Your SlideShare is downloading. ×

Tango ortodonto - Joanna Fabicka - ebook

446

Published on

Published in: Education
0 Comments
0 Likes
Statistics
Notes
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

No Downloads
Views
Total Views
446
On Slideshare
0
From Embeds
0
Number of Embeds
0
Actions
Shares
0
Downloads
1
Comments
0
Likes
0
Embeds 0
No embeds

Report content
Flagged as inappropriate Flag as inappropriate
Flag as inappropriate

Select your reason for flagging this presentation as inappropriate.

Cancel
No notes for slide

Transcript

  • 1. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .
  • 2. Joanna Fabicka
  • 3. Schyûek sierpnia MoczÅ lewâ stopÅ w lazurowej cieczy oceanu,a prawâ dotykam lodowatego drinka o upojnej na-zwie piña colada. Z przyjemnoÀciâ wdycham egzo-tyczny zapach raju. WÀród splâtanych lian majesta-tycznie przechadzajâ siÅ sympatyczne skorpiony.Drobniutki, biaûy piasek przykleja mi siÅ do spo-conych jajek, a klimat tropików przynosi od dawnawyczekiwane odprÅÒenie. Dwie powabne Haitankiz trudem wymachujâ dorodnymi liÀåmi bananowca,usiûujâc mnie ochûodziå. Chyba je wychûostam i kupiÅsobie na targu nowe niewolnice... BÅc! Mokra bryûa nadbaûtyckiego bûota uderzamnie prosto w nos, a moje szpanerskie okulary prze-ciwsûoneczne Diesla (250 zeta, Stadion DziesiÅciole-cia) lâdujâ na ziemi. To by byûo na tyle, jeÀli chodzi o wybujaûe oczeki-wania. Z niechÅciâ otwieram oczy i ponownie stajÅtwarzâ w twarz z moim banalnym i pozbawionympowabu Òywotem. LeÒÅ na brudnej polskiej plaÒywÀród opakowaº po lodach, chipsach i prezerwaty-wach. Obok mnie spoczywa otûuszczone ciaûo Elki 7
  • 4. w zbyt wyciÅtym kostiumie kâpielowym. Brr! Dwakroki dalej stoi ciemnoskóry potwór i uÀmiecha siÅ domnie radoÀnie, pokazujâc dorodne mleczaki. Górnatrójka juÒ jest uûamana. To osiâgniÅcie zdeklasowaûoGonzo na liÀcie znanych mi wcieleº szatana. Nastâpi-ûa nieunikniona zmiana pokoleniowa i teraz naszymrodzinnym utrapieniem (mimo Òe nie naleÒy do ro-dziny) jest maûy Rudolf numer dwa, nieÀlubne dzieciÅmoich beztroskich przyjacióû. To on zbombardowaûmnie bûotem, a teraz radoÀnie obwieszcza wykonanieczynnoÀci fizjologicznej, uznawanej powszechnie zaintymnâ: — Udolfff ma bdzitkie balasy w majteåki! — Tyle razy ci mówiûam, synku, Òe masz na imiÅRudolf, a nie Udolf — daû siÅ sûyszeå monotonny gûosjego matki. — Potem znowu jakiÀ przygûuchy idiotabÅdzie na ciebie woûaû Adolf. — Udolfff — kiwnâû gûowâ rozpromieniony chûo-piec. — Balasy — dodaû tryumfalnie. Elka wÀcieka siÅ za kaÒdym razem, gdy jej dzieckojest nazywane imieniem najwiÅkszego zbrodniarzaw historii ludzkoÀci. Szczególnie celujâ w tym sta-ruszkowie. Trzeba przy tym widzieå ich minÅ! Zmieniûem maûemu pampersa, bo jego matka by-ûa zajÅta wcieraniem w siebie kolejnej tubki jakiejÀ dia-belskiej mikstury. Codziennie przynosi tu ze sobâ caûâtorbÅ przeróÒnych kremów i maÀci: balsam przedopalaniem, w trakcie opalania i po, emulsja przyspie-szajâca opalanie, spowalniajâca, ochronna, nawilÒa-jâca, natûuszczajâca, ujÅdrniajâca i tak bez koºca.Z nudów wziâûem do rÅki jakieÀ pudeûeczko i prze-czytaûem skûad:8
  • 5. — aqua (woda), — glycerin, — cetyl lactate, — decyl oleate, — hydrogenated vegetable oil, — parfum, — alcohol denat???!!! Hm... mniejsza z tym. Postanowiûem nie wnikaå,jaki skûadnik kryje siÅ pod tâ wiele mówiâcâ nazwâ. Potoczyûem wzrokiem po plaÒy. WszÅdzie brzu-chaci faceci i zagûodzone dziewczyny. Jak moÒna wy-trzymaå bez jedzenia? Widocznie Elka myÀlaûa o tymsamym, bo powiedziaûa, patrzâc na mnie z niena-wiÀciâ: — Gdyby nie faceci, kobiety byûyby grube i szczÅÀ-liwe. — O co ci chodzi? Zerknâûem na niâ jednym okiem, bo drugim ob-serwowaûem non stop mojego imiennika. WûaÀnie fa-chowo sypaû piach do eleganckiej torebki spoczywa-jâcej opodal pewnej niewiasty. Zabraûem mu ûopatkÅi staraûem siÅ dyskretnie naprawiå szkody. OpalajâcasiÅ blondyna ûypnÅûa na mnie podejrzliwie i przeûo-Òyûa torbÅ na drugâ stronÅ, sprawdzajâc wczeÀniejzawartoÀå portfela. — PrzecieÒ jesteÀ gruba — zauwaÒyûem. Gdyby wzrok mógû masakrowaå, byûbym w tejchwili siekanym kotlecikiem czekajâcym na smaÒenie. — Ale nieszczÅÀliwa! — krzyknÅûa i okryûa siÅszczelnie dwiema poûâczonymi ze sobâ chustami typupareo (hit sezonu), gdyÒ jedna okazaûa siÅ niewystar-czajâca. 9
  • 6. Na wszelki wypadek nie kontynuowaûem tema-tu. W tym upale wszyscy sâ wyraÎnie podminowani.A w ogóle, co to za przyjemnoÀå pchaå siÅ nad polskiemorze? Ciasno, smród, w wodzie sinice i ciâgle leje.A jak nie leje, to ukrop, od którego poûowa turystówlâduje w okolicznych szpitalach. Na przeciÅtnegourlopowicza przypada Àrednio póû metra kwadrato-wego szarobrunatnego piachu, peûnego potûuczonegoszkûa i kapsli od piwa. Z obu stron jestem obûoÒonytûustymi ciaûami zupeûnie nieznanych mi osób! Nieprzywykûem do takiej intymnoÀci! Ale lepsze to niÒsiedzenie w Warszawie. Za kilkanaÀcie godzin nastâpi bolesny powrót naûono mojej patologicznej rodziny. Zamknâûem oczyi ze wszystkich siû staraûem siÅ zaznaå spokoju, mimoÒe Rudolf tarmosiû mnie za slipki, domagajâc siÅ uwa-gi. Swojâ proÀbÅ formuûowaû w karkoûomnej mie-szance niemowlÅcego beûkotu i nieodkrytego jeszczenarzecza suahili: — Udolf, akaje, akaje, ta lumpa herbata. — O BoÒe! — Elka spojrzaûa na mnie zdezoriento-wana. — Co on mówi? JuÒ najwyÒszy czas, Òeby nauczyûa siÅ porozu-miewaå z wûasnym potomkiem. Fakt, Òe do tej porytylko mnie udawaûo siÅ bezkolizyjnie zmieniaå mupampersy i usypiaå go, Àpiewajâc mu wûasne kompo-zycje, nie oznacza, Òe bÅdÅ to robiû zawsze. — Nie mam zamiaru zostaå jego zastÅpczâ matkâ.Powtarzam to po raz setny. — Spojrzaûem Elce prostow oczy, sprawnie pojâc maûego herbatkâ rumian-kowâ. — Ooooo... — rozlegû siÅ jÅk zawodu.10
  • 7. Otacza mnie banda bezwzglÅdnych pasoÒytów!KaÒdy tylko czyha, by zrobiå skok na mojâ wolnoÀåosobistâ. PrzecieÒ doÀå mam wûasnych problemów.Ïycie niespodziewanie mi siÅ skomplikowaûo. Zda-ûem maturÅ i zaraz potem nastâpiûa istna lawina nie-szczÅÀå. Nie dostaûem siÅ... nie dostaûem siÅ... o BoÒe,co za upokorzenie, nie dostaûem siÅ na wydziaû aktor-ski! Ja! Przyszûe objawienie, utajony geniusz, praw-dziwy aktorski brylant! Polegûem na stepowaniu. Naprozie. Na sprawdzianie z akrobatyki. Poza tym usûy-szaûem, Òe mam niespotykanie krzywy zgryz, krzy-Òowe ustawienie trzonowców, nosowe wiâzadûo i luzna stykach gardûowych. No, jednym sûowem mamSajgon w paszczy i nie ma dla mnie nadziei na Òadnejscenie. Nawet awangardowej. Za to òucjÅ przyjÅtoprawdziwâ owacjâ na stojâco. Zdaûa z pierwszâ loka-tâ, a od chwili, kiedy przekroczyûa bramy tej Àwiâtynisztuki, nie odstÅpowaû jej tûum adoratorów zûoÒonyz wymizerowanych i skoûtunionych studentów, wy-mizerowanych i skoûtunionych wykûadowców orazwymizerowanych i skoûtunionych nieszczÅÀników,którzy tak jak ja ûykali ûzy goryczy. Jestem pewien, Òew przypadku piÅknej òucji zdecydowaûa nie tylko jejnieskazitelna dykcja, zwinnoÀå akrobatyczna (jak, dolicha, moÒna zrobiå szpagat bez wizyty na pogoto-wiu?), ale przede wszystkim mroÒâcy krew w Òyûachseksapil. Gdybym, tak jak ona, miaû trochÅ wiÅkszybiust i mniej wûosów na plecach, teÒ bym siÅ dostaû.Jestem tego pewien! Zaprawiony przez lata poraÒek przeûknâûem ja-koÀ tÅ katastrofÅ i siûâ rozpÅdu zûoÒyûem papiery naprodukcjÅ. Postanowiûem za wszelkâ cenÅ dostaå siÅdo Filmówki i osiâgnâå cel metodâ maûych kroków. 11
  • 8. Niestety, tam teÒ mnie nie chcieli. Trzymaûem juÒ nóÒna gardle, by w akcie protestu podciâå sobie cokol-wiek, gdy Bulwiak poddaû mi Àwietny pomysû. Odczasu do czasu miewa jeszcze przebûyski ÀwiadomoÀ-ci. W tych rzadkich chwilach kontaktu z otoczeniemjego rady sâ na wagÅ zûota. Zaproponowaû, bym napi-saû odwoûanie do szanownej Komisji Egzekucyjnej.No to siÅ odwoûaûem w tonie nonszalancko-patrio-tycznym, tym bardziej Òe sam egzamin przypominaûgrÅ w rosyjskâ ruletkÅ. Pytania byûy kompletniepozbawione sensu (na przykûad o to, gdzie znajdujesiÅ sztandar PZPR, skoro w 1989 roku ktoÀ rzuciûhasûo: sztandar wyprowadziå!). DziÀ wiem, Òe popeû-niûem kardynalny bûâd, starajâc siÅ doszukaå sensuw tych zagadkach i tym samym nadaå sens wûasnymodpowiedziom. PrzecieÒ od przyszûego kierownikaprodukcji nikt nie oczekuje logiki, tylko szybkichreakcji w sytuacjach ekstremalnych! Niestety, zro-zumiaûem to za póÎno. Ale nie wszystko stracone!Machnâûem odwoûanie, starajâc siÅ wykazaå w nim,Òe jestem dokûadnie takim czûowiekiem, jakiego po-trzebujâ: nieprzewidywalnym wariatem gotowym nakaÒdy akt desperacji. JeÀli to nie chwyci, to zostanie mitylko zatrudniå siÅ w tamtejszym bufecie na stanowis-ku poczâtkujâcego pomywacza, by w przerwach miÅ-dzy myciem popielniczek a rozmraÒaniem zawszewczorajszego bigosu ûyknâå nieco legendarnej atmo-sfery sztuki. Poza tym muszÅ koniecznie coÀ wykom-binowaå, bo rodzice odmówili dalszego ûoÒenia namoje utrzymanie. Ïeby kopaå leÒâcego?! No po pros-tu szczyt okrucieºstwa! Dobra, zbieramy siÅ z plaÒy. Idziemy na rybkÅ.MuszÅ tylko zaûadowaå na grzbiet dwa koce, wózek12
  • 9. spacerowy, torbÅ z resztkâ prowiantu, koûo ratunko-we (dla Elki i Rudiego), parawan, zestaw do zabaww piasku, piûkÅ, paczkÅ pampersów, meksykaºskikapelusz, pluszowego delfina w skali 1:1 i Rudolfa.Problem polega na tym, Òe on znajduje siÅ w ciâgûymruchu. Mam nadziejÅ, Òe nie ugrzÅznÅ na wydmachtak jak wczoraj. Dotarûem do smaÒalni, gdy Elkawyciâgaûa sobie z zÅbów ostatniâ oÀå, a do jedzeniazostaûy juÒ tylko przypalone flâdry. Wieczorem. Temat przewodni: ,,S a m o t n y k o l o n a m o l o “ CzujÅ siÅ jak statystyczny Polak: stary, zmÅczony,pozbawiony radoÀci Òycia, z brakami w uzÅbieniui bez ochoty na seks. Swojâ drogâ przy Elce polegûbynawet Aston Kutcher, boski narzeczony Demi Moore(mûodszy od niej o 20 lat). Co to jest, do cholery, Òe onazawsze traktuje mnie jak osobistego maûÒonka trzy-dzieÀci lat po Àlubie? A tak mnie namawiaûa na wspól-ne wakacje! Teraz wiem, Òe potrzebowaûa darmowejniaºki. Nieustannie podrzuca mi tego póûsierotÅ, a sa-ma biega cichaczem na jakiÀ aerobik, bicze wodnei åwiczenia oddechowe. — Prawidûowe oddychanie rozrzedza limfÅ i za-pobiega tworzeniu siÅ zûogów tûuszczowych w orga-nizmie. Ja tam nie chcÅ byå zûym prorokiem, ale Elcechyba maûo co pomoÒe. Zûogów ma pod dostatkiemi tylko silna depresja mogûaby jâ nieco odchudziå. Niepowiedziaûem jednak tego gûoÀno, bo w odróÒnieniuod moich rodziców nie jestem sadystâ-pasjonatemi nie znÅcam siÅ nad ludÎmi stojâcymi nad przepaÀciâ 13
  • 10. Òyciowâ. Elka jedzie wkrótce do Londynu, w od-wiedziny do Ozyrysa. BÅdzie walczyå o jego uczucia.TrochÅ siÅ obawiam o mojego kumpla, bo ta bez-wzglÅdna niewiasta zapowiedziaûa, Òe zastosujewszelkie techniki manipulacji, poczynajâc od seksu,a koºczâc na praniu mózgu. W przededniu osiemnastych urodzin, zamiastpodrywaå panienki w nadmorskim kurorcie, siedzÅwiÅc samotnie na molo, tulâc w objÅciach cudze dziec-ko i sprawdzajâc co chwila, czy nie trzeba mu zmieniåpieluchy. WalczÅ z narastajâcâ pokusâ wrzucenia godo morza. Niestety, mam za miÅkkie serce. Szczerzemówiâc, nie tak wyobraÒaûem sobie wkroczenie w do-rosûe Òycie. MarzÅ juÒ tylko o tym, Òeby przejÀå spo-kojnie na emeryturÅ. Jak bÅdÅ stary i niedoûÅÒny,moÒe wszyscy dadzâ mi wreszcie ÀwiÅty spokój. 28 sierpnia Maûo nie spóÎniliÀmy siÅ na pociâg, bo Elka upar-ûa siÅ, Òeby poczekaå na wypróÒnienie. Rudolfa, rzeczjasna. Ale on tylko wytrzeszczaû te wielkie i piÅkne jakczarne wÅgle gaûy i bawiû siÅ swoimi wûosami. BÅdziemiaû w przyszûoÀci przepyszne afro. Po ojcu odziedzi-czyû naturalny powab i wdziÅk. Jakie to szczÅÀcie, Òenie jest podobny do Elki. Co prawda, porodem, którywidziaûem zresztâ na wûasne oczy (co za pech!), udo-wodniûa, Òe jest stuprocentowâ kobietâ, ale ja i takpodchodzÅ do tego faktu sceptycznie. Ona jest bar-dziej mÅska niÒ wszyscy faceci w mojej rodzinie. W przedziale jechaliÀmy z psychicznie chorâ ko-bietâ, która nieustannie zanudzaûa nas pytaniem: — Panie, to Chiºczyk?14
  • 11. — Nie, to Polak z egipskimi korzeniami — wyjaÀ-niaûem na poczâtku uprzejmie. PrzeraÒa mnie ignorancja polskiego spoûeczeº-stwa. Przy drugiej serii tego zwariowanego dialoguElka wróciûa do palenia i zostawiûa mnie sam na samz wariatkâ. Rudolf byû wyraÎnie zachwycony tym, Òejest w centrum zainteresowania. Machaû râczkamii raz po raz wymierzaû mi siarczysty policzek. — Panie, to chyba Chiºczyk, co nie? — KobietanajwyraÎniej cierpiaûa na zaawansowanâ demencjÅ.— Bo wyglâda na Chiºczyka... Maûy kwiknâû z zachwytem i spadû z siedzenia,ale na szczÅÀcie zûapaûem go za nogÅ. — To Egipcjanin — powtórzyûem, tracâc z wolnacierpliwoÀå. — Chiºczycy majâ skoÀne oczy. — Aha — sapnÅûa moja rozmówczyni ze zrozumie-niem. Nie minÅûa minuta, gdy usûyszaûem: — Panie... — TAK!!! TO CHIªCZYK!!! — wydarûem siÅ jak poli-tyk w trakcie cywilizowanej debaty. — CoÀ pan, zgûupiaû? Wcale niepodobny do Chiº-czyka — zdziwiûa siÅ zbzikowana jÅdza. Na to wszedû konduktor i sprawdzajâc bilety,mruknâû pod nosem: — Pewnie, Òe nie Chiºczyk. Ïeby Chiºczyka odMurzyna nie odróÒniaå... Dawniej podejrzewaûem, Òe ÒyjÅ w domu waria-tów. DziÀ mam pewnoÀå. Kiedy dojeÒdÒaliÀmy do Warszawy, Rudolf za-snâû, ssâc kciuk, i wyglâdaû tak sûodko, Òe nie pozwoli-ûem go Elce wziâå na rÅce. Zrobiûa mi szeptem dzikâ 15
  • 12. awanturÅ, ale jak mogûem siÅ zgodziå? Ona jest takznerwicowana, Òe ciâgle coÀ upuszcza! Na peronie staû caûy komitet powitalny: mama,tata (po minach widaå byûo, Òe znowu sâ w staniewojny), mama Elki, mama Oziego i niezawodny zio-mal BB Blacha 450. Caûe szczÅÀcie, Òe po nas przyjechaû,bo z caûym tym majdanem nie dotarlibyÀmy w Òadensposób do domów. Odkâd porzuciû MûodzieÒ ZiemPrzodków i zaczâû dziaûaå w lewicowej mûodzieÒów-ce na szczeblu wojewódzkim, przesiadû siÅ ze starejskody w nowiutkâ beemkÅ. Mama nie moÒe darowaåojcu, Òe tak szybko wycofaû siÅ z polityki: — Gdyby nie twój sûomiany zapaû, teÒ byÀmy mielitakâ brykÅ — powiedziaûa do niego jak zwykle z wy-rzutem, poprawiajâc na gûowie imponujâcy kok z dûu-gich, krwistoczerwonych dredów. Ojciec mruknâû coÀ zawstydzony, bo chociaÒniedûugo stuknie im jakieÀ tam srebrne czy brylanto-we wesele, nadal nie uodporniû siÅ na maminy kryty-cyzm. Potem wszystkie trzy kobiety rzuciûy siÅ namaûego Rudolfa, jakby byû co najmniej nowym wcie-leniem Buddy, trajkoczâc jedna przez drugâ: — A kizia, kizia, ziabecko! — A dili, dili, koteczku! — A guga, guga, skalbecku! Rudolf spojrzaû na nie, uÀmiechajâc siÅ od ucha doucha, po czym donoÀnie beknâû, co zostaûo przyjÅteprawie zbiorowâ histeriâ. Wedûug mnie kobiety po-winno siÅ izolowaå od dzieci, bo dostajâ maûpiegorozumu. Po zaûadowaniu gratów do wypasionego bagaÒ-nika wypasionej beemki okazaûo siÅ, Òe trzeba wez-waå taksówkÅ, najlepiej busa. Byûo nas caûe mrowie,16
  • 13. co potwierdza tezÅ, Òe jednostki patologiczne mnoÒâsiÅ w spoûeczeºstwie bez Òadnego umiaru. W dodat-ku na tylnym siedzeniu z godnoÀciâ spoczywaû Bul-wiak i prowadziû oÒywczâ pogawÅdkÅ z wyimagi-nowanym rozmówcâ. — Oliwkowa pulpa i wytûoczyny pozostaûe popierwszej szarÒy puûku uûanów zaiste przechowujesiÅ w szczelnie zamkniÅtych szkatuûach, które zawie-rajâ wszystkie insygnia wûadzy cesarskiej. Biedakowi juÒ dawno pomieszaûo siÅ w gûowie,Òyje juÒ tyle lat, Òe sam nie pamiÅta, kiedy siÅ urodziû.Po Àmierci babci kompletnie siÅ zaûamaû i tylko cza-sami odzyskuje dawnâ intelektualnâ sprawnoÀå.Zawsze gdy go widzÅ, serce mi topnieje od niewysûo-wionej czuûoÀci. Kocham go bardziej niÒ matkÅ i ojcarazem wziÅtych, co oni przyjmujâ zresztâ z wielkâwyrozumiaûoÀciâ. — MiûoÀå zobowiâzuje. Wiesza ci kamieº u szyi.— Tak kiedyÀ mama streÀciûa swoje poglâdy na temattego najwznioÀlejszego uczucia, wynoszâcego ludz-koÀå ponad królestwo zwierzât. Kiedy nadzieja naszych poûâczonych rodzin zo-staûa bezpiecznie umocowana w dziecinnym krzeseû-ku, pochyliûem siÅ i z uczuciem pocaûowaûem Bul-wiaczka w jego dorodnâ brodawkÅ na sinym nosie.Podniósû mÅtne oczÅta i zûoÒyû mi na dûoni uroczystycmok, mówiâc przy tym: — To dla mnie zaszczyt, hrabino. — AleÒ caûa przyjemnoÀå po mojej stronie, murgra-bio — odpowiedziaûem i wpakowaûem siÅ obok niego. Blacha ruszyû z fasonem, palâc gumy i zostawia-jâc na chodniku ElkÅ razem z jej wybujaûym mniema-niem o sobie. 17
  • 14. W domu Zawsze kiedy mam przekroczyå progi rodzinne-go domu, natychmiast uruchamia siÅ mój instynktprzetrwania, kaÒâc mi zachowaå wzmoÒonâ czujnoÀå.Spadajâca znienacka na kark gilotyna jest jednâ z naj-ûagodniejszych form powitania, jakie czeka na do-mowników. Nigdy nie wiadomo, czego siÅ spodzie-waå, choå wiadomo, Òe zawsze najgorszego. CzasemczujÅ siÅ, jakbym mieszkaû na bombie z opóÎnionymzapûonem. Tym razem, gdy tylko wtarabaniliÀmy siÅdo przedpokoju, na mojâ twarz spadûo coÀ Àliskiegoi lepkiego. W takiej sytuacji od nikogo nie moÒnawymagaå, Òeby zachowaû siÅ jak mÅÒczyzna. — Aaaaaaaaa!!!!! — W popûochu przewróciûem ojcai kotûowaliÀmy siÅ u maminych stóp niczym obûâkanekarûy. — Powstaå! — padûa komenda. — I bez histerii. òatwo to powiedzieå komuÀ, kto w katowaniubliÎnich osiâgnâû najwyÒszy stopieº wtajemniczenia.Kiedy rozcieraûem obolaûe kolana, mama wyjaÀniûa, Òepodzieliûa maskujâcâ siatkâ wszystkie pomieszczeniaw domu, wyznaczajâc tym samym terytorium mÅskiei Òeºskie. Tym gestem odciÅûa siÅ kategorycznie odjakichkolwiek zwiâzków przyczynowo-skutkowychz nami, czyli z samcami. Znaczy siÅ z gorszâ czÅÀciâludzkoÀci. Ojciec spojrzaû na mnie i ukradkiem narysowaûsobie kóûko na czole. — Widziaûam — wysyczaûa mama. — I powiem tyl-ko, Òe siÅ zemszczÅ. Od kiedy zaczâûem rozumieå, co oznacza pojÅcieludzkiej godnoÀci, obiecywaûem sobie, Òe stawiÅ czoûo18
  • 15. tej bezwzglÅdnej tyranii, nawet gdybym miaû za-wezwaå na pomoc Komitet Helsiºski. Niestety, wûa-dza mamy wykracza poza moÒliwoÀci zwykûegoÀmiertelnika. Siatka byûa przymocowana pinezkami do Àciani sufitu, co umoÒliwiaûo unoszenie jej i przechodzeniedoûem. Caûe szczÅÀcie, bo strach pomyÀleå, co by byûo,gdybyÀmy zostali odciÅci od toalety! Po ,,mÅskiej“stronie znajdowaûy siÅ wszystkie znienawidzoneprzez mamÅ obiekty: pralka, zlewozmywak, kuchen-ka gazowa, a to oznaczaûo ponad wszelkâ wâtpliwoÀå,Òe zwiâzane z nimi czynnoÀci przypadnâ w udzialewûaÀnie nam. Na Gonzo nie ma co liczyå w tej kwestii,ojciec jest kompletnym ciamajdâ (smaÒâc kiedyÀ ja-jecznicÅ z dziesiÅciu jaj, tylko trzy zdoûaû wybiå wprostna patelniÅ), Bulwiak ma parkinsona i sklerozÅ. Jedy-nym, którego w tej sprawie moÒna bez skrupuûówwykorzystywaå, jestem ja. Ciekawe, dlaczego juÒmnie to nie dziwi? A przecieÒ dopiero co wróciûemz wyczerpujâcych wczasów, padam z wycieºczenia,w dodatku dziÀ sâ moje urodziny! Czy nikt juÒ o tymnie pamiÅta? Caûe szczÅÀcie, Òe nie umarûem ze zgryzoty, bo pochwili mama zamknÅûa siÅ z ojcem w kuchni, zawiera-jâc tymczasowy pokój. JuÒ myÀlaûem, Òe robiâ podziaûmajâtku w razie rozwodu, ale nie. Wkroczyli, niosâcdumnie tort z zapalonymi Àwieczkami. Jedyny zgrzytstanowiûa ich liczba: 19. TuÒ po zûoÒeniu mi oglÅdnychÒyczeº (mama: ,,wszystkiego najlepszego, jeÀli to co-kolwiek pomoÒe“, tata: ,,zdrówka“) rodzice rozpoczÅ-li zajadûy spór na temat mojego wieku. Tym razemwygraû ojciec, zgadujâc, Òe koºczÅ 18 lat. Ale to chyba 19
  • 16. nie jest normalne, kiedy rodzice nie bardzo siÅ w tymorientujâ, prawda? Kiedy wreszcie udaûo mi siÅ zdmuchnâå Àwieczki(chyba po raz pierwszy w Òyciu nie przypaliûem sobiewûosów), mama wypiÅûa lichâ pierÀ: — Mamy dla ciebie prezent. — Prawdziwy prezent na prawdziwe dorosûe Òycie— doûâczyû siÅ ojciec, ale zaraz porzuciû ten entuzjas-tyczny ton i spuentowaû grobowo: — Taaa... bo teraz tojuÒ bÅdzie z górki. Ani siÅ czûowiek obejrzy, a miniemu Òycie i bÅdzie kopaû w kalendarz. — Hm, wiÅc zaûoÒyliÀmy ci z ojcem indywidualnekonto w banku — mama pÅkaûa z dumy — emerytalne. Gdy jeszcze Gonzo wrÅczyû mi przewiâzanywstâÒkâ prezent, mogûem spodziewaå siÅ juÒ tylkonajgorszego. I nie myliûem siÅ. W Àrodku byû preparatwitaminowy na prostatÅ i pûyn na porost wûosów.Przed póûnocâ wpadli Filip z Helâ i przynieÀli mi wspa-niaûego francuskiego szampana. ChociaÒ oni mielidobry pomysû. Niestety, przy otwieraniu dostaûemkorkiem w oko. JuÒ taki mój los... 1 wrzeÀnia Nie wyspaûem siÅ. Przez póû nocy tkwiûem przedlustrem w ûazience, sprawdzajâc, czy przypadkiemnie ûysiejÅ. Byûby to straszny niefart. W naszym domuta przypadûoÀå dotknÅûa juÒ Àp. babciÅ, OponÅ (teÒÀwiÅtej pamiÅci) oraz ojca (jeszcze Òyje). Ten pûyn naporost wûosów nie dawaû mi spokoju. MoÒe to taktow-na aluzja? Eee, chyba jednak zwykûy Òart. Nie zoba-czyûem na razie Òadnych zakoli, ale muszÅ byå czujny.20
  • 17. Gonzo pomaszerowaû dziÀ dumnie do Àwiâtyniwiedzy. W szkolnym garniturku wyglâda jak kosmi-ta. Próbowaûem podnieÀå jego plecak ze szkolnâ wy-prawkâ. Chryste, waÒy chyba ze dwadzieÀcia kilo.I jak te biedne dzieciaki majâ mieå proste krÅgosûupy?Jak tak dalej pójdzie, to za dwa lata Gonzo bÅdzie jeÎ-dziû na wózku inwalidzkim, urzâdzajâc wyÀcigi z Bul-wiakiem. JeÀli oczywiÀcie Bulwiaczek dociâgnie dotego czasu. SpoÒywa juÒ tylko produkty póûpûynne,mamlâc je uparcie bezzÅbnymi dziâsûami. PotajemniedajÅ mu od czasu do czasu ûyknâå koniaczku trzyma-nego w kuchni na czarnâ godzinÅ. Odzyskuje po nimtrzeÎwoÀå umysûu i opowiada nam sproÀne historie zeswego Òycia. Siedzimy wtedy z ojcem i z Gonzo u jegostóp i sûuchamy jak zaklÅci. Od samego rana mama zagoniûa mnie do pestko-wania Àliwek. BÅdziemy robiå powidûa. Znajâc Òycie,pewnie ja bÅdÅ je robiû. SiedzÅ juÒ dwie godziny, zo-staûo mi jeszcze siedem kilo. TrochÅ mi wolno idzie, bomam na nosie czarne okulary przeciwsûoneczne, podnimi zaÀ przepiÅkne limo od wczorajszego szampana.Oto wkûad mego brata w uczczenie mojej osiemnastki. Po godzinie dobijaûem do piâtego kilograma, kie-dy weszûa mama: — Na Àmierå zapomniaûam. List do ciebie. LeÒy tuod paru dni. Z Filmówki. Z Filmówki? Ostrze noÒa zjechaûo po pestce, prze-cinajâc mi nadgarstek. — Tylko mi siÅ tu nie tnij. MoÒe ciÅ jednak przyjÅli? BoÒe, waÒâ siÅ moje losy, moje ,,byå albo niebyå“, a ona mówi o tym, jakby to byûo zawiadomienieo otwarciu nowego sklepu! Rozerwaûem kopertÅ,omal nie wybijajâc sobie zÅba. 21
  • 18. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .

×