Your SlideShare is downloading. ×
  • Like
  • Save
Suplement (rozmowa z sobą) 2
Upcoming SlideShare
Loading in...5
×

Thanks for flagging this SlideShare!

Oops! An error has occurred.

×

Now you can save presentations on your phone or tablet

Available for both IPhone and Android

Text the download link to your phone

Standard text messaging rates apply

Suplement (rozmowa z sobą) 2

  • 1,296 views
Published

ewolucja; kosmologia; czasoprzestrzeń; kwanty; filozofia; energia; materia; logika; …

ewolucja; kosmologia; czasoprzestrzeń; kwanty; filozofia; energia; materia; logika;
układ okresowy pierwiastków; atom; promieniowanie, widmo promieniowania; rozum;
cywilizacja; kosmos; wszechświat; czarne dziury; grawitacja; ciśnienie; nieskończoność;
wieczność; obserwator; osobliwość; prędkość światła

evolution; cosmology; space; quantum; philosophy; energy; logic;
atom; radiation; radiation; reason; civilization; cosmos; universe; black holes;
gravity; pressure; infinity; the observer; the singularity; speed of light

Published in Education
  • Full Name Full Name Comment goes here.
    Are you sure you want to
    Your message goes here
    Be the first to comment
    Be the first to like this
No Downloads

Views

Total Views
1,296
On SlideShare
0
From Embeds
0
Number of Embeds
1

Actions

Shares
Downloads
0
Comments
0
Likes
0

Embeds 0

No embeds

Report content

Flagged as inappropriate Flag as inappropriate
Flag as inappropriate

Select your reason for flagging this presentation as inappropriate.

Cancel
    No notes for slide

Transcript

  • 1. Janusz Łozowski S U P L E M E N T (rozmowa z sobą) copyright © 2010 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-932050-2-8 SUPLEMENTczyli@gmail.com 1
  • 2. (...) świat, jaki jest, każdy widzi - pozostaje problem z nazwaniem widzianego. do najbardziej podstawowych pojęć, którymi opisuje się otaczający nas przestwór, należy ewolucja. ewoluuje atom, ziemia, wszechświat - człowiek i rozum; kultura podlega w swych przemianach regułom ewolucji - tak samo jak cywilizacja, wielkość nadrzędna do niej. na wyższym poziomie cywilizacja wpisuje się w proces zmian w kosmosie... itd. itp. powstaje naturalne pragnienie (i wniosek), żeby zestawić ze sobą te tak różne i pozornie odległe od siebie ewolucje, zobaczyć, które ze zbadanych części jednego procesu dają się przypasować w następnym przypadku. zadanie jest "proste": zrozumieć rzeczywistość – zobaczyć jak przebiega ewolucja Ewolucji. 2
  • 3. kosmologia 1.1. 3
  • 4. (fragmenty) - układ okresowy - rozkład pierwiastków - ile "układów"? wniosek jest taki, że - w układzie okresowym mam dwa układy. jeden układ dla "linii rozpadu", zmiana tworząca ten proces idzie "ku górze" (elementy zbioru ulegają degradacji) - a drugi układ, do niego przeciwny, to tor "schodzący", to budowanie się struktur (tu atomów pierwiastków), kierunek takich zjawisk oddaje "linia opadania". patrząc w poziomie ("na wprost"), oś symetrii w tym podwojonym, dwuliniowym zdarzeniu przebiega między stronami układu i dzieli go na dwie części. ale to nie jest zabieg mechaniczny, tak wprowadzony logiczny podział biegnie znacznie głębiej, przez każdy element. dowolny pierwiastek i dowolny fakt w takim procesie to zarazem rozpad i łączenie, a postrzegany stan fizyczny jest wypadkową (sumą) tych stronnych zjawisk. "atom" to nie jednostka, ale wielość postrzeganych (jakoś rejestrowanych) "nadprogowych" faktów – plus zakres "podprogowy", konieczny i dopełniający (i nieoznaczony). - co z takiego ujęcia wynika? sporo. po pierwsze to, że należy rozbić, podzielić w analizie obecny układ okresowy na symetryczne do siebie "wiry" (linie) - na dwa dopełniające się i wzajemnie warunkujące zjawiska energetyczne i ewolucyjne. ustalana w eksperymencie jako jedność struktura i zależności w postaci "układu okresowego" (chemiczne oraz fizyczne powiązania elementów), to dwie ewolucje, które w "powierzchniowym" i "zgrubnym" oglądzie stają się jednością. inaczej - ponieważ ważne. stan dzisiejszy ilości pierwiastków i ich własności, który obrazuje powszechnie znany schemat (tabelka z pionowo-poziomymi liniami) - to "zmieszanie", łączne zobrazowanie dwu przebiegów. to fizycznie jeden i całościowo odbierany przeze mnie stan wydarzeń, jednak składający się z dwu linii. jeden proces tworzy "linia rozpadu", drugi "linia łączenia", czyli dwa najbardziej fundamentalne i wyróżnialne w ewolucji energetycznej (w ramach rzeczywistości) kierunki zjawisk. dla mnie to jedność, fizyczny proces w toku zachodzenia (którego jestem wytworem) - jednak logicznie są to dwa zdarzenia, przeciwnie do siebie skierowane i wzajemnie się dopełniające. poznając rzeczywistość, rejestrując (porządkując oraz zestawiając) elementy otoczenia, muszę je wpisywać w ciągi (linie, zbiory, cechy) – czyli doznawany i zastany zbiór poddaję klasyfikacji, która umożliwia definiowanie wydarzeń i ustalania wzajemnych relacji między nimi. ten etap jest konieczny, przecież muszę "posortować" ("poliniować") otoczenie na wszelkie możliwe sposoby, żeby fizyczny "chaos" unieruchomić i zrozumieć - bez tego nie przejdę do kolejnego (i następnych). czyli szukania "wewnętrznych" i głębokich zależności. "układ okresowy pierwiastków", czy dowolnie inny fakt postrzegany w świecie, to dla mnie "objaw" (skutek) ewolucji i abstrakcja zmiany, ale postrzegam z niego wyłącznie "powierzchnię", która swoje "korzenie" posiada daleko-głęboko - rejestruję i "obrabiam" wielowymiarowe zjawisko, a nie fakt jednostkowy czy punktowy. kiedy pomijam te zależności i nie dostrzegam, że przejścia zawsze są niejednoznaczne i "płynne", że koniec jednej ewolucji oznacza jednocześnie początek następnej, moje postrzeganie się rwie - i łatwo o błąd. atom pierwiastka jest procesem - pierwiastek (zbiór atomów) jest procesem - ale zbiór pierwiastków (abstrakcja wywiedziona ze zmiennego świata) również jest procesem, z którego postrzegam jedynie fragment. - z otaczającej mnie (wielowymiarowo) rzeczywistości zawsze widzę kawałek... 4
  • 5. - nawiążę do tych nieszczęsnych światów równoległych. - skąd taki sceptycyzm? nie podoba ci się myśl, że gdzieś, ktoś... - niech ten "ktośny" sobie będzie, mnie mało do niego. zadaję tylko pytanie: po jakiego tak świat komplikować? jakieś wielowymiarowe przenikania, kłaczki rozedrgane i "wibrujące", w tym samym miejscu inne stworki, jakby tutejszych było mało i wojenek brakowało. jeden układ, jeden wszechświat - i starczy. wciskać na siłę jeszcze coś, po co? - przyznasz, że nie wzięło się to bez powodu. - mogę przyznać, nie jestem od negacji wszystkiego. tylko warto podumać, co za tym stoi i dlaczego tak się stało oraz co można o tym nowego powiedzieć. - a można? - owszem. bo to jest tak, kochany. wychodzi w obliczeniach, że energia wpada w dziurę i znika, gdzieś się podziewa. człek z ciebie dorosły, życia nieco zwiedziłeś, więc już wiesz, że w przyrodzie nic nie ginie. co najwyżej zmienia właściciela. skoro tak, kto przywłaszcza sobie zasoby? - no, kto? - my. - ? - ty, ja, wszyscy obecni. w dowolnej postaci obecni... energia "tuneluje", tu zgoda. jak mówiłem, przemieszcza się między brzegami wszechświata - i we wnętrzu wszechświata – i tylko w nim. po przejściu osobliwości (raz, wiele razy) powraca do budowania zdarzeń... zrozum, o co mi się rozchodzi. "tunel" energetyczny łączy nie kolejne czy sąsiednie światy - ale kolejne odcinki tego samego procesu. gdybyś znalazł się w czarnej dziurze i przedostał na drugi brzeg (co tak ponętnie opisują różne fantastyczne publikacje), trafiłbyś do tego samego wszechświata – tyle że starszego. co oczywiste i zrozumiałe, fala energii, która wówczas "wypływa" "po drugiej stronie", tworzy - wchodzi w proces tworzenia nowych bytów. ale tutejszych bytów. to nie są inne światy czy procesy, to ciągle i zawsze jest ten sam wszechświat. energia nieboszczyka, z poprzedniego etapu zjawisk, zasila nowe ciała - odnowiona, pozbawiona wszelkiej informacji o zdarzeniach wcześniejszych, swobodnie wprzęga się w ciała istniejące... w tym i tylko w tym sensie wniosek o światach równoległych jest poprawny. każda fala, każda kolejna generacja-pokolenie energetycznie buduje strukturę realności. to faktycznie jest "przenikanie" się światów - ale przenikanie "światów cząstkowych". które razem, usilnie to podkreślam, łącznie kształtują i tworzą to, co postrzegam oraz czym jestem. jak kolejny kęs ciasta, który właśnie zjadasz, zasila twoje ciało (zauważ, podprogowo), tak samo "pożywką" dla materii wszechświata są fale energii "wybijające" w miejscach źródeł osobliwych. jak na ziemi woda krąży i przechodzi kolejne cykle (w tym przez osobliwość biegunów), tak samo energia krąży w skali wszechświata. zapadnie się w osobliwość, wypłynie i zbudują się kolejne cielesne duszyczki – znów się zapadnie... trochę to trwa... weźmy ten kawałek ciasta, dla ciebie to chwila teraźniejsza. ale pomyśl, dla komórek twojego ciała jest to zdarzenie, które dojdzie na ten poziom dopiero za kilka, kilkanaście godzin. że nie wspomnę o twoim kośćcu, gdzie budowanie trwa latami. twoja aktualność materialna osadzona jest na dalekiej i nawet dla ciebie samego "zamierzchłej" przeszłości, której nie pamiętasz. że już nie podniosę zagadnienia informacji genetycznej, która aktualnie cię tworzy, a pochodzi z odległych epok. twoje dzisiejsze działanie buduje twoja odległa przeszłość – a twoja przyszłość jest zakotwiczona w twoim obecnie dziejącym się "teraz". łańcuch, ciągłość, uzupełnianie się kolejnych zjawisk – całość tak pojęta składa się na to, czym jesteś i za co się uważasz. zauważ, jeżeli choć jedno ogniwo w tym "łańcuchu" wypadnie skutkiem losowego zdarzenia – to ciebie nie ma. 5
  • 6. - ciąg pokoleń. - i to w dużo większej skali, niż ci się wydaje. o tym, że jesteśmy w linii prostej potomkami dawno wymarłych gwiazd, nie trzeba się rozwodzić, choć to emocjonalnie porusza. kiedy uświadomisz sobie, że krew krążąca w ciele (oraz samo ciało) jest bezpośrednim następstwem tego, że były wcześniej pokolenia gwiazd, które się zapaliły, a później zgasły i rozproszyły - i na lokalnej, peryferyjnej planetce tak się "skłębiły" różnopierwiastkowo, iż mogę teraz do ciebie mówić, to robi wrażenie, przyznasz. a teraz dodaj do tego kolejny poziom: krążenie energii w skali wszechświata. wszystko, co postrzegasz, co fizycznie rejestrujesz - w tutaj prezentowanym ujęciu – to przecież tylko i wyłącznie chwila. jedna z chwil, które tworzą-kształtują wszechświat. jeżeli postępujesz inaczej, czynisz tak, jakbyś z całości swojego życia wybierał właśnie się dziejący moment (z jego wszelkimi fizycznymi przemianami, które rejestrujesz i parametrami, które ustalasz) – i powiadał: oto wszystko. nic więcej nie było i nigdy nie będzie. przyznaj, głośno zaprotestujesz przeciwko takiemu ujęciu. a w przypadku wszechświata nie protestujesz. przecież chodzi o to samo, dokładnie o takie samo spojrzenie. obserwujemy wyłącznie "jeden dzień z życia" wszechświata i mówimy: to już całość. a jego przeszłość, a przyszłość? - pogubiłem się. - sorry. potraktuj to jako zajawkę dalszej rozmowy. obecnie,żeby przybliżyć i pokazać, o co mi chodzi, odwołam się do analogii. - zauważam, że chętnie korzystasz z analogii. - to ma być zarzut? masz coś przeciw? lubię odwoływać się do analogii oraz skojarzeń, które nieomal automatycznie narzucają obraz procesów, którymi się zajmuję – i, co ważne, szalenie ułatwiają zrozumienie zależności pomiędzy elementami występującymi w analizowanym zjawisku. staram się również, aby to były odniesienia do najbliższego i dobrze rozpoznanego zakresu. dlaczego? bo łatwiej wówczas takimi pojęciami operować. osobiście szczerze podziwiam, jak ktoś buduje abstrakcje, w których występują na przykład "czas urojony" lub "przestrzeń urojona". powtórzę, po co nadmiernie komplikować to, co już samo z siebie jest skomplikowane. - są granice analogii. - jeżeli jedna nie wystarczy, będzie następna (i kolejne). przekonałeś się, mam nadzieję, w trakcie naszej poprzedniej rozmowy, że osobliwość ma wiele, bardzo wiele wspólnego z nieboszczykiem. a pozornie to tak odległe procesy, przynajmniej dla tych, co odbierają taki fakt "powierzchniowo". przy okazji do tematu jeszcze powrócę, bo ważny. - przyznaję, zapisywanie wzorów to nie moja działka, podsuwanie pomysłów to również może być niezły kawałek chleba. przy tym jaki ciekawy. choć zgadzam się, że przyjęta w tej rozmowie konwencja i używanie sądów oraz stwierdzeń zdecydowanych, to można poddawać krytyce. tylko że ja, zapewniam cię, rzeczywiście tak to widzę, w moim pogłębionym "oglądzie" ("oczami duszy") procesy ewolucyjne tak właśnie się prezentują. mam nadzieję, i chciałbym żeby tak było, że rozumiesz oraz akceptujesz styl tej rozmowy i zaproponowane podejście (czyli prezentacji "obrazów-ujęć" dla ewolucji-Ewolucji). - zgoda, to jest moja i na dziś propozycja zobrazowania "tego wszystkiego", ale, przyznaj, pomimo obiekcji, nie daje się tak łatwo i od razu odrzucić. jeżeli potwierdzisz, na tym etapie to mi wystarczy. - chwytajmy byka za rogi, jaka to analogia? - ściśle biorąc, to nie będzie analogia. chcę bowiem wykorzystać istniejące zobrazowanie zjawisk, które pozwolę sobie określić jako "szacowny staroć". w niczym nie umniejszając jego zasług. dlaczego tak, za chwilę zrozumiesz. układ okresowy pierwiastków... - o, masz coś przeciwko układowi? - przeciw? - nie. ale proponuję oraz postuluję wzbogacenie. nie tyle treści, tutaj kompetencji nie staje, co kształtu i sposobu prezentacji. po prostu można przeprowadzić "lifting" pięknego acz już nieco sfatygowanego wizerunku. 6
  • 7. - wybacz, nie widzę powodu. obecny się sprawdza, jest funkcjonalny. i, tak po prostu, przyzwyczaiłem się do niego. - chciałbym zaznaczyć, szanowny kolego, że od czasu sprokurowania konkretnej formy nieco lat minęło. wiadomo już, że oprócz dwu wymiarów jest jeszcze trzeci. nawet czwarty. a lokalnie ten i ów o n-wymiarowaniu rzeczywistości w bajaniach na dobranoc dla zdolnych dzieci rozpowiada... - znów kpisz. - nie tak bardzo. zapytam: dlaczego ujęcie musi być płaskie i jednowymiarowe jak kartka papieru? dlaczego dwa podstawowe, a nie trzy "codzienne" wymiary oddają układ i zależności pomiędzy składnikami materii? dlaczego nie dodać czasu, czyli zmian zachodzących w historii (w ewoluującym zdarzeniu)? fakt, wcześniej były trudności graficzne, techniczne – ale aktualnie symulowanie wszelakich procesów bardzo się rozpanoszyło. czy stoi coś na przeszkodzie, żeby dla wygody, atrakcji, lepszego zrozumienia przekształceń w onych trzy plus jeden wymiarach tak właśnie uczynić? moim skromnym zdaniem można to i należy zrobić. - jak? - jak, jak, prosto. są pierwiastki z grupy gazowej - będą u góry. później idzie cały zbiór atomów, które - tak to zatytułuję - "tworzą litosferę". a najniżej, w kolejności mas, te najcięższe, metaliczne. wyobraź sobie, że w tej chwili patrzysz nie na kartkę papieru, ale na bryłę o pewnym kształcie, którą masz przed sobą. widzisz jej stratyfikację i kolejne warstwy materii. widzisz powłoki i podpowłoki. wszystko ułożone w orientacji góra-dół. - nawet zaczyna mi się to podobać. ale czy to by się przyjęło?... - to nie koniec. dorzuć ruch, dodaj czas. uwzględnij dwa generalne kierunki, łączenie i rozpad. dodaj lokalne - tutaj izotopów – podleganie rozpadowi lub łączeniu... co dostrzegasz? - chaos. - na początku zawsze jest chaos. a teraz kolejny kroczek. - jeszcze jeden? - będzie ich więcej. ten w postaci sfery. zamknij, wyobraź sobie teraz, że całą konstrukcję układu okresowego zamykasz w kształt kuli. stykasz ze sobą brzegi, które są tak odległe w płaskim ujęciu. określasz bieguny – tworzysz "siatkę kartograficzna". i? - niezbyt. - jakie masz skojarzenie? wyżej użyłem określenie, przecież celowo, że jest litosfera... - ziemia, glob ziemski. - planeta, to wystarczy. na ziemię nie warto się powoływać, wyjątek trudno odnosić do normy. ale skojarzenie trafne. kula-układ okresowy pierwiastków. czyli z jednej strony abstrakcyjne ustalenie zasad współdziałania atomów – z drugiej fizyczne, bardzo konkretne upostaciowanie. liczę na twój głos za taką symulacją. - do referendum droga daleka. co zrobisz z "dodatkami"? - lantanowce itp.? kochany, cymes, coś wspaniałego. dostrzegasz na takim w wyobraźni (ale i w rzeczywistości) kręcącym się abstrakcyjnym globie twardą, głównie krzemową warstwę? a dostrzegasz pęknięcia w niej, taki "wulkanik" w jakimś "zakątku", dostrzegasz lokalny wypływ "lawy"? dostrzegasz, wspaniale. lantanowce i ta część zbioru, to efekt "nieciągłości" w czasoprzestrzeni, po prostu banalny "wyciek" z głębi. i zapewniam, w proponowanym ujęciu ładnie się to zaprezentuje. - nie zapominaj, że w takim modelu występuje ciągły ruch i wszystko płynie. że jest ciśnienie wewnętrzne i zewnętrzne, że ciągle narasta temperatura (w zależności, który poziom analizujesz). całość tego świata się "gotuje" i "bulgocze". dodaj jeszcze wzajemne wpływy magnetyczne, elektryczne, chemiczne, dodaj rotację względem wybranego punktu odniesienia – i tak dalej. interesujące? - ba... 7
  • 8. - zaniemówiłeś? zupełnie niepotrzebnie. dopiero teraz wypadnie zrobić krok najważniejszy - i najefektowniejszy. - przerwałeś w takim momencie, że czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. - cieszę się, że intryga "okresowo-układowa" cię wciągnęła. następna scena według scenariusz wygląda następująco. pustkowie. kamera ustawiona na daleki plan, obejmuje szeroki zakres zjawisk. obraz wolno przesuwa się na ekranie, ukazując mało przyjazny teren. po horyzont niczego ciekawego ani nikogo nie widać. - zmiana ostrości i kadrowania. odległe elementy krajobrazu stają się wyraźniejsze, pojawiają się szczegóły. z szarego tła wyłania się wędrowiec. przeciętnej postaci, nieokreślonego ubioru, bez przeszłości. sam na/w tle i sam wobec otaczającego środowiska. - następna scena: w kadrze pojawia się dom na pustkowiu. w złym stanie, zniszczony przez siły natury. z daleka poznać, że opuszczony. wędrowiec zbliża się, rozgląda i ostrożnie przekracza próg. kamera wędruje za jego wzrokiem. wszędzie pusto i typowe ślady świadczące, że dawno nikogo tu nie było. puste, brudne pomieszczenia, żadnych sprzętów. panuje półmrok. - w jednym z przemierzanych pokoi wzrok człowieka wyłuskuje z szarości leżące na podłodze fotografie. zbliżenie. wszędzie widać leżące w całkowitym bezładzie i częściowo wyblakłe zdjęcia różnych osób. najpewniej mieszkańców. wędrowiec zmęczony siada na podłodze. leniwie sięga po obrazki. początkowo znudzonym ruchem przerzuca elementy albumu, później z rosnącym zaangażowaniem. w miarę trwania (długiej) sceny praca staje się intensywna i coraz bardziej zorganizowana - oraz przemyślana. cięcie. kolejny kadr "filmu" przedstawia to samo pomieszczenie i tego samego osobnika, ale w trakcie intensywnego krzątania się. kamera pokazuje wnętrze pomieszczenia. można dostrzec ułożone i uporządkowane fotografie. widać w zbliżeniach szeregi jakoś podobnych sobie, można zauważyć linie obrazków, na których znajdują się mężczyźni lub kobiety. w innym miejscu pojawia się ciąg rodzinny, który rozpoczyna "praszczur", a kolejne pokolenia to "wznoszą" się ponad powierzchnię ziemi w trakcie poszczególnych "odsłon"-fotek, to znów po pewnym czasie wtapiają się ponownie w grunt-tło. widać różne związki między rodzinami i pokoleniami. wysiłek porządkowania nabiera sensu. - w trakcie usilnej pracy nad "albumem rodzinnym" "poprzedników" zaczyna coraz mniejszą rolę odgrywać to, "jak" (w co konkretnie) są ubrani poszczególni osobnicy i jakie wykonują gesty, kto z kim jest w bliskich stosunkach i zależnościach. zaczyna za to dominować ułożenie według pytania "dlaczego?" są tak "ubrani" i dlaczego są ze sobą w "związkach". w całości obrazu nabierają znaczenia cechy głębokie wzajemnych relacji, czyli tworzy się "genetyka materialna"... - scena ostatnia przedstawia wędrowca przyglądającego się swojej pracy rozłożonej na płaszczyźnie podłogi. - dobry zadatek na kryminał. - bo to jest kryminał. metody dedukcyjne, szukanie wszelkich śladów, nawet tak drobnych, jak pojedyncze cząstki, praca koncepcyjna, agenturalna (lub w naszpikowanym przyrządami laboratorium) – to się składa na ten idący przez wieki pościg. za kim? doceniam twoją inteligencję. na pewno dostrzegłeś, że był to opis, lekko fabularyzowany, jak dokonywało się poznawanie-tworzenie układu okresowego. od pierwszego wrażenia, spostrzeżenia chaosu materii - do ładu rubryk. stan aktualny wiedzy jest na poziomie "podłogi", płaszczyzny. związki ustalone. co pewien czas pojawia się nowa "fotografia" materialnego bytu. a raczej "strzęp" takiej fotografii, pojedynczy atom inaczej przecież trudno określić. wydaje się, że praca została zakończona... jak wspominałem, niekoniecznie. - planeta, sfera jako obraz? to ma być ten ostatni etap? - to zabieg wspomagający. chodzi o poważniejsze zagadnienie, częściowo je poruszyliśmy... pytanie: czy takie ułożenie układu zamyka dalszą pracę? i odpowiedź: nie. zauważ, że choć jest to "rodzina", cały ciąg spokrewnionych ze sobą składników - to jednak jest to "wycinek" większej całości. - wycinek znacznie większej całości. 8
  • 9. - ...? - sam na to wpadniesz. popatrz na analogię ze zdjęciami, przeanalizuj takie zdarzenie w ramach cywilizacji. kiedy się pojawiły? niedawno. wcześniej były portrety, szkice, naskalne rysunki. a jeszcze wcześniej? przecież były liczne pokolenia, których już nigdy nie poznamy, a które należą do naszej rodziny, i to na zasadzie koniecznej. - są jeszcze badania archeologiczne. - pięknie. ale, zauważ, kolego, że to jest działalność "na szczątkach", już w zakresie "rwanym" (rozpadającym się) ewolucji (dowolnego ciała, bytu). tę analogię postaram się wykorzystać, o ile nie zapomnę. ale idźmy dalej. jest jeszcze okres - i to jest ważne - którego w "fotografowaniu rodziny" żadnymi metodami nie osiągniesz. to czas "przed". przed pojawieniem się osobników. jednak nie zaprzeczysz, był i głęboko wpływał na to, co się działo dalej. - oczywiście nie jesteś bezradny. jest chemia, fizyka, genetyka (i inne takie) – ustalasz zależności na poziomie komórek, genów, składników genów. czujesz się coraz pewniej. ale, zauważ to, działasz już poza "albumem rodzinnym". i musisz mieć tego świadomość. mówiąc inaczej, dzisiejszy stan materii musi - musi być uznany za zbiór "zdjęć" z albumu rodzinnego. ale tylko, podkreślam to, jednego "pokolenia". to jedna warstwa z całości. - to czasoprzestrzennie powiązana ze sobą "grupa rodzinna". ale przed nią były inne rodziny, po niej nadejdą kolejne. - to mogę przyjąć, choć z trudem. jak jednak owe "zakryte" pokolenia opisać? wydaje się, że to nazbyt odległa historia, żeby ją poznać, już nawet nie to, jak wspomniałeś, rozpadająca się, ale nawet takich szczątków nie ma w naszym otoczeniu. - a po drugie, czy my w dalszym ciągu mówimy o jednym i tym samym "domu rodzinnym"? - genetyka. "genetyka materii". przyznaję, może poniosło mnie, może nazbyt literackie nazwanie, ale niewątpliwie wygodne. bo kieruje myślenie od razu w odpowiednią stronę. czyli odpowiedzią na twój problem jest logika. dlaczego? ponieważ, co oczywiste i naturalne, w tym przypadku wspomóc może badającego otoczenie eksperymentatora wyłącznie konstrukcja logiczna. tutaj zaczyna się wielka rola Fizyki. na bazie fizyki. czyli na bazie dotychczas zgromadzonego materiału dowodowego (te wszelkie "szczątki-fotografie") trzeba zbudować, a dokładniej wydedukować "układ okresowy pierwiastków wszelakich". przeszłych, aktualnych, następnych. stan dzisiejszy w tym ujęciu to tylko cienki "pasek" całości. ważny, bo to punkt naszego startu do analizy i pojmowania świata (i "opoka", na której stoimy), ale to wycinek z całości. ile może taki "raport" liczyć stron-elementów? to łatwo ustalić. ale nie jest to obecnie w temacie, więc pomińmy. - mam wrażenie, że w ten sposób sam obecnie wykraczasz poza doświadczenie i że to nie jest konieczne. - jest! i nie dlatego tak to akcentuję, że coś mi się zwidziało, albo że w analogiach posunąłem się zbyt daleko lub nadmiernie zaufałem powstającym na ich gruncie skojarzeniom. - zastanów się, jak przeprowadzisz pełne opisanie siebie bez twoich przodków? możesz naturalnie tak postąpić, zakazu nie ma. ale to będzie "ujęcie chwili", a nie pełna wiedza o rzeczywistości. nosisz w sobie "zapis" poprzednich (wszelkich) stanów, twój genowy garnitur szyty był pokoleniami, ale twój "materialny garnitur" także powstawał "pokoleniami". pokoleniami kolejnych układów okresowych materii. obecny jest elementem "z ciągu", składnikiem, "pierwiastkiem", kwantem układu nadrzędnego. jeden fakt czy element to dziw, niezwykłość, coś odbiegającego od reguły, co domaga się cudownego uzasadnienia. natomiast zbiór podobnych, choć różniących się bytów (procesów) to norma i normalność. ty, jako struktura fizyczna, zajmujesz miejsce po swoich przodkach, a po tobie ten kawałek podłogi – na zasadzie, to tak nawiasem, "światów równoległych" - zagospodarują twoi potomkowie. w każdym przypadku, zauważ, "obszar" zajętości generalnie jest ten sam, ale jego zawartość ustawicznie się zmienia. - po jednej stronie "wyłaniają" się 9
  • 10. z niebytu kolejne wrzeszczące berbecie, które rosną i rozpychają się coraz bardziej "w twoim" do tego momentu świecie. w środku owego "domu" znajdują się rodzice i trzymają to w ryzach. a na drugim brzegu "wtapiają" się w tło pokolenia dziadków. - wszechświat wypełnia głównie materia "aktualna". jest w nim też trochę przeszłej, a lokalnie pojawia się już przyszła (czyli ta, która "za chwilę" zdominuje okolicę). tę "nadchodzącą" już widać w trakcie wykonywania dokładnych "fotografii"-doświadczeń... na tym jednak nie koniec. musi być dodany zakres zjawisk leżących poza tym ujęciem. wcześniejsze warunkuje istnienie następnego, a zarazem determinuje. tu nie ma chaotycznego ciągu, jest następowanie "krok po kroku" – i zawsze zgodnie z przynależnym "numerem". genetyka tworzy się w trakcie istnienia nosiciela. a skoro tak, i to jest mocno fundamentalny wniosek zauważ, możesz na bazie obecnego rozpoznania zasady powstawania i cech materii zrobić to, co nigdy w taki sposób nie zaistnieje i nie będzie realnie postrzegane. chodzi o stany materii, kiedy obserwatora nie było lub kiedy nie będzie. ale musisz to zrobić. owe "inne albumy" składają się na całą bibliotekę "albumów narodu", na "wspólny dom"... - ależ to abstrakcja. - masz rację, to abstrakcja. to abstrakcyjny układ okresowy pierwiastków. z jednym elementem realnym (i namacalnym) - naszym dziś. materia abstrakcyjna wchodzi na salony i domaga się zauważenia. fizyk nie ma tu nic do roboty. to zajęcie dla "fizyki filozoficznej". - miało być także o archeologii. - dobrze, że o tym przypominasz... sam przyznasz, że fizyk bywa również (a w głębokim rozumieniu procesów energetycznych zawsze) archeologiem. i nie mam w tej chwili na myśli badania odległego krańca wszechświata, skąd blask gwiazd wędruje latami. badając składniki materii natyka się na ślady rozpadających się pierwiastków, które tylko w specjalnych warunkach można poznawać. słowem jest archeologiem, bo babrze się w szczątkach, które kiedyś były normalnym, pełnoprawnym w świecie osobnikiem. albo, z drugiej strony, nim będzie. - sugerujesz? ... - sugeruję, postuluję inne, nowe spojrzenie na "materię". nie, że kiedyś tam powstała - i tak już zostało. a lokalnie coś się tam z nią dzieje, kiedy na wyodrębnioną z otoczenia "grudkę" działają jakieś siły. "atom" to nie element stały i "zatrzaśnięty" w ramach swojej zmiany, ale że następuje, jak to w normalnym i porządnym układzie być powinno, pozyskiwanie i tracenie, wzrost i zanik - ciągłe przekształcanie. "atom", to, co za atom się pojmuje, to w czasie i przestrzeni realizująca się dynamiczna zmiana – ale, ważne, trwająca skończony oraz policzalny przedział czasoprzestrzeni fizycznie rejestrowana "konstrukcja" energetyczna. brzmi nieco zawile, ale przecież kiedy zabraknie pokarmu - ciało ginie, kiedy atom spadnie poniżej zasobności umożliwiającej istnienie, również ulegnie rozproszeniu. żadna forma (cielesna) nie jest i z samej zasady zmiany (ewolucji) nie może być dana na zawsze, odmienia się. i dotyczy to każdego poziomu rzeczywistości, który jesteś zdolny wyróżnić. - owszem, zgoda co do jednego: idea atomu powstała dawno temu. rozumiesz? idea człowieka powstała w przeszłości, wyłonił się nad poziomy. ale każdorazowe wcielenie też się wyłania i zanika. zbiór powstał kiedyś, ale elementy zbioru powstają i zanikają wewnątrz zbioru ciągle. póki zbiór istnieje. "możliwość" atomu powstała dawno, ale konkretna, już fizyczna realizacja ulega ciągłej, "przewidywalnej" przemianie. więcej, to ta "stabilna zmiana" jest tym, co w otoczeniu uznaję za "atom" (czy inny dowolny stan chwilowego "skupienia"). zbiór stabilizowany jest zmianą, tworzeniem się nowych i zanikaniem starych składników. generalnie, w pewnym uproszczeniu, zbiór wykazuje w obserwacji zewnętrznej cechy stabilizacji, ale do czasu. natomiast składniki zbioru (jednostki-obywatele) tak długo nie istnieją, obumierają według kolejności pojawiania się (kolejność "do piachu" jest zawsze oraz wszędzie zachowana). fizyk w swojej doskonałej materialnej mieszaninie poznaje-rejestruje każdy 10
  • 11. fakt, wszystkich "obywateli". należących do aktualnej elity, więc najbardziej ważnych i zasobnych, ale i pariasów z marginesu. bada także to, co zostało w postaci jedynie szczątkowej. każdy element układanki jest ważny, konstytuuje całość. na jednym brzegu fizyk jest grabarzem i archeologiem - na drugim akuszerem. po jednej stronie ostatni gasi świeczkę, po drugiej obwieszcza światu nowinę. że nadchodzi nowe. i czas się na ławeczce posunąć. ciemna materia i energia... tak-tak, pamiętam, spieszysz się. spróbuję krótko wypunktować. widoczne i jakoś zrozumiałe elementy rzeczywistości to kilka procent koniecznej całości, taki stan rzeczywiście może zakłócać spokojny sen "obmacującego" otoczenie na wszelkie dostępne sposoby "fizyka". ale czy powinien? rozejrzyj się. przykład z brzegu: góra lodowa. płynie sobie po/w oceanie atomów i wystaje nad powierzchnię. w jakiej proporcji do otoczenia? parę procent podlega nadprogowo obserwacji. przypadek? a wzajemne relacje pomiędzy "warstwami" materii? stosunek fotonów i elektronów. - albo zajrzyj wyżej-głębiej: elektronów wobec atomów, atomów oraz komórek biologicznych – biologicznej podbudowy do komórek neuronalnych. jest podobnie? kolejny fakt i zakres: życie. życie w jego pionowej stratyfikacji. przypomnij sobie, jak się czułeś na lekcjach biologii, kiedy była mowa o piramidzie zależności i wzajemnego zjadania się. jak w tym przypadku kształtują się proporcje "bazy" i "nadbudowy"? a relacje pomiędzy ciałem-nosicielem i umysłem? ... właśnie, świadomość. znasz te bzdurne bo bzdurne, ale wynikające z jakiś obserwacji ustalenia, że mózg pracuje na niewielkim zakresie, a cała reszta to ugór i nadmiarowość. zbieg okoliczności? mam nadzieję, że dostrzegasz powiązania pomiędzy tymi zdarzeniami i wewnętrzne proporcje. - oczywiście nie chodzi o szczegóły czy identyczność liczbową, ale o zasadę. zakres widoczny, dostępny nadprogowo do obserwacji jest wielkością zmienną, zależy od umiejscowienia obserwatora i technologii spoglądania. lecz zasada wydaje się jednoznaczna: kolejne "piętro", poziom-warstwa ewolucji zawiera się, tworzy - wyłania w obrębie podpoziomu. podpoziom "żywi", "unosi", "wypycha" "w górę" struktury materialne poziomu... sprawa druga: o wyższości logiki nad fizyką. lub odwrotnie. - czyli gdzie jest "środek"? konsekwencją przyjęcia obrazu zdarzeń, w którym wielkościami brzegowymi są maksymalny rozpad oraz maksymalne połączenie, jest pytanie o punkt środkowy. jeżeli rozejrzeć się, sprawa punktu wyróżnionego i jakiegoś środka nie występuje. wywłaszczanie z kolejnych miejsc wybranych w historii przebiegało sprawnie i skutecznie. ale logika się upiera: środek musi być. błąd? otóż nie. logiczna interpretacja i fizyczne obserwacje spełniają wymóg poprawności. środek jest, i jest jednoznacznie wyznaczalny. i się znajduje - wszędzie. dokładnie tak. wystarczy spojrzeć w niebo (lub siebie), żeby się przekonać, że tak skrajnie odległe w logicznym modelu brzegi procesu dzieją się, fizycznie znajdują obok siebie. maksymalny rozpad "otacza", po prostu bezpośrednio "styka" się z maksymalną zapaścią (połączeniem w jedność). a materia, materia we wszelakich postaciach, z/w której jestem (jesteśmy) - to nic innego, jak "sprawa uboczna" owego stykania. zobacz, w logicznym ujęciu, czyli rozciągniętym, gdzie zdarzenia "nanizane" są na prostą i uszeregowane, proces biegnie od jednej strony do drugiej w sposób ciągły, i biegnie długo. w efekcie po drodze, skutkiem zawirowań ewolucji i jako konieczność, tworzą się lokalnie materialne "zgęstki". natomiast kiedy fizycznie, doświadczalnie ustalam przechodzenie stron w siebie bezpośrednio, to tym samym całą tak w procesie zaobserwowaną "zawartość", stadia pośrednie muszę zdefiniować oraz opisać jako realizujące się "w bok". logicznie wyznaczone stopnie-warstwy dokonują się w realności "ubocznie"... kiedy w ujęciu graficznym przepływ energii pomiędzy punktami brzegowymi będzie oznaczony jako linia prosta, to materię na takim rysunku będzie symbolizować prosta prostopadła do niej. w takim obrazie "materia" jest faktem logicznie absolutnie koniecznym – acz fizycznie ubocznym... jeżeli w kolejnym doświadczeniu stwierdzam fakt, że - skutkiem rozpraszania - materia zajmuje cały poznawany układ, tym samym mogę 11
  • 12. powiedzieć, że środek procesu jest w każdym punkcie. a skoro środek - to i brzeg. fizycznie środek i brzeg są wszędzie. jednak, co podkreślam, logicznie przynależą do ściśle i jednoznacznie wyznaczonego miejsca... trzy. czasoprzestrzeń. nie zaprzeczysz, pojęcie związane z materią. i można z niego "wycisnąć" coś ponad dziś stosowane. dowód?, proszę. odwołam się kolejny raz do analogii z życiem osobniczym, obecnie jako odniesienie do dowolnego już procesu, co chyba oczywiste. - w jaki sposób można opisać życie człowieka? poprzez chwilę lub historię. poprzez integralną (w twojej obserwacji) całość wyróżnionego stanu chwilowego - albo zbiór faktów, które znajdują się w pamięci (lub bibliotece). można taki opis nazywać "punktochwilą" i "kontinuum", ale rekomenduję ci termin-pojęcie "czasoprzestrzeń chwilowa" oraz "czasoprzestrzeń abstrakcyjna". że chodzi o czasoprzestrzeń, to zrozumiałe. że chwilowa, także oczywiste. ale czy abstrakcyjna? - wyodrębnioną jednostkę z wydarzenia, czyli jakiś konkret, np. sekundę procesów fizycznych twego ciała, określisz z całą pewnością jako zdarzenie realizujące się w czterech wymiarach. a dzień, rok, dekada z życia, całe życie - czy to również będzie czasoprzestrzeń? że proces dokonuje się w ramach czasoprzestrzeni, to nie podlega dyskusji. że jednostki składowe są złożone z punktów-i-chwil, to jasne. ale pojawia się pytanie, czy istnienie zawarte pomiędzy ewolucyjnymi brzegami również można skalować przy pomocy czasoprzestrzennych formuł? czy można takie "istnienie" wyodrębniać z otoczenia, i to pomimo faktu, że w tak zdefiniowanej łącznej postaci przecież nigdy nie występuje? - czy, inaczej to ujmując, życie to tylko "chwila", czy także zbiór chwil - "konkret" czy "gatunek"? przekonany jestem - i ciebie chciałbym do tego przekonać - że wnioski, które płyną z odpowiedzi na to pytanie, są ważkie. co bowiem uzyskam, kiedy jedność wydarzenia, którym dla obserwatora zewnętrznego jest całe życie osobnicze, wyskaluję i opiszę wzorem? to będzie oznaczało, że byt abstrakcyjny, obecny jedynie w szarych zasobach umysłu, byt-fakt nigdy nie istniejący fizycznie w łącznej postaci, poddaję analizie tak, jakby istniał. rozumiesz? z chwil, z punktochwil buduję w umyśle obraz czegoś, co nigdy tak nie zaistnieje. ani teraz, ani nigdy. dzięki takiemu działaniu mogę, na bazie zdarzeń przeszłych, ustalić rytm zmian kształtujących zjawisko. i w konsekwencji stworzyć model zdarzeń przyszłych. nie horoskop, nie wróżbę – tylko model... powiesz, że to nic wartościowego, że budowanie modeli zawsze było głównym zajęciem umysłu. ale jeżeli spojrzysz na rzeczywistość (np. aktualną całość wszechświata) jako chwilę, jeżeli "całość" obserwowanego procesu potraktujesz za "czasoprzestrzeń chwilową" - to skonstruowanie, stworzenie abstrakcji nadrzędnej banałem już nie będzie. dlaczego? bo zasadniczo zmienia się punkt obserwacji. - wyrażę to inaczej, zupełnie otwartym tekstem: w opisie otaczającego świata należy zrobić to samo, co fizycy tak skutecznie przeprowadzili w głąb, dla małych i bardzo małych struktur (choć sami zdumieni, że to się tak sprawdza). obecnie podobny opis trzeba wyznaczyć w górę i w dal. czyli słynne powłoki, podpowłoki, liczby kwantowe, i tym podobne, trzeba ustalić dla struktur dużych i bardzo dużych. oczywiście nie mechanicznie, ale chodzi o to samo. jeszcze raz spytam, czy dostrzegasz konsekwencje wprowadzenia do analizy i pojmowania rzeczywistości pojęcia "czasoprzestrzeni abstrakcyjnej"? przecież nie rozchodzi się o to, żeby wyznaczać kolejne fazy z żywota, wszak podział na okresy (i odmiany charakterologiczne) już dawno został przeprowadzony. ale można takie modele abstrakcyjne budować dla dowolnego zjawiska. pogoda czy trzęsienia "opoki" pod nogami, czy wszechświat - nie ma ograniczeń. żadnych. rzeczywistość obserwowana zawsze jest tylko chwilą. i jakby twoje możliwości obserwacyjne nie były rozbudowane, w obrębie chwili pozostaniesz. - natomiast głównym, fundamentalnym zadaniem umysłu poznającego świat jest "dobudowanie" do murów pojedynczej celi obrazu całego więzienia. i jest to zadanie wykonalne. bo chwila warunkowana jest przeszłością, a zarazem warunkuje przyszłość. zaś całość zawsze, zawsze jest tylko abstrakcją. 12
  • 13. - układ okresowy pierwiastków - ewolucja w toku zachodzenia – pomysły odczytania w tym momencie, ponieważ mam świadomość głębokiego zakotwiczenia w postrzeganiu i analizowaniu świata tradycyjnie pojmowanego zbiór elementów, który uzyskał historycznie nazwę "układu okresowego pierwiastków", musi paść stwierdzenie, że jest to konstrukcja chwilowa, oddająca stan wiedzy "na teraz". dlatego też wymaga w dalszym działaniu poznawczym "przemodelowania", nowego podejścia i zobrazowania. a ponieważ jestem o tym głęboko przekonany, poniżej, na kliku kolejnych kartkach, przedstawiam niepełny, siłą rzeczy, zbiór pomysłów, jak można odczytywać i modyfikować układ okresowy. wszystko w oparciu o ułożenie dzisiejsze. - a jako dodatek (uzupełnienie) do tych stron muszą pojawić się wszystkie następne, które, mam taką nadzieję, wesprą wyrażone tu zdanie. - 1. pierwszym ze sposobów, który się narzuca (kiedy przeglądać formę i aktualny kształt graficzny układu), wywodzi się z liczb kwantowych. chodzi głównie o narastające pionowo (7 pozycji) i poziomo (7 + 1) rzędy (grupy), które swoim zapełnieniem oddają, są podporządkowane liczbom kwantowym. zasadniczo idzie o rytm 2-8-18-32-50-72-9 (ilość elementów na poziomach). - wcześniej padło, że schemat został skomplikowany (i skompilowany), że został zbudowany w formule przebiegu dla "izotopów" (rytm 4-16-32...), ale posiada kształt, jakby był w układzie pierwiastków głównych. efekt? skutkuje to tym, że na kolejnych, już dalszych pozycjach, brakuje dodatkowego wymiaru (czyli następnych wielkości kwantowych, 2-6-10-14-18-22- ). owszem, owe dodatkowe stany pojawiają się jako uzupełnienie i dodatek, co ratuje geometrię układu (jego symetryczny kształt), ale burzy logikę zapisu. w tej sytuacji może sprawiać trudność oddzielenie pierwiastków powstałych "pobocznie", jako następne już rzuty fali zdarzeń (co powoduje, że niektóre pierwiastki znajdują się w innym miejscu). wszystko z grubsza zgadza się na pierwszym i drugim poziomie, tu wielkości są zgodne z liczbami. może to wynikać z faktu, że ewolucja w tym przedziale dopiero się zaczyna i występuje mała różnorodność elementów. natomiast dalej pojawiają się odchyłki, i to narastające. to efekt tego, że zwyczajnie i po prostu potrzeba czasu na realizację niektórych struktur (atomowych). a po drugie, co posiada zasadnicze znaczenie dla obrazowania (i rozumienia) procesu, niektóre "atomy" już nigdy nie powstaną. powód? ponieważ brakuje na ich realizację energii w tutejszej "czaso"-"przestrzeni". 2. ciekawym podejściem do problemu (tu odczytu), jest uwzględnienie w analizie rozkładu poziomego pierwiastków i ich właściwości. to znaczy, uszeregowanie i opisanie od maksymalnie aktywnych (chemicznie i fizycznie) - aż po "pasywne", "szlachetne" helowce. takie ujęcie to jednocześnie obrazowanie całego ciągu zmian ewolucji: od jednej strony (jednej półkuli) do drugiej, z końcem na/w drugim biegunie – ale także ułożenie elementów układu w powiązaniu z innymi. przecież nie ma wyizolowanych, na zawsze osobnych od otoczenia atomów-faktów (i zbiorów atomów, pierwiastków), to stan na dziś, zmiana ujęta w konkretną postać. ponieważ wszelkie procesy ewolucyjne uzyskują maksymalnie postać sfery, to ułożenie tak nakreślonych linii prowadzących do zaistnienia konkretnych elementów będzie przypominać inne rozpisanie składników świata, a mianowicie "siatkę kartograficzną" na globusie. i co tu ważne, z wszelkimi konsekwencjami tego obrazowania (łatwo wyobrażalnymi). punkty przecięć siatki to będą miejsca wyróżnione i węzłowe (to analogia do węzłów na/w fali), a zaistnienie dokładnie "w punkcie" węzłowym to byłby taki "szlachetnie" nieaktywny atom. uważam, jestem przekonany, że zobrazowanie układu pierwiastków jako "globu" (czyli planety, i to w ciągłej rotacji), ma sens. naniesiona na kulę siatka, "podziałka" w postaci pionowo-poziomych linii (zależności), znacząco wspomoże zrozumienie wzajemnych relacji, a przede wszystkim uplastyczni tak analizowany proces. oraz nada mu charakter czaso-przestrzennego, czyli przebiegu, który jest obserwowany (i odczuwany) na co dzień – i wszędzie. 13
  • 14. - 3. kolejna propozycja dotyczy zdarzeń "wyłaniających", "wciskających" się na/w postrzegany poziom ewolucji (tu atomowy), wchodzących pomiędzy już istniejące elementy jakiś "nowinek", które rejestruje doświadczenie. można spojrzeć na to pod kątem zmiany w toku (energetycznie rozciągniętej na etapowy ewolucji, którą postrzegam "po kawałku"). proponuję, wydaje się to możliwe, żeby takie stany potraktować jako pośrednie, które tworzą się w czasie przechodzenie od jednego elementu do drugiego (od jednej "chwilowo dopełnionej" już formy do następnej - jednak zawsze jako efekt wzajemnego wynikania i współdziałania ze sobą procesów, jako efekt "następowania" zjawiska w linii, po sobie – i jako przynależące do jednej "rodziny"). - w trakcie takiego przechodzenia między już istniejącymi kształtami (wyróżnionymi z tła "punktami-atomami") powstają lokalne "zawirowania" i nowe elementy, czyli np. "izotopy". albo krótkotrwałe fakty w postaci laboratoryjnego pierwiastka. krótki czas ich przeżywalności w tym świecie to najlepszy dowód ich przejściowego stanu. mówiąc inaczej, są to uchwycone "na gorąco" (w przejściu) "zgęstki" energii między kolejnymi ważnymi kwantowo punktami ewolucji (szczególnymi miejscami na fali). jednak które, co warto podkreślić, z chwilą przesunięcia się całościowego środka ewolucji i na nowo ułożenia granic świata (np. inna temperatura), uzyskują szansę (i tylko szansę) "ustabilizowania" się w tych chwilowych stanach (np. jako "izotopy" dla mnie) - i mogą trwać przez pewien okres. co było tylko chwilowym faktem i pojawiło się, żeby zniknąć, stopniowo, przy sprzyjających warunkach, staje się coraz bardziej stabilnym (i twardym) ciałem. w takim modelu izotopy, a szerzej wszelkie pierwiastki szybko się rozpadające (a już zupełnie szeroko wszelkie byty, które wyróżniam w otoczeniu), to formy przejściowe, chwilowe stany energii w trakcie przemiany. zaistniały nadprogowo i cieleśnie (fizycznie), wynurzyły się na moment z kwantowego oceanu, i zaraz ponownie wtopią się w tło. to "namacalne" (podległe obserwacji i mierzeniu) efekty przejścia między jednym a drugim etapem ewolucji. im dłużej toczy się zmiana, tym więcej elementów i więcej cielesnych bytów. ale tym również, co istotne, bliżej końca... 4. występuje w układzie podział na grupy główne oraz poboczne, do pierwszych zalicza się te oznaczone pionowymi rzędami pod literą "a", a do pobocznych są wliczane grupy i rzędy pionowe oznaczone literą "b". z tym, że zostały one, skutkiem następowania po sobie zarejestrowanych wielkości mas atomowych (i w takim działaniu porządkującym było to nieuchronne), wpisane w rzędy poziome. a to wprowadza zamieszanie. po pierwsze, nastąpiło, według mojego przekonania, przemieszczenie grupy "b" z drugiego poziomu do trzeciego. dlatego, że już na drugim poziomie powinno być 16 pierwiastków. (a dokładniej mówiąc, grupę przesunięto nie z drugiego do trzeciego, ale z trzeciego do czwartego, w trzecim jest po prostu za mało pierwiastków.) - powstaje więc pytanie: jak należałoby rozmieścić te poboczne pierwiastki? czy w rytmie 2-6, to znaczy wpisać w rytm 2-6-10, jak domaga się tego kwantowanie i umieścić je z boku? a może, co także nie byłoby bez sensu, umieścić je pod pionowymi rzędami grupy "a"? czyli jako pierwsza przychodzi grupa "a", a niżej "b" - jako proces, który powstał już "pobocznie". i jeżeli teraz zobrazować to jako sferyczną zmianę w trakcie (dziejącą się), to grupa "b" byłaby po jednej stronie, "a" po drugiej stronie równika takiej kuli. w tym ujęciu część "a" byłaby tworzącą ("wyłaniającą") się stroną procesu, a strona "b" zstępującą (zanikającą) do stanu "martwoty", w zakres podprogowy. co istotne i ciekawe, w takim zobrazowaniu pierwiastki poboczne byłyby trwałymi i najbardziej twardymi, sztywnymi. co zresztą występuje, przecież to one, w obecnej chwili świata, zawierają w swoim zakresie najbardziej stabilne stany pierwiastkowe (żelazo i inne metale). a izotopy kolejnych pierwiastków – to, co określa się jako "izotopy", prezentują się w tym obrazie jako ewolucyjne fakty, które się jeszcze nie "usamodzielniły" – albo ich czas już przeminął (i dlatego widzę nędzne "resztki"). 14
  • 15. - 5. "trzecia linia" w procesie? - czy rejestruję całość? w czym rzecz? chodzi o to, że widoczne w dzisiejszym układzie okresowym dwie linie zmiany to nie musi być wszystko. - owszem, podziału generalnego, że są dwa kierunki zjawisk (rozpad oraz łączenie), tego zbioru o żaden fakt już nie powiększę, ale to przecież nie oznacza, że w układzie nie może zawierać się więcej linii wydarzeń. jak, na jakiej zasadzie? jeżeli środek rzeczywistości, stan aktualny świata uzyska w procesie ewolucyjnym nową jakość (przemieści się w nowy stan energetyczny), to przecież musi, po prostu musi to odzwierciedlić się w "kształtce" (strukturze) elementów układu pierwiastków (zaistnieje coś w procesie nowego, a coś starego wypadnie z gry). zmiana konfiguracji, zmiana rozmieszczenia elementów musi przełożyć się, z jednej strony, na stan całości i funkcjonowanie zbioru (inaczej będą ze sobą reagować składniki, zwiększy się lub zmniejszy zbiór możliwości wymiany energii między nimi) – ale z drugiej musi to przełożyć się, co zrozumiałe, na graficzne zobrazowanie materii, czyli w tym przypadku "sztywny" układ okresowy pierwiastków. stąd wniosek, który został zasygnalizowany na wstępie, że może się w takiej zmianie pojawić "trzecia linia", jest zasadny. tyle że, i to jest tu warunkiem zasadniczym – w takim przypadku jedna z już istniejących (dziś) linii zniknie – po prostu "zajdzie za horyzont" (zdarzeń). co innego będzie wówczas stanem maksymalnym i aktualnie środkowym. a fakty, wszelkie byty dawniej dominujące, będą się "pętać" lokalnie i po kątach, i w postaci, tak to trzeba określić, "nędznych resztek" (czyli izotopów). - albo, to dopełnienie tego obrazu, będą na tak wyróżnioną w analizie chwilę (w ramach zawsze "do przodu" generalnie przebiegającego procesu) tylko dobrze zapowiadającymi się zdarzeniami, które dopiero "za moment" zdominują ten lokalny świat (i okolice). może więc być tak (i to chyba nie jest złe tłumaczenie i podejście do odczytu układu), że "trzecia strona" pojawi się, kiedy środek ewolucji przesunie się na nową pozycję i utworzy się inny kształt-stan-chwila wszechświata. przecież to, co uważam dziś za "wszechświat" (podążając za obrazami podsyłanymi przez astronomię czy fizykę), to konstrukcja dynamiczna, która miała początek, ma stan obecny (umiarkowanie stabilny) – i "za moment" dziejowy się skończy. na tym bazując mam prawo twierdzić, że to, co jakoś obserwuję, to stan wybrany z całości, że to "kadr z filmu". i że, w ramach każdego "kadru", co innego jest stanem przewodnim (środkowym). - mówiąc inaczej, w tym ujęciu zasada byłaby syta – i realność zachowana. aktualnie, na dziś, obserwuję taką sytuację, że dwa pierwiastki "prezentują" się jako bieguny "globu", są do siebie na skrajnych pozycjach - ale przecież w ewolucji wszystko płynie i się zmienia, w naturze nie ma zastoju. dlatego "po jakimś czasie" jeden z tych biegunów "zniknie" i na jego miejsce wejdzie następny pierwiastek - "ten trzeci". a w kolejnych "krokach" (kwantowych) i ten może przesunąć się "na równik" i zdominuje sytuację (będzie najliczniej reprezentowany, bo "równikowo"). a na opuszczone w taki sposób miejsce wejdzie jeszcze następny, i też jako "trzeci". - dla obserwującego proces ewolucyjny zawsze (i wyłącznie) "widać" dwa bieguny sfery, ale każdorazowo są to inne, "odnowione" już bieguny zjawiska. sfera ewolucji "przekręciła się". - zmiana energetyczna w taki sposób opisywana to byłoby coś takiego, że z jednej strony następuje "zachodzenie" za horyzont (linię graniczną) zdarzeń należących do jednej części układu (np. linii wodoru), ale jednocześnie, co tu istotne, po drugiej wyłania się "zza horyzontu" ów trzeci pierwiastek. i wówczas to, co obecnie jest na brzegu, czyli linia helowa, w trakcie swojego przemieszczania się w czaso-przestrzeni, staje się linią środkową i dominującą. a po drugiej stronie, przeciwnej, na miejsce helu, pojawiłby się następny trzeci, jeszcze dziś nie istniejący element. i to on będzie w takich okolicznościach brzegiem. itd. jak widać, koncepcja przesuwania się zdarzeń i elementów poza horyzont ma w sobie coś pociągającego, coś, z czym umysł może się oswoić. taki opis zjawisk jest zbieżny do wszelkich postrzeganych procesów. 15
  • 16. - 6. dwukierunkowość i naprzemienność ułożenia w ewolucji kierunków wprowadza jeszcze inny ciekawy temat do analizy, który warto prześledzić. skoro po jednej stronie kuli znajduje się "gniazdo" i "biegun" pierwiastków "aktywnych", a po drugiej prawie zupełnie "biernych", to stany pośrednie ułożą się dalej w taki sposób, że linie łączące bieguny utworzą ciąg zjawisk, które dziś są reprezentowane w układzie jako linie poziome. czyli energia budująca strukturę, przemieszczając się pomiędzy "biegunami", rozpoczyna swój szlak od