ale rozpalone, jakby trawiła ją go-rączka od środka – co najmniej czterdzieści pięć stopni. Ubrananiby elegancko, ale kilka szczegółów zdradzało szybkość, z jakąsię ubierała. No, na przykład guziki od białej bluzeczki nie takzapięte, poza tym nie była umalowana jak zazwyczaj. Po do-kładnym, jak sądzę, zlustrowaniu, zagadnąłem. – Kochana moja kuzyneczko, cały zamieniam się w słuch.Takiej cię, przyznam, dawno, oj dawno nie widziałem – poki-wałem znacząco głową. – No, pewnie, że nie – potwierdziła z całą stanowczością, odrazu dodając. – Sama zresztą czuję, jak coś dziwnego ze mną siędzieje, niby nic a jednak… Po tych słowach złapała się za głowę oburącz, przekręcającnią to w lewo, to w prawo, jakby chcąc sprawdzić, że ją posiadana swoim miejscu i nic złego z nią się nie dzieje. Upewniwszysię, że wszystko gra, mówiła dalej. – Najlepiej jednak będzie, jak nie będę mówić o moich dzie-cięcych odkryciach, choć miałam taki zamiar, bo to, co chcę cipowiedzieć, jest rzeczywiste. Przytrafiło mi się naprawdę – tui teraz – i ma odniesienie do tych zasłyszanych w dzieciństwiehistorii. – Więc tak, byłam u mamy w Bobrownikach kilka dni temui niby nic takiego, a jednak? Bo coś mnie tam gnało nie tyle domamy, co do Bobrownik, przyznam, od dłuższego czasu. Zaczę-ło się całkiem niewinnie, bo od snów – niby śniły mi się Bo-browniki takie same, a jednak inne i ludzie, których nie znałam,a którzy mnie znali. A to w głowie myśli upierdliwe – przyjeż-dżaj, przyjeżdżaj i to jak najszybciej. Nie dawałam sobie z tymrady. Nawet chwilami myślałam, że coś ze mną nie tak siędzieje. 16
  17. 17. Zamilkła na chwilę i spojrzała na mnie bystro, skanując każ-dy mój grymas. W końcu upewniwszy się, że słucham ją uważ-nie, mówiła dalej. – Za którymś razem zmęczona i jednocześnie zachwyconanocnymi snami postanowiłam udać się do lekarza (specjalisty),by się rozpatrzył, co mi jest. Może skąd one się biorą, z jakichpokładów mojej jaźni wypełzają? – Wiesz, że nigdy w nosa nie wciągałam, a skręty dla mniew ogóle nie istnieją! – Tak! Wiem, Tereso, jesteśmy z tego innego miotu. – I tak bez tego dziś łatwo o halucynację – skomentowała. Pokiwałem znacząco głową, w pełni z nią się zgadzając. Bogdy człowiek popatrzy na to wszystko, co go otacza i jakie gwiaz-dory marzenia ludziom rozdają, to może z zamkniętymi oczamiżywcem iść do nieba albo od razu do piekła. Zresztą nie skłamię,gdy powiem, że sam wiele razy łapałem się w sieci tandetnej pod-róby – rzeczywistości, czy też wpadałem na jednego głębszego dokrajny upadłej, gdzie jest zabronione zabraniać czegokolwiek. – No, dobra, Teresa, opowiadaj dalej. – Miałam właśnie wchodzić do gabinetu i wówczas, eureka!Myśl genialna mnie urzekła – jedź po prostu do BOBROWNIK.Tam znajdziesz rozwiązanie, jedź szybko. Obróciłam się na pię-cie i pobiegłam na pieszo na dworzec, by złapać pierwszy lepszyautobus. Na chwilę przerwała, by pociągnąć porządny łyk kawy i za-palić papierosa. Zaciągnęła się ze trzy razy, może więcej, delek-tując się dymkiem i ruszyła dalej. – Kiedy dotarłam na dworzec, jakiś nieznajomy facet powie-dział mi: „Dzień dobry! Autobus na panią czeka”. No, niby nictakiego, ale jednak – skąd wiedział?No skąd? 17
  18. 18. Przerwała na chwilą, by spojrzeć na mnie. Wydawało mi się,że jej spojrzenie jest jakieś takie zagadkowe. Lekko przy tym sięuśmiechała. Zaczęła mówić dalej. – No i faktycznie czekał, a po nieznajomym ślad przepadł,jakby się rozpłynął w powietrzu. Zajechałam na miejsce, samanawet nie wiem kiedy. Od razu skierowałam się w stronę domumamy. Uszłam, ja wiem, może trzysta metrów, gdy ni stąd ni zowądpojawił się na mojej drodze starszy dziwacznie ubrany czło-wiek, jakby z innej bajki, a po chwili następny i następny. Byłoich ze trzech. Idą w moją stronę i to prosto na mnie. – I co? – zagadnąłem. – No, co. No, nic! Stanęłam w miejscu i czekam, co się będziedziało dalej. – Niesamowite, Teresa, to, o czym ty opowiadasz. A nie bałaśsię przypadkiem? – Wiesz, powiem ci, że nie, choć sama się dziwiłam, czemu?Ja, taka strachliwa baba. To zresztą nie było nic takiego w po-równaniu z tym, co dopiero miało nastąpić. Zatem proponuję,nie przerywaj, tylko słuchaj dalej. – No, dobra, nie przerywam, mów. – Kiedy goście stanęli tuż, tuż przy mnie, coś dziwnego wemnie wstąpiło. Poczułam się taka lekka jak piórko i przez chwilęwydawało mi się, że fruwanie to pikuś mały. Poruszyłam rękomaodruchowo myślą latania tchnięta i….. Kurczę, czuję, iż rzeczy-wiście umiem latać. Unoszę się w górę za każdym poruszeniempalców coraz wyżej i wyżej, a goście, ci dziwni przebierańcy, bilimi brawo, wołając za mną: „Naroście jesteś, naroście!”. Na początku byłam sztywna, bo to coś nowego i tak intrygu-jącego, ale po jakimś czasie oswoiłam się z tą nową, no, nazwij- 18
  19. 19. my, „przypadłością” i dopiero sobie dałam upust mojej fantazjilatania. Gdzie ja nie byłam? Pod samą kopułą nieba. A jakie tańceprzyszły mi do głowy? Sama byłam zaskoczona pomysłowością,o jaką siebie nigdy bym nie podejrzewała, a z chmurami też igra-łam, aż dech zapiera, kiedy pomyślę! Ach! Ach! Takie były zabaw-ne i piękne moje pierwsze chwile latania i kiedy w końcu się wy-szalałam, dostrzegłam, że jestem nad Bobrownikami, nad Wisłą. Oj! Co za piękny i przejmujący widok. Bóg wiedział, co stwa-rza, natchnąwszy moich przodków myślą, by właśnie w  tym,a nie w innym miejscu Bobrowniki nad samą Wisłą osadzić. Lasyniczym płaszcz okrywają Bobrowniki, dając ten cudowny zapachjodu, gdy tylko wiatr się zerwie. A Wisła płynie dumnie, od czasudo czasu zaczepiając krótkimi falami ruiny zamku, które odkądpamiętam zawsze tam były. Tam właśnie na zamek, na jego ruinyposzybowałam, by ruin widokiem i otoczeniem upijać się. Zrobiła głęboki oddech chyba z przejęcia, dygocąc niczymosika. Miałem wrażenie, słuchając jej, że sam się unoszę i razemz nią szybuję pod nieba skłonem. A to za sprawą plastycznychobrazów, jakie przede mną odmalowała. W jej opowieści byłoto coś… autentyczność przekazu. Dlaczego nie mogłoby to byćprawdziwe, no właśnie, dlaczego? Od tej chwili już nie zamierzałem jej przerywać, bo cieka-wość rozpalała mnie okrutnie. Za to cichutko, cichutko szepną-łem (ledwo sam usłyszałem własne słowa): – Opowiadaj, opowiadaj dalej, dalej, Tereso. Ośmielona i pewniejsza moim przyjęciem opowiadała dalej,a ja niczym gąbka wszystko wchłaniałem, każde jej słowo i słówpotok. W końcu miałem wrażenie, iż razem z nią uczestniczęw tej niecodziennej podróży. 19
  20. 20. – Gdy tak nad ruinami zamku fruwałam niczym ptak, zoba-czyłam, jak nagle mgła się gromadzi, choć słoneczko świeci. Mgła nachodziła od strony Wisły cicho i bezgłośnie, z każdąchwilą gęstniejąc, spowijając wszystko, co tylko napotka naswojej drodze. Długo nawet nie trwało, a cały zamek został spowity. Niebyło nic widać, choćby na centymetr. Mogę coś o tym powie-dzieć, bo szybowałam, rozkoszując się jego widokiem. Przeraziło mnie to nie na żarty (w końcu nigdy coś takiegoosobliwego mnie nie spotkało). Zaczęłam nerwowo wykonywaćnieskoordynowane ruchy. Pewnie wyglądałam, jakbym konwul-sji padaczkowej dostała, próbując się z tej mlecznej chmury wy-dostać i za cholerę nijak nie mogłam, mimo licznych prób, a cogorsza nie miałam żadnego pomysłu, jak i co mam zrobić. Popadłam już nawet w czarną rozpacz, że to już koniec zemną i… nagle zakręciło mną, jakbym znalazła się w wirze wod-nym, który tak szybko gdzieś mnie wkręca, że oddychać „zapo-mniałam”. Nie potrafię powiedzieć, jak długo – pewnie wiecz-ność całą. W końcu, gdy ostatni promyk nadziej uleciał ze mniei już pogodzona z wiecznym niebytem bezwładnie gdzieś sięwkręcałam, poczułam nagłe szarpnięcie. Było tak mocne, że przypomniałam sobie od razu, że posia-dam ciało, no i duszę przecież. Muszę od razu ci powiedzieć, nierozstrzygając teraz tego, CZY TAK BYŁO CZY NIE, że prowa-dziłam nasłuch w sobie samej. Słyszałam i to wyraźnie, jak gło-śno krzyczę po wszystkich wymiarach: – Ja, Teresa, mam duszę!Mam duszę! Mam ciało! Mam ciało! Czy mnie ktoś usłyszał? Najwyraźniej tak! Myślę, iż cały czasbył ze mną, a ja jeszcze nie byłam gotowa na rozpoznanie go,w ogóle nie miałam pojęcia, co ze mną się dzieje. 20
  21. 21. Miałam wrażenie, jakbym została uniesiona przez czyjeśdłonie świetliste. Dlaczego? Tak sądzę, może, dlatego, że pod-czas tego aktu uniesienia mnie cała wewnątrz świeciłam i widaćbyło wszystkie organy jak i moje myśli w promieniach świetli-stych dłoni. Wzbudzało to mój zachwyt i przerażenie, bo tyletwarzy w sobie nie znałam. Płakałam jak dziecko, jak dzieckopłakałam, że tyle we mnie otwartych drzwi. Sama nie zdającsobie z tego sprawy, zapraszałam zło w najczystszej postaci. I kiedy to do mnie dotarło, już nie płakałam, ale szlochałamcałą swoją istotą do czasu, gdy świetliste dłonie przycisnęłymoje ciało w konwulsjach od szlochu do swoich piersi. Spokój mnie wówczas błogi ogarnął i wielka radość, którejnie potrafię wyrazić żadnymi słowami. Och! Jak mi dobrze było,jak dobrze. Na samo wspomnienie tego uczucia chce mi się czy-nić wszelką dobroć i radość wkoło i to bez wyjątku dla kogo. Nim się spostrzegłam, stałam na ziemi, a oczy moje promie-nie słońca ujrzały wylewające się za przecierającej mgły. Rozejrzałam się powoli, gdzie jestem i stwierdziłam, że w oko-licach zamku bobrownickiego. Przyznam, iż wprawiło mnie to w osłupienie, bo zamiast ruinujrzałam cały zamek, jaki był za czasów swojej świetności zapewne. Kurczę! Na głos krzyknęłam: „Co jest grane, jak to możliwe,gdzie jestem? Czy ja śnię?”. Przetarłam rękoma oczy i to wielo-krotnie i nic – dalej widzę cały zamek. Nie wierzyłam jeszczeoczom i swoim zmysłom. To się uszczypnęłam mocno w lewąrękę i ugryzłam w język. Ból poczułam, no to jestem w tymmiejscu naprawdę. Zeskanowałam metr po metrze znaną i nieznaną przestrzeńi dostrzegłam most drewniany prowadzący wprost do zamku.No, może niezupełnie do zamku, ale do tego brzegu Wisły, na 21
  22. 22. którym z głównej bramy opadał lub podnoszony bywał mostzwodzony Widać było, że most solidnie był, zrobiony z bali zapewnedębowych, a tam gdzie był stadion Orlik na tzw. Parchoni drew-niane chałupy stoją kryte słomianą strzechą, a obok nich pasącesię luzem konie i wszelaki drób. Tak w ogóle jakieś inne ukształ-towanie terenu. Tak mi się zdało. Stojący ludzie inaczej ubrani, jakby, no, z innej epoki. Rany,czyżbym… Nic mi innego nie pozostało, jak podejść do owych ludzii zaciągnąć języka, wyjaśniając całą sytuację u źródła, bo możejednak mam omamy. Idąc w ich kierunku, zastanawiałam się nad całą sytuacją,w  jakiej się znalazłam i tak pomyślałam. Może film kręcą?Może? No, ale jak to możliwe, by zamek w tak ekspresowymtempie odbudowano, no jak? Wiele takich wątpliwości próbowałam rozstrzygać, ale żadnamyśl racjonalna rozwiązania mi nie dawała, tak więc nie pozo-stało mi nic innego, jak… Teresa przerwała opowiadać – wstała od stołu, robiąc kilkaokrążeń wokół własnej osi, jakby chcąc odkręcić nadmiar ener-gii, jaka w niej się nagromadziła. Po chwili zatrzymała się, wy-ciągnęła ręce przed siebie i zaczęła nimi potrząsać. Nic się nie odzywałem, by jej nie przeszkadzać w tym rytual-nym tańcu. Może było jej to potrzebne przed dalszym opowia-daniem, zresztą sprawiała wrażenie, że mnie wcale nie dostrze-gała. Kiedy się wystrzelała z tej potrzeby ruchu, jak szybko wstałatak szybko usiadła i jakby nigdy nic powróciła na ziemię. I poraz pierwszy od dłuższego czasu zapytała mnie: 22
  23. 23. – I co o tym sądzisz? Zamrugałem głupio powiekami, bo niby co miałem powie-dzieć? Podobało mi się i to bardzo, i tak między nami mówiącnie myślałem, czy jej to się naprawdę przydarzyło czy nie.W końcu jakie miałoby to znaczenie, no, jakie? Gdy skończy-łem ostatnią myśl, usłyszałem głos w sobie, który do mnie prze-mówił: „Marek! Marek! Nie popadaj w zwątpienie – uwierz!”. Głos był natarczywy, bo ilekroć pojawiało się we mnie pęk-nięcie i racjonalizm mnie zalewał, głos się nasilał z ogromnąsiłą tak, iż każdy mięsień i tkanka nerwowa były powiadomio-ne, że ja niekumaty. To, co ja miałem zrobić, no, co – uwierzyć?I uwierzyłem mojej kuzynce. Spojrzałem na nią, a głód mną targał. Spragniony byłemświata, jaki jej się przytrafił – i cicho, cichutko wyszeptałem,patrząc prosto w jej oczy: – Opowiadaj, Tereso! Opowiadaj, bo głód mnie trawi, oj, tra-wi okropny! Uśmiechnęła się do mnie delikatnie i zajrzała mi głębokow oczy, przecierając szlak… Westchnąłem i jakby do siebie po-wiedziałem na głos: – Tak, Tereso! Jestem gotowy! Być razem z tobą i dać sięprowadzić w ten miniony świat, czy….. No, nie wiem, póki co…sam, jak to nazwać? Miałem właśnie zamiar powiedzieć jej o moich myślach, ja-kie mnie dopadły – już otwierałem usta, by wylać z siebiewszystkie i… Nie dała mi szansy, bo ni z gruszki ni z pietruszkizaczęła opowiadać swój ostatni sen: – Marek! Miałam dziwny sen wczoraj. Śniło mi się, że niebonad Bobrownikami otwiera się i widzę jak… – zrobiła małąpauzę. Nabrawszy łyk świeżego powietrza, ciągła dalej. 23
  24. 24. – Z otwartego nieba wyjeżdża złoty rydwan zaprzęgniętyw  dwa czarne konie o oczach przypominających oszlifowanediamenty, dumnie zataczając kilka okrążeń nad zamkiem, jakbyczegoś szukał. Całemu zdarzeniu towarzyszą wyładowania at-mosferyczne. Mimo że jest dzień i słońce świeci, błysk wyłado-wań jest tak intensywny, że oczy musiałam spuścić, by mnie nieoślepił ich blask. Widok rydwanu wywoływał we mnie nieopi-sany strach (nigdy takiego nie czułam) i jednocześnie ogromnąchęć, by go ujrzeć w pełnej krasie. Zdołałam tylko dostrzec, że był pusty. Nie było w nim niko-go – naprawdę! Choć? Nie wiem? – Jakaś część była mną, bomoje rozkołatane serce o tym śpiewało, gdy niespodziewaniezniknął tak szybko, jak się pojawił. Obudziwszy się, płakałam jak mała dziewczynka, długo i do-nośnie z ciszą na widowni. Gdy skończyła, wyjęła chusteczkę z torby i wytarła łzy nie-zbyt dokładnie, bo widziałem, jak jej się kręcą jeszcze niedobit-ki pod powiekami. Przy tym jakby prowadzona ręką najwyższe-go wystukiwała palcami po stole arie na strunie „G”. Czajnik płakał – mała strużka wody ulatywała mu z dzióbka,co jakiś czas wydając odgłos zachwytu i radio, z którego leciała doniedawna kocia muzyka, z tonu spuściło – zamilkło. Muchaupierdliwa bezkarnie zawłaszczająca przestrzeń w kuchni z wra-żenia i zachwytu wpadła do filiżanki kawy i nic nie robi sobiez tego, że pływać przecież nie umie – słuchała. Gdy ten niezwykłykoncert się skończył, a trwał sam nie wiem jak długo, podsumo-wała krótko, jakby nic się nie stało takiego. – Sam widzisz, co się ze mną dzieje, nawet w snach coś lubktoś mnie szuka, w każdym razie przywołuje. A ja chciałem zapytać, gdzie tam zapytać, wykrzyczeć tak 24
  25. 25. bardzo na głos: – Teresa! A aria, którą wystukałaś, to co? To nictakiego? Tylko chciałem, sprzeciwem wewnętrznym targany,tylko chciałem – niestety. Coraz bardziej rozmowa z Teresą zaczęła być interesującai nabierać szczególnego smaku. Co by tu dużo nie powiedzieć,byłem głodny jak pies wszystkiego, o czym chce mi „wyśpiewać”. I cicho, cichutko „zaśpiewałem”: – Opowiadaj dalej. Pokiwała głową tak z dwa razy i ciągła dalej; – Zbliżając się do owej grupki ludzi, odkryłam, że nie idę, aleszybuję nad ziemią na wysokości średnio wysokiego człowieka.Nie to było jednak największym zaskoczeniem, ale to, że tkwiłamw ciele sokoła – nie wiedząc, jakim prawem i kiedy to się stało. – No, ale stało się i co, no nic, koniec i kropka – bez większe-go rozważania w końcu, bo tak czy siak są sprawy tajemne na tejziemi, które niejednemu mądrali się nie śniły. I tak opowieść Teresy płynęła dalej. Tak w ogóle było jej całkiem, całkiem dobrze, ba, bardzo do-brze w ciele sokoła. Wiedziona wewnętrznym radarem namierzała dokładny cel,do którego zmierzała. Nie mogło być żadnej lipy w rejestrze lotu czy innych nieprze-widzianych wahań. Miała w końcu certyfikat, jakby nie patrzećod… Dokończ sobie czytelniku, od kogo. Sama za bardzo nie wiedziała, dlaczego usiadła na lewymramieniu wysokiego i barczystego mężczyzny o włosach białychjak śnieg, zwanego Starostą grodowym zamku bobrownickiego.Starosta najwyraźniej ucieszył się z obecności ptaka i mimo żemocno szponami zakotwiczyła mu się, to nie dał po sobie tegopoznać. Najwyraźniej była podobna do jego sokoła. Na pewno go to bolało, bo odziany był tylko w długą, płó- 25
  26. 26. cienną koszulę koloru czerwonego z herbem na piersiach i ple-cach. Herb złotymi nićmi był wyhaftowany. Koszula przepasa-na szerokim skórzanym paskiem z nabijanymi srebrnymi ćwie-kami. Od pasa po prawej stronie zwisał długi, stalowy miecz. Starosta grodowy uśmiechnął się do ptaka i towarzyszącychmu ludzi, po czym wyciągnął przed siebie prawą dłoń odzianąw rękawicę skórzaną – długą aż do łokci i dał znać sokołowi, byna dłoni spoczął. Ptak przeniósł się w mgnieniu oka, a starosta czule pogłaskałgo lewą ręką po głowie, mówiąc: – O, mój sokoliku, gdzie byłeś? No gdzie… – i dalej głaskałswojego ulubieńca, jednocześnie zwracając się do grupki swo-ich towarzyszy. – Panowie! Prawda, iż piękny mój sokół? Zapadło milczenie, bo wszystkie oczy skierowały się naj-pierw na Teresę (sokoła) z wielkim uznaniem i podziwem dlajej dorodności i bystrości oczu. – O! A jakże, Panie Starosto grodowy, a jakże! – ze wszyst-kich piersi słowa uznania gruchnęły. Starosta był kontent z pochwały (muszę od razu powiedzieć,że miał w oczach i w całej swojej sylwetce ogromną potrzebę po-chwały wszystkiego, co dotyczyło bezpośrednio jego, jak i jegowłasności). Usłyszawszy potwierdzenie, odwrócił się energicznieod wszystkich w drugą stronę i ruszył sam w kierunku opuszczo-nego mostu zwodzonego. Unosząc lewą dłoń po przebytych trzydziesty metrach, dałtym samym znać wszystkim, by szli za nim. Podczas drogi panowało milczenie. Teresa, będąc w ciele ptaka, nie podejmowała żadnej próbyzrozumienia czy też rozważania swojej sytuacji (przynajmniejna razie). Było jej dobrze i póki co ten stan jej pasował. 26
  27. 27. Starosta grodowy pierwszy się odezwał, nie odwracając się. – Panowie, my tam będziemy strzegli naszych przywilejównadanych nam przez Konrada von Jungingena, tak czy nie? Szmer się zrobił głośny, coś między sobą ustalali, trwało tomoże trzy minuty, nim wspólny język złapali. Głośno i zdecydowanie jeden przez drugiego wykrzykiwał. – Tak, panie, tak! Trzeba delegację mieszczan wysłać do kró-la Władysława Jagiełły, by nasze przywileje potwierdził. A mu-szą być to mieszczanie godni i biegli w mowie i piśmie, no i zna-jący się na etykiecie dworskiej. – Dobrze gadacie, panowie! Zająć mi się tym, jak najszyb-ciej. Może uda nam się jeszcze otrzymać od króla 40 włók zie-mi. Dodając do posiadanych 52 włók, byłoby coś! – Starosto grodowy! Król to mądry i roztropny władca – po-winien się zgodzić – idący z tyłu na czele rycerzy starszy męż-czyzna będący jeszcze w sile wieku odpowiadał przy głośnymaplauzie pozostałych. – Oj tak! Dobrze gada. Starszy mężczyzna ciągnął dalej: – A może w swojej dobroci zezwoli mieszkańcom Bobrow-nik na wyrąb drewna z lasu tak bardzo potrzebnego na remontyi nowe budownictwo. – No właśnie – zagadnął starosta grodowy. – Byłoby to do-brodziejstwem dla dalszego rozkwitu wszystkich mieszkańców.Tak więc jak najszybciej, panowie, sporządzić mi pismo i spisaćmi wszystko to, o czym mówimy i dodać mi jeszcze prośbęo zwolnienie od szarawarów i podwód konnych. – To dopiero by było coś! – głośno wszyscy orzekli. – Jeszcze, jeszcze dopisać – perorował starszy, idący na prze-dzie – że oprócz cotygodniowych sobotnich targów niech Bo- 27
  28. 28. browniki otrzymają prawo do dodatkowych jarmarków w dniuMarcina i w dniu Wniebowzięcia NMP. – Tak, to będzie wspaniałe, gdy król przyjmie naszą delegacjęmieszczan i podpisze petycję – oznajmili wszyscy jak jeden mąż. I tak w dobrym i twórczym nastawieniu wszyscy weszli dozamku. Starosta od razu skierował się z dziedzińca na pierwszepiętro do swoich komnat, w których zamieszkiwał i urzędował,pozostali rozproszyli się każdy do swoich zajęć. Sokół cały czas siedział na prawej dłoni starosty. Chcąc czynie chcąc, edukował się w zarządzaniu. A tak naprawdę Teresa przysypiała najwyraźniej znużonanową sytuacją, w jakiej się znalazła. Ktoś by powiedział – co zaptak, pewnie wypchany. Zmęczony dniem dzisiejszym starosta, opadł bez sił na drew-niane, masywne krzesło wykonane z dębowych desek wykończo-ne obiciem skórzanym i po bokach miedzianymi gwoźdźmi. Krzesło stało zaraz przy wejściu naprzeciwko wielkiego, pro-stokątnego, dębowego stołu, za którym równo dosunięto krzesła. Stół usytuowany był pośrodku pokoju, przy którym nie tylkourzędował, ale i ucztował zarządca zamku. Wygląd pomieszczenia uderzał pewną surowością, ale miałcoś w sobie magicznego. Smukłe cztery okna i sklepienie sufitu tak charakterystycznedla gotyku z zestawieniem kamiennej posadzki, w której do-strzec można było co kilka metrów symetrycznie wykonaneokrągłe otwory grzewcze robiło swoje. Do tego w rogach stałykompletne zbroje. Między dwoma oknami ustawiono szafę przepastną, bo sze-roką, do tego pełną alegorycznych rzeźbień – była piękna. Staroście grodowemu kłębiły się po głowie myśli przeróżne, 28
  29. 29. a zwłaszcza z ostatniego wyjątkowo pracowitego tygodnia. Sie-dział jakąś chwilę, w milczeniu w wpatrując się tępo gdzieśprzed siebie, po czym przeniósł swój wzrok na sokoła. – Tak! Sprawa pilna będzie – sam do siebie zagadnął. – Wy-słać jak najprędzej delegację mieszczan do króla – nie dalej jakza dwa tygodnie. Już wiadomo, o co mają prosić. No, ale jeszczejest ta sprawa… – zamyślił się głęboko. Powtarzał niczym pa-cierz w kółko: – Do rozwiązania. Podniósł się z krzesła i lewą ręką odpiął pas, na którym byłzawieszony miecz, podszedł do stołu i rzucił go tak od niechce-nia na stół. Myśl ostatnia wyjątkowo upierdliwa nie dawała muspokoju. Przemaszerował wolnym krokiem wraz z sokołem, dzierżącgo w prawej dłoni, przez cały pokój do otwartego okna, przyktórym się zatrzymał, zastanawiając się, co chce ujrzeć lub kogowypatrzyć. Może mu to pomogło, bo uniósł dłoń, na której siedział so-kół, na wysokość swoich oczu i uśmiechnął się do niego. Pew-nie na samą myśl, że nie jest sam. Po czym zaczął go głaskać czule wolną ręką i mówić do niego. – Ty! Cały czas jesteś ze mną, przyjacielu, no popatrz! Któżby to przypuszczał? Jeśli masz ochotę, to leć sobie na łowy, alepamiętaj – wieczorem wracasz! Sokół (Teresa) zatrzepotał skrzydłami i nie zwracając za bardzouwagi na starostę grodowego, rozprostował skrzydła, wyfrunął. Ciągnęło go ku polom i lasom, za zapachem, jaki z ich stronsię unosił i co by tu dużo nie mówić obezwładniał go z resztekmyśli i wspomnień… (czy minionych, a jeśli nie, to jakich), po-zostawiając tylko instynkt łowcy, instynkt drapieżcy. 29
  30. 30. Fruwał po niebie – nad polami i lasami okolicznymi, wypa-trując pośród tych cudowności przyrody zdobycz dla siebie.W końcu przecież był łowcą. A czas się nie liczył w ogóle, nie miał znaczenia, bo zegar miałw sobie, który odmierzał mu długość lotów i czas ich trwania. Dzień szybko minął na łowach i co teraz? Wracać do zamku?Taka myśl w głowie sokoła zaświtała, bo iskra jakaś cudownaprzeskoczyła mu w sercu, uwalniając prawdziwe tchnienie –rzeczywisty byt. Poszybował sokół w stronę zamku, w stronę otwartego oknaw komnacie starosty grodowego. Spory kawałek drogi miał do przebycia, to sobie przed drogąusiadł na przydrożnym drzewie tuż niedaleko wjazdu do Bo-brownik. Widok był iście bajkowy! Bobrowniki w dole w sposób natural-ny były przytulone do Wisły, przy której stoi okazały, wykonanyz cegły gotyckiej zamek z lądem połączony mostem zwodzonym.Dalej widać kościółek mały, murowany, kryty czerwoną dachów-ką, wzdłuż którego stoją drewniane chaty i mały kwadratowy ryne-czek. Wszystkie cztery ulice są wybrukowane kamieniem polnym. Nasycenie zieleni i kwitnących ogrodów pełnych drzewowocowych i z trzech stron otaczające lasy, które dopełniajątego szczególnego widoku, niewątpliwie zachwycały. Każdy, kto tylko raz miał okazję w tym miejscu się znaleźći  zatrzymać choć na chwilę, nie mógł tego nie zauważyć, nieulec i nie zakochać się w Bobrownikach. Sokół (Teresa) napawał się widokiem i nic to, że drobneptactwo bezczelnie pod nosem żerowało i urządzało sobie róż-ne harce. To nie było ważne, to się nie liczyło. Zmrok zaciągnął na dobre i we wszystkich chatach jakby za 30
  31. 31. dotknięciem czarodziejskiej różdżki migotać zaczęło światło,największe rozbłysło na zamku. Sokół pojął, że czas się zbierać w drogę! Do tego głosu… dotego wyzwania! Do wielkiej niewiadomej życia, w której miał uj-rzeć to, co już było, to, co już jest i to, co będzie zawsze trwało i to,co niby przemija a wiecznie trwa – zmienia tylko swoje oblicza. Rozprostował skrzydła, dziobem sprawdził lotki i upewniw-szy się, że wszystko gra, uniósł się w górę, by poszybować wprostdo zamku do okna komnaty starosty grodowego. Komnatę rozświetlał stalowy żyrandol w kształcie koła, naktórym zamocowano zmyślnie obejmki z brązu rozmieszczoneco dziesięć centymetrów po jego promieniu. W obejmkachznajdowały się grube świece. Żyrandol zwisał na łańcuchu pośrodku komnaty. Za prostokątnym długim stołem siedzieli goście starosty za-proszeni na sutą zakrapianą kolację, o czymś żywo rozmawiając. Najwyraźniej rozmowa była wyjątkowa, bo wywoływaławiele emocji. Starosta słuchał i słuchał cierpliwie, od czasu do czasu dawałznak swojego zniecierpliwienia a to wykrzywionymi ustami czystukaniem sztyletem po stole. Nikt tego nie dostrzegał, co w końcu zirytowało starostę gro-dowego nie na żarty, bo w pewnym momencie nie wytrzymałi pięścią walnął w stół, głośno oznajmiając: – Panowie! Tu ja jestem panem z łaski nam panującego kró-la! I to ja mam głos ostatni! Proszę zważać na słowa i na mnie. Biesiadnicy spokornieli, wołając jeden przez drugiego. – Panie! Starosto grodowy, panie starosto! Upraszamy łaskidla nas. My wiemy, gdzie nasze miejsce, no, ale jakże tu inaczej,gdy sprawa wyjątkowa przecie. 31
  32. 32. Starosta nie odzywał się, tylko błądził oczyma po suficie,jednocześnie dając prawą ręką znać, by biesiadnicy dalej deba-towali. Znowu zrobiło się gwarno. Starosta zdawać by się mogło, że chwilami jest nieobecny,jakby gdzieś szybował myślami. Błądząc wzrokiem przed siebiei za siebie, w końcu ujrzał sokoła siedzącego w oknie. Widok ptaka najwyraźniej wyrwał go z odrętwienia, bouśmiechnął się od ucha do ucha, od razu na głos wołając. – Jesteś! Jesteś! – dodając. – Panowie! To dobry omen…Spójrzcie na okno za moimi plecami. – Sokół! Starosty sokół! – podniosły się okrzyki. Starosta nie czekając, kto i co powie, nakazał służbie podaćrękawicę skórzaną, co szybko uczyniono. W tym samym mo-mencie cisza zapadła, wszyscy patrzyli, jak starosta zakłada ręka-wicę, odsuwa krzesło, wstaje od stołu i wyciąga rękę przed siebie Sokołowi wiele nie trzeba było, w mgnieniu oka sfrunąłz okna i usiadł na wyciągniętej dłoni, wszem i wobec oznajmia-jąc swoje przybycie. Wydał okrzyk! Biesiadnicy wstając zgotowali gorącą owację. Na jego cześćwznieśli puchary pełne przedniego wina i wypili za zdrowieptaka, a następnego za zdrowie i pomyślność gospodarza. Starosta był kontent z takiego przyjęcia, dał wolna ręką znać,by wszyscy usiedli i podkręciwszy wąsa, zaczął mówić. – Wielkie dzięki wszystkim za uznanie i podziw dla mojegoptaszka. Dużo nie muszę mówić, jak bardzo mi to sprawia przy-jemność, co zresztą widać nie od dziś. No cóż, każdy z nas majakieś słabości, czyż nie tak? – Jest tak! Jest tak! Jeden z biesiadników stojący po drugiej stronie stołu zawo-łał. 32
  33. 33. – Panie starosto grodowy, powróćmy do rozpoczętej rozmo-wy, bo na razie nie widać końca, a przecież jest o czym mówić?I może warto by było zapoznać się w miarę dokładnie – no, jeślibędzie taka łaska. Starosta spojrzał na niego bystro, już nie spuszczając goz oczu. Chwilę milczał, po czym powoli a dobitnie oznajmił. – No tak! Wiem, musimy o tym wiedzieć na pewno. Ale jesz-cze nie teraz, nie teraz. Powiem tylko tyle, że Clavus jest w zam-ku. Ten Clavus! – dodał, by nie było wątpliwości. Zapadło milczenie i jakieś dziwne podniecenie. Wszyscychcieli coś więcej wiedzieć, ale starosta ostro i zdecydowanieuciął jakiekolwiek próby. – Na dziś o Clavusie dosyć! Muzykę proszę! Zaczęto grać, dolewać do pustych pucharów wino i donosićgorącego jadła. Niby wszystko grało, bo każdy opowiadał o swo-ich sprawach i zwycięskich turniejach, a jednak niepokój mię-dzy nimi chadzał, może nie tyle niepokój, co ciekawość podsy-cana wypitym winem. – Nie mówię głośno, bo sobie nasz Pan tego nie życzy, alewarto by się wywiedzieć, mój sąsiedzie, gdzie Clavusa schowałi może kto go przywiózł. – Oj, tak mój kompanie, no to jeszcze po łyku się napijmy,a odpowiedź sama do nas przyjdzie! – Ha, ha, ha! – śmiejąc się, klepnął swojego rozmówcę kilka-krotnie po plecach. Sokół nic sobie nie robił ze wrzawy, jaka panowała. Siedziałna dłoni starosty i niczym niepodzielny król Midas skarbówbroniąc swoich, tak on strzegł swego pana. Wydawałoby się, że na zawsze Teresa ugrzęzła w ciele ptakai jest jej po prostu fajnie! A jednak coś się w niej działo, bo zro- 33
  34. 34. biła się jakaś taka niespokojna (trzepotała skrzydłami) i nadsłu-chiwała z początku niby od niechcenia, tak sobie, no, ale póź-niej… Zapałała tak wielką chęcią poznania tajemnicy jako pierw-sza, że zaczęła obmyślać sposób, jak tego dokonać. Drzwi właśnie się otworzyły, bo kilku błaznów na występprzyszło. – To właśnie mógłby być sposób spenetrowania zamku – so-kół w myślach ze sobą gadał. – No, ale gdzie mam lecieć, gdzie go starosta grodowy ukrył? I nagle myśl genialna sokołowi przyszła, że Clavusa zapewneukryli w lochach, no, bo gdzie indziej, a jeśli nie, to ma go ten,kto go znalazł i przywiózł. Zaczął umizgi robić i inne jakieś ptasie zaloty, by zwrócićwiększą uwagę starosty na siebie – może w przypływie szczero-ści, raczej słabości wszystko mu wyśpiewa. I tak: zaczął chodzić tuż przy stole to na dwóch, to na jednejnodze, skrzydła szeroko rozkładając, a gdy to nic nie pomogło,na stół sfrunął i między potrawami paradował, wywołując tymsamym ogólny aplauz. – No, wspaniale! Wspaniale! – krzyczeli rozbawieni biesiad-nicy, nierzadko wznosząc toast. Przy tym dodawali: – Jedz i pijrazem z nami, ptaszku, ha, ha, ha. Gdy tak sobie paradował niczym Bóg nieśmiertelny, rozwią-zanie przyszło nieoczekiwanie – drzwi od komnaty otworzonoszeroko i zaczęto wnosić przeróżne potrawy. Pieczone prosiaki, drób nadziewany, wazy pełne winogroni wiele innych potraw smakowitych, na widok których trudnoby było się oprzeć i nie ulec pokusie. W otwartych drzwiach stali owi trzej dziwnie ubrani ludzie, 34
  35. 35. ci, którzy bili Teresie brawo, gdy jako ptak (sokół) wzniosła sięw górę. Teraz mogła dokładnie im się przyjrzeć: ubrani byli w dłu-gie, płócienne, białe togi wykończone po brzegach brązowymhaftem przypominającym kwadratowe figury geometryczne,stopy odziane w sandały skórzane zawiązywane do wysokościkolan cienkim rzemieniem. Całości wystroju dopełniał wieniec laurowy na ich skro-niach. Przypominali rzymskich patrycjuszy, których żywot jużdawno przeminął. Patrząc na nich i na biesiadujących, doznawało się wstrząsu,bo nijak nie pasowali do towarzystwa – raz, że inaczej byliodziani, dwa – biła od nich jakaś jasność, o której niejeden czło-wiek mógłby sobie tylko pomarzyć. Wystarczyło jedno ich spojrzenie, by jego „widmo” czyniłoswoje – stało się zaproszeniem… Nie oglądając się za siebie, sokół (Teresa) sfrunął ze stołui nad głowami rozbawionych gości poszybował wprost do źró-dła… stając się ich częścią. Zakręciło sokołem (Teresą) jakby wpadł w wir wodny do sa-mego dna. Najpierw raz, potem drugi i trzeci i już tchu zabra-kło, a tu nie wiadomo, co robić – sytuacja nieznana, nie ma jejnawet w jaźni. Po prostu czarna dziura się wyłania, poza którąnajpewniej pustką zieje. To co robić? Poddać się, nie poddać? Czy przyjąć z godno-ścią, jaki by nie był, swój koniec? Oświecone ptaszysko, czując, co może teraz z nim się stać,przestało udawać… i oddzieliło się niczym białko od żółtka,krzycząc: – Jajkiem już nie jestem! Nie jestem jajkiem! 35
  36. 36. Przez chwilą cisza, nikt nie odpowiadał i mogłoby się zda-wać, że tak już zostanie w nicości, – ale zaraz, głos jakiś słychaćtubalny, który pyta: – To kim jesteś? Kim jesteś teraz? Sokół nie odpowiedział. Nie był jeszcze gotowy… a trzy ży-wioły tańcowały nad nim, o czym nie wiedział. Czwartego niebyło, jeszcze nie dotarł do Bobrownik. Sokół spojrzał do góry, bo taka myśl mu kazała i ujrzał nadsobą otwartą przestrzeń, poczuł zapach pustyni. Jakby za do-tknięciem czarodziejskiej różdżki przeniesiony został w odległyświat. W przestrzeni, w której się znalazł, nie było nikogo, żywejduszy, tylko piasek i gołe skały, no i z daleka słychać było płaczprzenikliwy. Poszybował sokół do płaczu, bo do kogo niby miałby szybo-wać, jak nikogo nie było i żadnej myśli, w którą wsłuchać sięmógłby. I sam zapłakał, bo szok go trafił – nastawił się na coś wielkie-go i odkrywczego, a tak między nami mówiąc na spotkanie z…może NAJWYŻSZYM a tu – KURWA! Głupota stoi w pełnejkrasie, co chwilę zmieniając ubrania, od małych rozmiarów dodużych i wielkich w zależności od zapotrzebowania. Jakby tego było mało, drogowskaz udaje, by nikt przypad-kiem nie pomylił drogi do niego. Przy tym jest bardzo przeko-nywujący i uroku pełen, gdy trzeba z „dołka” wyciągać odszcze-pieńca. A tłok coraz większy od pokoleń, to już nie strumień, to rze-ka – tak głosi wytatuowany na jego plecach napis. Żeby usprawnić przepływ, kod kreskowy każdemu z osobnanada. 36
  37. 37. – To kto w końcu płacze? No, kto? Kiedy patrzę na ciebie,widzę – wielka radość w tobie gości od nadmiaru szczęścia –sokół głośno zapytał, bo nie wytrzymał takiej schizofrenii. – Jak to, kto? – zdziwienie wyraziła głupota. – No właśnie, kto? – powtórzył sokół. Zaśmiała się głupota i śmiała się jeszcze długo, jakby wiecz-ność całą śmiać się chciała. Naprężyła mięśnie, popatrzyła naptaszysko (tak w oczach go nazwała) i wypaliła krótko: – To ty płaczesz, ha, ha, ha! Popatrz! No popatrz, jaki „zbo-czeniec”, o sobie nic nie wie… i daje się wydymać. Ha! Ha! Ha! Sokół skurczył się w sobie, bo było mu nie tak, no, nieprzy-jemnie o sobie się dowiedzieć tyle, aż tyle i zamilkł, bo zatłukłsiebie niedowierzaniem. Trwał w tym stanie „autyzmu” i trwał do pierwszego kura!Przebudziwszy się, niczego nie pamiętał prócz wspomnieniaotwartych drzwi na oścież od komnaty i wnoszonych świeżychpotraw – jak pachniały! Do dziś ich zapach robi wrażenie i chęć ogromną ucztowa-nia. – No! Jeszcze pamięta rozmowę starosty grodowego przystole – zaraz! Jak on to powiedział? Czy o czym ona była? Achtak! Właśnie, o Clavusie! – głośno coś gadał. 37
  38. 38. Rozdział IIS łońce wysoko na niebie, a starosta grodowy jeszcze wyleguje się w pościeli. Sokół od samego rana bezczynnie przechadza się po komna-cie, za bardzo nie wiedząc, co ma robić, bo niby co? Polatać so-bie nie polata, za mała przestrzeń i z nikim pogadać, bo z kim?A tak w ogóle to, kto by go zrozumiał? Czarna rozpacz powoli zaczęła go ogarniać na swój żywot,bo to nie tak, to wbrew naturze tkwić o tej porze w zamkniętympomieszczeniu. Choć była to złota klatka z dostatkiem poży-wienia, jakiego by zapragnął. Zebrał się w sobie, choć wszystkomilczało – nikt nie podpowiadał, stół, krzesła, szerokie łożei porozrzucane gdzie popadnie odzienie. – No, to taki bilans póki co mamy! – zaskrzeczał na głos. Przemaszerował po raz któryś z rzędu po całej komnacie i towcale nie cicho, przewracał wszystko, co na swojej drodze na-potkał: Stojące buty niczym świece przy stole, miecz opartyo ścianę i poszczególne segmenty zbroi leżące w nieładzie. Nic to nie dało! Dalej cisza, choć, przepraszam, słychać byłoco jakiś czas głośne chrapanie starosty. Po wielu nieudanychpróbach przebudzenia swojego „chlebodawcy” przyszedł czasna radykalne środki. 38
  39. 39. Wzniósł się zatem do góry i dzban z winem stojący na stoleuniósł w szponach w kierunku śpiącego starosty. Pomysł był trafiony, bo skuteczny – starosta od razu skoczyłna równe nogi, z początku nie pojmując, co się stało i dzieje,dobrą chwilę trwało, zanim pojął i przejrzał na oczy. Pierwsze,co zrobił – otworzył okno, siarczyście bluźniąc. – Cholera z tobą, ptaku złośliwy, spadaj na dwór. Sokół na to właśnie czekał, wyfrunął z komnaty ku górzei poleciał dalej, nie oglądając się za siebie. Lot miał tak płynnyi równy, iż mogłoby się zdawać, że się nie porusza, ale płynie poniebie. Starosta, choć w pierwszej chwili był zły jak diabli, tojednak z podziwem patrzył na lot sokoła. Rozdziawił szerokogębę, oczy wybałuszył, że o mało mu nie wyleciały z orbit i gło-śno krzyczał. – Jak wspaniale! Mój sokoliku, jak wspaniale! Płyń, płyńw górę, w górę i nad lasy pełne łownej zwierzyny, płyń, sokolikumój! Starosta krzyczał i krzyczał zapamiętale, a serce jego wypeł-niała radość i satysfakcja – to przecież jego, tylko jego sokół! Jak długo stał zaczarowany, trudno powiedzieć, bo sokół jużsię oddalił. Leciał nad gęstymi lasami łaskotany co chwila promieniamisłońca. Ujrzał w końcu z oddali klucz lecących kaczek. Zapra-gnął zapolować na dorodną sztukę. Leciały w trójkątnym kluczu, czasami tylko uderzając skrzy-dłami powietrze. Głowy i nogi wyprostowane sztywno, piersiku przodowi opadają. Słychać od czasu do czasu jak wydają głosw kierunku swojego prowadzącego. Obserwował ich lot jakiś czas, śledząc z oddali każdy ruch –wybierał tę jedną tę, którą najłatwiej zdobyć. 39
  40. 40. Właśnie kierunek wiatru się zmienił i mała chmurka naszła– tak, to był ten moment, by zapolować z sukcesem. Zwinął skrzydła ku sobie, głowę i nogi wyprostował i jakpocisk zaczął spadać na stado kaczek, nim się spostrzegły, jużmiał zdobycz, z którą odleciał na leśną polanę, by ją… no wła-śnie, by ją… Po sutym posiłku poszybował na świerkowe drze-wo, by spokojnie przetrawić. Nawet sobie troszkę podrzemał. Z drzemki wyrwał go przeni-kliwy okrzyk: – Uważaj! Uważaj! To drwale krzyczeli, widoczniejakieś drzewo ścięte, niebezpiecznie osuwało się na ziemię. Mimo że głos ten wyrwał go z drzemki, to jednak dodał muotuchy, bo przyszło mu namyśl, że takich ludzi dzielnych i praco-witych, jak w Bobrownikach, gdzież szukać w świecie, no gdzież. Poderwał się w końcu z „błogiego lenistwa” do lotu, bo sobieprzypomniał, że to właśnie dziś po południu starosta z najbliż-szymi przyjaciółmi ma udać się… Właśnie, udać się zobaczyćClavusa. Tyle słów na jego temat już padło, że prawda miesza sięz plotką, a plotka goni plotkę i trudno dociec, gdzie prawda jest,a gdzie fałsz. W locie do zamku przypomniał sobie o swojej sytuacji, żewłaściwie nie jest ptakiem tylko… No właśnie tylko… to jakjest z nim? No, jak? – No dobra? Nie rozstrzygnę tego tu i teraz, tak się stało, tostawać się musi dalej… – sam do siebie zaczął mówić. A tak w ogóle nie odczuwa dokuczliwie tej zmiany. Już zdą-żył zauważyć, że jest mu całkiem fajnie. Natchniony pozytywnąmyślą spokojnie szybował z wiatrem do zamku. Wszystko śpiewało, wiatr i drzewa, zboże urodzajnie, krząta-jący się na polach ludzie i odgłosy dochodzące ze strużki wpa- 40
  41. 41. dającej do Wisły. Więc jest nad lasami i polami i przygląda sięznikającym w oddali polanom i wniesieniom i zielonym łąkom:– Jak pięknie!, Jak pięknie? – ciągle powtarzał. – Ech! Udało się stworzenie świata, udało Stwórcy – na ko-niec skomentował. Zbliżał się już do zamku i z daleka było widać, że okno kom-naty starosty było szeroko otwarte – czekało, kiedy sokół przy-będzie. Nikt prócz niego nie wchodził do środka, chyba że mu-chy, komary i inne owady. W komnacie nie było nikogo, za to wszystkie przedmioty naswoim miejscu poukładane, łoże starannie zaścielone i nakryteczerwoną kapą, na której punktem centralnym był wyhaftowanyherb (głowa byka oparta o dwie wieże zamku) koloru złotego. Nastole w kamiennym wazonie cięte kwiaty z ogrodu starosty. Stoją-ce zbroje w czterech rogach dokładnie wypolerowane błyszczały. Sokół rozgościł się jak u siebie w domu – usiadł u wezgłowiałoża – tam mu było najlepiej i czekał na starostę. Długo nie czekał – starosta dziarsko wkroczył do swojej sy-pialni, widać i słychać było, że dopisywał mu dobry humor. Odrazu dojrzał sokoła, bo tylko przekraczając próg, zaczął mówić: – Tobie, mój kochany, dam lanie, czekam i czekam na ciebie,a tu ani widu ani słychu, ha!, ha!, ha! – zaśmiał się rubasznie. – No dobra – dobrze, że jesteś, czekałem na ciebie, no towskakuj – wyciągnął prawą dłoń przed siebie, na której miałzałożoną skórzaną rękawicę. Sokół, wiele się nie namyślając,w mgnieniu oka siedział na wyciągniętej dłoni. I już razem wy-szli z komnaty na krużganek. Teraz sokół mógł ujrzeć zamek w pełnej krasie od wewnątrz. Mury gotyckie na planie kwadratu robiły nieodparte wraże-nie silnej warowni nie mniejsze jak wieża, bo czworoboczna, 41
  42. 42. u  góry cylindryczna, usytuowana wzdłuż wschodniego bokuzamkowego dziedzińca. Pomieszczenia gospodarcze drewnianei brukowany dziedziniec. Z narożników murów zewnętrznychwyrastały wieże obronne. Starosta nie zdawał sobie sprawy z dokładnej lustracji jegodomostwa przez sokoła. Szedł szybkim krokiem w kierunku nieza dużych dębowych drzwi znajdujących się niedaleko wieżyw murze. Był to rosły mężczyzna, dobrze zbudowany. Stojąc przydrzwiach, widać dopiero było, że to woj na schwał (małe drzwii wielkie chłopisko – urokliwy widok.) Szybkim ruchem nacisnął wielką klamkę w kształcie liściadębu wykonaną z miedzi, pochylając się wszedł do środka i…co za widok! Sokół zaniemówił. Oczom jego ukazał się przepiękny ogród, czyżby rajski? Nie-samowita jasność uderzyła go i z lęku, że może to nieprawda,zamknął je z powrotem, po chwili znów otwierając. – To jednak prawda, co widzę? To prawda? – jakby do końcanie dowierzając, potwierdzał na głos sam sobie. Kwiaty tańcowały błękitno-pomarańczowe, zachwycając każ-dego, kto tylko na nie spojrzał, a na dodatek pod wpływem zra-szającej je świeżej wody i promieni słonecznych wydzielały ete-ryczną woń. U stóp muru biła zieleń winorośli, pysznie wysta-wiającej do przodu dorodne owoce. Zielona, bujna trawa do-pełniała uroku. Po bokach stały ławeczki dębowe, przy których ustawionomałe, drewniane stoliki z glinianymi wazami pełnymi świeżychowoców. Właśnie na jedną z nich starosta się kierował. Siadającprawą ręką potrząsnął, dając znać sokołowi, by sobie po tymraju po latał. 42
  43. 43. Ptak wzleciał na wysokość korony drzew, robiąc kilka okrą-żeń. Nie ukrywał swojego zachwytu nad tym ukrytym rajem,podziwiając zmyślność gospodarza. Starosta przyglądał się lotowi sokoła z nieukrywana satys-fakcją – to jego ptak! Tylko jego! Pasuje jak ulał, właśnie tu… Przyglądałem się Teresie z niekłamanym podziwem. Opo-wiadała tak plastycznie, że podróżowałem razem z nią, jakbynie patrzeć, po miejscach pochodzenia moich przodków. Cie-kawiło mnie, co dalej będzie i o co chodzi w tym wszystkim. Wstałem od stołu, nie odzywając się przyłożyłem swój palecTeresie do ust, by chwilę zamilkła – trochę wytchnienia jeji mnie się przyda. Miałem właśnie coś powiedzieć, gdy nagle uprzedził mnieprzeraźliwy krzyk sąsiadki za ściany – najwyraźniej wrócił jejmąż i znowu nie znalazł pracy (szkołę, w której pracował, zli-kwidowali). Gęsto się przy tym tłumaczył. – Gdzie sie włóczyłeś, dupku! Wielki i szlachetny historyku,co sobie myślisz, że co? Ja tylko mam zapierdalać jak osioł?! – Tak wcale nie myślę, kochanie! Nikt mnie po prostu niechce, bo albo brak etatów, albo już właśnie etaty są obsadzone,a innej pracy dla mnie nie mają – za mądry najwyraźniej je-stem. Sam nie wiem, co mam robić i czuję się z tym źle – takidupek niepotrzebny. – Jesteś dupkiem, niedołęgo, jesteś! Wielki mężczyzna za dy-chę! Proszę i nie dość, że wracasz z niczym, to jeszcze podpity– łajzo! Gadaj mi tu zaraz, z kim mordę zmoczyłeś, pewniez tym twoim kumplem jąkałą, starym kawalerem. On przynaj-mniej wyjechał na wyspy i jakąś kasę natłukł, a ty co, dupę boiszsię ruszyć? 43
  44. 44. – No, co ty! Kochanie, wcale się nie boję, ale wiesz przecież,że dzieci są małe i będą tęskniły. – Lepiej niech tęsknią! A nie chodzą w jak najgorszych ciu-chach i wszystkiego sobie odmawiają, bo tatuś dupa i to wbijsobie raz na zawsze w tą swoją historyczną głowę. To z kim pi-łeś, odpowiadaj mi tu zaraz, tylko nie skręcaj! – No, co ty. Ja? – Tak, ty! – Przysięgam, że nie piłem. – Jak nie piłeś? Przecież śmierdzisz na kilometr gorzałą. – No, co ty? – Wariatkę ze mnie robisz, czy co? – Kochanie, przysięgam – jedno piwo. – Ja ci dam jedno piwo? To wszystkie gwiazdy ujrzysz ty….. Słuchałem z Teresą kłótni moich sąsiadów, uśmiechając sięsmuto do siebie i było nam żal tych ludzi, bo przecież kiedyśzapewne kochali się i mieli wspólne plany. – Zobacz, Tereso, co to się wyprawia z człowiekiem, gdy po-zbawi się go pracy i możliwości zatrudnienia, a są to ludzie wy-kształceni – niestety, humaniści. – Jedni jakoś sobie dają radę, a inni nie, może za wrażliwi sąi trudno im się dostosować do nowych wyzwań tego czegoś –demokracji – oznajmiła kuzynka, dodając szybko. – Mamy cho-rą demokrację, a właściwie to nie wiadomo, co to jest. – No właśnie. Sam się wiele razy zastanawiam, co nam wy-smażono. Bo jakoś tego chocholego tańca nie mogę ogarnąć,może jestem tępy, kto wie? – Nie jesteś tępy, nie jesteś! Co prawda Japonię nam obieca-no i kasę, no i Irlandię, ale czego się nie robi, by władzy się trzy-mać – wszystko człowiekowi obiecają, nawet powtórne życie.Ha! Ha! Ha! I mamy, co mamy, teatr lalek! Polityków. 44
  45. 45. – Wiesz, Teresa, szkoda słów na to wszystko, lepiej „jedź da-lej” – zrobiłem małą pauzę, nasłuchując, co się dzieje za ścianą,bo cisza nieoczekiwanie nastała. Po chwili nasłuchu oznajmi-łem półgłosem. – Zobacz, sąsiedzi się uciszyli. Widocznie dzieci wróciły zeszkoły. To co, zrobię kawę? A ty opowiadaj dalej. – Zgoda! Opowiadam, rób swoje, a ja jadę dalej. Niepostrzeżenie do ogrodu weszli goście – ci dziwnie ubrani,a właściwie to nie weszli, tylko wyłonili się nagle z powietrza. Sokół przyglądał się kwiatom, radując się ich widokiem, gdymałe stadko mroczków nawiedziło ostrość jego widzenia. Niemógłby powiedzieć, że ta przypadłość nie była mu znana, no,ale jednak rzadko mu się to zdarzało – a tu teraz? Coś takiego?W końcu był ptakiem. Zatrzepotał nerwowo skrzydłami, my-śląc pewnie naiwnie, że w ten sposób je przegoni, a może spraw-dzi, czy to nie jakieś ćmy lub inne latające owady. No, ale nicz tego mu nie wyszło, mroczki latają jak latały i to coraz w więk-szej gromadzie. Zamknął kilka razy powieki, nic nie pomogło.– Co jest ze mną? – pomyślał. W końcu, nie chcąc nadwyrężać swojego ptasiego móżdżku,zamknął oczy na dłużej, będąc przekonany, że to pomoże. I co?No właśnie? Co? Otwiera i widzi, jak dziwaki idą wprost na niego! – A starosta nic nie widział? Siedział przecież blisko na ław-ce? – zapytałem Teresę. – No właśnie? Sama do tej pory nad tym się zastanawiam –nie potrafię na to odpowiedzieć, bo zupełnie o nim wówczaszapomniałam. Zawiesiła głos i spojrzała do góry, jakby czegoś szukała. Nieprzeszkadzałem jej w tej niemej wędrówce – nich sobie patrzy 45
  46. 46. i szuka, a może to coś znajdzie? Kto wie? Może… Przechyliłemsię w jej stronę i półgłosem zapytałem: – Śmietanki do kawy? – Nie dziękuję! Słuchaj dalej. – Spoko, Teresa, opowiadaj dalej. Nieoczekiwane ich pojawienie i to w takim miejscu było dlaptaka irytujące, no, ale co robić. Stało się, to się nie odstanie,niech już sobie będą – arogant w sokole się przebudził. Myślę,że w ruchach i w całej swojej postawie dawał temu wyraz. Nie zraziło to jednak dziwaków, może udawali. Wiele nie gada-jąc, złapali go za skrzydła i dawaj podrzucać do góry. Za którymśrazem, gdy spadał w ich podrzucające dłonie, zobaczył dąb złama-ny; czubek drzewa usycha, a do środka dębu ucieka życie i dąbdalej sobie żyje. Po chwili widzi zamek w Bobrownikach w  ru-inach – i co kwitnie, no, co? Ten sam dąb przez kolejne stulecia. Zakręciło się sokołowi w głowie – raz i drugi, za bardzo niewiedział, o, co chodzi w tych obrazach – co chcą mu przez nieprzekazać. To w końcu pyta. – Jak mam to odczytać? Uśmiechnęli się wszyscy razem, jakby się zmówili – pokiwa-li głowami, pokazując na starostę grodowego, który coś w rękuściska. Ściska – to niewłaściwe słowo, raczej czule pieści, łzamizraszając – scena nie powiem, wzruszająca. Wystarczyła chwila zainteresowania sokoła starostą, by niezauważył momentu zniknięcia „dziwaków”. Ich brak skomento-wał krótko; – No, to trudno. Nie zadawał sobie dalszych pytań, dlaczego, bo i po co, skorointrygował go starosta. – Nad czym ten tak rozpacza? 46
  47. 47. Rozważał w tej chwili, jak zaspokoić swoją ciekawość. Wie,że wystarczyło przycupnąć na oparciu ławki – jakie to proste?Cholera! No, ale jakaś siła nie dawała mu przyzwolenia, niemógł się ruszyć z miejsca, skrzydłami walił niczym miechamii co? Nic… Dał w końcu spokój – niech się staje, co stać się musii niczym kuropatwa zimą skurczył się tak jakoś w sobie, próbu-jąc przetrwać niemoc, która go dopadła. Pewnie by trwał w tymstanie długo, bo znikąd pomocy raczej się nie spodziewał i żad-na myśl twórcza nie zakwitła mu w głowie, choć nie wiem. Jed-na mu się wykluwała… Zaczął na głos wyliczać swoje atuty, by rozważyć, na co możeliczyć; widzi w kolorach ośmiokrotnie lepiej od ludzi, ponadtojedno jego oko widzi niezależnie od drugiego, nie wspomnio wrażliwości na najdrobniejszy krzyk, rozpoznaje twarze i re-aguje na głos. – No tak, to tyle zalet, a wady – hm! hm! hm!Krótko można powiedzieć – nie ma węchu. Trochę smutnoz tego powodu mu się zrobiło, no, ale w końcu zalet miał bezliku, to co? Musi je przekuć na sukces: – Tak, czy nie? – zapytałsiebie. Odpowiedź żadna nie padła, a może nie zdążyła nadejść,bo… Bo starosta grodowy, niczym król Salomon, węzeł gordyjskirozwiązał, mieczem rozcinając zarośla winogron, które pętałysokoła. Powrócił razem ze starostą na ławkę, siadając tuż obok, naporęczy. Oczom jego ukazał się gwóźdź długi na około czternaściecentymetrów, trójkątny u góry i gruby niczym średni palec do-rosłego człowieka, a u dołu jak mały palec, na samym końcuostro spiłowany. 47
  48. 48. Gwóźdź leżał na białym płóciennym skrawku płótna – spra-wiał wrażenie czegoś szczególnego, raz, że nietypowym wyglą-dem, dwa zastygłą jakby w ruchu czerwoną zdaje się cieczą. Sokół za bardzo nie mógł pojąć, o co chodzi z tym, przecieżjakby nie patrzał, tylko gwoździem, dlaczego jest taki szczegól-ny i ważny, no i czemu płacze starosta – taki chłop! A było niebyło, niejednemu głowę odrąbał i kości nieźle porachował, a tujak baba – płacze i na dodatek szaty na sobie rozdziera – to cie-kawe. Oj, ciekawe. Sokół postanowił się dowiedzieć, jak to jest z tym gwoź-dziem naprawdę. Najlepiej będzie, tak mu się wydało, podejśćpowoli do gwoździa, czyli do źródła… i go zlustrować dokład-nie. Powoli i delikatnie zaczął się do niego przybliżać; zeskoczyłz poręczy na ławkę i krok po kroku posuwał się naprzódw gwoździa stronę. Może robił to zbyt chaotycznie i nerwowo,bo niestety został posądzony o nikczemność – próbę porwania. Starosta zdenerwował się nie na żarty, przyjmując opaczniejego starania, bo nagle złapał sokoła za nogi i uniósł do góry, poczym młynka z niego zrobił, ze trzy razy głośno przy tym wy-krzykując; – O, mój ptaku! O nikczemny, ty nie wiesz nawet, na co sięporywasz, od Clavusa mi wara! Wara powiedziałem! I basta –i rzucił nim z całej siły w kwiaty. Sokół znalazł się w potrzasku, w pierwszej chwili za bardzonie wiedział, co się stało i dlaczego taka nagła zmiana w zacho-waniu i agresja. Trwało czas jakiś, zanim się pozbierał i „przeli-czył kości”, dziobem dotykając każde z osobna, wszystko byłona szczęście na swoim miejscu. I rad nie rad poszybował w góręna sam wierzchołek drzewa owocowego – moreli. 48
  49. 49. Lepiej patrzeć jednak z góry, jak rozwijać się będzie sytuacja– pomyślał – może znowu wkradnie się w łaski. Starosta tymczasem powoli i delikatnie strzępem płótnaokrył Clavusa, coś pod nosem mamrocząc, po chwili na kolanapadł i dawaj z powrotem pod nosem mamrota. Jak na ptaka, było dla niego za dużo wrażeń, nie pozostałomu nic innego, jak ruszyć w drogą; do lasów zielonych i złotychpól, na łąki zielone i pastwiska. Skrzydła rozłożył, chwilę jeszcze popatrzył i poszybowałw górę. Lot był cudowny – uroczysty, jakby godowy, bo w koń-cu był nad Bobrownikami, w miejscu, w którym się urodził. Wydawało się już, że tak zostanie w takim stanie – zmienio-na w sokoła na wieki. Nic jednak mylniejszego, nie zapomnianoo niej – jej zadaniu, które ma wykonać. I chcąc czy nie chcąc, niczym błędny rycerz z Lamańczy krą-żyła nad zamkiem by ujrzeć starostę grodowego, choć na chwi-lę, na chwilę tylko. Sama nie wiedząc za bardzo, dlaczego i po coi jak niby ma z nim rozmawiać, a jeśli już to, o czym, no, o czymwłaśnie. Siła jakaś – krew sokołowi buzowała, bo wszystko, co mastać się, musi się wypełnić i nie ma na to żadnego logicznegowytłumaczenia. Dał sobie w końcu sokół spokój z jakimkolwiek rozważa-niem i tak w ogóle… poddał się. Nie, nie poddał się – przyjąłwyzwanie. Jego serce i krew pompowały nowe, którego jeszczenie ma. Które już jest… i się staje. I jeśli teraz ktokolwiek stał na wieży zamku bobrownickiegoi obserwował niebo, to zachwyt go ustrzelił z takiego lotu soko-ła, z takiego pikowania. I wspomnieć należy, należy przedewszystkim, wielkie oddanie sokoła dla starosty – bo tuż, tuż nad 49
  50. 50. jego oknami pikował, by w locie chwycić zdobycz – a to rzecznie lada! To dla starosty takowa przemiana i wielka chęć bycia, a co tambycia, pozostania przy nim – przy Clavusie! Nawet do końca świata. Nie pytaj mnie, czytelniku, dlaczego, bo sam nie potrafię nato zgrabnie odpowiedzieć – tak po prostu musiało być. Takmusi być! I kropka, no i AMEN. Najwyraźniej o wyczynach sokoła straż powiadomiła staro-stę, bo po chwili pojawił się w jednym z okien komnat do niegonależących. Twarz miał surową; ściągnięte mięśnie policzkowe i bladelico, tylko oczy bystre i świecące jak u tygrysa, wypatrywały „te-ren łowny” należący w końcu do niego. Im dłużej przyglądał się podniebnym wyczynom sokoła,tym jego twarz bardziej jaśniała i nawet lekki uśmiech pojawiłsię w koniuszkach ust, aż w końcu cały rozbłysnął ze szczęścia,bo pokaz był pierwsza klasa, w końcu był to jego sokół. Tamto… No cóż; wypadało mu zapomnieć, bo jak inaczej zesobą być? Pewnie tak pomyślał starosta, bo jak inaczej? No jakmógłby pomyśleć? Teresa zamilkła i spojrzała na mnie bystro – najwyraźniejszukała w moich oczach potwierdzenia, że wszystko, o czym miopowiada, jest dla mnie tak samo ważne jak dla niej i to, że wie-rzę jej z całego serca. A było ważne naprawdę i wierzyłem jej każdemu słowu, jużteraz drażniło mnie to, że zrobiła przerwę i każe mi w bieguwyskakiwać – sadystka! Wiele nie mówiąc, odburknąłem; – Bój się Boga, Teresa, opowiadaj dalej, nie widzisz, iż płonęz ciekawości, co będzie dalej i o co chodzi w tej całej twojej wir-tualnej przygodzie… 50
  51. 51. – Wybacz, że zapytałam, taka kobieca przypadłość – szuka-nie potwierdzenia. – No, to rozumiem, ale proszę, przestańmy na sucho strzelać– opowiadaj dalej! – Zgoda, no to przygotuj się, mój kuzynie, na niezłą jazdę!I jeszcze jedno – wiedz, że to zdarzyło mi się naprawdę. Zresztązdążę jeszcze o tym cię przekonać, ale to na koniec, poczekaj. – Teresa, jestem ciekaw, ale nie teraz! Nie teraz! Tereso, lepiejopowiadaj dalej. Nie wiem, czy moja zachłanność słuchania to sprawiła, bospojrzała na mnie tak jakoś dziwnie i uśmiechając się zagadko-wo palcem wskazującym pokazała mi swoje usta, dając mi znać,bym się już więcej do niej nie odzywał. To się nie odzywałem,czekałem w napięciu, co będzie dalej? Czułem pod skórą, żemnie jeszcze zaskoczy i to pewnie nieraz. I rzeczywiście tak się stało; łyżeczką stuknęła w filiżankęz niedopitą kawą, najpierw swoją a po chwili moją – uderzającw ten „szczególny czuły punkt”, z którego nie tyle wydobył sięodgłos tak charakterystyczny dla porcelany, ale to „coś”, co po-ruszyło wibracje zmysłów... W mgnieniu oka przeniknęła mnie,zamieniając się w „złotą iskrę…” Świat otworzył mi się, światwyobraźni i ducha niczym wielka księga życia. 51
  52. 52. Rozdział IIIS tarosta zachwycił się sokołem i spuścił z tonu, w końcu jak by nie patrzał, jest jego, do niego należy – sam do siebie mó-wić zaczął, dając wyraz, że złość mu na sokoła przeszła: – To, co było a nie jest, nie pisze się w rejestr – dorzucił jesz-cze dla lepszego swojego samopoczucia. Sokół wrócił do łask i było jak dawniej, zawsze u boku staro-sty. Działał na starostę wyjątkowo kojąco, jego obecność zawszewróżyła pomyślne załatwienie spraw. Dzień się zbliżał ku końcowi, bo słońce już zaszło i znad Wi-sły coraz szybciej nadciągała noc. W komnacie starosty zapalo-no świece – z daleka było widać ich blask, który odbijał się co-raz bardziej w lustrze wody. Ptaki spóźnione przemykały mały-mi gromadkami do swoich legowisk, wydając przy tym z siebiecharakterystyczny harmider pożegnania dnia. Na dziedzińcu zamku wielkie poruszenie – przyjechała zna-komita osoba! Dawny towarzysz wspólnych wypraw wojennychi zarazem dozgonny przyjaciel starosty – rycerz zakonny Tem-plariusz. Był to mężczyzna rosły, dobrze zbudowany, o twarzy prze-oranej żołnierskim rzemiosłem, posiadał brodę starannie po-strzyżoną i długie, ciemne, falujące włosy. Na kolczugę okrywa- 52
  53. 53. jącą piersi i plecy miał nałożoną długą płócienną koszulę zeznakiem zakonu (czerwony krzyż równoramienny) Templariu-szy. Opasany był przez biodro mocnym skórzanym pasem,u którego po prawej stronie zwisał miecz, a u boku za pasemmiał długi sztylet. Nie przybył sam, towarzyszyli mu bracia służebni; dwóchgiermków i jeden kapelan. Przyjechali wszyscy konno na pięk-nych, czarnych i białych, ogierach. Na spotkanie znakomitego gościa wyszedł starosta ze swo-imi sługami i jako pierwszy wygłosił mowę powitalną: – Witam długo oczekiwanego i tak zacnego gościa. Gość był najwyraźniej poruszony szczerością, z jaką zostałpowitany, bo pochylił się lekko w stronę starosty i zamiast po-dania dłoni przygarnął starostę do siebie i jak ojciec wyściskałgo serdecznie, mówiąc: – O mój stary druhu, jak dobrze na sercu się od razu robi,gdy człowiek widzi, że jego stary przyjaciel o nim pamięta i za-wsze czeka z otwartymi ramionami. Starosta uśmiechnął się pod wąsem kontent z tak miłej jegosercu uwagi i raczył dalej mówić: – Pójdź i ty w me ramiona, przyjacielu, tobie u mnie niczegonie zabraknie – otworzył szeroko ramiona i wpadli sobie w ob-jęcia. Trwali tak czas jakiś, widać było nieukrywaną szczerośćpo obu stronach i wielką wzajemną zażyłość od wielu lat. W końcu starosta lekko, czyli na całą stopę wysunął się naczoło, będąc cały czas odwrócony do gościa, oznajmił: – No, mój druhu, mój przyjacielu, dosyć czułości na dziś.Idziemy do góry do komnat, a tam chyżo służba godny poczę-stunek zastawi, chodźmy! Chodźmyże, przyjacielu! 53
  54. 54. Ruszyli naprzód, po drodze gawędząc. Komnata gościnna pięknie oświetlona była – świece nie tyl-ko się paliły w żyrandolu zwisającym z sufitu, ale też w kinkie-tach zamocowanych po cztery przy każdej ścianie. Wchodzących uderzył zapach pieczonych gęsi i innego mię-siwa z rożna. Starosta spojrzał na przyjaciela jak i na pozostałych i zapytał: – Bracie! Panowie, jak widzicie wszystko gotowe na poczę-stunek, a ja proponuję tymczasem przed wieczerzą małą kąpiel,jeśli łaska! Bo drogę przebyliście długą i strudzeni jesteście nie-zgorzej. Templariusz uśmiechnął się jak i jego służebni i kiwnąwszygłową, powiedział: – Tego też nam trzeba, mój drogi przyjacielu, bo strudzenijesteśmy, to prawda i jeśli możesz, to wskaż nam, a udamy się,co rychlej, by zdążyć na poczęstunek, ha! ha! ha! – zaśmieli sięwszyscy. Starosta przywołał służebnego, by ten poprowadził zacnegogościa i jego towarzyszy do zamkowej łaźni mieszczącej się natym samym piętrze, tyle że w drugim końcu zamku. Zażywszy kąpieli powrócili niebawem, by wspólnie spożywaćwieczerzę. Przed spożyciem pierwszego kęsa starosta wzniósł to-ast na stojąco za króla i gości. – Wiwat król Polski Władysław Jagiełło! Wiwat bracia Tem-plariusze! – Wiwat – Krzyknęli goście ile im w piersiach głosu starczy-ło, dodając po chwili – Wiwat starosto! Po wzniesionych toastach starosta pierwszy rozpoczął uczto-wanie. Podał przyjacielowi najsmaczniejszy kąsek pieczonejgęsi, po czym dodał: 54
  55. 55. – Spójrz, przyjacielu, jakiego mam pięknego ptaka! Odwracając się wskazał na oparcie swojego krzesła, na któ-rym siedział sokół. Gość spojrzał na ptaka ze znawstwem. Wi-dać było, że jest obeznany w sokolnictwie. – Co prawda to prawda, ptak pierwsza klasa, poznaję pooczach i upierzeniu, no i szpony ma silne i dziób akuratny… – Tak, mój przyjacielu, dobrze rozpoznajesz, to moja duma. I tak jedząc, popijając i wzajemne prawiąc sobie komple-menty, w końcu zeszli na poważne sprawy. Nietrudno było się domyśleć, że taki gość nie składa wizytyot, tak, bez zapowiedzi, nie mając w tym jakiegoś swojego ukry-tego celu. W końcu pokonanie około tysiąca kilometrów to niew „kij dmuchał”. Pierwszy zagadnął gość; – Starosto! Wiesz przecie, jaka jest nasza wzajemna przyjaźńod lat. – Tak, wiem, bracie i jest mi droga nad życie, jak mniemami tobie? – Zawsze o tym wiedziałem i chwała ci za to, starosto, a two-je życie nie mniej mi drogie jak moje. – Widzę również, tak patrząc na ciebie, że jeszcze coś maszdla mnie w zanadrzu. – Otóż tak! To prawda, nie na próżno taki szmat drogi gonię,by tylko zapewnić ciebie o moim oddaniu. Zamilkł, odwracając głowę w stronę sokoła, lustrując go do-kładnie. Mogłoby się zdawać, że wpadł na cudowną przemianęTeresy, bo jakaś myśl mu przebiegła po twarzy, pozostawiającdziwny grymas. Tym razem bez ogródek wypalił staroście. – Mam pismo do ciebie od mojego Komandora i przyznam 55
  56. 56. od razu, że treść mi jest znana! I to dobrze, bo będę ci mógłsłużyć pomocą i radą, jakiej będzie ci trzeba. – To, podaj przyjacielu, niech się z nim zapoznam. – Jedna prośba tylko! – Jaka? – Masz zaraz przy mnie przeczytać i od razu spalić. – Jeśli taka wola Komandora, to należy tylko uszanować. – Dawaj, przyjacielu, niech już się zapoznam… ciekawość tojedno. A drugie, spieszno mi do nowego wyzwania – z tobą tosama przyjemność. – Dzięki ci serdeczne, przyjacielu! Templariusz wyjął za pasa zwój pergaminowy opatrzonydwiema pieczęciami lakowymi (pierwsza przedstawiała sylwet-kę kopuły skały głównego kościoła w Jerozolimie, a druga pie-częć – dwóch jeźdźców na jednym koniu) i wręczył staroście. Zapadło milczenie, starosta przekładał pismo z ręki do ręki,jakby chcąc poczuć jego wagę… zważywszy je w końcu, złamałpieczęcie. Zaczął czytać, każde słowo chłonąc żarłocznie, co było wi-dać po ustach, jak bezgłośnie połykały każdą sylabę. Na koniecspojrzał bystro i czujnie na Templariusza i złapał powietrze jakwyciągnięta ryba z wody, po czym ważąc każde słowo, cicho, aledobitnie oznajmił. – Tak, mój przyjacielu. Taka jest sprawa! Wyrażam zgodę nawszystko bez żadnego ale! I mam jedną tylko prośbę na teraz.Powróćmy do sprawy jutro, po przespanej nocy. – Czas co prawda nagli, ale sprawa zbyt ważna, by będączmęczonym nad nią pracować. – To jak? Zgoda? – Zgoda, przyjacielu, zatem do rana. 56
  57. 57. Osiągnąwszy kompromis, co i jak, panowie rycerze wstalirazem od stołu i podziękowawszy sobie za gościnę skinięciemgłowy, opuścili komnatę – każdy z osobna udał się na spoczy-nek. Starosta nawet się nie rozbierał – jak stał, tak rzucił się na swo-je łoże, nie mogąc zasnąć, aż w końcu sen słodki go zmorzył. Śniło mu się, że fruwa w po niebie – ujeżdża żelaznego ptakaciągnącego za sobą długi, złoty ogon, a za ogonem języki ogniażarłoczne. Po chwili ucieka przed jakimiś ludźmi, którzy całyalfabet chcą mu zaszyć pod skórą na wysokości przedramienia.– Rany! – krzyknął na głos – Oni, znaczy ci ludzie, zapisują al-fabet cyframi na cieniutkiej, centymetrowej płytce jak gdyby,zaraz, zaraz! Chyba szklanej. No, ale to dziwne szkło, bo giętkie– jak to jest możliwe – co za bajka mi się śni – powtarzał na głosprzez sen. – Co za bajka? Tak go sen jawa wystraszył i wymęczył, że się przebudził –zlany zimnym potem, nasłuchując czy jeszcze to „coś” powracai słychać nieznośne pukania po przelocie komety. Długi czas, leżąc na wznak, spoglądał w stronę okna na księ-życ, który akurat dzisiejszej nocy był w pełni, aż się połapał, żeto serce tak głośno mu pika. W końcu zmęczony nie wiedział nawet, kiedy spokojnie za-snął. Sokół siedział u wezgłowia łóżka starosty i nie mógł zasnąćni się zdrzemnąć, bo wszystko to, co się działo ze starostą, dzia-ło się w nim. Oglądał go jakby w trójwymiarze i w innych dlasiebie nieznanych wymiarach, o których niekiedy ktoś muw głowie opowiadał. Zobaczył jeszcze sokół jak we wszystkich tkankach starostytańcuje przedziwny różaniec. Co to? – zapytał sam siebie – a tu 57
  58. 58. zaraz, ktoś w nim się odezwał: – Jak to? Nie wiesz… – Nie, niewiem – cicho wyszeptałby starosta, gdyby przypadkiem rozmo-wy nie usłyszał! Głos znowu się odezwał: – To zapamiętaj, tokod genetyczny. Zawiera kwas nukleinowy DNA lub RNAw komórkach wszystkich. Teraz uderzyło sokoła – właściwie Teresę, że jedno ogniwojest takie samo w niej i aż krzyknęła na głos – Czyżby starostato, to mój protoplasta? Teresa przestała w tym miejscu opowiadać, bo język z wra-żenia zaczął jej się kręcić i niby z jednej strony blada się zrobiła,a z drugiej strony lekki rumieniec jej się wywalił. Za bardzo nie wiedziałem, co powiedzieć, czy o co pytać,w końcu tyle pytań mnie prześladowało, że póki co wszystko misię pokręciło. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać, co dalej.Co Teresa mi powie, bo myślę, zakładając dość logicznie, że wo-kół niedopowiedzeń właśnie krąży. By jej nie przepłoszyć, sie-działem cicho, cichutko. – Marek! Mój kuzynie i co powiesz o tym? Nie robi to naciebie wrażenia? – Tak! Teresa i owszem, robi wszystko, o czym mi opowia-dasz. – No dobrze, zgoda, ale nie o to mi chodzi. – Mów jaśniej, jeśli można! Kuzynka spojrzała na mnie z wyrzutem, jakbym był małokumaty. Pochrząkała chwilę, tłumacząc się, że jej zaschło w gar-dle, przepiła resztkami kawy i dalej pociągnęła to, czego nie za-łapałem. – Marek! To przecież jakiś odległy nasz krewniak ze mnąmiał „randkę”. – No faktycznie! Ale interesuje mnie, co było dalej. 58
  59. 59. – Spokojnie, kuzynie, jazdę będziesz miał pierwsza klasa! Przyznam, byłem bardzo ciekaw, co będzie dalej. Zresztącała ta historia mnie już wciągnęła i irytowało mnie, gdy prze-rywała opowiadać. Nie odzywając się do niej, wstałem i zaparzyłem wodę nakolejną kawę lub jakby wolała herbatę. Dla lepszego wyboruzrobiłem to i to, stawiając przed nią i przed sobą. – No, moja kochana kuzyneczko, pij, co chcesz, tylko opo-wiadaj dalej, proszę. Uśmiechnęła się na głos: – Ha!, ha, ha! A, to dobre, mój ku-zynie – odrzekła. – No, niech ci będzie! Starosta spał do południa, bo tyle wrażeń nie sposób byłozneutralizować w jedną dość krótką w końcu noc. Zanim zasnąłi powalczył z koszmarami, to trochę czasu mu zeszło, zanimbłogi sen go ogarnął. Wyciągnął się w swoim łożu niczym młody Bóg, pierwszymspojrzeniem jak i słowem zaszczycając swojego ptaka – sokoła. – I co, mój sokole, powiesz? Sokół przyglądał się staroście z zainteresowaniem, przechy-liwszy lekko głowę – pewnie czekał na sygnał, kiedy o treści li-stu się dowie. Uniósł się w górę, stając w pozycji wyprostowanej na porę-czy łóżka, otwierając kilkakrotnie dziób – dał sygnał, że jest poprostu głodny i czas ruszyć na łowy. Starosta obserwował ptaka, podziwiając jego sylwetkę – byłaniezaprzeczalnie po prostu piękna i wzbudzająca respekt. Nawetktoś, kto w ogóle na ptakach się nie znał, uległby jego czarowi. – I co, sokole! Pewnie czas? Oj! Czas, widzę? – przemówił doulubieńca, nie spuszczając go z oczu. 59
  60. 60. Przemierzył go jak zwykle całego – czy przypadkiem, ktośgo nie podmienił. Najwidoczniej ten codzienny rytuał był dlaniego konieczny, potwierdzał tylko jego lęki i obawy, którychnie mógł się za nic wyzbyć. Gdy zewnętrzna lustracja nie wzbu-dziła żadnej uwagi, uspokoił się i przemówił znowu: – Wiem! Tak, wiem! – komentował nerwowe zachowanieptaka. – Okno zamknięte, a ja tu o dworze sobie gadam! Poczekaj,zaraz otworzę i cię wypuszczę. Starosta wstał, najpierw rozprostował kości, przeciągając sięprzez chwilę, po czym przeszedł na drugą stronę komnaty, idącw kierunku okien. Stanął po ich środku, rozważając zapewne, które okno otwie-rać, chwilę to trwało, zanim zdecydował się otworzyć środkowe. Sokół na to tylko czekał, bo od razu wyfrunął, wzbijając sięniczym pocisk wysoko w niebo. Widział ludzi posilających się. Pewnie odpoczywali po pra-cy, bo obok nich leżały motyki i rydle. Obok nich stał rosły mężczyzna. Po ubiorze było poznać, żeto ktoś z zamku, pokazywał im, co trzeba robić, nie rzadko ramię w ramię z nimi pracował. Było widać, że wykonywali jego polecenia chętnie, do tegoz wielkim oddaniem, a do każdej wyrwanej grudy ziemi – wy-rwanej z lasu, podchodząc ze śpiewem, oznajmiając w pieśniachświatu, że nowe powstaje. Sokół zmęczył się troszkę ciągłym wypatrywanie z góry, toumyślił sobie, że właśnie teraz stanie, w cieniu wielkiego dębu,któremu miejscowi dali na imię – Maciej. Dawno to się stałoi nikt za bardzo nie pamięta teraz, któż to był za szlachetny czło-wiek, ten Maciej i czym sobie na to zasłużył, a że zasłużył, torzecz oczywista dla miejscowych. 60
  61. 61. Stojąc tak pod dębem, rozglądał się uważnie, a kiedy tak stał,rzecz dziwna się stała: nadleciały ptaki, ni to gołębie, ni tomewy: – Skąd by się mewy tu wzięły? Gdyby to były one – nowłaśnie, no właśnie skąd? Ciężko było uwierzyć, żeby to były zwyczajne ptaki, bo gołębieczy rybitwy nie usiadłyby tak sobie obok sokoła. Coś musiało zajśćw przyrodzie albo… no nie wiem? Póki co lepiej nie powiem... Po ich zachowaniu widać było, że usiadły ochoczo i nawetpowiedziałbym z zadowoleniem – śpiewały sokołowi – tri li, trili, tri li. I nic się nie działo! Nic zupełnie. Nagle nie wiadomo dlaczego deszcz zaczął padać ulewny,mimo że słońce świeci i żadnej chmury ciemnej nie widać.Deszcz dziwny, bo w smaku słonawy, jak się później okazało.Lał dobry kwadrans i jak nieoczekiwanie zaczął padać, tak na-gle przestał. Po ulewie pozostał rześki zapach w powietrzu – nowłaśnie i dopiero się zaczęło; ptaki zaczęły rosnąć i rosnąć,i w oczach się przeobrażać w trzech tych dziwaków, którzy nie-kiedy sokoła (Teresę) odwiedzają. Odziani byli jak zwykle w togi i w to – „trudno to nazwać,co” – teraz sokół dostrzegł, raczej zauważył, bo oni zapewne takchcieli – światło pulsujące niebieskim kolorem wokół całej ichpostaci. Wianki na głowach z liści laurowych wydzielały zapachlawendowy, który się rozchodził nie tylko w powietrzu, ale do-stawał się przez nozdrza do krwioobiegu. Wszystko to, co chorebyć mogło, zdrowym się stawało – sokół (Teresa) sam nie wie-dział, czemu o tym wie – tak po prostu. Niezadługo Teresa mogła sobie pohasać w domysłach i spe-kulacjach, bo chwycili ją dziwacy z dwóch stron za skrzydłai  dawaj ze trzy razy podrzucać do góry, za czwartym razemprzeobraziła się w jajko, którego szuka złota kura – ciekawe,dlaczego? A może dla zarodka… 61
  62. 62. Kura wcale niemała była, bo duża, z pół kilo ważyła i jakwieść wśród miejscowych głosi znosi złote jaja. Polowania urządzano na nią nie raz i nie dwa (jak w pismachmądrych piszą) i zawsze jakimś cudem uciekła. Zachłanne „li-cho” niebieskie – za każdym razem pomaga jej w ucieczce. W końcu nie wytrzymała Teresa i zapytała – bo nie dało sięinaczej tak hasać i udawać, że nic się nie stało. – To o co w tym wszystkim chodzi… powiecie mi w końcu! Dziwaki popatrzały na Teresę, uśmiechając się chytrze i takjakoś smutno. – No pomyśl troszeczkę! – Nie bardzo mogę…, bo zawrót głowy taki przez was w koń-cu dostałam. – Tak sądzisz? Zatem pytaj do skutku. – I tak się stanie, jeśli mi pozwolicie… – My? Głośne zdziwienie dziwaków wydało się Teresie dość takie,no, dwuznaczne i w najwyższym stopniu podejrzane. Pomyślałasobie – w co oni grają z nią, tak naprawdę – w co? By uśpić ichczujność albo nie dać im pretekstu do ignorowania jej osobysprecyzowała swoje pytanie: – Tak! Wy, rzecz jasna. – Skoro tak, to niech się staje… tyle tylko, co ci z tego przyjdzie? – Sama za bardzo nie wiem? Ale czuję, że powinnam wie-dzieć. – Dobrze! Tylko zanim ci powiemy, musisz o czymś wiedzieć… – Słucham! – Ano właśnie, słuchaj i zapamiętaj na całe życie! Wiedzaniestety boli…. – Jeśli nawet tak jest? To niech się staje, ból ma różne oblicza. 62

×