MAREK           KRAJEWSKI     g³owa       Minotaura                                    Marek Krajewski (ur. 1966) – najbar...
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment                      pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać t...
MAREK    KRAJEWSKIg³owa  Minotaura
Gianrico Carofiglio  Świadek mimo woli                     Z zamkniętymi oczamiMariusz Czubaj       21:37Martha Grimes    ...
MAREK    KRAJEWSKIg³owa  Minotaura
Copyright © by Marek Krajewski, 2009             Wydanie I           Warszawa 2009
Mojemu śp. Wujowi, Michałowi Obłąkowi,          który pierwszy opowiedział mi              o Lwowie swojej młodości
Część IWejście do labiryntu
Znam pewien labirynt [...] złożony z jedynej liniiprostej. W tej linii zagubiło się już tylu filozofów,że z łatwością może...
Lwów, wtorek 9 maja 1939 roku,godzina piąta ranoNad Starym Rynkiem wstawał świt. Różowy blask wdzie-rał się między nędzne ...
mali w dłoniach. Nikt z lwowskich uliczników i robotni-ków nie podziwiał różanopalcej Eos, rzeźbiącej trójkątnedachy szpit...
że musieli chodzić środkiem ulicy, aby uniknąć wciąg-nięcia do bramy i pobicia. Toteż posterunkowy z komi-sariatu III ucie...
– Przez sień i do końca, panie pulicaj – nieoczekiwa-nie odpowiedziała pani Aschkenazy.   Pirożek, nie zastanawiając się n...
jeszcze ciszej, wręczając mu latarkę. – Panie komisarzu,bez urazy, ali to straszna sprawa. Jak raz dla komisarzaPopielskie...
raz spojrzał na ciało. To nie były strupy. To były ranykłute.  Pirożek zatrzasnął drzwi wychodka. Dułapa patrzyłna niego z...
romanistycznych na Uniwersytecie Jana Kazimierza,kiedy jako jedna z czterech panien na wydziale, oto-czona była nieustanni...
rano wydzwaniano do Edwarda z komendy? W końcuobudziłby się i miałabym z nim krzyż pański.   Teraz Edward stał w przedpoko...
Ze spiżarki wyjęła pierniki juraszki, które rano kupiłau Zalewskiego, a potem włożyła do dzbanka świeżoutłuczone ziarna ka...
ło, że zawsze najpierw zjadał ciastka z kawą, a potemparówki z chrzanem i bułeczkami z masłem, popijającto herbatą. Lecz o...
ochoty na lekturę, albo wiedziałeś, co będzie na pierw-szej stronie. Założyłam to drugie.  – To prawda – odpowiedział ponu...
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment                      pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać t...
Głowa minotaura   Marek Krajewski
Upcoming SlideShare
Loading in...5
×

Głowa minotaura Marek Krajewski

592

Published on

0 Comments
0 Likes
Statistics
Notes
  • Be the first to comment

  • Be the first to like this

No Downloads
Views
Total Views
592
On Slideshare
0
From Embeds
0
Number of Embeds
0
Actions
Shares
0
Downloads
3
Comments
0
Likes
0
Embeds 0
No embeds

No notes for slide

Głowa minotaura Marek Krajewski

  1. 1. MAREK KRAJEWSKI g³owa Minotaura Marek Krajewski (ur. 1966) – najbardziej dziœ znany polski autor krymina³ów. Z wykszta³cenia filolog klasyczny. W 1999 roku debiutowa³ Œmierci¹ w Breslau, pierwsz¹ z serii powieœci z Eberhardem Mockiem, których akcja rozgrywa siê w dawnym Wroc³awiu. Kolejne tomy bestsellerowego cyklu to Koniec œwiata w Breslau (2003), Widma w mieœcie Breslau (2005), Festung Breslau (2006) oraz D¿uma w Breslau (2007). Razem z Mariuszem Czubajem opublikowa³ dwa krymina³y z cyklu, którego bohaterem jest nadkomisarz Jaros³aw Pater, pracuj¹cy w trójmiejskiej policji: Alejê samobójców (2008) oraz Ró¿e cmentarne (2009). Marek Krajewski otrzyma³ Paszport „Polityki” za rok 2005, Nagrodê Ksiêgarzy „Witryna” za najlepsz¹ ksi¹¿kê roku 2005 oraz honorow¹ Nagrodê Wielkiego Kalibru 2007. Jego powieœci s¹ t³umaczone na osiemnaœcie jêzyków, w tym angielski, hiszpañski, niemiecki, francuski, w³oski, czeski, duñski, grecki i hebrajski. www.marekkrajewski.pl – wydawnicza strona autoraLwowskie œledztwo Eberharda Mocka www.marek-krajewski.pl – strona prywatna
  2. 2. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .
  3. 3. MAREK KRAJEWSKIg³owa Minotaura
  4. 4. Gianrico Carofiglio Świadek mimo woli Z zamkniętymi oczamiMariusz Czubaj 21:37Martha Grimes Hotel Paradise Stacja Cold Flat Junction Hotel Belle Rouen Pod Huncwotem Pod Przechytrzonym LisemJean-Claude Izzo Total Cheops Szurmo SoleaTomasz Konatkowski Przystanek Śmierć Wilcza wyspaMarek Krajewski Koniec świata w Breslau Widma w mieście Breslau Festung Breslau Dżuma w BreslauMarek Krajewski, Mariusz Czubaj Aleja samobójców Róże cmentarneJens Lapidus Szybki cashHenning Mankell Morderca bez twarzy Psy z Rygi Biała lwica Mężczyzna, który się uśmiechał Fałszywy trop Piąta kobieta O krok ZaporaAleksandra Marinina Kolacja z zabójcą Gra na cudzym boisku Ukradziony sen Złowroga pętla Śmierć i trochę miłości Męskie gry Zabójca mimo woli Płotki giną pierwszeZygmunt Miłoszewski UwikłanieDenise Mina Pole krwi Martwa godzinaJoanna Szymczyk Ewa i złoty kot
  5. 5. MAREK KRAJEWSKIg³owa Minotaura
  6. 6. Copyright © by Marek Krajewski, 2009 Wydanie I Warszawa 2009
  7. 7. Mojemu śp. Wujowi, Michałowi Obłąkowi, który pierwszy opowiedział mi o Lwowie swojej młodości
  8. 8. Część IWejście do labiryntu
  9. 9. Znam pewien labirynt [...] złożony z jedynej liniiprostej. W tej linii zagubiło się już tylu filozofów,że z łatwością może się zgubić zwykły detektyw. Jorge Luis Borges, Śmierć i busola (przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski)
  10. 10. Lwów, wtorek 9 maja 1939 roku,godzina piąta ranoNad Starym Rynkiem wstawał świt. Różowy blask wdzie-rał się między nędzne budy, w których baby zaczęłyustawiać swe kociołki z barszczem i pierogami, osiadałna bańkach z mlekiem, które żydowski handlarz tar-gał na dwukołowym wózku z mleczarni Estery Fisch,i załamywał się na daszkach kaszkietów baciarów, któ-rzy stali w bramach i nie mogli się zdecydować, czypójść spać, czy czekać na otwarcie pobliskiego szyn-ku, gdzie mogliby zaspokoić bombą piwa palące poal-koholowe pragnienie. Poblask jutrzenki układał się nasukienkach dwóch dziewczyn, które – nie doczekawszysię w nocy żadnego klienta – w milczeniu wracały zeswoich stanowisk na Mostkach, by zniknąć w bramachprzy Mikołajskiej i Smerekowej, gdzie w ubogich izbachwynajmowały łóżko z parawanem. Mężczyznom, zmie-rzającym w pośpiechu przez Wysoki Zamek do fabrykiwódek Baczewskiego, różowe światło świeciło prostow oczy, lecz oni je ignorowali, wbijali wzrok w bruko-waną jezdnię i przyśpieszali kroku, a od ich szybkichruchów szeleściły torebki z chlebem i cebulą, które trzy- 9
  11. 11. mali w dłoniach. Nikt z lwowskich uliczników i robotni-ków nie podziwiał różanopalcej Eos, rzeźbiącej trójkątnedachy szpitala Sióstr Miłosierdzia, nikt się nie zastana-wiał nad cyklicznością zjawisk natury, nikt nie analizo-wał subtelnych zmian światła i barwnych niuansów. Podkomisarz Franciszek Pirożek, podobnie jak jegokrajanie, daleki był od homeryckich zachwytów. Jadąculicą Kazimierzowską nowiutkim policyjnym chevro-letem, patrzył z wytężoną uwagą na mieszkańców tejrobotniczej dzielnicy. Szukał u nich jakichś oznak szcze-gólnego niepokoju, wypatrywał grupek ludzi żywodyskutujących, a nawet zbitych w niebezpieczne kupyi uzbrojonych w jakieś narzędzia. Takich, którzy chcąsami zlinczować zbrodniarza. Nikogo podobnego niewidział wcześniej – ani na ulicy Kopernika, ani na Le-gionów. Nie widział i teraz. Stopniowo się uspokajał,a jego westchnienia ulgi stawały się coraz głośniejsze.Nie było zwiastunów jakichkolwiek rozruchów. Jakieżto szczęście, pomyślał, mijając Teatr Wielki i parkującprzed apteką na Żółkiewskiej 4, że tę potworność od-krył farmaceuta, rozsądny racjonalista, który nie miotasię po podwórku i nie wrzeszczy, budząc wszystkichdokoła! Pirożek wysiadł z automobilu, rozejrzał się i poczułścisk w gardle. Widok posterunkowego przed apteką nieuszedł uwagi okolicznych mieszkańców, którzy stali wo-kół i głośno, a nawet dość zuchwale i obcesowo, zasta-nawiali się nad poranną obecnością stróża prawa w tymmiejscu. Ten zaś spozierał na nich surowo spod daszkaczapki i raz na jakiś czas robił srogą minę, uderzającdłońmi w pałkę, wiszącą wzdłuż nogawki. W tej dziel-nicy policjanci nie wzbudzali respektu. Bywały czasy,10
  12. 12. że musieli chodzić środkiem ulicy, aby uniknąć wciąg-nięcia do bramy i pobicia. Toteż posterunkowy z komi-sariatu III ucieszył się, widząc Pirożka, zasalutował mui przepuścił do apteki. Podkomisarz wiedział, dokąd maiść. Skierował się za ladę, na której stał przestarzały te-lefon, przeszedł przez ciemną sień, potknął się o skrzyn-kę, w której leżała zardzewiała waga apteczna, i wszedłdo kuchni mieszkania na tyłach, zajmowanego przezaptekarza i jego rodzinę. O ile aptekarz, pan Adolf Aschkenazy, zachowywałsię – zgodnie z przewidywaniami Pirożka – bardzo spo-kojnie, o tyle jego żona nie miała w sobie nawet kroplijego zimnej krwi. Siedziała przy stole, szczupłe palcewciskała w papiloty, otaczające jej czaszkę jak czapkanarciarska, i głośno zawodziła, potrząsając głową. Mążobejmował ją ramieniem i podsuwał pod usta szklan-kę z naparem waleriany, jak można było poznać po za-pachu. Na ogniu podskakiwał czajnik. Para zasnuwałaokna, co uniemożliwiało podglądanie jakiemuś gapio-wi, którego nie przepędził posterunkowy na zewnątrz.Zaduch był dławiący. Pirożek zdjął kapelusz i otarł czo-ło. Pani Aschkenazy wpatrywała się w niego z takimprzerażeniem, jakby ujrzała diabła, nie zaś rumianego,zażywnego i wzbudzającego ogólne zaufanie funkcjo-nariusza. Pirożek mruknął słowa powitania i odtworzyłw pamięci rozmowę telefoniczną, jaką przeprowadziłz panem Aschkenazym pół godziny temu. Aptekarzopowiedział wtedy wszystko bardzo spokojnie i szcze-gółowo. Pirożek nie musiał go zatem pytać teraz o tosamo, i to w dodatku w obecności wystraszonej żonyi przyklejonego do szyby ciekawskiego. – Gdzie jest wyjście na podwórko? – zapytał Pirożek. 11
  13. 13. – Przez sień i do końca, panie pulicaj – nieoczekiwa-nie odpowiedziała pani Aschkenazy. Pirożek, nie zastanawiając się nad nagłą aktywnoś-cią aptekarzowej, wszedł z powrotem do ciemnej sieni.Przez drzwi obok słyszał głośne pochrapywanie. Pewniemałe dzieci, pomyślał, one zawsze mają mocny sen, któ-rego nie przerwie nawet panosząca się wokół śmierć. Błotniste podwórko zabudowane było z trzech stron.Od ulicy oddzielał je żelazny parkan, do którego do-stępu bronili posterunkowi. Dokoła stały dwupięt-rowe odrapane budynki z wewnętrznymi galeryjkami.Na szczęście większość mieszkańców spała. Jedynie napierwszym piętrze siedziała siwa kobieta na stołeczkui nie spuszczała oczu z przodownika Józefa Dułapy, któ-ry stał nieopodal wychodka i palił papierosa. Wyszed-łem za potrzebą, Pirożek odtwarzał w myślach telefo-niczną relację Aschkenazego, i znalazłem w ustępie cośstrasznego. – Dzień dobry, panie komisarzu – powiedział Dułapai zdeptał butem niedopałek. – Co wy robicie, Dułapa! – krzyknął Pirożek, aż sta-ruszka podskoczyła na galeryjce. – Tu jest miejscezbrodni! Naplujcie na peta i do kieszeni! Nie zamazujciemi śladów, do jasnej cholery! – Tak jest! – odpowiedział Dułapa i zaczął szukać nie-dopałka pod nogami. – Gdzie to jest? – Pirożek, kiedy to powiedział, poczułniesmak. Nie powinien mówić o martwym człowieku„to”. – No, gdzie jest ciało? – poprawił się. – Nie ruszaliściego przypadkiem? Pokazać palcem i dawać mi latarkę! – W ustępie, niech pan komisarz uważa. Leżą tambebechi – szepnął przodownik zaniepokojony i dodał12
  14. 14. jeszcze ciszej, wręczając mu latarkę. – Panie komisarzu,bez urazy, ali to straszna sprawa. Jak raz dla komisarzaPopielskiego. Pirożek nie obraził się. Uważnie zlustrował wilgotną,czarną ziemię, aby nie zadeptać jakichś śladów. Potempodszedł do ustępu i otworzył drzwi. Smród odebrałmu oddech. Widok, jaki ujrzał w różowym świetle świ-tu, zaburzył mu jasność widzenia. Komisarz kątem okadojrzał, jak staruszka wychyla się mocno za barierkę,chcąc zajrzeć w głąb wychodka. Zatrzasnął drzwi. – Dułapa – powiedział, wciągając do płuc zepsute po-wietrze – usuńcie z galerii tę starą.Przodownik poprawił haftkę krępującą kołnierz i ruszyłz groźną miną w stronę schodów. – No, drypcia – krzyknął do kobiety – na chawiry, alijuż! – Człowiek za potrzebą wyjść nie moży! – wrzasnę-ła kobieta, ale posłusznie schowała się do mieszkania,przezornie zostawiając stołek na galerii. Pirożek otworzył jeszcze raz drzwi i oświetlił bladąbryłę leżącą w ustępie. Ciałko dziecka było tak przekrzy-wione, jakby ktoś próbował wcisnąć jego główkę podkolano. Włosy na czaszce były rzadkie i poskręcane.Skóra policzków wzdymała się pod naporem opuchliz-ny. Na progu leżały jelita, których śliską powierzchniępokrywały nieregularne strumyki krwi. Całe ciało po-kryte było strupami. Podkomisarz miał uczucie, jakbyjego krtań stała się czopem blokującym oddech. Oparłsię o otwarte drzwi. Nigdy czegoś takiego nie widział.Chore, kostropate, połamane dziecko. Ma, na oko, niewięcej niż trzy lata. Wyprostował się, splunął i jeszcze 13
  15. 15. raz spojrzał na ciało. To nie były strupy. To były ranykłute. Pirożek zatrzasnął drzwi wychodka. Dułapa patrzyłna niego z niepokojem i zaciekawieniem. Z oddali, odstrony Gródeckiej, zadzwonił pierwszy tramwaj. NadLwowem wstawał piękny majowy dzień.Macie rację, Dułapa – podkomisarz Pirożek powiedziałto bardzo powoli. – To jest sprawa jak raz dla Popiel-skiego.Lwów, wtorek 9 maja 1939 roku,kwadrans na jedenastą ranoLeokadia Tchorznicka wyszła na balkon swojego miesz-kania przy Kraszewskiego 3 i przyglądała się przezchwilę fragmentowi Ogrodu Jezuickiego. Robiła to co-dziennie, ponieważ uwielbiała tę krzepiącą pewność,że wokół nic się nie zmienia i zajmuje należne sobiemiejsce: kasztany, buki, dęby, pomnik Agenora Gołu-chowskiego i statua wazy z alegoriami życia. Tegodnia nastąpiła jednak pewna zmiana w porównaniuz minionymi tygodniami. Zakwitły bowiem kasztanyi pojawili się maturzyści z pobliskiego gimnazjum JanaDługosza. Z wysokości pierwszego piętra widziała kil-ku młodzieńców w mundurach gimnazjalnych, którzyszli w górę ulicy z papierosami w dłoniach, dzierżylipod pachami książki ściśnięte paskiem i kłócili się za-żarcie o wzajemne związki, jak dosłyszała, tangensówi sinusów. Przypomniała sobie swoją własną maturęprzed czterdziestu laty, a potem szczęśliwe lata studiów14
  16. 16. romanistycznych na Uniwersytecie Jana Kazimierza,kiedy jako jedna z czterech panien na wydziale, oto-czona była nieustannie adoratorami. Łokcie wsparłana pierzynie leżącej na balustradzie, twarz wystawiłaku słońcu i chętnie przywitała w myślach swe gimna-zjalne i studenckie wspomnienia. Pod balkonem z hu-kiem przejechała ciężarówka ze złomem. To było cośnieoczekiwanego. Leokadia nie znosiła rzeczy nieprze-widywalnych. Kiedy się zdarzały, wyrzucała sobie brakwyobraźni. Tak było właśnie teraz. Wzdrygnęła się, szybko weszłaz powrotem do mieszkania i zamknęła okno balkonowe.Ostatnie, czego by pragnęła, to przebudzenie teraz jejkuzyna Edwarda Popielskiego, z którym mieszkała odlat dwudziestu. Przez te wszystkie lata jedyne spory,jakie wybuchały między nimi, dotyczyły nieoczekiwa-nych pobudek kuzyna – a to przeciąg trzasnął we framu-gę niedomkniętym oknem, a to domokrążca donośnymgłosem zachwalał na podwórku swe towary, a to służącazbyt głośno śpiewała w kuchni godzinki. Wszystkie tezdarzenia gwałtownie burzyły sen Edwarda, który kładłsię spać o piątej rano i nie zwykł wstawać z łóżka przedpierwszą po południu. Leokadia podeszła zaniepoko-jona do drzwi sypialni kuzyna, której okna wychodziłyna podwórze, podobnie jak okna pokoju jego córki Rityi okno kuchenne. Nasłuchiwała przez chwilę, czy prze-raźliwy chrzęst starego żelaza sprzed minuty wywołałtaki skutek, jak przypuszczała. Stało się to, czego sięobawiała. Jej kuzyn już nie spał. Stał przy drzwiach wej-ściowych i trzymał w dłoni słuchawkę telefonu. Niepo-trzebnie odkładałam słuchawkę na widełki, wyrzucałasobie w myślach, ale co miałam zrobić, kiedy od szóstej 15
  17. 17. rano wydzwaniano do Edwarda z komendy? W końcuobudziłby się i miałabym z nim krzyż pański. Teraz Edward stał w przedpokoju i milczał, wpatrującsię w słuchawkę, jakby tam widział żywego człowieka.Nagle przemówił podniesionym głosem. Weszła szyb-ko do kuchni i zamknęła za sobą drzwi, aby nie pod-słuchiwać. Jej dyskretne zachowanie nic jednak niedało. Edward krzyczał na cały przedpokój i słyszała każ-de jego słowo. – Nie rozumie pan po polsku, panie naczelniku?! –Wiedziała już, że rozmawia ze swoim szefem, naczel-nikiem urzędu śledczego. – Nie wyraziłem się jasno?!Odmawiam przystąpienia do tego śledztwa i odmawiampodania powodów mojej decyzji! To wszystko, co mia-łem panu naczelnikowi do zakomunikowania! Usłyszała łoskot rzuconej słuchawki, trzask desekw salonie pod jego stopami, a potem charakterystycznyodgłos kręcącej się tarczy telefonicznej. Dokądś dzwo-ni, pomyślała, może chce przeprosić tego Zubika? Te-raz mówił znacznie ciszej. Westchnęła z ulgą. Nie lubi-ła, kiedy się kłócił z przełożonymi. Nigdy jej nie chciałzdradzić powodu kłótni, a ten tkwił w nim jak drzazgai sprawiał, że puchł i czerwieniał od niewyładowanegogniewu, a wszystko to mogło się znów skończyć atakiem.Żeby choć raz się przemógł, pomyślała, i powierzył jejsekret swoich stosunków z tym gburowatym naczelni-kiem! Pomogłoby! Dlaczego nie chce porozmawiać natemat tych konfliktów, podczas gdy nie ma przed niążadnych tajemnic dotyczących nawet najtajniejszychśledztw? Wie, że milczałaby jak kamień!16
  18. 18. Ze spiżarki wyjęła pierniki juraszki, które rano kupiłau Zalewskiego, a potem włożyła do dzbanka świeżoutłuczone ziarna kawy i zalała je wrzątkiem. Skrzyp-nęła deska w podłodze i zaszeleściły kotary. Skończyłrozmawiać, wszedł do salonu, przesłonił światło sło-neczne kotarami i pewnie siedzi teraz pod zegaremz papierosem i gazetą, pomyślała, stawiając naczynia natacy. Prawie wszystkie jej przypuszczenia się sprawdziły –z wyjątkiem gazety, która wciąż spoczywała na stolikuw przedpokoju. W salonie grube zielone kotary byłyzaciągnięte, a wśród sufitowej sztukaterii palił się żyran-dol. Edward Popielski siedział w fotelu pod stojącymzegarem i strzepywał popiół z papierosa do popielnicz-ki w kształcie muszli. Był ubrany w spodnie z grubegosukna, skórzane, lśniące od pasty, domowe pantofleoraz wiśniową bonżurkę z czarnymi, aksamitnymi wy-łogami. Na jego łysej głowie widać było ślady mydła dogolenia i jedno małe zacięcie. Pociągnięte czernidłem,krótko przycięte wąsy i broda otaczały jego usta. – Dzień dobry, Edwardzie. – Leokadia uśmiechnęłasię i postawiła tacę na stole. – Musiałam być na balko-nie, kiedy wstałeś i goliłeś się w łazience. A wtedy zate-lefonował Zubik, ty drgnąłeś na dźwięk dzwonka i zrani-łeś się w głowę. Tak było? – Powinnaś pracować razem ze mną w policji – tymisłowami zawsze podsumowywał dedukcje kuzynki. Takteż zrobił i teraz, ale jego słowom nie towarzyszył zwyk-ły w tej sytuacji uśmiech. – Nie ma dzisiaj Hanny? Leokadia usiadła przy stole i nalała kawy do filiżanek.Czekała, aż usiądzie i odprawi zwykły rytuał śniadanio-wy – „primum makagigi, deinde serdelki”, co oznacza- 17
  19. 19. ło, że zawsze najpierw zjadał ciastka z kawą, a potemparówki z chrzanem i bułeczkami z masłem, popijającto herbatą. Lecz on nie usiadł przy stole; wciąż palił pa-pierosa, którego niedopałek wsadził do bursztynowejcygarniczki. – Nie musisz tak palić na czczo, zgaś to i siadaj dośniadania. – A zresztą dzisiaj jest wtorek. – Nie rozumiem – cygarniczka stuknęła o brzegmuszli – związku między jednym a drugim. Po powolnym tempie jego wypowiedzi poznała, żejest w bardzo złym humorze. – Bo nie ma związku – rzekła. – Dzisiaj jest wtoreki Hanna ma wolne. Odpowiedziałam po prostu na twojepytanie. Edward odstawił popielniczkę na stolik pod zegarem.Obszedł stół dokoła i nagle zatrzymał się za jej plecami.Chwycił ją za skronie i pocałował w głowę, burząc niecojej staranną fryzurę. – Przepraszam za mój podły nastrój – powiedziałi usiadł za stołem. – Źle się zaczął ten dzień. TelefonowałZubik i... – Odmówiłeś poprowadzenia śledztwa w sprawie tegochłopca, o którym pospólstwo powiada, że został rytu-alnie zamordowany przez Żydów? – zapytała, nie liczącwcale na odpowiedź. – Skąd wiesz? – odparł i przełknął kęs piernika. – Słyszałam. A nawet gdybym nie słyszała, to mogła-bym się tego domyślić... Zawsze przed śniadaniem sia-dasz pod zegarem, palisz i czytasz gazetę. Dzisiaj tegonie uczyniłeś. „Słowo” i jego dodatek nadzwyczajnyleżą nietknięte. Albo byłeś tak wzburzony, że nie miałeś18
  20. 20. ochoty na lekturę, albo wiedziałeś, co będzie na pierw-szej stronie. Założyłam to drugie. – To prawda – odpowiedział ponuro i nie pochwalił,jak zwykle, jej prawidłowego rozumowania. – Dlaczego odmówiłeś Zubikowi? Wiesz, że może cięza to spotkać dymisja? A nade wszystko, chcesz, byzbrodniarz uszedł bezkarnie? Taki zarzut w normalnych okolicznościach wywołałbyu Edwarda wybuch złości. Jak śmiesz mnie o to posą-dzać?!, krzyknąłby. Teraz jednak milczał, a jego szczękaporuszała się rytmicznie, gdy jadł. – O to samo zapytał mnie Zubik – powiedział nie-śpiesznie, kiedy przełknął – i wtedy podniosłem na nie-go głos. – Ale ja nie jestem Zubikiem! – Szczupła postać Leo-kadii poruszyła się gwałtownie. – I mnie możesz wszyst-ko powiedzieć... – Nie jesteś Zubikiem – przerwał jej – i dlatego niepodniosę na ciebie głosu. Wiedziała, że jak zwykle niczego się od niego nie do-wie. Dopiła kawę i wstała, aby pójść do kuchni i zagrzaćmu serdelki. Edward nagle podniósł się, chwycił ją zaprzegub i posadził na krześle.Opowiedziałbym ci wszystko, Lodziu, ale to okropniedługa historia. – Wsadził nowego papierosa do cygar-niczki. Z radością pomyślała, że to oznacza koniec jego wa-hania i zaraz wszystkiego się dowie. – Opowiedziałbym ci wszystko, ale nie wiem, od cze-go zacząć... To ma związek ze sprawą Minotaura. 19
  21. 21. Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji.Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym możnanabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione sąjakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jejod-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym e-booksweb.pl - Audiobooki, ksiązki audio,e-booki .
  1. A particular slide catching your eye?

    Clipping is a handy way to collect important slides you want to go back to later.

×