Korespondent - Grażyna Jagielska - ebook

553 views

Published on

Published in: Education
0 Comments
0 Likes
Statistics
Notes
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

No Downloads
Views
Total views
553
On SlideShare
0
From Embeds
0
Number of Embeds
1
Actions
Shares
0
Downloads
1
Comments
0
Likes
0
Embeds 0
No embeds

No notes for slide

Korespondent - Grażyna Jagielska - ebook

  1. 1. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .
  2. 2. w serii ukaza∏y si´:Artur Baniewicz Góra Trzech SzkieletówArtur Baniewicz Drzymalski przeciw RzeczpospolitejAnna Bojarska List otwarty do królowej WiktoriiAnna Bojarska JaMarek Bukowski Wys∏annik szatanaAndrzej Horuba∏a FarciarzWitold Horwath SeansKrystyna Kofta Krótka historia Iwony TrampMarek ¸awrynowicz Kino „Szpak“Marek ¸awrynowicz Pogoda dla wszystkichGabriel Meretik Kryptonim „Luksemburg“Tomasz Mirkowicz Pielgrzymka do Ziemi Âwi´tej EgiptuJoanna Rudniaƒska MiejscaHanna Samson Pu∏apka na motylaMa∏gorzata Saramonowicz SiostraMa∏gorzata Saramonowicz LustraJerzy Sosnowski Apokryf Ag∏aiJerzy Sosnowski Linia nocnaMarcin Wolski AlterlandMariusz Ziomecki Lato nieÊmiertelnych
  3. 3. Partyzanci Malika przyszli po nich tuŇ przed Ŕwitem,niemal w ostatniej chwili. Od jeziora Dal ciâgnâű przenikliwy nocny chűód, kiedyMatyasowie schowali siĹ w jednym z zauűków StaregoMiasta, na tyűach meczetu, który wczoraj wskazaű imWysűannik. Teraz wszystko wyglâdaűo inaczej niŇ zadnia, w sűoºcu. Nad wodâ zawisűa mgűa i zaczĹűa siĹwciskaĺ w uliczki, góry znikűy zupeűnie. Nie byűo teŇwidaĺ wieŇy telewizyjnej, która miaűa byĺ punktemorientacyjnym, i Matyasowie zwâtpili, czy czekajâ wewűaŔciwym miejscu. Pachniaűo miastem stojâcym nad wodâ i kwiatami lo-tosu, które o tej porze roku zaczynaűy przekwitaĺ. Jesieºprzyszűa szybciej niŇ zwykle i byűa chűodna. Kaszmir-czycy sami siĹ temu dziwili, mówili, Ňe jeszcze tydzieº,dwa, i bĹdzie po wszystkim, z zielonych, pachnâcych lo-tosowych upraw pozostanie wodne Ŕciernisko. Zagajnikiwokóű jeziora juŇ pobrâzowiaűy, a woda nabraűa barwyostrego bűĹkitu. Dolina starzaűa siĹ w okamgnieniu,surowo, jakby chciaűa powiedzieĺ, Ňe skoro to nieodwo-űalne, nie bĹdzie siĹ ze sobâ cackaĺ.
  4. 4. 10 Tej nocy znów próbowali dostaĺ siĹ do dowódcypowstania, po raz trzeci w ciâgu miesiâca. — Zaraz zrobi siĹ jasno, bĹdzie za póÎno — powiedziaűAdam Matyas. Pierwsze podejŔcie, sprzed dwóch tygodni, byűozupeűnie nieudane. Nikt po nich nie przyszedű. Nie do-wiedzieli siĹ dlaczego, nie byűo kogo spytaĺ. Wysűannikpojawiű siĹ ponownie dopiero po tygodniu i niczego niewyjaŔniű. Zawiózű ich tylko na miejsce nastĹpnego spot-kania i z okna samochodu pokazaű zakűad tkacki, przedktórym mieli czekaĺ o tej zűudnej, mĹtnej godziniemiĹdzy nocâ a dniem. — Peűna konspiracja — zauwaŇyűa Caroline. Widaĺ byűo, Ňe zaniepokojony jest nawet Opiekun,czűowiek, który organizowaű dojŔcie do Malika i od mie-siâca przechowywaű ich na hotelowej űodzi w póűnocnejczĹŔci jeziora, z dala od centrum. Hindusi nie zaglâdalitam prawie nigdy. W ogóle bali siĹ tego jeziora i tychgór, trzymali siĹ ŔródmieŔcia i staűego lâdu, tylko za dniawypuszczajâc w miasto samochody z Ňoűnierzami. Wie-czorem urzâdzali obűawy na partyzantów albo zaszywalisiĹ w bazach i za ulicznymi barykadami z worków. — Sprawdzajâ was — hotelarz cmoknâű z niezadowo-leniem. TuŇ po póűnocy przychodziű do ich pokoju, Ňeby na-paliĺ w piecyku i jak zwykle przypomnieĺ, Ňe Ŕpiâw tym samym űóŇku, co Mick Jagger w osiemdziesiâtymdziewiâtym.
  5. 5. 11 — Tylko szeŔĺ lat, szeŔĺ lat — powtarzaű, peűen niedo-wierzania. — Strach, jak siĹ wszystko zmieniűo! WtedyŇyűo siĹ jeszcze normalnie, prowadziűo jakieŔ interesy,a teraz? Trzecie powstanie mamy i jesteŔmy jakby miĹ-dzy műotem a kowadűem. Hindusi nas gnĹbiâ za wspóű-pracĹ z Frontem Wyzwolenia, do wiĹzieº wsadzajâ,a nie wspóűpracowaĺ z mudŇahedinami strach. TeŇpotrafiâ zaleÎĺ za skórĹ. No i jak tu Ňyĺ? Ludzie samijuŇ nie wiedzâ, co lepiej, czy Ňeby nas PakistaºczycywziĹli, czy Hindusi nam trochĹ odpuŔcili. Na razie tomamy okupacjĹ i tylko co rano trupy rzekâ pűynâ —mówiű, ukűadajâc podpaűkĹ na palenisku. Paliű w piecyku nocâ, bo inaczej rano ubrania byűymokre. Za dnia woziű dziennikarzy szikarâ* po jeziorze,Ňeby űyknĹli ŔwieŇego powietrza, ale wolaű, jak siedzieliw hotelowej űodzi i nie rzucali siĹ w oczy. Adam na próŇ-no tűumaczyű, Ňe musi nawiâzaĺ kontakt z miastem, po-trzebuje ludzi, nie krajobrazów. Opiekun tylko krĹciű gűo-wâ i mówiű, Ňe i tak nikt z nim nie bĹdzie gadaű, Kasz-mirczycy od dawna nie rozmawiajâ z obcymi. — A taki byű z nas przyjacielski naród — dodawaűz Ňalem. Wysűaű ich na drugie i trzecie spotkanie z par-tyzantami, juŇ bez wiĹkszych nadziei, Ňe ktoŔ po nichprzyjdzie. Przy drugiej próbie Hindusi zrobili nalot na miejskâbazĹ mudŇahedinów, wybuchűy walki i nikt nie przy-szedű pod zakűad tkacki. Teraz znów robiűo siĹ za jasno. *szikara — podobna do gondoli űódÎ, uŇywana na kaszmirskichjeziorach
  6. 6. 12 Patrzyli bezradnie, jak mgűa, ostatni sprzymierzeniec,umyka im spod nóg, róŇowieje i cofa siĹ ku wodzie. Od-sűoniűa nadbrzeŇe i zobaczyli űodzie-widma po drugiejstronie ulicy, obroŔniĹte rzĹsâ, bo do Kaszmiru od daw-na nie przyjeŇdŇali turyŔci. Hotele butwiaűy wiĹc w bocz-nych odnogach jeziora. PiĹĺ, najwyŇej dziesiĹĺ minut... W gűĹbi dzielnicy, za ich plecami rozlegűo siĹ stukniĹ-cie, jedno, drugie, potem rytmiczne poskrzypywaniepompy i chlupot wody przelewanej z wiadra do wiadra.W górze coŔ trzasnĹűo, jakby zbyt gwaűtownie otwartaokiennica. Czuűo siĹ, Ňe miasto juŇ nie Ŕpi i czeka tylkona koniec godziny policyjnej, Ňeby wróciĺ do codzien-nych zajĹĺ. Nie byűo wâtpliwoŔci — wstawaű dzieº. — Szlag by to trafiű! — powiedziaű Matyas. Opiekun czekaű na Ŕwit w hotelowej űodzi na nadbrze-Ňu. Ze zrujnowanego salonu miaű widok na dziedziniecmeczetu z nieczynnâ fontannâ i dziennikarzy czekajâ-cych w napiĹciu po drugiej stronie ulicy. Przez pierwszâ,drugâ godzinĹ stali tak nieruchomo, Ňe byli prawie nie-widoczni na tle szarego muru. Potem zaczĹli przestĹpo-waĺ z nogi na nogĹ, przytupywaĺ z coraz wiĹkszymzniecierpliwieniem. DrŇeli z zimna mimo koców i ku-beűków z wĹglem, jakie daű im na drogĹ. Baű siĹ, Ňenie wytrzymajâ. TuŇ przed Ŕwitem znad jeziora nadciâgnĹűa mgűai dziennikarze zniknĹli mu z oczu. PoŔród szarego wil-gotnego tumanu on teŇ straciű rozeznanie, sam zwâtpiű,
  7. 7. 13czy to siĹ moŇe udaĺ, ale na chwilĹ przed wschodemsűoºca ukazali siĹ znowu, przy fontannie, tam gdzie wi-dziaű ich przed opadniĹciem mgűy. TeŇ fach mieli ci ludzie! Od Ŕwitu dzieliűy ich minuty. Matyasowie nawykli do czekania. Tak samo byűow Sierra Leone w dziewiĹĺdziesiâtym trzecim, rok póÎ-niej w Czeczenii, w Sri Lance i wielu innych miejscach,juŇ tyle razy, Ňe nie spodziewali siĹ niczego innego.Czekanie byűo nieodűâcznâ czĹŔciâ zawodu. Czekaűo siĹna przewodników, na wywiady, na akcjĹ; w hotelach,sztabach, na dworcach autobusowych i na tyűach fron-tów. Niemal wszĹdzie, jakby ta wymuszona przerwaw pogoni za wydarzeniem byűa zaliczkâ za news. Pűacilijâ bez szemrania, jak wszyscy dziennikarze, którym zdo-bywanie informacji na pierwsze strony gazet i czoűówkitelewizyjnych serwisów weszűo w krew, stajâc siĹ nar-kotykiem. Wszystkich razem moŇna byűo spotkaĺ tylkotam, gdzie zdarzyűa siĹ wojna, trzĹsienie ziemi, klĹska.Potem znikali, rozpraszali siĹ, zapodziewali gdzieŔ, bywypűynâĺ w innym punkcie Ŕwiata, znów zjednoczeniw poŔcigu za newsem. Tworzyli zamkniĹty, elitarnyklub, jak ludzie zűâczeni rzadkâ Ŕmiertelnâ chorobâ,z którâ jednak trzeba Ňyĺ aŇ do koºca. Czasem ktoŔ wy-padaű z gry — popeűniaű samobójstwo albo ginâű, mniejlub bardziej bezsensownie. Bardzo rzadko ktoŔ rezygno-waű gnĹbiony zwâtpieniem.
  8. 8. 14 Od jakiegoŔ czasu, którego sam nie potrafiűby okreŔ-liĺ, Adam Matyas nie chciaű naleŇeĺ do tej grupy. Jadâcdo Kaszmiru, tak oddalonego od dziennikarskich szla-ków, pragnâű odűâczyĺ siĹ od sfory, choĺ raz w Ňyciunapisaĺ o czymŔ, co nie bĹdzie oczywistym Tematem.Szukaű materiaűu, który nie byűby ulotnâ, powszechnâzdobyczâ, o Ňywocie tak krótkim jak serwis informacyj-ny. Marzyű o zrobieniu czegoŔ prawdziwego. Kaszmir miaű mu to umoŇliwiĺ i dlatego Adam byűgotów czekaĺ. Wysűannik podjechaű póűciĹŇarówkâ w chwili, gdywysoko na niebie ukazaű siĹ zarys zachodnich Himala-jów. Jakby na dany znak na jezioro wypűynĹűy pierwszepasaŇerskie szikary i űodzie poűawiaczy wodorostów.Ludzie stawali w progach domów, wychodzili na ulicĹi wciâgali gűĹboko powietrze, jeszcze przesiâkniĹte zapa-chem jeziora, próbujâc wyczuĺ zmiany, jakie zaszűyprzez noc. Wysűannik wychyliű siĹ z okna i kazaű Matyasomwsiadaĺ, byle szybko i do szoferki, bo z tyűu ma ludzii worki z jabűkami. — Nazywam siĹ Abdul Rahman — powiedziaű. Namacaűw póűmroku ich dűonie, zlodowaciaűe mimo kubeűkówz Ňarzâcym siĹ wĹglem. — Piorunem bĹdziemy na miej-scu. Jabűka sâ dla niepoznaki, nie bĹdziemy ich terazrozwoziĺ. Przykro mu, Ňe tak dűugo siĹ zeszűo, powiedziaű, alemajâ kupĹ roboty, bo trzy dni temu zdekonspirowano
  9. 9. 15bazĹ i zakűadajâ nowâ. — TuŇ pod bokiem Hindusów —zaŔmiaű siĹ. — Oni po jednej stronie ulicy, my po drugiej.Dobre miejsce. — DuŇe ponieŔliŔcie straty? — zapytaű Matyas. WyraÎnie pojaŔniaűo i mógű juŇ dostrzec pucoűowatâtwarz Rahmana. Świt, którego przed chwilâ tak siĹ baű,teraz przyniósű odprĹŇenie. Jechali ciĹŇarówkâ z dosta-wâ jabűek, na ulicach pospiesznie rozkűadano stragany,ludzie pchali siĹ do autobusów, zaűatwiali swoje sprawy.Deszcz wisiaű w powietrzu. — Gdzie? W starej bazie? — Abdul Rahman rzuciűMatyasowi nieokreŔlone spojrzenie. Widaĺ byűo, Ňe samnie wie, co o tym wszystkim sâdziĺ. — Komendant kazaűmi z wami rozmawiaĺ — dodaű prawie z pretensjâ i jakbyna usprawiedliwienie. Adam nie wiedziaű, jakiego komendanta Rahman mana myŔli, ale czuű, Ňe moŇe spűoszyĺ Wysűannika byleczym, dlatego nie pytaű wiĹcej. Dűugi czas jechali w mil-czeniu. MinĹli pustâ dzielnicĹ bazarowâ, domy spaloneprzez Hindusów w dziewiĹĺdziesiâtym trzecim po nie-udanej pogoni za partyzantami. Z Wielkiego Meczetuodezwaű siĹ jĹkliwy gűos muezina, wzywajâcy do poran-nej modlitwy, stűumiony przez szyby i warkot silnika.Choĺ byűa dopiero szósta, poboczem drogi ciâgnâű juŇna póűnoc, pod wiĹzienie Ŕledcze, dűugi pochód czarnoubranych kobiet. Przez caűy dzieº staűy uczepione prĹ-tów ogrodzenia otaczajâcego dawny paűac maharadŇy,wyczekujâc wieŔci o aresztowanych, a wieczorem wra-caűy do domu, by rano ruszyĺ z powrotem drogâ wzdűuŇ
  10. 10. 16rzeki. Matyasowie widzieli je kiedyŔ z űódki ukrytejw pűywajâcych ogrodach. — CzĹsto siĹ to zdarza? — spróbowaű Adam jeszcze raz. W odpowiedzi Abdul Rahman uderzyű piĹŔciâ w tyl-nâ ŔciankĹ szoferki, dajâc znak swoim ludziom podbudâ, i przyhamowaű delikatnie przed bunkrem naskrzyŇowaniu. — Niby likwidacja bazy? — zapytaű. Powoli, prawie opieszale, objechaű barykadĹ z wor-ków i drucianych zasieków. Ďoűnierze chyba jeszczespali, bo lufa karabinu wycelowana w jasne niebo, tuŇpod dachem bunkra, nie powĹdrowaűa za samochodem.I wyglâdaűo na to, Ňe mimo wszystko nie bĹdzie padaĺ,dzieº wstawaű piĹkny. — Tak, tak, likwidacja bazy — powtórzyű Rahman.Adam zrozumiaű, Ňe niczego siĹ od niego nie dowie, mi-mo przyzwolenia Komendanta. — Zresztâ, zaraz bĹdzie-my na miejscu. Jechali na póűnoc. Domy, w starej dzielnicy upchaneciasno, rozstâpiűy siĹ, gdy tylko minĹli wzgórze z wiĹzie-niem ,,Papa 2”, znikűy równieŇ wojskowe posterunki.Dalej ciâgnĹűy siĹ pola, ogrody i jabűkowe sady. W nie-których pospiesznie koºczono zbiory, w innych owijanojuŇ drzewka wiâzkami sűomy. — Wyjâtkowo wczesna jesieº — powiedziaű Rahman.— Dawno takiej nie byűo. — RozeŔmiaű siĹ na znak, Ňerozumie, jakim jest niemiarodajnym Îródűem. Miaű do-piero dwadzieŔcia dwa lata, a ostatnich szeŔĺ spĹdziűw wiĹzieniu na wzgórzu, gdzie nie rozróŇnia siĹ pór
  11. 11. 17roku. — BĹdziemy trochĹ kluczyĺ — wyjaŔniű przepra-szajâco. — Tylko tak, Ňeby jakiego nieszczĹŔcia nie byűo.Na wypadek, gdyby was Hindusi namierzyli. Rozumiesz,nowa baza. PrĹdzej czy póÎniej jâ znajdâ, ale jeszcze nieteraz. Chyba Ňeby przez was, cudzoziemców, bo siĹrzucacie w oczy. Przejechali most na rzece znacznie wĹŇszej niŇ DŇhe-lum i odbili na zachód. Po prawej stronie ukazaűa siĹduŇa poűaĺ wody, która juŇ nie mogűa naleŇeĺ do gűów-nego jeziora, ale i ona uciekűa w tyű, kiedy Rahman skrĹ-ciű w bocznâ drogĹ. Jechali niâ bardzo dűugo, aŇ znówukazaűy siĹ zabudowania, a sűoºce zaczĹűo przypiekaĺprzez szyby. — DuŇo wojska w mieŔcie? — zapytaű Matyas, Ňeby od-goniĺ sennoŔĺ. W szoferce byűo duszno, pachniaűo zgni-liznâ. Jabűka musiaűy jeÎdziĺ z Rahmanem od dawna. — Czy duŇo wojska w mieŔcie? — powtórzyű Wysűanniki uŔmiechnâű siĹ krzywo. — TrochĹ jeszcze pojeÎdzimy,na wszelki wypadek. Trzeba tyűów pilnowaĺ. ĎebyŔcienam kogo na gűowĹ nie ŔciâgnĹli — zachichotaű. Dochodziűo poűudnie, kiedy Matyasowi rzeczywis-toŔĺ wymknĹűa siĹ z râk niby zbyt ciĹŇki worek i przestaűwalczyĺ z Rahmanem. Caroline spaűa od dawna. PrzezchwilĹ wydawaűo mu siĹ, Ňe sâ w pokoju, na űodziOpiekuna, który pali w piecu i mówi, Ňe mudŇahediniich sprawdzajâ, potem mignâű mu jeszcze kawaűek dolinyz meczetem Hazratbal, biaűym i lŔniâcym na tle oŔnie-Ňonych gór, ale to musiaűo byĺ zűudzenie, poniewaŇznajdowaű siĹ z zupeűnie innej strony jeziora. Chciaű
  12. 12. 18powiedzieĺ Rahmanowi, Ňe nie musi tak kluczyĺ, boOpiekun trzymaű ich z dala od miasta, nie potrafilibyodnaleÎĺ w nim Ňadnego miejsca, ale juŇ nie zdâŇyű. Przez dűugi czas Matyas rozróŇniaű w mroku jedyniesiwâ czuprynĹ doktora Firhoza, szefa sztabu, i tych mu-dŇahedinów, którzy mieli na gűowach biaűe chusty. Po-tem ktoŔ otworzyű drzwi i w Ŕwietle z podwórka zoba-czyű, Ňe izba jest peűna ludzi. Wszyscy siedzieli pod Ŕcia-nami; Adam miĹdzy doktorem a grubym mĹŇczyznâw panterce, Caroline po drugiej stronie izby. Nowa baza skűadaűa siĹ z kilku zwykűych kamienic,które nie speűniaűy wymogów militarnych i trzeba je byűoprzebudowaĺ. Partyzanci wybijali furtki w murach ota-czajâcych podwórka, kiedy wiĹc drzwi sztabu siĹ otwie-raűy, sűychaĺ byűo uderzenia műotów i chrobot kruszo-nych cegieű. Wchodziűo coraz wiĹcej ludzi, duŇo teŇ musiaűo wy-chodziĺ, poniewaŇ Ŕrodek izby ciâgle pozostawaű pusty.Bűyski Ŕwiatűa nastĹpowaűy teraz co parĹ minut i Adamzaczâű rozpoznawaĺ kolory zawojów okrĹconych wokóűtwarzy tak ŔciŔle, Ňe odznaczaű siĹ ksztaűt czoűa, nosai ust. Dűugi czas pod Ŕcianâ naprzeciwko siedziaű starszymĹŇczyzna w biaűo-czarnej chuŔcie, potem zmieniű goktoŔ o znacznie műodszych oczach, ale zniknâű przynastĹpnym otwarciu drzwi. Podczas krótkich dopűywów Ŕwiatűa Adam szukaűWysűannika. Dűugo byű przekonany, Ňe Rahman siedzi
  13. 13. 19po drugiej stronie doktora Firhoza, kiedy to jednaksprawdziű, okazaűo siĹ, Ňe miejsce jest puste. Milczeniew izbie siĹ przeciâgaűo, szef sztabu nie odzywaű siĹ na-wet wtedy, gdy skűadano mu szeptem meldunki. Adamnie mógű sam zaczâĺ rozmowy, czekaű wiĹc i myŔlaű,Ňe i tak jest lepiej, niŇ siĹ spodziewaű. Co parĹ minut dyŇurny mudŇahedin w biaűo-czarnejchuŔcie przechodziű przez pokój, nachylaű siĹ nad Firho-zem i coŔ do niego mówiű, ale nie otrzymywaű odpowie-dzi. Wracaű do drzwi, zamykaű je za sobâ i znów wszyscymilczeli. Z zewnâtrz dochodziűo zgrzytanie wiertűa. Matyas zastanawiaű siĹ, czy na spotkanie przyjdzieprzywódca powstania, a jeŇeli nie, jak o niego zapytaĺ.Mógű siedzieĺ i milczeĺ, jak dűugo Ňyczyli sobie gospoda-rze, ale potrzebowaű podstawowych informacji, punktuzaczepienia. — Macie tu remont — odezwaű siĹ, do nikogo w szcze-gólnoŔci. — Ano — przyŔwiadczyű mĹŇczyzna w panterce. Wszedű partyzant z meldunkiem. Powiedziaű parĹsűów, nie otrzymaű odpowiedzi i zawróciű do drzwi. NajwyraÎniej nadal ich sprawdzano, a moŇe powstaº-cy tak wűaŔnie wyobraŇali sobie udzielanie wywiadu.Matyas zaczâű siĹ baĺ, Ňe zaraz odstawiâ ich ciĹŇarówkâpod stary meczet i tyle z tego bĹdzie. Ale wűaŔnie wtedyszef sztabu podniósű siĹ, mówiâc, Ňe pora ruszaĺ na sty-pĹ do Starego Szejka. Za nim wstali inni i wyszli na roz-sűonecznione podwórko, gdzie partyzanci űadowali gruzna taczki.
  14. 14. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .

×