• Share
  • Email
  • Embed
  • Like
  • Save
  • Private Content
Suplement (rozmowa z sobą)
 

Suplement (rozmowa z sobą)

on

  • 917 views

ewolucja; kosmologia; czasoprzestrzeń; kwanty; filozofia; energia; materia; logika; ...

ewolucja; kosmologia; czasoprzestrzeń; kwanty; filozofia; energia; materia; logika;
układ okresowy pierwiastków; atom; promieniowanie, widmo promieniowania; rozum;
cywilizacja; kosmos; wszechświat; czarne dziury; grawitacja; ciśnienie; nieskończoność;
wieczność; obserwator; osobliwość; prędkość światła

evolution; cosmology; space; quantum; philosophy; energy; logic;
atom; radiation; radiation; reason; civilization; cosmos; universe; black holes;
gravity; pressure; infinity; the observer; the singularity; speed of light

Statistics

Views

Total Views
917
Views on SlideShare
917
Embed Views
0

Actions

Likes
0
Downloads
1
Comments
0

0 Embeds 0

No embeds

Accessibility

Categories

Upload Details

Uploaded via as Adobe PDF

Usage Rights

CC Attribution-NonCommercial LicenseCC Attribution-NonCommercial License

Report content

Flagged as inappropriate Flag as inappropriate
Flag as inappropriate

Select your reason for flagging this presentation as inappropriate.

Cancel
  • Full Name Full Name Comment goes here.
    Are you sure you want to
    Your message goes here
    Processing…
Post Comment
Edit your comment

    Suplement (rozmowa z sobą) Suplement (rozmowa z sobą) Document Transcript

    • Janusz Łozowski S U P L E M E N T (rozmowa z sobą) copyright © 2010 by Janusz Łozowski wszelkie prawa zastrzeżone ISBN 978-83-932050-0-4 SUPLEMENTczyli@gmail.com 1
    • (...) świat, jaki jest, każdy widzi - pozostaje problem z nazwaniem widzianego. do najbardziej podstawowych pojęć, którymi opisuje się otaczający nas przestwór, należy ewolucja. ewoluuje atom, ziemia, wszechświat - człowiek i rozum; kultura podlega w swych przemianach regułom ewolucji - tak samo jak cywilizacja, wielkość nadrzędna do niej. na wyższym poziomie cywilizacja wpisuje się w proces zmian w kosmosie... itd. itp. powstaje naturalne pragnienie (i wniosek), żeby zestawić ze sobą te tak różne i pozornie odległe od siebie ewolucje, zobaczyć, które ze zbadanych części jednego procesu dają się przypasować w następnym przypadku. zadanie jest "proste": zrozumieć rzeczywistość – zobaczyć jak przebiega ewolucja Ewolucji. 2
    • kosmologia 1.1. 3
    • (fragmenty) - układ okresowy - rozkład pierwiastków - ile "układów"? wniosek jest taki, że - w układzie okresowym mam dwa układy. jeden układ dla "linii rozpadu", zmiana tworząca ten proces idzie "ku górze" (elementy zbioru ulegają degradacji) - a drugi układ, do niego przeciwny, to tor "schodzący", to budowanie się struktur (tu atomów pierwiastków), kierunek takich zjawisk oddaje "linia opadania". patrząc w poziomie ("na wprost"), oś symetrii w tym podwojonym, dwuliniowym zdarzeniu przebiega między stronami układu i dzieli go na dwie części. ale to nie jest zabieg mechaniczny, tak wprowadzony logiczny podział biegnie znacznie głębiej, przez każdy element. dowolny pierwiastek i dowolny fakt w takim procesie to zarazem rozpad i łączenie, a postrzegany stan fizyczny jest wypadkową (sumą) tych stronnych zjawisk. "atom" to nie jednostka, ale wielość postrzeganych (jakoś rejestrowanych) "nadprogowych" faktów – plus zakres "podprogowy", konieczny i dopełniający (i nieoznaczony). - co z takiego ujęcia wynika? sporo. po pierwsze to, że należy rozbić, podzielić w analizie obecny układ okresowy na symetryczne do siebie "wiry" (linie) - na dwa dopełniające się i wzajemnie warunkujące zjawiska energetyczne i ewolucyjne. ustalana w eksperymencie jako jedność struktura i zależności w postaci "układu okresowego" (chemiczne oraz fizyczne powiązania elementów), to dwie ewolucje, które w "powierzchniowym" i "zgrubnym" oglądzie stają się jednością. inaczej - ponieważ ważne. stan dzisiejszy ilości pierwiastków i ich własności, który obrazuje powszechnie znany schemat (tabelka z pionowo-poziomymi liniami) - to "zmieszanie", łączne zobrazowanie dwu przebiegów. to fizycznie jeden i całościowo odbierany przeze mnie stan wydarzeń, jednak składający się z dwu linii. jeden proces tworzy "linia rozpadu", drugi "linia łączenia", czyli dwa najbardziej fundamentalne i wyróżnialne w ewolucji energetycznej (w ramach rzeczywistości) kierunki zjawisk. dla mnie to jedność, fizyczny proces w toku zachodzenia (którego jestem wytworem) - jednak logicznie są to dwa zdarzenia, przeciwnie do siebie skierowane i wzajemnie się dopełniające. poznając rzeczywistość, rejestrując (porządkując oraz zestawiając) elementy otoczenia, muszę je wpisywać w ciągi (linie, zbiory, cechy) – czyli doznawany i zastany zbiór poddaję klasyfikacji, która umożliwia definiowanie wydarzeń i ustalania wzajemnych relacji między nimi. ten etap jest konieczny, przecież muszę "posortować" ("poliniować") otoczenie na wszelkie możliwe sposoby, żeby fizyczny "chaos" unieruchomić i zrozumieć - bez tego nie przejdę do kolejnego (i następnych). czyli szukania "wewnętrznych" i głębokich zależności. "układ okresowy pierwiastków", czy dowolnie inny fakt postrzegany w świecie, to dla mnie "objaw" (skutek) ewolucji i abstrakcja zmiany, ale postrzegam z niego wyłącznie "powierzchnię", która swoje "korzenie" posiada daleko-głęboko - rejestruję i "obrabiam" wielowymiarowe zjawisko, a nie fakt jednostkowy czy punktowy. kiedy pomijam te zależności i nie dostrzegam, że przejścia zawsze są niejednoznaczne i "płynne", że koniec jednej ewolucji oznacza jednocześnie początek następnej, moje postrzeganie się rwie - i łatwo o błąd. atom pierwiastka jest procesem - pierwiastek (zbiór atomów) jest procesem - ale zbiór pierwiastków (abstrakcja wywiedziona ze zmiennego świata) również jest procesem, z którego postrzegam jedynie fragment. - z otaczającej mnie (wielowymiarowo) rzeczywistości zawsze widzę kawałek... 4
    • - nawiążę do tych nieszczęsnych światów równoległych. - skąd taki sceptycyzm? nie podoba ci się myśl, że gdzieś, ktoś... - niech ten "ktośny" sobie będzie, mnie mało do niego. zadaję tylko pytanie: po jakiego tak świat komplikować? jakieś wielowymiarowe przenikania, kłaczki rozedrgane i "wibrujące", w tym samym miejscu inne stworki, jakby tutejszych było mało i wojenek brakowało. jeden układ, jeden wszechświat - i starczy. wciskać na siłę jeszcze coś, po co? - przyznasz, że nie wzięło się to bez powodu. - mogę przyznać, nie jestem od negacji wszystkiego. tylko warto podumać, co za tym stoi i dlaczego tak się stało oraz co można o tym nowego powiedzieć. - a można? - owszem. bo to jest tak, kochany. wychodzi w obliczeniach, że energia wpada w dziurę i znika, gdzieś się podziewa. człek z ciebie dorosły, życia nieco zwiedziłeś, więc już wiesz, że w przyrodzie nic nie ginie. co najwyżej zmienia właściciela. skoro tak, kto przywłaszcza sobie zasoby? - no, kto? - my. - ? - ty, ja, wszyscy obecni. w dowolnej postaci obecni... energia "tuneluje", tu zgoda. jak mówiłem, przemieszcza się między brzegami wszechświata - i we wnętrzu wszechświata – i tylko w nim. po przejściu osobliwości (raz, wiele razy) powraca do budowania zdarzeń... zrozum, o co mi się rozchodzi. "tunel" energetyczny łączy nie kolejne czy sąsiednie światy - ale kolejne odcinki tego samego procesu. gdybyś znalazł się w czarnej dziurze i przedostał na drugi brzeg (co tak ponętnie opisują różne fantastyczne publikacje), trafiłbyś do tego samego wszechświata – tyle że starszego. co oczywiste i zrozumiałe, fala energii, która wówczas "wypływa" "po drugiej stronie", tworzy - wchodzi w proces tworzenia nowych bytów. ale tutejszych bytów. to nie są inne światy czy procesy, to ciągle i zawsze jest ten sam wszechświat. energia nieboszczyka, z poprzedniego etapu zjawisk, zasila nowe ciała - odnowiona, pozbawiona wszelkiej informacji o zdarzeniach wcześniejszych, swobodnie wprzęga się w ciała istniejące... w tym i tylko w tym sensie wniosek o światach równoległych jest poprawny. każda fala, każda kolejna generacja-pokolenie energetycznie buduje strukturę realności. to faktycznie jest "przenikanie" się światów - ale przenikanie "światów cząstkowych". które razem, usilnie to podkreślam, łącznie kształtują i tworzą to, co postrzegam oraz czym jestem. jak kolejny kęs ciasta, który właśnie zjadasz, zasila twoje ciało (zauważ, podprogowo), tak samo "pożywką" dla materii wszechświata są fale energii "wybijające" w miejscach źródeł osobliwych. jak na ziemi woda krąży i przechodzi kolejne cykle (w tym przez osobliwość biegunów), tak samo energia krąży w skali wszechświata. zapadnie się w osobliwość, wypłynie i zbudują się kolejne cielesne duszyczki – znów się zapadnie... trochę to trwa... weźmy ten kawałek ciasta, dla ciebie to chwila teraźniejsza. ale pomyśl, dla komórek twojego ciała jest to zdarzenie, które dojdzie na ten poziom dopiero za kilka, kilkanaście godzin. że nie wspomnę o twoim kośćcu, gdzie budowanie trwa latami. twoja aktualność materialna osadzona jest na dalekiej i nawet dla ciebie samego "zamierzchłej" przeszłości, której nie pamiętasz. że już nie podniosę zagadnienia informacji genetycznej, która aktualnie cię tworzy, a pochodzi z odległych epok. twoje dzisiejsze działanie buduje twoja odległa przeszłość – a twoja przyszłość jest zakotwiczona w twoim obecnie dziejącym się "teraz". łańcuch, ciągłość, uzupełnianie się kolejnych zjawisk – całość tak pojęta składa się na to, czym jesteś i za co się uważasz. zauważ, jeżeli choć jedno ogniwo w tym "łańcuchu" wypadnie skutkiem losowego zdarzenia – to ciebie nie ma. 5
    • - ciąg pokoleń. - i to w dużo większej skali, niż ci się wydaje. o tym, że jesteśmy w linii prostej potomkami dawno wymarłych gwiazd, nie trzeba się rozwodzić, choć to emocjonalnie porusza. kiedy uświadomisz sobie, że krew krążąca w ciele (oraz samo ciało) jest bezpośrednim następstwem tego, że były wcześniej pokolenia gwiazd, które się zapaliły, a później zgasły i rozproszyły - i na lokalnej, peryferyjnej planetce tak się "skłębiły" różnopierwiastkowo, iż mogę teraz do ciebie mówić, to robi wrażenie, przyznasz. a teraz dodaj do tego kolejny poziom: krążenie energii w skali wszechświata. wszystko, co postrzegasz, co fizycznie rejestrujesz - w tutaj prezentowanym ujęciu – to przecież tylko i wyłącznie chwila. jedna z chwil, które tworzą-kształtują wszechświat. jeżeli postępujesz inaczej, czynisz tak, jakbyś z całości swojego życia wybierał właśnie się dziejący moment (z jego wszelkimi fizycznymi przemianami, które rejestrujesz i parametrami, które ustalasz) – i powiadał: oto wszystko. nic więcej nie było i nigdy nie będzie. przyznaj, głośno zaprotestujesz przeciwko takiemu ujęciu. a w przypadku wszechświata nie protestujesz. przecież chodzi o to samo, dokładnie o takie samo spojrzenie. obserwujemy wyłącznie "jeden dzień z życia" wszechświata i mówimy: to już całość. a jego przeszłość, a przyszłość? - pogubiłem się. - sorry. potraktuj to jako zajawkę dalszej rozmowy. obecnie,żeby przybliżyć i pokazać, o co mi chodzi, odwołam się do analogii. - zauważam, że chętnie korzystasz z analogii. - to ma być zarzut? masz coś przeciw? lubię odwoływać się do analogii oraz skojarzeń, które nieomal automatycznie narzucają obraz procesów, którymi się zajmuję – i, co ważne, szalenie ułatwiają zrozumienie zależności pomiędzy elementami występującymi w analizowanym zjawisku. staram się również, aby to były odniesienia do najbliższego i dobrze rozpoznanego zakresu. dlaczego? bo łatwiej wówczas takimi pojęciami operować. osobiście szczerze podziwiam, jak ktoś buduje abstrakcje, w których występują na przykład "czas urojony" lub "przestrzeń urojona". powtórzę, po co nadmiernie komplikować to, co już samo z siebie jest skomplikowane. - są granice analogii. - jeżeli jedna nie wystarczy, będzie następna (i kolejne). przekonałeś się, mam nadzieję, w trakcie naszej poprzedniej rozmowy, że osobliwość ma wiele, bardzo wiele wspólnego z nieboszczykiem. a pozornie to tak odległe procesy, przynajmniej dla tych, co odbierają taki fakt "powierzchniowo". przy okazji do tematu jeszcze powrócę, bo ważny. - przyznaję, zapisywanie wzorów to nie moja działka, podsuwanie pomysłów to również może być niezły kawałek chleba. przy tym jaki ciekawy. choć zgadzam się, że przyjęta w tej rozmowie konwencja i używanie sądów oraz stwierdzeń zdecydowanych, to można poddawać krytyce. tylko że ja, zapewniam cię, rzeczywiście tak to widzę, w moim pogłębionym "oglądzie" ("oczami duszy") procesy ewolucyjne tak właśnie się prezentują. mam nadzieję, i chciałbym żeby tak było, że rozumiesz oraz akceptujesz styl tej rozmowy i zaproponowane podejście (czyli prezentacji "obrazów-ujęć" dla ewolucji-Ewolucji). - zgoda, to jest moja i na dziś propozycja zobrazowania "tego wszystkiego", ale, przyznaj, pomimo obiekcji, nie daje się tak łatwo i od razu odrzucić. jeżeli potwierdzisz, na tym etapie to mi wystarczy. - chwytajmy byka za rogi, jaka to analogia? - ściśle biorąc, to nie będzie analogia. chcę bowiem wykorzystać istniejące zobrazowanie zjawisk, które pozwolę sobie określić jako "szacowny staroć". w niczym nie umniejszając jego zasług. dlaczego tak, za chwilę zrozumiesz. układ okresowy pierwiastków... - o, masz coś przeciwko układowi? - przeciw? - nie. ale proponuję oraz postuluję wzbogacenie. nie tyle treści, tutaj kompetencji nie staje, co kształtu i sposobu prezentacji. po prostu można przeprowadzić "lifting" pięknego acz już nieco sfatygowanego wizerunku. 6
    • - wybacz, nie widzę powodu. obecny się sprawdza, jest funkcjonalny. i, tak po prostu, przyzwyczaiłem się do niego. - chciałbym zaznaczyć, szanowny kolego, że od czasu sprokurowania konkretnej formy nieco lat minęło. wiadomo już, że oprócz dwu wymiarów jest jeszcze trzeci. nawet czwarty. a lokalnie ten i ów o n-wymiarowaniu rzeczywistości w bajaniach na dobranoc dla zdolnych dzieci rozpowiada... - znów kpisz. - nie tak bardzo. zapytam: dlaczego ujęcie musi być płaskie i jednowymiarowe jak kartka papieru? dlaczego dwa podstawowe, a nie trzy "codzienne" wymiary oddają układ i zależności pomiędzy składnikami materii? dlaczego nie dodać czasu, czyli zmian zachodzących w historii (w ewoluującym zdarzeniu)? fakt, wcześniej były trudności graficzne, techniczne – ale aktualnie symulowanie wszelakich procesów bardzo się rozpanoszyło. czy stoi coś na przeszkodzie, żeby dla wygody, atrakcji, lepszego zrozumienia przekształceń w onych trzy plus jeden wymiarach tak właśnie uczynić? moim skromnym zdaniem można to i należy zrobić. - jak? - jak, jak, prosto. są pierwiastki z grupy gazowej - będą u góry. później idzie cały zbiór atomów, które - tak to zatytułuję - "tworzą litosferę". a najniżej, w kolejności mas, te najcięższe, metaliczne. wyobraź sobie, że w tej chwili patrzysz nie na kartkę papieru, ale na bryłę o pewnym kształcie, którą masz przed sobą. widzisz jej stratyfikację i kolejne warstwy materii. widzisz powłoki i podpowłoki. wszystko ułożone w orientacji góra-dół. - nawet zaczyna mi się to podobać. ale czy to by się przyjęło?... - to nie koniec. dorzuć ruch, dodaj czas. uwzględnij dwa generalne kierunki, łączenie i rozpad. dodaj lokalne - tutaj izotopów – podleganie rozpadowi lub łączeniu... co dostrzegasz? - chaos. - na początku zawsze jest chaos. a teraz kolejny kroczek. - jeszcze jeden? - będzie ich więcej. ten w postaci sfery. zamknij, wyobraź sobie teraz, że całą konstrukcję układu okresowego zamykasz w kształt kuli. stykasz ze sobą brzegi, które są tak odległe w płaskim ujęciu. określasz bieguny – tworzysz "siatkę kartograficzna". i? - niezbyt. - jakie masz skojarzenie? wyżej użyłem określenie, przecież celowo, że jest litosfera... - ziemia, glob ziemski. - planeta, to wystarczy. na ziemię nie warto się powoływać, wyjątek trudno odnosić do normy. ale skojarzenie trafne. kula-układ okresowy pierwiastków. czyli z jednej strony abstrakcyjne ustalenie zasad współdziałania atomów – z drugiej fizyczne, bardzo konkretne upostaciowanie. liczę na twój głos za taką symulacją. - do referendum droga daleka. co zrobisz z "dodatkami"? - lantanowce itp.? kochany, cymes, coś wspaniałego. dostrzegasz na takim w wyobraźni (ale i w rzeczywistości) kręcącym się abstrakcyjnym globie twardą, głównie krzemową warstwę? a dostrzegasz pęknięcia w niej, taki "wulkanik" w jakimś "zakątku", dostrzegasz lokalny wypływ "lawy"? dostrzegasz, wspaniale. lantanowce i ta część zbioru, to efekt "nieciągłości" w czasoprzestrzeni, po prostu banalny "wyciek" z głębi. i zapewniam, w proponowanym ujęciu ładnie się to zaprezentuje. - nie zapominaj, że w takim modelu występuje ciągły ruch i wszystko płynie. że jest ciśnienie wewnętrzne i zewnętrzne, że ciągle narasta temperatura (w zależności, który poziom analizujesz). całość tego świata się "gotuje" i "bulgocze". dodaj jeszcze wzajemne wpływy magnetyczne, elektryczne, chemiczne, dodaj rotację względem wybranego punktu odniesienia – i tak dalej. interesujące? - ba... 7
    • - zaniemówiłeś? zupełnie niepotrzebnie. dopiero teraz wypadnie zrobić krok najważniejszy - i najefektowniejszy. - przerwałeś w takim momencie, że czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. - cieszę się, że intryga "okresowo-układowa" cię wciągnęła. następna scena według scenariusz wygląda następująco. pustkowie. kamera ustawiona na daleki plan, obejmuje szeroki zakres zjawisk. obraz wolno przesuwa się na ekranie, ukazując mało przyjazny teren. po horyzont niczego ciekawego ani nikogo nie widać. - zmiana ostrości i kadrowania. odległe elementy krajobrazu stają się wyraźniejsze, pojawiają się szczegóły. z szarego tła wyłania się wędrowiec. przeciętnej postaci, nieokreślonego ubioru, bez przeszłości. sam na/w tle i sam wobec otaczającego środowiska. - następna scena: w kadrze pojawia się dom na pustkowiu. w złym stanie, zniszczony przez siły natury. z daleka poznać, że opuszczony. wędrowiec zbliża się, rozgląda i ostrożnie przekracza próg. kamera wędruje za jego wzrokiem. wszędzie pusto i typowe ślady świadczące, że dawno nikogo tu nie było. puste, brudne pomieszczenia, żadnych sprzętów. panuje półmrok. - w jednym z przemierzanych pokoi wzrok człowieka wyłuskuje z szarości leżące na podłodze fotografie. zbliżenie. wszędzie widać leżące w całkowitym bezładzie i częściowo wyblakłe zdjęcia różnych osób. najpewniej mieszkańców. wędrowiec zmęczony siada na podłodze. leniwie sięga po obrazki. początkowo znudzonym ruchem przerzuca elementy albumu, później z rosnącym zaangażowaniem. w miarę trwania (długiej) sceny praca staje się intensywna i coraz bardziej zorganizowana - oraz przemyślana. cięcie. kolejny kadr "filmu" przedstawia to samo pomieszczenie i tego samego osobnika, ale w trakcie intensywnego krzątania się. kamera pokazuje wnętrze pomieszczenia. można dostrzec ułożone i uporządkowane fotografie. widać w zbliżeniach szeregi jakoś podobnych sobie, można zauważyć linie obrazków, na których znajdują się mężczyźni lub kobiety. w innym miejscu pojawia się ciąg rodzinny, który rozpoczyna "praszczur", a kolejne pokolenia to "wznoszą" się ponad powierzchnię ziemi w trakcie poszczególnych "odsłon"-fotek, to znów po pewnym czasie wtapiają się ponownie w grunt-tło. widać różne związki między rodzinami i pokoleniami. wysiłek porządkowania nabiera sensu. - w trakcie usilnej pracy nad "albumem rodzinnym" "poprzedników" zaczyna coraz mniejszą rolę odgrywać to, "jak" (w co konkretnie) są ubrani poszczególni osobnicy i jakie wykonują gesty, kto z kim jest w bliskich stosunkach i zależnościach. zaczyna za to dominować ułożenie według pytania "dlaczego?" są tak "ubrani" i dlaczego są ze sobą w "związkach". w całości obrazu nabierają znaczenia cechy głębokie wzajemnych relacji, czyli tworzy się "genetyka materialna"... - scena ostatnia przedstawia wędrowca przyglądającego się swojej pracy rozłożonej na płaszczyźnie podłogi. - dobry zadatek na kryminał. - bo to jest kryminał. metody dedukcyjne, szukanie wszelkich śladów, nawet tak drobnych, jak pojedyncze cząstki, praca koncepcyjna, agenturalna (lub w naszpikowanym przyrządami laboratorium) – to się składa na ten idący przez wieki pościg. za kim? doceniam twoją inteligencję. na pewno dostrzegłeś, że był to opis, lekko fabularyzowany, jak dokonywało się poznawanie-tworzenie układu okresowego. od pierwszego wrażenia, spostrzeżenia chaosu materii - do ładu rubryk. stan aktualny wiedzy jest na poziomie "podłogi", płaszczyzny. związki ustalone. co pewien czas pojawia się nowa "fotografia" materialnego bytu. a raczej "strzęp" takiej fotografii, pojedynczy atom inaczej przecież trudno określić. wydaje się, że praca została zakończona... jak wspominałem, niekoniecznie. - planeta, sfera jako obraz? to ma być ten ostatni etap? - to zabieg wspomagający. chodzi o poważniejsze zagadnienie, częściowo je poruszyliśmy... pytanie: czy takie ułożenie układu zamyka dalszą pracę? i odpowiedź: nie. zauważ, że choć jest to "rodzina", cały ciąg spokrewnionych ze sobą składników - to jednak jest to "wycinek" większej całości. - wycinek znacznie większej całości. 8
    • - ...? - sam na to wpadniesz. popatrz na analogię ze zdjęciami, przeanalizuj takie zdarzenie w ramach cywilizacji. kiedy się pojawiły? niedawno. wcześniej były portrety, szkice, naskalne rysunki. a jeszcze wcześniej? przecież były liczne pokolenia, których już nigdy nie poznamy, a które należą do naszej rodziny, i to na zasadzie koniecznej. - są jeszcze badania archeologiczne. - pięknie. ale, zauważ, kolego, że to jest działalność "na szczątkach", już w zakresie "rwanym" (rozpadającym się) ewolucji (dowolnego ciała, bytu). tę analogię postaram się wykorzystać, o ile nie zapomnę. ale idźmy dalej. jest jeszcze okres - i to jest ważne - którego w "fotografowaniu rodziny" żadnymi metodami nie osiągniesz. to czas "przed". przed pojawieniem się osobników. jednak nie zaprzeczysz, był i głęboko wpływał na to, co się działo dalej. - oczywiście nie jesteś bezradny. jest chemia, fizyka, genetyka (i inne takie) – ustalasz zależności na poziomie komórek, genów, składników genów. czujesz się coraz pewniej. ale, zauważ to, działasz już poza "albumem rodzinnym". i musisz mieć tego świadomość. mówiąc inaczej, dzisiejszy stan materii musi - musi być uznany za zbiór "zdjęć" z albumu rodzinnego. ale tylko, podkreślam to, jednego "pokolenia". to jedna warstwa z całości. - to czasoprzestrzennie powiązana ze sobą "grupa rodzinna". ale przed nią były inne rodziny, po niej nadejdą kolejne. - to mogę przyjąć, choć z trudem. jak jednak owe "zakryte" pokolenia opisać? wydaje się, że to nazbyt odległa historia, żeby ją poznać, już nawet nie to, jak wspomniałeś, rozpadająca się, ale nawet takich szczątków nie ma w naszym otoczeniu. - a po drugie, czy my w dalszym ciągu mówimy o jednym i tym samym "domu rodzinnym"? - genetyka. "genetyka materii". przyznaję, może poniosło mnie, może nazbyt literackie nazwanie, ale niewątpliwie wygodne. bo kieruje myślenie od razu w odpowiednią stronę. czyli odpowiedzią na twój problem jest logika. dlaczego? ponieważ, co oczywiste i naturalne, w tym przypadku wspomóc może badającego otoczenie eksperymentatora wyłącznie konstrukcja logiczna. tutaj zaczyna się wielka rola Fizyki. na bazie fizyki. czyli na bazie dotychczas zgromadzonego materiału dowodowego (te wszelkie "szczątki-fotografie") trzeba zbudować, a dokładniej wydedukować "układ okresowy pierwiastków wszelakich". przeszłych, aktualnych, następnych. stan dzisiejszy w tym ujęciu to tylko cienki "pasek" całości. ważny, bo to punkt naszego startu do analizy i pojmowania świata (i "opoka", na której stoimy), ale to wycinek z całości. ile może taki "raport" liczyć stron-elementów? to łatwo ustalić. ale nie jest to obecnie w temacie, więc pomińmy. - mam wrażenie, że w ten sposób sam obecnie wykraczasz poza doświadczenie i że to nie jest konieczne. - jest! i nie dlatego tak to akcentuję, że coś mi się zwidziało, albo że w analogiach posunąłem się zbyt daleko lub nadmiernie zaufałem powstającym na ich gruncie skojarzeniom. - zastanów się, jak przeprowadzisz pełne opisanie siebie bez twoich przodków? możesz naturalnie tak postąpić, zakazu nie ma. ale to będzie "ujęcie chwili", a nie pełna wiedza o rzeczywistości. nosisz w sobie "zapis" poprzednich (wszelkich) stanów, twój genowy garnitur szyty był pokoleniami, ale twój "materialny garnitur" także powstawał "pokoleniami". pokoleniami kolejnych układów okresowych materii. obecny jest elementem "z ciągu", składnikiem, "pierwiastkiem", kwantem układu nadrzędnego. jeden fakt czy element to dziw, niezwykłość, coś odbiegającego od reguły, co domaga się cudownego uzasadnienia. natomiast zbiór podobnych, choć różniących się bytów (procesów) to norma i normalność. ty, jako struktura fizyczna, zajmujesz miejsce po swoich przodkach, a po tobie ten kawałek podłogi – na zasadzie, to tak nawiasem, "światów równoległych" - zagospodarują twoi potomkowie. w każdym przypadku, zauważ, "obszar" zajętości generalnie jest ten sam, ale jego zawartość ustawicznie się zmienia. - po jednej stronie "wyłaniają" się 9
    • z niebytu kolejne wrzeszczące berbecie, które rosną i rozpychają się coraz bardziej "w twoim" do tego momentu świecie. w środku owego "domu" znajdują się rodzice i trzymają to w ryzach. a na drugim brzegu "wtapiają" się w tło pokolenia dziadków. - wszechświat wypełnia głównie materia "aktualna". jest w nim też trochę przeszłej, a lokalnie pojawia się już przyszła (czyli ta, która "za chwilę" zdominuje okolicę). tę "nadchodzącą" już widać w trakcie wykonywania dokładnych "fotografii"-doświadczeń... na tym jednak nie koniec. musi być dodany zakres zjawisk leżących poza tym ujęciem. wcześniejsze warunkuje istnienie następnego, a zarazem determinuje. tu nie ma chaotycznego ciągu, jest następowanie "krok po kroku" – i zawsze zgodnie z przynależnym "numerem". genetyka tworzy się w trakcie istnienia nosiciela. a skoro tak, i to jest mocno fundamentalny wniosek zauważ, możesz na bazie obecnego rozpoznania zasady powstawania i cech materii zrobić to, co nigdy w taki sposób nie zaistnieje i nie będzie realnie postrzegane. chodzi o stany materii, kiedy obserwatora nie było lub kiedy nie będzie. ale musisz to zrobić. owe "inne albumy" składają się na całą bibliotekę "albumów narodu", na "wspólny dom"... - ależ to abstrakcja. - masz rację, to abstrakcja. to abstrakcyjny układ okresowy pierwiastków. z jednym elementem realnym (i namacalnym) - naszym dziś. materia abstrakcyjna wchodzi na salony i domaga się zauważenia. fizyk nie ma tu nic do roboty. to zajęcie dla "fizyki filozoficznej". - miało być także o archeologii. - dobrze, że o tym przypominasz... sam przyznasz, że fizyk bywa również (a w głębokim rozumieniu procesów energetycznych zawsze) archeologiem. i nie mam w tej chwili na myśli badania odległego krańca wszechświata, skąd blask gwiazd wędruje latami. badając składniki materii natyka się na ślady rozpadających się pierwiastków, które tylko w specjalnych warunkach można poznawać. słowem jest archeologiem, bo babrze się w szczątkach, które kiedyś były normalnym, pełnoprawnym w świecie osobnikiem. albo, z drugiej strony, nim będzie. - sugerujesz? ... - sugeruję, postuluję inne, nowe spojrzenie na "materię". nie, że kiedyś tam powstała - i tak już zostało. a lokalnie coś się tam z nią dzieje, kiedy na wyodrębnioną z otoczenia "grudkę" działają jakieś siły. "atom" to nie element stały i "zatrzaśnięty" w ramach swojej zmiany, ale że następuje, jak to w normalnym i porządnym układzie być powinno, pozyskiwanie i tracenie, wzrost i zanik - ciągłe przekształcanie. "atom", to, co za atom się pojmuje, to w czasie i przestrzeni realizująca się dynamiczna zmiana – ale, ważne, trwająca skończony oraz policzalny przedział czasoprzestrzeni fizycznie rejestrowana "konstrukcja" energetyczna. brzmi nieco zawile, ale przecież kiedy zabraknie pokarmu - ciało ginie, kiedy atom spadnie poniżej zasobności umożliwiającej istnienie, również ulegnie rozproszeniu. żadna forma (cielesna) nie jest i z samej zasady zmiany (ewolucji) nie może być dana na zawsze, odmienia się. i dotyczy to każdego poziomu rzeczywistości, który jesteś zdolny wyróżnić. - owszem, zgoda co do jednego: idea atomu powstała dawno temu. rozumiesz? idea człowieka powstała w przeszłości, wyłonił się nad poziomy. ale każdorazowe wcielenie też się wyłania i zanika. zbiór powstał kiedyś, ale elementy zbioru powstają i zanikają wewnątrz zbioru ciągle. póki zbiór istnieje. "możliwość" atomu powstała dawno, ale konkretna, już fizyczna realizacja ulega ciągłej, "przewidywalnej" przemianie. więcej, to ta "stabilna zmiana" jest tym, co w otoczeniu uznaję za "atom" (czy inny dowolny stan chwilowego "skupienia"). zbiór stabilizowany jest zmianą, tworzeniem się nowych i zanikaniem starych składników. generalnie, w pewnym uproszczeniu, zbiór wykazuje w obserwacji zewnętrznej cechy stabilizacji, ale do czasu. natomiast składniki zbioru (jednostki-obywatele) tak długo nie istnieją, obumierają według kolejności pojawiania się (kolejność "do piachu" jest zawsze oraz wszędzie zachowana). fizyk w swojej doskonałej materialnej mieszaninie poznaje-rejestruje każdy 10
    • fakt, wszystkich "obywateli". należących do aktualnej elity, więc najbardziej ważnych i zasobnych, ale i pariasów z marginesu. bada także to, co zostało w postaci jedynie szczątkowej. każdy element układanki jest ważny, konstytuuje całość. na jednym brzegu fizyk jest grabarzem i archeologiem - na drugim akuszerem. po jednej stronie ostatni gasi świeczkę, po drugiej obwieszcza światu nowinę. że nadchodzi nowe. i czas się na ławeczce posunąć. ciemna materia i energia... tak-tak, pamiętam, spieszysz się. spróbuję krótko wypunktować. widoczne i jakoś zrozumiałe elementy rzeczywistości to kilka procent koniecznej całości, taki stan rzeczywiście może zakłócać spokojny sen "obmacującego" otoczenie na wszelkie dostępne sposoby "fizyka". ale czy powinien? rozejrzyj się. przykład z brzegu: góra lodowa. płynie sobie po/w oceanie atomów i wystaje nad powierzchnię. w jakiej proporcji do otoczenia? parę procent podlega nadprogowo obserwacji. przypadek? a wzajemne relacje pomiędzy "warstwami" materii? stosunek fotonów i elektronów. - albo zajrzyj wyżej-głębiej: elektronów wobec atomów, atomów oraz komórek biologicznych – biologicznej podbudowy do komórek neuronalnych. jest podobnie? kolejny fakt i zakres: życie. życie w jego pionowej stratyfikacji. przypomnij sobie, jak się czułeś na lekcjach biologii, kiedy była mowa o piramidzie zależności i wzajemnego zjadania się. jak w tym przypadku kształtują się proporcje "bazy" i "nadbudowy"? a relacje pomiędzy ciałem-nosicielem i umysłem? ... właśnie, świadomość. znasz te bzdurne bo bzdurne, ale wynikające z jakiś obserwacji ustalenia, że mózg pracuje na niewielkim zakresie, a cała reszta to ugór i nadmiarowość. zbieg okoliczności? mam nadzieję, że dostrzegasz powiązania pomiędzy tymi zdarzeniami i wewnętrzne proporcje. - oczywiście nie chodzi o szczegóły czy identyczność liczbową, ale o zasadę. zakres widoczny, dostępny nadprogowo do obserwacji jest wielkością zmienną, zależy od umiejscowienia obserwatora i technologii spoglądania. lecz zasada wydaje się jednoznaczna: kolejne "piętro", poziom-warstwa ewolucji zawiera się, tworzy - wyłania w obrębie podpoziomu. podpoziom "żywi", "unosi", "wypycha" "w górę" struktury materialne poziomu... sprawa druga: o wyższości logiki nad fizyką. lub odwrotnie. - czyli gdzie jest "środek"? konsekwencją przyjęcia obrazu zdarzeń, w którym wielkościami brzegowymi są maksymalny rozpad oraz maksymalne połączenie, jest pytanie o punkt środkowy. jeżeli rozejrzeć się, sprawa punktu wyróżnionego i jakiegoś środka nie występuje. wywłaszczanie z kolejnych miejsc wybranych w historii przebiegało sprawnie i skutecznie. ale logika się upiera: środek musi być. błąd? otóż nie. logiczna interpretacja i fizyczne obserwacje spełniają wymóg poprawności. środek jest, i jest jednoznacznie wyznaczalny. i się znajduje - wszędzie. dokładnie tak. wystarczy spojrzeć w niebo (lub siebie), żeby się przekonać, że tak skrajnie odległe w logicznym modelu brzegi procesu dzieją się, fizycznie znajdują obok siebie. maksymalny rozpad "otacza", po prostu bezpośrednio "styka" się z maksymalną zapaścią (połączeniem w jedność). a materia, materia we wszelakich postaciach, z/w której jestem (jesteśmy) - to nic innego, jak "sprawa uboczna" owego stykania. zobacz, w logicznym ujęciu, czyli rozciągniętym, gdzie zdarzenia "nanizane" są na prostą i uszeregowane, proces biegnie od jednej strony do drugiej w sposób ciągły, i biegnie długo. w efekcie po drodze, skutkiem zawirowań ewolucji i jako konieczność, tworzą się lokalnie materialne "zgęstki". natomiast kiedy fizycznie, doświadczalnie ustalam przechodzenie stron w siebie bezpośrednio, to tym samym całą tak w procesie zaobserwowaną "zawartość", stadia pośrednie muszę zdefiniować oraz opisać jako realizujące się "w bok". logicznie wyznaczone stopnie-warstwy dokonują się w realności "ubocznie"... kiedy w ujęciu graficznym przepływ energii pomiędzy punktami brzegowymi będzie oznaczony jako linia prosta, to materię na takim rysunku będzie symbolizować prosta prostopadła do niej. w takim obrazie "materia" jest faktem logicznie absolutnie koniecznym – acz fizycznie ubocznym... jeżeli w kolejnym doświadczeniu stwierdzam fakt, że - skutkiem rozpraszania - materia zajmuje cały poznawany układ, tym samym mogę 11
    • powiedzieć, że środek procesu jest w każdym punkcie. a skoro środek - to i brzeg. fizycznie środek i brzeg są wszędzie. jednak, co podkreślam, logicznie przynależą do ściśle i jednoznacznie wyznaczonego miejsca... trzy. czasoprzestrzeń. nie zaprzeczysz, pojęcie związane z materią. i można z niego "wycisnąć" coś ponad dziś stosowane. dowód?, proszę. odwołam się kolejny raz do analogii z życiem osobniczym, obecnie jako odniesienie do dowolnego już procesu, co chyba oczywiste. - w jaki sposób można opisać życie człowieka? poprzez chwilę lub historię. poprzez integralną (w twojej obserwacji) całość wyróżnionego stanu chwilowego - albo zbiór faktów, które znajdują się w pamięci (lub bibliotece). można taki opis nazywać "punktochwilą" i "kontinuum", ale rekomenduję ci termin-pojęcie "czasoprzestrzeń chwilowa" oraz "czasoprzestrzeń abstrakcyjna". że chodzi o czasoprzestrzeń, to zrozumiałe. że chwilowa, także oczywiste. ale czy abstrakcyjna? - wyodrębnioną jednostkę z wydarzenia, czyli jakiś konkret, np. sekundę procesów fizycznych twego ciała, określisz z całą pewnością jako zdarzenie realizujące się w czterech wymiarach. a dzień, rok, dekada z życia, całe życie - czy to również będzie czasoprzestrzeń? że proces dokonuje się w ramach czasoprzestrzeni, to nie podlega dyskusji. że jednostki składowe są złożone z punktów-i-chwil, to jasne. ale pojawia się pytanie, czy istnienie zawarte pomiędzy ewolucyjnymi brzegami również można skalować przy pomocy czasoprzestrzennych formuł? czy można takie "istnienie" wyodrębniać z otoczenia, i to pomimo faktu, że w tak zdefiniowanej łącznej postaci przecież nigdy nie występuje? - czy, inaczej to ujmując, życie to tylko "chwila", czy także zbiór chwil - "konkret" czy "gatunek"? przekonany jestem - i ciebie chciałbym do tego przekonać - że wnioski, które płyną z odpowiedzi na to pytanie, są ważkie. co bowiem uzyskam, kiedy jedność wydarzenia, którym dla obserwatora zewnętrznego jest całe życie osobnicze, wyskaluję i opiszę wzorem? to będzie oznaczało, że byt abstrakcyjny, obecny jedynie w szarych zasobach umysłu, byt-fakt nigdy nie istniejący fizycznie w łącznej postaci, poddaję analizie tak, jakby istniał. rozumiesz? z chwil, z punktochwil buduję w umyśle obraz czegoś, co nigdy tak nie zaistnieje. ani teraz, ani nigdy. dzięki takiemu działaniu mogę, na bazie zdarzeń przeszłych, ustalić rytm zmian kształtujących zjawisko. i w konsekwencji stworzyć model zdarzeń przyszłych. nie horoskop, nie wróżbę – tylko model... powiesz, że to nic wartościowego, że budowanie modeli zawsze było głównym zajęciem umysłu. ale jeżeli spojrzysz na rzeczywistość (np. aktualną całość wszechświata) jako chwilę, jeżeli "całość" obserwowanego procesu potraktujesz za "czasoprzestrzeń chwilową" - to skonstruowanie, stworzenie abstrakcji nadrzędnej banałem już nie będzie. dlaczego? bo zasadniczo zmienia się punkt obserwacji. - wyrażę to inaczej, zupełnie otwartym tekstem: w opisie otaczającego świata należy zrobić to samo, co fizycy tak skutecznie przeprowadzili w głąb, dla małych i bardzo małych struktur (choć sami zdumieni, że to się tak sprawdza). obecnie podobny opis trzeba wyznaczyć w górę i w dal. czyli słynne powłoki, podpowłoki, liczby kwantowe, i tym podobne, trzeba ustalić dla struktur dużych i bardzo dużych. oczywiście nie mechanicznie, ale chodzi o to samo. jeszcze raz spytam, czy dostrzegasz konsekwencje wprowadzenia do analizy i pojmowania rzeczywistości pojęcia "czasoprzestrzeni abstrakcyjnej"? przecież nie rozchodzi się o to, żeby wyznaczać kolejne fazy z żywota, wszak podział na okresy (i odmiany charakterologiczne) już dawno został przeprowadzony. ale można takie modele abstrakcyjne budować dla dowolnego zjawiska. pogoda czy trzęsienia "opoki" pod nogami, czy wszechświat - nie ma ograniczeń. żadnych. rzeczywistość obserwowana zawsze jest tylko chwilą. i jakby twoje możliwości obserwacyjne nie były rozbudowane, w obrębie chwili pozostaniesz. - natomiast głównym, fundamentalnym zadaniem umysłu poznającego świat jest "dobudowanie" do murów pojedynczej celi obrazu całego więzienia. i jest to zadanie wykonalne. bo chwila warunkowana jest przeszłością, a zarazem warunkuje przyszłość. zaś całość zawsze, zawsze jest tylko abstrakcją. 12
    • - układ okresowy pierwiastków - ewolucja w toku zachodzenia – pomysły odczytania w tym momencie, ponieważ mam świadomość głębokiego zakotwiczenia w postrzeganiu i analizowaniu świata tradycyjnie pojmowanego zbiór elementów, który uzyskał historycznie nazwę "układu okresowego pierwiastków", musi paść stwierdzenie, że jest to konstrukcja chwilowa, oddająca stan wiedzy "na teraz". dlatego też wymaga w dalszym działaniu poznawczym "przemodelowania", nowego podejścia i zobrazowania. a ponieważ jestem o tym głęboko przekonany, poniżej, na kliku kolejnych kartkach, przedstawiam niepełny, siłą rzeczy, zbiór pomysłów, jak można odczytywać i modyfikować układ okresowy. wszystko w oparciu o ułożenie dzisiejsze. - a jako dodatek (uzupełnienie) do tych stron muszą pojawić się wszystkie następne, które, mam taką nadzieję, wesprą wyrażone tu zdanie. - 1. pierwszym ze sposobów, który się narzuca (kiedy przeglądać formę i aktualny kształt graficzny układu), wywodzi się z liczb kwantowych. chodzi głównie o narastające pionowo (7 pozycji) i poziomo (7 + 1) rzędy (grupy), które swoim zapełnieniem oddają, są podporządkowane liczbom kwantowym. zasadniczo idzie o rytm 2-8-18-32-50-72-9 (ilość elementów na poziomach). - wcześniej padło, że schemat został skomplikowany (i skompilowany), że został zbudowany w formule przebiegu dla "izotopów" (rytm 4-16-32...), ale posiada kształt, jakby był w układzie pierwiastków głównych. efekt? skutkuje to tym, że na kolejnych, już dalszych pozycjach, brakuje dodatkowego wymiaru (czyli następnych wielkości kwantowych, 2-6-10-14-18-22- ). owszem, owe dodatkowe stany pojawiają się jako uzupełnienie i dodatek, co ratuje geometrię układu (jego symetryczny kształt), ale burzy logikę zapisu. w tej sytuacji może sprawiać trudność oddzielenie pierwiastków powstałych "pobocznie", jako następne już rzuty fali zdarzeń (co powoduje, że niektóre pierwiastki znajdują się w innym miejscu). wszystko z grubsza zgadza się na pierwszym i drugim poziomie, tu wielkości są zgodne z liczbami. może to wynikać z faktu, że ewolucja w tym przedziale dopiero się zaczyna i występuje mała różnorodność elementów. natomiast dalej pojawiają się odchyłki, i to narastające. to efekt tego, że zwyczajnie i po prostu potrzeba czasu na realizację niektórych struktur (atomowych). a po drugie, co posiada zasadnicze znaczenie dla obrazowania (i rozumienia) procesu, niektóre "atomy" już nigdy nie powstaną. powód? ponieważ brakuje na ich realizację energii w tutejszej "czaso"-"przestrzeni". 2. ciekawym podejściem do problemu (tu odczytu), jest uwzględnienie w analizie rozkładu poziomego pierwiastków i ich właściwości. to znaczy, uszeregowanie i opisanie od maksymalnie aktywnych (chemicznie i fizycznie) - aż po "pasywne", "szlachetne" helowce. takie ujęcie to jednocześnie obrazowanie całego ciągu zmian ewolucji: od jednej strony (jednej półkuli) do drugiej, z końcem na/w drugim biegunie – ale także ułożenie elementów układu w powiązaniu z innymi. przecież nie ma wyizolowanych, na zawsze osobnych od otoczenia atomów-faktów (i zbiorów atomów, pierwiastków), to stan na dziś, zmiana ujęta w konkretną postać. ponieważ wszelkie procesy ewolucyjne uzyskują maksymalnie postać sfery, to ułożenie tak nakreślonych linii prowadzących do zaistnienia konkretnych elementów będzie przypominać inne rozpisanie składników świata, a mianowicie "siatkę kartograficzną" na globusie. i co tu ważne, z wszelkimi konsekwencjami tego obrazowania (łatwo wyobrażalnymi). punkty przecięć siatki to będą miejsca wyróżnione i węzłowe (to analogia do węzłów na/w fali), a zaistnienie dokładnie "w punkcie" węzłowym to byłby taki "szlachetnie" nieaktywny atom. uważam, jestem przekonany, że zobrazowanie układu pierwiastków jako "globu" (czyli planety, i to w ciągłej rotacji), ma sens. naniesiona na kulę siatka, "podziałka" w postaci pionowo-poziomych linii (zależności), znacząco wspomoże zrozumienie wzajemnych relacji, a przede wszystkim uplastyczni tak analizowany proces. oraz nada mu charakter czaso-przestrzennego, czyli przebiegu, który jest obserwowany (i odczuwany) na co dzień – i wszędzie. 13
    • - 3. kolejna propozycja dotyczy zdarzeń "wyłaniających", "wciskających" się na/w postrzegany poziom ewolucji (tu atomowy), wchodzących pomiędzy już istniejące elementy jakiś "nowinek", które rejestruje doświadczenie. można spojrzeć na to pod kątem zmiany w toku (energetycznie rozciągniętej na etapowy ewolucji, którą postrzegam "po kawałku"). proponuję, wydaje się to możliwe, żeby takie stany potraktować jako pośrednie, które tworzą się w czasie przechodzenie od jednego elementu do drugiego (od jednej "chwilowo dopełnionej" już formy do następnej - jednak zawsze jako efekt wzajemnego wynikania i współdziałania ze sobą procesów, jako efekt "następowania" zjawiska w linii, po sobie – i jako przynależące do jednej "rodziny"). - w trakcie takiego przechodzenia między już istniejącymi kształtami (wyróżnionymi z tła "punktami-atomami") powstają lokalne "zawirowania" i nowe elementy, czyli np. "izotopy". albo krótkotrwałe fakty w postaci laboratoryjnego pierwiastka. krótki czas ich przeżywalności w tym świecie to najlepszy dowód ich przejściowego stanu. mówiąc inaczej, są to uchwycone "na gorąco" (w przejściu) "zgęstki" energii między kolejnymi ważnymi kwantowo punktami ewolucji (szczególnymi miejscami na fali). jednak które, co warto podkreślić, z chwilą przesunięcia się całościowego środka ewolucji i na nowo ułożenia granic świata (np. inna temperatura), uzyskują szansę (i tylko szansę) "ustabilizowania" się w tych chwilowych stanach (np. jako "izotopy" dla mnie) - i mogą trwać przez pewien okres. co było tylko chwilowym faktem i pojawiło się, żeby zniknąć, stopniowo, przy sprzyjających warunkach, staje się coraz bardziej stabilnym (i twardym) ciałem. w takim modelu izotopy, a szerzej wszelkie pierwiastki szybko się rozpadające (a już zupełnie szeroko wszelkie byty, które wyróżniam w otoczeniu), to formy przejściowe, chwilowe stany energii w trakcie przemiany. zaistniały nadprogowo i cieleśnie (fizycznie), wynurzyły się na moment z kwantowego oceanu, i zaraz ponownie wtopią się w tło. to "namacalne" (podległe obserwacji i mierzeniu) efekty przejścia między jednym a drugim etapem ewolucji. im dłużej toczy się zmiana, tym więcej elementów i więcej cielesnych bytów. ale tym również, co istotne, bliżej końca... 4. występuje w układzie podział na grupy główne oraz poboczne, do pierwszych zalicza się te oznaczone pionowymi rzędami pod literą "a", a do pobocznych są wliczane grupy i rzędy pionowe oznaczone literą "b". z tym, że zostały one, skutkiem następowania po sobie zarejestrowanych wielkości mas atomowych (i w takim działaniu porządkującym było to nieuchronne), wpisane w rzędy poziome. a to wprowadza zamieszanie. po pierwsze, nastąpiło, według mojego przekonania, przemieszczenie grupy "b" z drugiego poziomu do trzeciego. dlatego, że już na drugim poziomie powinno być 16 pierwiastków. (a dokładniej mówiąc, grupę przesunięto nie z drugiego do trzeciego, ale z trzeciego do czwartego, w trzecim jest po prostu za mało pierwiastków.) - powstaje więc pytanie: jak należałoby rozmieścić te poboczne pierwiastki? czy w rytmie 2-6, to znaczy wpisać w rytm 2-6-10, jak domaga się tego kwantowanie i umieścić je z boku? a może, co także nie byłoby bez sensu, umieścić je pod pionowymi rzędami grupy "a"? czyli jako pierwsza przychodzi grupa "a", a niżej "b" - jako proces, który powstał już "pobocznie". i jeżeli teraz zobrazować to jako sferyczną zmianę w trakcie (dziejącą się), to grupa "b" byłaby po jednej stronie, "a" po drugiej stronie równika takiej kuli. w tym ujęciu część "a" byłaby tworzącą ("wyłaniającą") się stroną procesu, a strona "b" zstępującą (zanikającą) do stanu "martwoty", w zakres podprogowy. co istotne i ciekawe, w takim zobrazowaniu pierwiastki poboczne byłyby trwałymi i najbardziej twardymi, sztywnymi. co zresztą występuje, przecież to one, w obecnej chwili świata, zawierają w swoim zakresie najbardziej stabilne stany pierwiastkowe (żelazo i inne metale). a izotopy kolejnych pierwiastków – to, co określa się jako "izotopy", prezentują się w tym obrazie jako ewolucyjne fakty, które się jeszcze nie "usamodzielniły" – albo ich czas już przeminął (i dlatego widzę nędzne "resztki"). 14
    • - 5. "trzecia linia" w procesie? - czy rejestruję całość? w czym rzecz? chodzi o to, że widoczne w dzisiejszym układzie okresowym dwie linie zmiany to nie musi być wszystko. - owszem, podziału generalnego, że są dwa kierunki zjawisk (rozpad oraz łączenie), tego zbioru o żaden fakt już nie powiększę, ale to przecież nie oznacza, że w układzie nie może zawierać się więcej linii wydarzeń. jak, na jakiej zasadzie? jeżeli środek rzeczywistości, stan aktualny świata uzyska w procesie ewolucyjnym nową jakość (przemieści się w nowy stan energetyczny), to przecież musi, po prostu musi to odzwierciedlić się w "kształtce" (strukturze) elementów układu pierwiastków (zaistnieje coś w procesie nowego, a coś starego wypadnie z gry). zmiana konfiguracji, zmiana rozmieszczenia elementów musi przełożyć się, z jednej strony, na stan całości i funkcjonowanie zbioru (inaczej będą ze sobą reagować składniki, zwiększy się lub zmniejszy zbiór możliwości wymiany energii między nimi) – ale z drugiej musi to przełożyć się, co zrozumiałe, na graficzne zobrazowanie materii, czyli w tym przypadku "sztywny" układ okresowy pierwiastków. stąd wniosek, który został zasygnalizowany na wstępie, że może się w takiej zmianie pojawić "trzecia linia", jest zasadny. tyle że, i to jest tu warunkiem zasadniczym – w takim przypadku jedna z już istniejących (dziś) linii zniknie – po prostu "zajdzie za horyzont" (zdarzeń). co innego będzie wówczas stanem maksymalnym i aktualnie środkowym. a fakty, wszelkie byty dawniej dominujące, będą się "pętać" lokalnie i po kątach, i w postaci, tak to trzeba określić, "nędznych resztek" (czyli izotopów). - albo, to dopełnienie tego obrazu, będą na tak wyróżnioną w analizie chwilę (w ramach zawsze "do przodu" generalnie przebiegającego procesu) tylko dobrze zapowiadającymi się zdarzeniami, które dopiero "za moment" zdominują ten lokalny świat (i okolice). może więc być tak (i to chyba nie jest złe tłumaczenie i podejście do odczytu układu), że "trzecia strona" pojawi się, kiedy środek ewolucji przesunie się na nową pozycję i utworzy się inny kształt-stan-chwila wszechświata. przecież to, co uważam dziś za "wszechświat" (podążając za obrazami podsyłanymi przez astronomię czy fizykę), to konstrukcja dynamiczna, która miała początek, ma stan obecny (umiarkowanie stabilny) – i "za moment" dziejowy się skończy. na tym bazując mam prawo twierdzić, że to, co jakoś obserwuję, to stan wybrany z całości, że to "kadr z filmu". i że, w ramach każdego "kadru", co innego jest stanem przewodnim (środkowym). - mówiąc inaczej, w tym ujęciu zasada byłaby syta – i realność zachowana. aktualnie, na dziś, obserwuję taką sytuację, że dwa pierwiastki "prezentują" się jako bieguny "globu", są do siebie na skrajnych pozycjach - ale przecież w ewolucji wszystko płynie i się zmienia, w naturze nie ma zastoju. dlatego "po jakimś czasie" jeden z tych biegunów "zniknie" i na jego miejsce wejdzie następny pierwiastek - "ten trzeci". a w kolejnych "krokach" (kwantowych) i ten może przesunąć się "na równik" i zdominuje sytuację (będzie najliczniej reprezentowany, bo "równikowo"). a na opuszczone w taki sposób miejsce wejdzie jeszcze następny, i też jako "trzeci". - dla obserwującego proces ewolucyjny zawsze (i wyłącznie) "widać" dwa bieguny sfery, ale każdorazowo są to inne, "odnowione" już bieguny zjawiska. sfera ewolucji "przekręciła się". - zmiana energetyczna w taki sposób opisywana to byłoby coś takiego, że z jednej strony następuje "zachodzenie" za horyzont (linię graniczną) zdarzeń należących do jednej części układu (np. linii wodoru), ale jednocześnie, co tu istotne, po drugiej wyłania się "zza horyzontu" ów trzeci pierwiastek. i wówczas to, co obecnie jest na brzegu, czyli linia helowa, w trakcie swojego przemieszczania się w czaso-przestrzeni, staje się linią środkową i dominującą. a po drugiej stronie, przeciwnej, na miejsce helu, pojawiłby się następny trzeci, jeszcze dziś nie istniejący element. i to on będzie w takich okolicznościach brzegiem. itd. jak widać, koncepcja przesuwania się zdarzeń i elementów poza horyzont ma w sobie coś pociągającego, coś, z czym umysł może się oswoić. taki opis zjawisk jest zbieżny do wszelkich postrzeganych procesów. 15
    • - 6. dwukierunkowość i naprzemienność ułożenia w ewolucji kierunków wprowadza jeszcze inny ciekawy temat do analizy, który warto prześledzić. skoro po jednej stronie kuli znajduje się "gniazdo" i "biegun" pierwiastków "aktywnych", a po drugiej prawie zupełnie "biernych", to stany pośrednie ułożą się dalej w taki sposób, że linie łączące bieguny utworzą ciąg zjawisk, które dziś są reprezentowane w układzie jako linie poziome. czyli energia budująca strukturę, przemieszczając się pomiędzy "biegunami", rozpoczyna swój szlak od pierwiastka aktywnego, żeby po przejściu całej linii znaleźć się na dole, w strefie mało aktywnych. w tym ujęciu kula ewolucji byłaby "jednotorową": z góry na dół. to znaczy, zawsze liczyłoby się od wierzchołka "aktywnego", a kończyło na dolnym, "biernym" biegunie. ewolucja w takim obrazie to sfera, która zapełnia się "liniami" i "bruzduje" - "zamarza" w trakcie zmian, kształtuje się w stabilny i twardy "grunt" pod nogami. dla mnie "wieczny", w ujęciu logicznym zawsze tylko "na chwilę". doprecyzowanie: zaprezentowany model opiera się na przechodzeniu zmiany, tu w formule "atomów" (i zbiorów atomowych, pierwiastków) od bardzo aktywnego stanu na stronę drugą, na drugi biegun (mało aktywny). przy czym, co posiada tutaj znaczenie, również i ten "bierny" chwilowo biegun, kiedy ewolucja przemieści się dalej, staje się biegunem aktywnym, a idące od niego linie, teraz już ku następnemu brzegowi (ku górze), wytwarzają pierwiastki coraz mniej aktywne, "zamierające". jedna ewolucja, jedna sfera ewolucji przechodzi w następną, a ta następna znów w kolejną. "zagięcie" (zawinięcie, zakrzywienie) się procesu w nowym wymiarze (powyżej lub poniżej wyróżnionego) powoduje, że cała zmiana przechodzi na następny poziom. ale, co niezwykle ważne, dopiero razem, łącznie oraz całościowo tak wyróżnione poziomy tworzą postrzegany fakt – tu w formule "układ okresowy pierwiastków". proces energetyczny biegnie wielowymiarowo (i wielopoziomowo), ale w odbiorze, w mojej rejestracji jest to jedność. tworzy się więc "przekładaniec" poziomów zdarzeń, "cebula" zdarzeń – wielowarstwowa, wielowymiarowa rzeczywistość (fizyka). w kolejnych "zakrzywieniach" procesu kształtujące się pierwiastki, coraz twardsze i stabilniejsze, budują się, tak to można opisywać i postrzegać, niejako "pod" tymi aktywnymi i miękkimi ("w głębinie" i pod "ciśnieniem"). efekt takiego złożenia procesów? buduje się coraz niższy poziom rzeczywistości o coraz liczniejszej reprezentacji twardych i trwałych układów (analogia - to uwarstwienie planety), aż do "stabilnego" i głęboko leżącego metalicznego jądra. inaczej mówiąc, proces w miarę przebiegu stygnie, gęstnieje i robi się coraz bardziej podobny do "ciała osobliwego" - i zamiera. sfera ewolucji wypełnia się, twardnieje oraz stabilizuje (dochodzi do zapełnienia wszelkich możliwych stanów układu). jeżeli obrazować rzeczywistość jako strukturę wielopoziomową - to na każdym z poziomów powstają coraz twardsze układy, coraz zimniejsze (w opisie "do dołu", przy odwrotnym kierunku będą tworzyły się struktury, to zrozumiałe, coraz luźniejsze). po dotarciu wyróżnionego procesu do końca (i wyczerpaniu wszelkich możliwości), przechodzi on na/w niższy poziom – kiedy ewolucja jednego poziomu się dopełni, następuje jej biegunowe "zakrzywienie" w następny. i buduje się nowy ciąg zdarzeń, już na tym niższym. po przejściu "linii bruzdowania" z jednej strony ewolucji na jej drugi punkt biegunowy (bruzdowanie – to analogia do kształtowania się komórek w trakcie podziałów), następuje nie zakończenie procesu, lecz trwa on dalej. ewolucja "w poziomie", "w płaszczyźnie" się wyczerpała, ale to przecież nie oznacza, że wyczerpały się możliwości. proces "schodzi do podziemi" i biegnie równie swobodnie poniżej wcześniej wyróżnionej powierzchni, już nie w tej samej, co poprzednio płaszczyźnie, lecz "niżej" (lub wyżej). tutaj ponownie, jak było to na wyższym poziomie, linia biegnie do drugiej strony i przechodzi przez wszelkie stany pośrednie - a całość kończy się dopiero po zrealizowaniu, po wyczerpaniu wszelkich możliwych poziomów. i kończy się całkowitym bezruchem (lub całkowitym chaosem w drugim przypadku). 16
    • - 7. ciekawym zagadnieniem jest istnienie nuklidów u układzie okresowym. tzn. takich stanów-elementów, które nie posiadają izotopów – czyli, inaczej mówiąc, nie są otoczone "atomową rodziną". - podkreślam, zastosowana tu terminologia, "nuklid", nawiązuje do takich "konstrukcji" w chemii czy fizyce, ale odnosi się jedynie do szczególnego rodzaju atomów wyróżnionych w układzie. mianowicie tym wyróżnionych, że nie posiadają form "pobocznych", to znaczy "izotopów". a więc jakoś podobnych i zarejestrowanych "odmian" tego samego pierwiastka. ponieważ użyta nazwa może wprowadzać zamieszanie, dlatego to wyjaśnienie jest konieczne. nuklid w układzie to "atomowy samotnik". po skrupulatnym przejrzeniu zbioru takich "indywidualistów", można się ich w tabelkach doliczyć 21 sztuk. jednak, jak wynika z obliczeń kwantowych, zbiór takich elementów jest większy i wynosi 27. zamierzam wrócić w tej chwili do tego zagadnienia, ponieważ z wstępnej analizy wynika, że ewolucja, formowanie się struktury pierwiastków jeszcze się nie zakończyło, że nawet daleko do tego momentu (co i tak było oczywiste z powodów innych). pytanie zasadnicze w tym momencie brzmi: dlaczego "nuklidy" są i dlaczego są takie? a po drugie, czy nuklidów rzeczywiście jest 27 sztuk, to również wymaga wyjaśnienia. pytania o naturę nuklidów, czyli jednostek w ramach układy, są ważne z tego powodu, że przecież każda ewolucja to zarazem rozpad i łączenie - i nic z tego fundamentalnego schematu zjawisk się nie wyłamuje. czy więc nie dotyczy to nuklidów, czy w swojej ewolucji nie przechodzą takiego procesu? to byłoby nieporozumieniem, logiczną głęboką sprzecznością. wszystko, każda w otoczeniu postrzegana zmiana (ewolucja) jest, i to jednocześnie, rozpadem i łączeniem. dlatego pytanie, skąd w układzie (a najpewniej również w każdej ewolucji), takie pojedyncze oraz nie obarczone "rodziną" twory, jest ważne, a odpowiedzi, które muszą zostać zweryfikowane, są następujące: po pierwsze (co jest wielce prawdopodobne), ich drogi ewolucyjne, ich stany energetyczne należą jednocześnie do obu linii. - to znaczy, że choć są w obu kierunkach reprezentowane na równej zasadzie (ale nierównomiernie ilościowo), to występują w obu torach te same, nie różniące się między sobą fakty (czyli koniec i początek jest taki/ten sam). i mimo że generalnie podlegają łączeniu i rozpadowi, nie można ich rozróżnić w tym procesie, ponieważ mają takie same wielkości liczbowe (i fizyczną postać). kiedy zobrazować to falowo, mogą to być ważne punkty przejścia fali przez oś symetrii, a nuklidy byłyby wcielonym (obleczonym) w materię stanem fali w tym miejscu. po drugie, co pojawiło się w innym liczeniu i obrazowaniu układu okresowego, nuklidy występują jako "jedynki" po każdej ze stron ewolucji i nie mają obok siebie niczego więcej (tacy "samotnicy"; - albo, inne obrazowanie, "komórki macierzyste"). wydaje się, że może być i tak, że nuklidy, czy to rozpadając się, czy łącząc, nie uzyskują szansy na zbudowanie wokół siebie w przestrzeni innych, pośrednich stanów. być może gra tu rolę powstający w ewolucji "ścisk", kiedy zmiana dociera do brzegu. czyli kiedy, na skutek geometrii, pojawia się, zaczyna istnieć i dominować stan graniczny ("ściana", płaszczyzna końca). gdy ewolucja dochodzi "do wierzchołka", "do brzegu" kuli, wówczas nie na miejsca na nic więcej, po prostu zakres swobody się wyczerpał – na/w brzegu jest tylko jeden kwant (jedna warstwa), jest tu miejsce wyłącznie na jednostkę (biegun jest punktem). przy/na granicy świata pozostaje już tylko jeden fakt (kwant), on kończy (lub zaczyna) piramidę ewolucji, jest niczym "punkt węzłowy". ciekawe w tym ujęciu stanu granicznego jest to, że nuklidy rozpadałyby się i łączyły niejako "same w siebie" (czy "przez siebie"). interesujące jest to w takim obrazie, że nie jest to niemożliwe. rozpad oraz łączenie muszą być, ale powstający nowy element jest zarazem "doskonałą" symetrią wobec tego, co było wcześniej, jest powieleniem poprzedniego tworu. to tak, jakby przekształcić jeden stan na/w drugi bez zniekształcenia. bez zmian, które powstają w każdym innym przekształceniu. w takim przypadku oś symetrii wypadałaby dokładnie w połowie tego stanu (nuklidu). i byłaby doskonałą (mniej-więcej) osią symetrii. 17
    • - nuklidy - punkty graniczne istotne w wyżej zaprezentowanym ujęciu (i rozumieniu roli i stanu nuklidów) jest to, że taki rozpad-łączenie rzeczywiście jest ważny, a nawet logicznie ciekawy. zmiana, a jednak nic się nie zmienia, przekształcenie "bezstratne" samo na/w siebie. ewolucyjnie, przecież w toczącej się zmianie, która jest regularna z zasady (ewolucja to nie chaos), taki "samotny punkt" procesu musi posiadać znaczenie, wyróżnia go sama przemiana, więc jest stanem zasadniczym. jeżeli tak jest, a wszystko za tym przemawia, to wynika to z braku miejsca ("przestrzeni życiowej") do przebiegania ewolucji, nie widzę innego sensownego i odnoszącego się do zasad zmiany wytłumaczenia. brzeg, osiągnięcie punktu brzegowego procesu, istnienie na/w skrajnym zakresie – wyłącznie w taki sposób można wyjaśnić fakt istnienia w rozbudowanym zbiorze (w którym jest mnogość stanów pośrednich i chwilowych), że jest stan "jednostkowy", taki "samotnik atomowy", jak to nazwałem. nie może ewolucja się rozprzestrzenić, ponieważ osiągnęła granicę, i występuje brak możliwości ruchu, więc zmienia się na stan uprzedni. kiedy proces dociera do kresu, kiedy pozostaje wykonać już tylko ostatni krok (czy oddać ostatnie tchnienie), to jest to już jednostka – kwant zmiany. to koniec pewnego etapu, który nie ma szans dalej się toczyć. i najpewniej nuklidy, to, co postrzegam jako pierwiastek bez izotopów oraz jako fakty ewolucyjne, są dokładnie w takim położeniu – a ich umiejscowienie w układzie posiada znaczenie. czyli oznacza, oddaje cechy procesu – i go "znakuje". będą więc nuklidy w takim ujęciu rozpoczynać ewolucję, będą u jej początku, a ich istnienie będzie jednocześnie wyznaczało granice, będzie oznaką, że w/na tym odcinku zmiana się skończyła - że tu osiąga swój kres. zmiana ewolucyjna konkretnej w układzie linii lub całego układu, to do ustalenia. dlatego można nuklidy potraktować jako "znaki drogowe" w tym procesie, punkty orientacyjne i "milowe", które wyznaczają szerokość i zajętość przestrzeni przez proces. i z tego powodu są ważne. potraktowanie nuklidów jako "drogowskazów" oraz jako wskaźników wytyczających linie (zaczynających lub kończących) - to ciekawe i obrazowe opisanie zjawisk, rzuca się na/w umysł. i uważam, że prawdziwe. nuklidy niewątpliwie pełnią w ewolucji rolę punktów wyróżnionych, węzłowych, jednak czy będą układami (elementami) wytyczającymi szlak danej ewolucji, czy też będą tylko dostarczać energii (przez rozpad swojej struktury na mniejsze elementy) – to pytanie istotne. że nuklidy, co wynika z przeliczeń kwantowych, zaczynają każdy poziom procesu swoim istnieniem, więc stoją na początku tego poziomu, to zapewne posiada analogiczne znaczenie, jak umieszczony przy drodze (a tu w ramach drogi) drogowskaz, czyli wymusza-nakazuje sposób postępowania, jest stanem, który determinuje następne. jest efektem, końcem zdarzeń, które toczyły się "do" tego momentu (i miejsca) - ale determinuje, wyznacza swoim istnieniem to, co może zdarzyć się "dalej". jego postać (cechy i parametry), położenie i ukierunkowanie w przestrzeni, to decyduje o dalszej zmianie. - w tym ujęciu owe "punkty węzłowe" decydują o kształcie ewolucji, są graniczną strefą - a właściwie, to chyba bardziej przystające określenie do tej roli, są "słupami" granicznymi: dalej nie ma już ewolucji. dalej jest "nic(ość)" (środowisko). nuklidy, to wniosek z takiego podejścia, są ważne w procesie. czuję jednak, że zbyt wąsko i nie w pełni potraktowałem zagadnienie, że nie wszystko jeszcze zostało powiedziane, dlatego trzeba będzie do sprawy wrócić. padło wcześniej, że nuklidów może być 27. poprawka – 28. "rozpisanie" procesu ewolucji według sześcianu uzyskuje 14 punktów węzłowych. a ponieważ sfera w czasoprzestrzeni jest rozwinięciem sześcianu - ponieważ każda ewolucja to zdarzenie kuliste w maksymalnym ujęciu, dlatego ilość nuklidów musi spełniać warunek posiadania wspomnianej wielkości. dlatego w układzie znajduje się 28 nuklidów (to są dwie linie po 14 elementów). tyle ich będzie, tyle może być. 18
    • - atom - wizualizacja "atomu" (model wspomagający) pobocznie, przy okazji analizy układu okresowego, warto zastanowić się, jak można wyobrazić sobie działanie atomu. to nic, że są już techniczne metody, które pozwalają na podgląd intymnego świata atomowego, a nawet majstrowanie w mim – zamierzam pokazać, że żadnej rozbudowanej aparatury tu nie potrzeba, że "atom" widzi każdy i zawsze (o ile tylko chce). i o ile zagoni do wytężonej pracy swoje atomowe "szare komórki". co jest najlepszym modelem "atomu"? - tłum. dowolne zbiegowisko, grupa ludzi lub adekwatny, podobny układ ewolucyjny, który można detalicznie obserwować w przemianach. istotne w tym modelu jest to, że w "ulicznym atomie" wszystko widać w szczegółach i każdego dnia. a co więcej, co również ważne, "atom-tłum" mam na wyciągnięcie ręki, natomiast prawdziwego osobiście nigdy nie zobaczę, ponieważ skala nie ta. każde zachowanie w strukturach atomowych rejestruję tu w formie i postaci mi dostępnej – a co najważniejsze, w trakcie przemian. to nie jest energetyczny "punkt", czy inna "kropka kwantowa", ale konstrukcja w chwili jej powstawania – momentu w dziejach, kiedy zajmuje maksymalny obszar w środowisku – oraz kończenia się. widzę początek, środek i koniec ewolucji, której na poziomie atomowym nigdy nie zarejestruję (osobiście). atom składa się z elementów i tłum składa się z elementów, nie ma znaczenia, co to za elementy. w obu przypadkach "mechanika elementów" procesu jest ta sama - i głęboko analogiczna, a bezpośrednia "naoczność" takiego "ulicznego atomu" jest wartością, która skutkuje zrozumieniem takiego "wydarzenia". - w tym konkretnym przypadku (poznawanie "atomu") mój eksperyment badawczy polega na tym, że umieszczam się gdzieś wysoko, najlepiej w proporcji (tego nie muszę zapewne podkreślać) do uczestniczących w badaniu układów. czyli jest z jednej strony "eksperymentator", obserwator, ja – a po drugiej "atom"-zbiór, który zaistniał, zgromadził się swoimi "osobnikami" na ulicy. technicznie to może być na przykład wysokościowiec oraz dziesiąte piętro, z którego spoglądam na tworzące się na ulicy zbiegowisko. moje zadanie w tym eksperymencie jest banalnie proste: obserwuję "atom-tłum" i robię zdjęcia. oczywiście ponownie w proporcji do tempa procesów, które mnie charakteryzują i przemiany atomowe. dlatego są to działania w dużym odstępie czasu. obserwacja samej ewolucji zgrupowania (ścisk, rotacja wokół centrum, swobodne elektrony, falowania-drgawki, doskakiwanie oraz pozyskiwanie nowych elementów lub tracenie ich na rzecz otoczenia /więc przeskoki po orbitach/, kordon policji /warunki środowiskowe/, który ogranicza nadmierny rozrost, czy strumień energii przez ten kordon się wydobywający /w jakimś kierunku, który w "ogrodzeniu" jest najsłabszy/ itd. itp.) - to wszystko jest bardzo ciekawe i oczywiście rzuca się na oczy obserwatora (i pozwala zrozumieć atom). ale ja nie z tych, co chcą jedynie popatrzyć, wyznaczam sobie zadanie ambitniejsze: zamierzam przewidzieć, co się zdarzy w zjawisku, jakie zajdą w nim zmiany i w którym kierunku. czyli robię zdjęcia i próbuję, staram się na ich podstawie przewidzieć, co wystąpi "za moment" w zbiegowisku - lub jak będzie zachowywał się pojedynczy, wyróżniony element ("elektron"). moje zadanie jest pozornie banalne. ot, widzę na fotografii osobnika, którego zachowanie mnie zaciekawiło. przemieszcza się w tłumie, przepycha do centrum (coś go w tę stronę wyraźnie "popycha", czy "przyciąga") – dlatego staram się przewidzieć, gdzie znajdzie się na kolejnym zdjęciu, które będę robił dopiero za kilka minut. - cóż, zadanie wydawałoby się banalne i proste, jednak jego praktyczna realizacja bardzo ograniczona. konia z rzędem temu, kto skutecznie i z detalami wytypuje położenie "elektronu-osobnika" w kolejnym "rozdaniu", taki szczęściarz może śmiało zacząć uprawiać zawodowo hazard. przeprowadzając w tak nakreślonej skali swój eksperyment, z zachowaniem koniecznych proporcji, szybko przekonuję się, że jest to fizycznie i realnie zadanie ponad moje siły, nie do wykonania. 19
    • - dlaczego niewykonalne? ponieważ nawet dysponując oprzyrządowaniem w postaci "mechaniki elementów" czy inną super technologię, nie mogę tego zrobić. każde moje ustalenie obarczone jest wpisaną na zawsze w "eksperyment" zasadniczą niepewnością, pozwala przewidywać położenie lub stan obiektu z przybliżeniem i w granicach, zawsze jako zakres potencjalny. nie ma znaczenia mój wysiłek i zastosowana metoda badawcza – obserwowanego obiektu, który tam, "na dole", się przemieszcza, nie mogę zarejestrować w przemianach (krokach po ulicy). z powodu? ponieważ różnica przynależnych dla mnie i dla atomu poziomów istnienia (oraz wynikająca z tego szybkość reakcji) wyklucza taką obserwację. i jest to trudność fundamentalna, związana z samym działaniem: rozdziela obserwatora i obserwowany fakt mnogość procesów i poziomów. rozdziela-oddziela na zawsze, nigdy tej granicy (osobiście) nie przekroczę. tylko że - na co warto zwrócić uwagę w sposób szczególny - w proponowanym tu modelu procesu (podejściu do tematu obserwacji "atomu") elementami użytymi do eksperymentu są obiekty sobie podobne, przynależące do tego samego poziomu. a jednak, przy uwzględnieniu uwarunkowań dotyczących obserwacji, pojawia się identyczny i zasadniczy, ten sam problem (dylemat) poznawczy: nie mogę dojrzeć w obu przypadkach i zdefiniować parametrów obiektu. przy czym, taka drobna a istotna sprawa: w moim eksperymencie, przecież to wiem, "obiekt" badany ani na mgnienie nie zniknął z istnienia, nie zapadł się w zakres nieoznaczony czy inaczej definiowany, żył pełnią swojego "elektronowego" życia – więc nic nie wiedział, że dla mnie przestał bytować pośród fizycznych faktów i rozpadł się na chmurę prawdopodobieństwa. dlatego pojawia się pytanie: jak to jest z tą obserwacją – "elektron"-osobnik istniał-istnieje, czy nie? w czym, gdzie tkwi ograniczenie obserwacji – w świecie, czy we mnie? czy można wyprowadzić z przeprowadzanego tu eksperymentu wniosek, że zakres dla mnie nieoznaczony (nieoznaczoność świata) jest powiązany nie tyle z tym "na dole" wirującym bytem atomowym (i innym "drobiazgiem" subatomowym), ale z możliwościami obserwatora? owszem, bariera fizyczna i sprzętowa skutecznie wyklucza poznanie tego zakresu (za wolno się poruszam w stosunku do atomu), ale przecież taką samą trudność będzie rejestrował hipotetyczny obserwator, który spróbuje zdefiniować moje położenie, a będzie podglądał mnie w rotacji np. z sąsiedniej galaktyki (a jego reakcje będą w analogicznych proporcjach jak moje do atomu). dla niego, jak dla mnie procesy atomowe, moje istnienie (dla mnie ciągłe i stabilne), będzie rwane oraz nieokreślone w stanach. dla niego, jak dla mnie położenie elektronu w atomie, każda obserwacja będzie i zgrubna, i obarczona błędem (rozmyta na fali)– i nigdy inaczej. znów różnica poziomów i szybkości reakcji wykluczy dokładność. to położenie-umiejscowienie w świecie obserwatora względem obserwowanego obiektu determinuje wynik, który można uzyskać, nie technologia czy stan zmysłów. fakt - nie mogę w pełni zdefiniować położenia wybranego przeze mnie elektronu w tłumie-atomie, ale to przecież nie oznacza, że "swobodny elektron-osobnik" w okresie poza moją obserwacją znikł z istnienia (i przebywał w niebycie czy realizował się jako fakt wirtualny). że był w zakresie "nieoznaczonym" – tu zgoda. ale tylko dla mnie, dla obserwatora "wysokiego" (czyli obserwującego z wysoka). powtarzam, ów "osobnik" o swoim "niebycie" nic nie wie, istnieje i przemieszcza się w "tłumie" swobodnie (na ile pozwalają okoliczności). dla niego świat ani na moment nie stał się "ciemny" czy nieciągły i nie znikł z jego (w/na poziomie prowadzonej) obserwacji. - to moja, obserwatora-badacza, przypadłość decyduje o takim postrzeganiu świata, że coś z niego i "gdzieś" "wypada" - a nie że świat jest "nieostry", "poklatkowany", "rozmyty". trudność w moim operowaniu elementami otoczenia, jak widać, jest zasadniczej natury (wynika z samej istoty tej natury i mojego w niej ulokowania). - ale nie rezygnuję. robię zdjęcia dalej – ponieważ chcę wiedzieć - ponieważ (być może) będzie od tego zależało moje być albo nie być. chcę wiedzieć, co i jak się "na dole" kotłuje – i dlaczego właśnie tak. 20
    • - żeby jednak wszystko w moim eksperymencie było maksymalnie podobne do świata atomów oraz jego badania, przechodzę od biernego rejestrowania zaistniałych faktów do działania aktywnego. dlatego zamierzam wysyłać "porcję" energii w kierunku jednostki-elektronu, która pomoże mi w ustaleniach. kiedy analizuję atom, najlepiej wysłać wiązkę fotonów - w tym eksperymencie adekwatna będzie grudka materii. czyli rzucam kamień. i tak celuję, żeby "mój" wyróżniony w zbiorze elektron-człowiek został uderzony. to oczywiście wywoła reakcję. w zależności od stanu tłumu (rodzaju środowiska, jego zagęszczenia, rozłożenia, ukierunkowania rotacji), nastąpi reakcja, która jakoś się "zobrazuje". rozkład możliwych zdarzeń może być szeroki, od całkowitego zignorowania mojego czynu, aż po oderwanie się elektronu od atomu i przejście na inną orbitę. wszystko analogicznie (identyczne) do zachowania się prawdziwego elektronu. jednak dla mnie, "widza" obserwującego elektron-człowieka, jego przemieszczenie się na kolejne poziomy energetyczne (przeskoki) są nie do rejestracji, ponieważ są dla mnie skryte, dzieją się "podprogowo". wiem, że się dzieją, że "elektron" w "atomie" przechodzi z orbity na orbitę, przecież widzę-rejestruję ten fakt na kolejnych zdjęciach w eksperymencie i ustalam każdorazowo inne położenie "obiektu badawczego" w trakcie mojego "podglądnięcia" zawartości "pudełka", ale wszelkie ruchy i przejścia między "orbitami" są dla mnie zawsze w zakresie "poza" rejestracją. w każdym następnym ujęciu obserwuję elektron-osobnika w innym położeniu i w innym stanie energetycznym (jego "emocjach") - ale nigdy to nie jest stan pewny. ważne i zasadnicze w tym modelu jest to, że ten sam eksperyment rejestrowany (i odczuwany) z poziomu elektronu-człowieka przedstawia się głęboko odmiennie. dla niego zdarzenia zawsze mają charakter ciągły i nie występują w nich żadne przerwy czy przeskoki. w zakresie jemu dostępnym wszystko wiąże się ze sobą, kolejne stawiane kroki są dla niego nie tylko możliwe do obserwacji, ale są przede wszystkim przewidywalne, wynikają z stanu otoczenia i jego, elektronu, możliwości (sił, szeroko pojętej zasobności energetycznej). dla mnie proces wydaje się (i jest) nieciągły, skokowy, wręcz chaotyczny – elektron nic o tym nie wie. ja widzę "elektron" raz blisko centrum, to za chwilę "wyłania" się gdzieś na obrzeżach, a przecież to tylko reakcja na mój strzał kamieniem. stąd mam już tylko krok do "wyprodukowania" teorii: zjawiska na/w poziomie tłumu-atomu są "nieoznaczone". albo wyznaczę dokładnie przestrzeń, w której elektron-człowiek się "pojawia", albo obliczę prędkość z jaką się zobrazuje w bliżej nieokreślonym miejscu (znając siłą przyłożoną i wyliczając efekt). zawsze będę zgadywał, nie mam pewności wyniku. - dla mnie "obiekt" znika z obserwacji, i to dosłownie. nie mogę go śledzić, ponieważ nie dysponuję metodą "sfotografowania" jego położenia "pomiędzy" kolejnymi obserwacjami, różnica w rytmie przemian to wyklucza. - kiedy siedzę na tym swoim "wysokim" piętrze obserwacyjnym, na poziomie "atomowym" dzieją się przeróżne zjawiska. są dla mnie dalekie, głębokie - i skryte. nie zarejestruję ich żadnym, ale to żadnym przyrządem badawczym, bo każdy zastosowany przeze mnie przyrząd znajduje się "powyżej" poziomu obserwowanego. "tłum" na ulicy odmienia się (krokami swoich elementów, "porcjami" energii), ale ja tego nie rejestruję, ponieważ jestem "daleki" od tego zakresu. mogę domniemywać, a nawet wiem, że kiedy ja tutaj, "u siebie", szykuję aparat do kolejnego "zdjęcia" (rzeczywistości), to "tam", "na dole", w "tłumie-atomowym" (i niżej), coś drga, faluje, zmienia położenie i przechodzi kolejne poziomy energii. ale dla mnie jest to "zakres ciemny" i skryty, nie do rejestracji. - owszem, mogę próbować coraz bardziej "drobić" pomiary, robić "zdjęcia" w maksymalnie dla mnie szybkim tempie, jednak efekt tego będzie "zgrubny", nie mogę z zasady poznać fizycznie mniej (oraz sięgnąć niżej), jak mój najszybszy "ruch"-element (działanie i "przyrząd", za pomocą którego działam). tylko że "tam", w "atomie", reakcje są jeszcze szybsze. ja wykonam jeden ruch (obrót), a "atom" "okręci" się wielokrotnie. kręci się - wiem o tym - ale poza moim obserwowaniem. 21
    • - na tym oczywiście nie koniec paradoksów tego przykładu, eksperyment polegający na obserwacji "niskich" (dla mnie odmiennych) stanów rzeczywistości, może, w pewnych okolicznościach, okazać się do przeprowadzającego badanie wyraźnie, a nawet bardzo głęboko zaskakujący. poznawanie otoczenia, zasiadanie w ciepłym i wysoko położonym punkcie obserwacyjnym (przez to spokojnym), to nie zawsze jest działanie bezproblemowe, są rozliczne skutki. kiedy aktywnie "maca" się wystające ponad powierzchnię fakty, a zwłaszcza, kiedy czyni się to operując mało adekwatnymi do świata abstrakcjami (więc bezrefleksyjnie), jako reakcja przeciwnie ukierunkowana, może w stronę "fizycznego aktywisty" przyjść sygnał zwrotny, który nie tylko pokaże prawdziwy rozkład elementów w środowisku, ale również jego miejsce – a to nie zawsze musi być przyjemne. dlaczego? ponieważ oto może się okazać coś zupełnie dla mnie "cudownego", co dalece wykroczy poza wcześniej zaplanowany eksperyment: nagle do drzwi moich – do mojego "punktu obserwacyjnego" zastuka "elektron-człowiek". zaobserwował moją działalność i przyszedł puścić pod moim adresem (jako zwrotną energię) wiązkę słów o silnym zabarwieniu emocjonalnym. cóż, nie można mu się dziwić, przecież guz na głowie to przypadłość bolesna. ale to tylko jedna z potencjalnych reakcji "atomowych", ich zbiór jest, trzeba obiektywnie to przyznać, zdecydowanie bardziej rozbudowany. bo może być gorzej. jeżeli uderzenie (moje zadziałanie) było silne i mocno wybiło z orbity (i ze stanu uprzedniej równowagi) ów elektron, może na mojej twarzyczce, skutkiem istnienia zjawiska tarcia, mocno zaboleć siła zginania i rozprężania mięśni tego osobnika. mówiąc inaczej, dostanę w mordę. zrozumiałe, i to nie wymaga podkreślania, zdarzenie tego rodzaju jest uwarunkowane stanem środowiska oraz moim na elektron-obiekt oddziałaniem. czyli, im większa przyłożona siła, tym (kontr)reakcja odpowiednia (skoro tak wyskalowałem swój eksperyment, to mam adekwatnego do tego efekty – wiadomo, "rozbicie" atomu skutkuje objawiającymi się daleko i głośno reakcjami łańcuchowymi). może być tak, że "elektron" nawet nie przeskoczy na inną orbitę i nie pokona tłumu, uderzenie było zbyt małe i błahe – więc zrezygnuje. ale może być i tak, że podbudowany energią rzutu i swoją złością, idzie pod mój dom. widzi okno i punkt, z którego został rzucony kamień i zamierza się tam dostać. ale znów rezygnuje w obliczu konieczności wdrapania się na dziesiąte piętro, bo windę ktoś "przypadkiem" zdemolował wcześniej (tak się to losowo w świecie ułożyło, że międzypoziomowy kanał-winda nie funkcjonuje). w tym przypadku niewątpliwa "atrakcja" spotkania się oko w oko z obiektem badawczym skutecznie mnie omija. na szczęście. moje szczęście. jednak, ech, może zaistnieć i taka okoliczność, że zadziałałem "centralnie" i skutecznie (kamień był duży, rzut celny) – a efekt w postaci "guza" obfity (i objawia się w środowisku, przypomina "grzyb"). mówiąc inaczej, obiekt jest zdeterminowany. - wdrapuje się więc na to moje dziesiąte piętrzysko (pomimo niedziałającej windy i oporu środowiska) i staje u bram moich. wówczas mogę być pewnym, że siła jego skumulowanej (kiedyś-tam treningami) energii mnie nie ominie, że zacznie rozprzestrzeniać się w sposób niekontrolowany. - no, chyba że uda się mi przedstawić równą mu siłę. na przykład oddalić go lub ukryć się za "warstwą ochronną" drzwi domostwa. tyle że, to oczywiste i nieuchronne, w takim przypadku wybuchająca swobodnie energia wyładuje się pobocznie, więc właśnie na drzwiach. ze skutkami dla nich opłakanymi. jest jeszcze jedna (teoretyczna i w naturze nie polecana) możliwość, która prowadzi do załagodzenia całej nieprzyjemnej sytuacji - czyli ugoszczenie i udobruchanie wybuchowego jegomościa mocnym trunkiem dla dorosłych. tylko że, trzeba mieć tego pełną świadomość, to zawsze ryzyko. że będzie nowy wybuch. jako że obiekt badawczy ("atom") pozyska nową porcję zasobnej w procenty oraz skwantowanej energii... - cóż, zabawa w eksperymentatora ma swoje koszta. 22
    • - układ okresowy pierwiastków - jak go widzieć i odczytywać - podsumowanie na tym etapie po pierwsze, w dzisiejszym postrzeganiu układu okresowego trzeba podkreślić fakt, że jest stanem "zastygłym" w określonej formie i że nie widać żadnych prób jego modyfikacji. oczywiście nie chodzi w tym przypadku o dodawanie do istniejącego zbioru kolejnych elementów (niekiedy z wielkim nakładem działań technicznych), ale zmianę prezentacji. płaska formuła postrzegania otoczenia (rzeczywistości), a z tym obecnie mam do czynienia, to nie tylko przeżytek w dobie posługiwania się wielowymiarowością i wizualizacją procesów, ale przede wszystkim "spłaszczenie" spojrzenia na otoczenie. - a to, nie waham się tego tak określić, zasadnicza przeszkoda w zrozumieniu głębokich powiązań między elementami świata (tu w postaci atomów). i dlatego warto, dlatego należy to zmienić. w pierwszej kolejności i głównie sprawa odnosi się do czaso-przestrzennego charakteru układu pierwiastków - czyli rozmieszczenie jego elementów w czasie i przestrzeni. i w dynamicznej, różnorodnie powiązanej ze sobą zmianie. powód? przecież rzeczywistość to przemieszcza się, tu wszystko płynie, jest w ruchu i zależności – a takiego ujęcia daremnie szukać w obecnym schemacie. że ono występuje w głowie oglądającego i analizującego zjawiska, zgoda, abstrakcja w obserwatorze nabiera cech ewolucji w toku, tylko, pytanie, dlaczego nie może to być widoczne od razu i na pierwszy rzut oka? uważam, że powinno. - jeżeli postrzegam i analizuję związki między elementami świata poprzez wykreślone na płaskiej kartce linie, to w efekcie nie tylko obserwuję "zdeformowany świat", ale przede wszystkim "zamyka" się on dla mnie na/w "płaszczyźnie". a przecież widoki "płaszczaka" są zdecydowanie uboższe od bytującego w wielu wymiarach. dlatego należy układ okresowy pierwiastków zmodelować, opisywać i postrzegać jako sferyczną ewolucję, z wszelkimi tego konsekwencjami (dla zrozumienia i dla praktycznego wykorzystania). układ jest abstrakcją oddającą występujące obecnie we wszechświecie związki między elementami materii, ale jest również abstrakcją zawierającą w sobie, jako fakt integralny i fundamentalny (acz nie zawsze uświadamiany) - przestrzenność i czasowość tych zależności. i jako taki także musi być prezentowany w formule procesu, jako struktura w trakcie zmiany. - w ewolucji, również w abstrakcji opisującej ewolucję (tu materii), nie ma żadnych elementów, które można by określać jako niezmienne, wieczne. już samo pojęcie, kiedy je zestawić z kosmiczną nieskończonością, budzi co najmniej uśmiech. "materia" to stan chwilowy, zmienny i, przede wszystkim, w trakcie rozprzestrzeniania się. to tylko dla mnie, "mgnieniowego istnienia", byty, które trwają miliony lat we względnej równowadze, stają się synonimem długowieczności. ale to, co widzę (rejestruję) w postaci "układu okresowego pierwiastków", to "wycinek", część całości, której fizycznie nigdy nie poznam, jednak ponieważ ów "wycinek" jest w ciągłej zmianie, musi to uwzględniać i model, którym się posługuję, i moje rozumienie procesów. płaszczyzna kartki jest tylko etapem w zrozumieniu świata – najwyższy czas wznieść się wyżej. konwenans, wypracowane kiedyś zobrazowanie układu okresowego sprawia (sam to odczułem), że świadomość przestrzennego i zmiennego charakteru materii staje się jakby uboczna i nie wymusza automatycznie odmiany widzenia kiedyś tam z otoczenia pozyskanego ułożenia, nie wpływa na sposób traktowania materii w związkach i wzajemnej zależności elementów. ta wiedza gdzieś tam naturalnie kołacze, jednak znika z codziennej analizy. "widzenie płaskie", tak obecne w psychice, więc naturalne i stosowane "od zawsze" (od najwcześniejszych etapów rozwoju osobniczego czy zbiorowego), staję się dziś przeszkodą. i to dosłownie przeszkodą, fizyczną wręcz, która utrudnia zrozumienie układu. i rzeczywistości szerzej, to trudność, która musi być pokonana. mając pełną świadomość relacji między elementami, czyli przestrzennego charakteru układu, dalej operowałem jego płaską formułą - taka jest siła przyzwyczajenia i utartych poglądów. 23
    • - następna kwestia, która wiąże się z postrzeganiem i pojmowaniem zbioru atomów: ulotność, dosłowna chwilowość takiej konstrukcji (i każdej ewolucji). fakt, że układ okresowy jest zbiorem stanów chwilowych oraz że jest również stanem chwilowym w ewolucji wszechświata ("utwardzonym" przez obserwację i kolejne badania)), że przypomina tworzący się ("zamarzający") płatek śniegu – takie ustalenia i fakty składają się, muszą składać się na jego odbiór. a jednak w analizach świadomość tego stanu umyka, pozyskana wiedza, że świat się zmienia, to nie przekłada się na zmienność układu – abstrakcja przesłania proces i sama "twardnieje" (chciałoby się powiedzieć, że w dogmat). jednak skoro zmienia się otoczenie, również musi zmieniać się (ewoluować) abstrakcja oddająca zmianę – skoro nie ma stałych faktów, również nie może być stałych abstrakcji. dlatego też nie ma i nigdy nie będzie dokładnie takiego samego tworu w ramach nieskończoności-wieczności Kosmosu, kształt i składniki, choć zawsze podległe jednemu, generalnemu prawu ewolucji, są nie do powtórzenia w historii. zawsze są takie same - ale nigdy te same. nieskończoność gwarantuje zbudowanie się identycznego układu, ale nie tego samego, to punkt na/w prostej, zdarzenie w tej postaci jedyne. bo choć prosta biegnie z nieskończoności w nieskończoność, to każdy jej element (byt) jest jeden jedyny, niepowtarzalny – to wydarzenie jednostkowe w wieczności. mówiąc inaczej, obecna forma układu atomowego, to zrealizowana, to tu i teraz zmaterializowana (adekwatne w tym przypadku określenie) wolność w przyrodzie - to "zdeterminowany przypadek". ten konkretny układ to zapis ewolucji, tej jedynej w takiej postać, to indywidualna "historia choroby". ale, co musi tu paść, pewnej i koniecznej. takie ułożenie kwantów według jednolitej reguły musiało się zdarzyć (powtórzyć) - ale tylko ten jeden raz (przecież w końcu każda powtórka i tak jest pierwszym razem). niezwykle ważnym elementem postrzegania i pojmowania układu jest fakt, że to zbiór nie tylko "atomów" (tego, co mam za atom), ale również zjawisk, które już zaszły, są jakoś obecne w środowisku – oraz tych, które dopiero będą w świecie obecne. - mówiąc inaczej, układ okresowy pierwiastków, to, co uznaję za układ, to zapis zdarzeń aktualno-historycznych, w którym występują elementy obecne (te najbardziej liczne energetycznie i rozbudowane), ale również są tu elementy, które swoją przeszłość (w znaczeniu: świetność) miały już pewien czas temu. a dziś są już tylko wspomnieniem. - zarazem, obok nich, także dla całości obrazu istotne, są składniki, które stanowią już "zadatek" na dobrą przyszłość, pojawiły się pokątnie, ale ich czas jeszcze nie nastał. a nawet nie jest pewne, czy owe dobrze "zapowiadające" się elementy dojdą do poziomu świetności. rzeczywistość – to, co mam za rzeczywistość, to złożenie faktów, wszelkich w mojej obserwacji ustalanych "zgęszczeń" energetycznych, np. w postaci atomu. jednak muszę mieć świadomość (i wykorzystywać tę wiedzę), że to nie są dane z natury (czy przez inne-coś) niezmienne byty – ale że są to postrzegane na/w zakresie nadprogowym chwilowe stany skupienia. zaistniały, zmieniają się i "za moment" się skończą. - a co więcej, każdy rejestrowany element to złożenie czaso-przestrzenne, więc powstające lokalnie. i dlatego nigdy nie jest pewne, że zgromadzi dostateczną ilość energii (kwantów), żeby się wydobyć w przedział powyżej progu. jeżeli zaistniał, to znaczy, że okoliczności temu sprzyjały, ale niewątpliwie warto docenić ten rzadki w ewolucji przypadek. bo nigdy nie jest pewne, czy "kiełkujący" z "kwantowego podglebia" "atom" zdoła zgromadzić zasoby i pojawić się na widoku (i salonach), czyli zaistnieć jako pełnoprawny i samodzielny, mocno osadzony w fizyczności obywatel układu. o tym zawsze i ostatecznie decyduje środowisko, jego zasobność. a umiejętność do "wzbijania" się "w górę", czyli sprawność w gromadzeniu kwantów, na pewno w tym pomaga, ale tylko pomaga. przecież, kiedy nie ma w okolicy "czegoś", na czym można się oprzeć, to nie ma szans na długie istnienie-i-obserwowanie. nigdy i nigdzie. czy byt zasłuży na "nazwisko"? - oto jest pytanie. 24
    • - kwant - pojęcie kwantu - kwant a filozofia w fizyce pojęcie kwantu jest pojęciem ogólnym, bardzo opisowym, nie ma jego definicji fizycznej - i oczywiście być nie może. nie chodzi o wzory i mechanikę takich elementów, ale o "fakt" kwantowy. według definicji słownikowej, kwant to: "/quantum = ile/ fiz. najmniejsza porcja, o jaką może zmienić się dana wielkość fizyczna (np. energia, pęd) określonego układu; teoria kwantów – teoria fizyczna opisująca procesy, w których biorą udział mikrocząsteczki, uwzględniająca nieciągłość (skokowość zachodzących zmian) wielkości fizycznych charakteryzujących stany mikrocząsteczek." w takim rozumieniu kwant to najmniejsza wielkość i nie jest zdefiniowane, czy dotyczy to "porcji" energii, czy różnicy pomiędzy porcjami. nie jest jasne, czy "kwant" opisuje (definiuje) "ilość" energii, najmniejszy w naturze stan, czy tylko różnicę pomiędzy ilościami najmniejszymi. słowo "porcja" rozumieć można dwoiście, jako minimalna ilość, wielkość czegoś - oraz jako minimalna różnica między czymś a czymś. jednak, co zrozumiałe, niekoniecznie ustalana różnica musi być zarazem równa najmniejszej porcji (czegoś). w układzie, który zbudowany jest z kwantów (porcji), różnice między "porcjami" – zachodzenie różnic będzie mogło realizować się o kwanty, tyle że już inne, oznaczające odrębny fakt i z innego zakresu. ale, co ważne, choć to będzie już inny kwant, to jednak zawsze jest to kwant. "porcja" to ilość, jak i zdarzenie ("coś" i relacje między "kropkami coś") - dlatego "kwant", chwilowo bez głębszego definiowania, jawi się jako pojęcie ze swojej natury dwoiste: opisujące stałą wielkość i związki między ustalanymi wielkościami. - czyli opisuje "cegiełkę" natury (jak by tej cegiełki na ten moment nie postrzegać), jak i można go (w logice) stosować z powodzeniem do opisu zachodzących zmian między tymi cegiełkami. chyba nie ulega wątpliwości, że również oddziaływania między elementami dadzą się ująć w najmniejsze (acz niekoniecznie mierzalne) "porcje" energii, więc będą podlegać skwantowaniu. to samo pojęcie stosuje się, może być z powodzeniem zastosowane do opisywania składnika ewolucji, jak również do zjawisk zachodzących w ramach ewolucji. - czyli jest "kwant" pojęciem opisującym "przestrzeń" (rozumianą jak odległość między elementami) - jak i "czas", relacje. pytanie: czy ten dwoisty charakter jest uzasadniony? czy można opisywać tym samym "elementem" ("parametrem", "faktem kwantowym") zmianę – kiedy do opisu tej zmiany używam elementu, który jest w tym ujęciu "bytem" skończonym? nie ma przecież znaczenia, że "kwant" to "porcja", że to niekoniecznie, a pewnie i rzadko, może być jednostka ("jedynka") – w analizie tak prowadzonej, nawet liczny zbiór elementów jest kwantem. czy zmiana, więc różnica między stanami - jest taką samą wielkością (tym samym), co element tej zmiany? inaczej: czy najmniejsza różnica między zdarzeniami, jest tym samym (taką samą wielkością), jak najmniejszy element tej zmiany? - czy kwant zmiany (coś) jest tożsamy z kwantem ilości, czy to ten sam "fakt" (coś)? pojęcie kwantu zawiera w sobie, jak widać, zarazem pojęcie jakości, jak i ilości, jakość i ilość zbiegają się w jedno. ciekawe. - do tej pory traktowałem "kwant" jako najmniejszą możliwą do pomyślenia ilość "czegoś" i na tej podstawie opisywałem ewolucję. i nie zastanawiałem się nad dylematem logicznym, co ilość, co jakość, utożsamiałem ilość i jakość, przyjmując, że to "ilość". ale przecież tak nie musi być. nie jest powiedziane, że stan "a" i "b", że różnica między tymi stanami, będzie różna (inna od) "a" lub "b". - więcej, jeżeli a = 1 i b = 1, to różnica między nimi także może wynosić 1. słowem, różnica między kwantem a kwantem miałaby także wielkość kwantu. tylko czego? jak wymierzyć, jak nazwać to "coś"? czy to energia, siła, czy co? przecież minimalna różnica między dwoma kwantami a dwoma może wynosić tylko jeden kwant, najmniejszy "skok" energetyczny – czy więc ten kwant będzie "połówką" tych dwu kwantów? 25
    • - pytanie: jak wyliczyć, że "przestrzeń", wielkość, "porcja" zdarzeń pomiędzy dwoma najmniejszymi zdarzeniami wynosi również najmniejszą porcję, wielkość, ilość? i więcej: czy te wielkości można przyrównać lub zrównać ze sobą? czy najmniejsze z najmniejszych jest zawsze najmniejszym? podkreślam, to nie są są zabawy językowe, ale pytania fundamentalne. pytania, które podsuwa, jako konieczne, analiza pojęcia "kwant". jedna "wielkość" opisuje element, składnik procesu, a druga relacje między elementami – i w każdym przypadku wprowadzam (muszę wprowadzić do opisu) stan "kwantowy", "kwant". nie ma znaczenia, czy mam na myśli "jednostkę" czegoś, czy tylko "skok" w procesie – to zawsze dla mnie (w mojej analizie) jest "kwant", logicznie to jednostka. fizycznie nie wiem, co to jest, ale w logicznym opisie fizycznej zmiany kwant się sprawdza. ale czy te wielkości są ze sobą skorelowane, czy są jednakowe? analogiczne? czy są tym samym? czy kwant ilości jest również kwantem jakości? jeżeli dwoistość oraz wynikające z tego paradoksy (tylekroć tu omawiane, jak np. ciągłość-nieciągłość zjawisk w ramach świata) potraktować jako zasadę, to okazuje się, że ilość może być w tym przypadku (kwantów i relacji między nimi) utożsamiana z jakością, że obie wielkości, oczywiście logicznie powiązane ze sobą, są pochodną tego samego: kwantu. jednostki energii, na dowolnym poziomie ewolucji. i - jak według powiedzenia, że ilość przechodzi w jakość - na tej samej zasadzie można dopatrywać się analogii między tymi pojęciami. "kwant" od "kwantu" się nie różni - nie może się niczym różnić, to oczywiste (chyba). przecież nie powiem, że między stanem "a" i "b" (o ile są to kwanty analizowanego "zdarzenia", "elementy jednostkowe") zachodzi różnica. może, i to jest zrozumiałe, wystąpić różnica w ich położeniu (wobec siebie lub innego, kolejnego kwantu), lecz nie w "jakości". różnica w jakości zajdzie wówczas, kiedy między dwoma stanami, "a" i b", będzie także różnica w ilości (w jednam punkcie będą np. dwa kwanty, a w drugim jeden). to, nawiasem, potwierdza i obrazuje, dlaczego ewolucja musi być liczona od dwu stanów: ponieważ wcześniej nie ma "jakości", nie ma skali porównawczej (więc wszystkie kwanty są do siebie jednakie). dopiero dwa kwanty, wyodrębnione z przestrzeni pojedynczych kwantów (z tła), one dopiero tworzą to, co można w otoczeniu zauważyć – bo są "jakościowo" różne od reszty. wspomniałem kiedyś, że płaszczyzna z kwantów (stan maksymalnego "rozdrobnienia" kwantowego na/w środku ewolucji), to płaszczyzna, która nie ma w sobie wolnych "miejsc", a cała "przestrzeń" jest tylko jedną warstwą kwantowych bytów i tworzy "teren" nie do przebycia (oraz "przebicia") dla czegokolwiek. jeżeli postrzegać taką płaszczyznę jako stan kwantowego niezróżnicowania, to staje się jasne, że w "czymś takim" ewolucji być nie może. o "krok" dalej (wyżej-niżej) owszem, ale nie "w punkcie". "w tym miejscu" nie można mówić o zmianie - bo nic się nie zmienia. jedność jednokwantowej płaszczyzny jest doskonała: żadem element nie różni się od pozostałych, wszystko posiada jeden stan i postać, każdy "fakt" jest tożsamy wobec znajdującego się obok. przy czym nawet definiowanie takiej płaszczyzny w tu prezentowanym stylu, że coś jest "obok", już to jest skrótem myślowym, koniecznym, ale niepoprawnym, ponieważ w takim zbiorze nie ma ani elementów, ani kierunków, ani żadnych innych relacji czy cech. dopiero wyróżnienie, czyli dodanie do kwantu drugiego takiego stanu i ustalenie ich wzajemnych relacji, nadaje płaszczyźnie oraz tworzącym elementom znaczenia – "cechuje", porządkuje taki zbiór, umożliwia "ponumerowanie" płaskiego świata. że to może być działanie arbitralne, prowadzone tylko z uwagi na obserwatora? oczywiście, tak się dzieje, parzcież to osobnik postrzega i ustala w jednolitym tle rytm i nadaje mu znaczenie. płaszczyzna (energetyczna ewolucja jako taka) sama dla siebie nie istnieje, musi być druga strona, która dozna-zaobserwuje ten fakt i jakoś go zdefiniuje. rozróżnienie, podział otoczenia na kwanty, to zabieg zewnętrzny do procesu, konieczny, ale zewnętrzny. to, czy kwanty różnią się między sobą, to jest ważne dla obserwatora, pomaga zrozumieć, jednak jest zabiegiem tylko wspomagającym. ale jeżeli sprawdza się, musi być wykonanym. 26
    • - do zagadnienia można podejść "przestrzenie". kwant, mimo że najmniejsza, czy to porcja, czy zdarzenie, jest w otoczeniu ("w przestrzeni") reprezentowany w jakiś sposób. słowem, zajmuje jakiś najmniejszy do pomyślenia "obszar" w środowisku, wymiarowo najmniejszy. logicznie jest to zrozumiałe i uchwytne, fizycznie gorzej. - kwant posiada "wielkość" ("rozmiar"), i nie jest obecnie ważne, jak jest wielka i co oznacza (ta wielkość będzie zresztą inna w każdej ewolucji). istotne natomiast jest to, że ma swoją najmniejszą "przestrzeń", którą zajmuje. i nic tego już nie zmieni: nie może być ilości mniejszej, jak najmniejsza z możliwych. podział w nieskończoność jest absurdem, co zarazem nie oznacza, że głupotą. stwierdzenie, że można dzielić (i dzielić) materię w nieskończoność, jak każde pojęcie odnoszące się do rzeczywistości, ma swoje głębokie umocowanie – problem tylko w tym, żeby je odszukać w chaosie (myśli i innych poglądów). nie ma błędnych abstrakcji, są tylko (chwilowo) odległe od rozpoznanego zakresu. jeżeli rozpatrywać odległość między dwoma stanami, np. miedzy stanem "a", w którym są dwa kwanty (bez definiowania, co to znaczy "kwant), a stanem "b", w którym jest tylko jeden, to mam wyraźną, zauważalną różnicę – i jakość tym samym. różnica między tak zdefiniowanymi kwantami jest różnicą jakości, to inne kwanty. - ale, co tu ważne, odległość pomiędzy tymi "elementami" może w "pomiarze" przynieść informację, że jest to kwant, "przestrzenna" odległość kwantu "a" od kwantu "b" wynosi, stanowi wartość jednego kwantu – tylko, tu zasadnicze pytanie, czego, jakiego kwantu"? "a" czy "b" – czy innego, jakoś związanego z analizowanymi (np. stanowi ich składnik)? przecież ta odległość może być "przestrzennie" także równa tylko kwantowi. co więcej, nie będzie większa oraz nie może być większa. dlaczego? ponieważ większa ilość kwantów między tymi stanami (jedynkami), to już nie różnica między dwoma, lecz więcej punktami. między dwoma stanami może zaistnieć tylko "przestrzeń szeroka" na jeden kwant. lub jej nie będzie wcale. - to znaczy, że dwa wyróżnione kwanty będą sąsiadować bezpośrednio z tym jednym kwantem i razem będą stanowić już strukturą jakościową (i zapewne jednolitą, łączną). czyli różnica między nimi będzie i jakościowa, i ilościowa jednocześnie. ilość dwa elementy wyróżnione w punkcie to oznaka, że zmieniła się ilość układów w stosunku do poprzedniego stanu, ale również oznaka, że zmieniła się jakość (i zajętość "przestrzeni", środowiska). kiedy mam jeden kwant, nic o nim nie mogę powiedzieć, kiedy mam dwa kwanty (jakoś) połączone, mam już "jakość", stan wyróżniony, opisywalny i postrzegany (widzę różnice). ważne a ciekawe - "obszar" pomiędzy poziomami, pomiędzy kwantami nie musi i nie może być "zapełniony", o ile mam mówić o odrębnych "bytach". brak między czymś a czymś "przerwy" wyklucza rozróżnienie, to jedno "coś", czyli łączny byt (ciało). - i odwrotnie: żeby móc w zjawisku wyodrębnić składową, muszę mieć "przerwę", "odległość" między bytami, w tym przypadku przerwa decyduje o zaliczeniu do "czegoś" lub odrzuceniu. ale, zarazem, odległość kwantu od kwantu nie istnieje, kiedy przeprowadzam analizę procesu ewolucyjnego, wówczas kwant zawsze jest "przy" kwancie, one leżą w przestrzeni "obok siebie". i nie może być inaczej w takim działaniu, właśnie z uwagi na ciągłość wyodrębniania z tła. brak przerwy - mam ujęcie ciągłe, jedność ewolucji. przerwa zaistnieje, to już proces "rwany", inny i odrębny – to inna ewolucja wkroczyła w moje pomiary. - to znaczy, odległość między kwantami (czyli zdarzenia, zajścia) nie mogą się opierać na pustce i przerwach, bo wówczas ewolucja staje się "rwana" i jej po prostu nie ma. przestrzeń między kwantami nie istnieje, jej nie ma i być nie może – jednak tylko dla obserwatora wyróżniającego dany ciąg zjawisk – i na danym poziomie pomiaru. w innym ujęciu (głębszym, szerszym) takie "odległości" się pojawią, i są warunkiem procesu. - "pustka" współtworzy ewolucję, ale widzi ją tylko obserwator zewnętrzny do analizowanej zmiany, dla "zanurzonego" w procesie obserwatora rzeczywistość jest ciągła (choć skwantowana). 27
    • - kwant - pojęcie kwantu - czy ostateczne w definiowaniu świata? pojęcie kwantu jest niewątpliwie bardzo użyteczne i konieczne - ale abstrakcja w formule "kwant", idea najmniejszej dającej się ująć badawczo oraz rozumowo ilości "czegoś" (w tym przypadku energii, zdarzenia, czasu-przestrzeni), to przede wszystkim i w pierwszej kolejności pojęcie logiczne. i podkreślam ten wniosek, jest zasadniczy dla dalszego toku analizy. i dlatego - o czym w końcu jest cały ten tekst - pojęcie kwantu nie dotyczy tylko materii (materii pojmowanej jako składniki "twarde", czyli najmniejsze ilości jakoś "namacalne"). kwant, pojęcie kwantu dotyczy wszystkiego. kwanty odkryli fizycy, ale kwant to pojecie filozoficzne. powtórzę to zdanie, ponieważ jest istotne: kwanty odkryli fizycy, pełny szacun za ten wysiłek - jednak kwant to pojęcie filozoficzne, odnosi się do zakresu "poza" fizyką. fizyk posiada do swojej dyspozycji "porcję", "skok" kwantowy w postaci zbioru-kwantu – ale że to zbiór jednostek (kwantów), to może ustalić tylko zewnętrzna do zachodzącej zmiany refleksja – filozofia. dlatego nie o fizyce kwantów wypada obecnie mówić, ale o filozofii kwantów. albo, to formuła zamienna, o "filozofii ewolucji", w której kwanty, "jednostki" są elementem fundamentalnym. - kwant ma zastosowanie, z dobrymi rezultatami, w przypadku każdej ewolucji, jest użyteczny w każdym dostrzegalnym (i niedostrzegalnym) procesie. i dlatego jest "faktem"-stanem-bytem filozoficznym, pomaga fizyce, ale to czysta filozofia. tylko że - powstaje pytanie: na ile i w jakim stopniu pojęcie kwantu odnosi się do świata, czy odpowiada prawdzie? czy coś takiego istnieje? można na to pytanie odpowiedzieć: nie ma znaczenia, czy coś takiego istnieje, skoro tak dobrze sprawuje się w poznaniu i pomaga zrozumieć procesy. i dlatego, nawet jeżeli pojęcie "kwantu" jest "tylko" błędnym wytworem logiki oraz "sposobem" rozumu na świat, "sztuczką" na ujęcie i zdefiniowanie procesów bez realnego odniesienia - należy je przyjąć. a przede wszystkim stosować, skoro tak dobrze się potwierdza (wyjaśnienie oparte na praktyce). to jednak nie uspokaja. że coś sprawdza się w konfrontacji ze światem i pozwala przewidywać zjawiska, że opis na każdym poziomie wspomaga zrozumienie - to jeszcze nie oznacza, a na pewno nie od razu, że rozum godzi się na taki "fakt" w swoim otoczeniu. postawię pytanie inaczej: czy pojęcie kwantu jest już ostatnim tchnieniem i ostatnim ustaleniem możliwego przez rozum opisu zdarzeń? czy nic i nigdy już nie jest w stanie go w przyszłości zastąpić? czy kwant, pojecie "kwantu", to rzeczywiście kres poznania, rzeczywisty kres natury, koniec logiki? czy kwant to "ściana", płaszczyzna? że wszystko zawiera w sobie najmniejszą "porcję" lub "zdarzenie" ("czegoś") - to oczywiste. oczywiste dla rozumu, który funkcjonuje, żyje-reaguje, obserwuje i sam działa w oparciu o zmianę, o przechodzenie jednego stanu w drugi, więc o ewolucję świata. dlatego nie może być w tym ujęciu niczego, co byłoby stałe, niezmienne, trwałe. sama taka myśl (że jest coś stałego) rodzi powątpiewanie w zdolności intelektualne głoszącego takie poglądy, ponieważ nawet nie można wyobrazić sobie "działania", czy "istnienia" osoby-ciała-rzeczy niezmiennej. wszystko podlega ewolucji – nawet "boskie" (na)tchnienie. Kosmos - tak, Kosmos jest "trwały" i wieczny. ale dlatego, że "zakotwicza" go umysł w nieskończoności. to w zupełności wystarczy, żeby go unieruchomić w logice oraz w myśleniu. ale czy w ewolucji, czy w przemianach jakiegoś faktu można tak ustawić rozum, żeby dostrzegł na jego "dnie" kwant, więc "fakt" o niezmiennej już "postaci"? - czy jest w moim otoczeniu "element", o którym mógłbym powiedzieć: oto koniec ewolucji, dalej już nie ma niczego – ponieważ ewolucja to zmiana. a "to", co określam jako kwant (i co jest dla mnie stanem jednostkowym) już się nie zmienia. czy rozum godzi się - może zgodzić się na "ostateczny element" bytu? 28
    • - "kwant" – jednostka czy zbiór? kwanty pojawiają się w przestrzeni tekstu często, pojęcie kwantu zastosowane zostało już w chwili, kiedy analiza dotyczyła COŚ i NIC. to wówczas, ujmując to jeszcze ilościowo, wyłonił się jego głęboko w rzeczywistości (i w logice) zakotwiczony sens – że "istnieje", że jest filozoficznie "jedynką", która w fizyce przybiera różną postać (jednak pozostając jednostką liczenia). dlatego tak, że kwant, pomijając porcjowane i ilościowe jego rozumienie (uwarunkowane jest to tym, jaką w danej chwili rozpatruję ewolucję, który poziom wyróżniam), jest właśnie takim "czymś", "co jest". co jest odróżnialne od nic. podejście fizyczne, w zakresie dostępnym od wewnątrz procesu, musi operować abstrakcją w postaci kwantu jako "porcją" "czegoś", ponieważ rejestruje "nieciągłość", "przeskok" między mierzonymi faktami oraz wielość tworzących taki przeskok elementów łącznie – jednak, co ważne, bez analizy, czy tak obrabiany kwant to jednostka, czy zbiór jednostek. dlaczego? odpowiedź, która musi w tym momencie paść, jest kluczem do tematu: dlatego, że z poziomu fizyki takie zagadnienie nie ma sensu, wykracza poza obszar poddany eksperymentowi. oczywiście to nie oznacza, że się nie próbuje szukać "boskich" elementów świata, ale ewentualne "jednostkowe składniki" pomiaru są z poziomu fizyki stanem skrytym i poniżej rejestracji – tworzą badany obiekt i przyrząd, i obserwatora. dlatego muszą być w pomiarze pominięte. jednak nie można ich pominąć logicznie. mogę fizycznie operować "porcją", więc tym samym zbiorem jednostek (i nie zastanawiać się nad tym faktem, bo skoro zastosowany w taki sposób "kwant" się sprawdza, to ujęcie jest poprawne), ale logicznie muszę zadać pytanie, czy to jednostka czy zbiór, a co więcej, starać się na nie odpowiedzieć. - czyli z jednej strony występuje w analizie kwant czegoś - a z drugiej (choć i samo pojecie strony w tym konkretnym przypadku jest naciągane) istnieje nicość, nic. dysponuję więc w takim logicznym (tylko już logicznym) obrabianiu składników rzeczywistości dwoma fundamentalnymi i maksymalnymi stanami, które można zdefiniować jako 0 i 1, próżnia i energia – ewolucja i jej brak itd. mam zero i jedynkę, stan "COŚ" i "NIC", zero oraz jednostkę czegoś. niżej w analizie logicznie nie zejdę, to jest mój, bytu stąd i teraz, kres dowodzenia. absolutny kres. w obserwacji fizyka nieobecny, bo dla niego dostępne są tylko "porcje kwantowe" (zbiór jedynek), ale konieczny, żeby świat i jego zmianę wyjaśnić. widzę "na dnie", ustanawiam zero i kwant energii – to podstawa wszystkiego. i tylko tak. kwant - jednostka czy zbiór? jedynie możliwa odpowiedź jest taka, że to stan dwoisty: i jednostka, i zbiór. a jego postrzeganie zależy, co zrozumiałe, od obserwatora i jego zdolności rejestracji (dzielenia) procesów ewolucyjnych w otoczeniu. kwant jest logicznie jednostką, ale fizycznie zbiorem. na wstępnym etapie opis kwantów dotyczy "porcji", czyli zbiorów jednostek, które wpisane są również w "zbiory jednostkowe" (kwanty wyższego rzędu). dopiero na koniec pojawia się, także jako jednostka i kwant, Kosmos. i jego składowe, energia i próżnia, dwa graniczne w rozumowaniu stany. to jest absolutny kres. od stanu "tyci" do stanu "maksimum", na które może rozpatrywać otoczenie umysł danego, czy całego zbioru osobników, zawsze jest kwant, na każdym poziomie kwant. ale pojęcie kwantu, pojęcie z jednej strony tycie, z drugiej maksymalne, stawia granice, kwant jest stanem granicznym rozumu i logiki. okazuje się, że choć niebywale pomocny w opisie zdarzeń, jest zarazem ich ograniczeniem. nie można wychylić się poza niego, czy nawet próbować wyjrzeć poza wyznaczone tak granice - logika na to nie zezwala. przecież nie może być niczego, co by było większe od największego, nie może być niczego, co by było mniejsze od najmniejszego. na końcach poznania - na/po obu jego stronach, co zapewne niejednego zadziwi, znajduje się to samo: kwant. jeden, jedyny kwant, który stanowi kres wgryzania się logiką w rzeczywistość. pojęcie kwantu, jak widać, przydaje się do opisie każdej ewolucji, każdej logicznie i fizycznie wyodrębnionej struktury - czy całości (która również posiada swoją kwantową budowę). 29
    • - kwant - pojęcie graniczne? kwant z jednej strony opisuje największe, a z drugiej najmniejsze - z jednej strony jest wpisany w zdarzenia, czyli opisuje "czas" – z drugiej jest stanem definiującym "przestrzeń" i "porcję przestrzeni". w kwancie, w takim pojęciu, czas i przestrzeń (jak chce fizyka), łączą się w jedność, są w tym odniesieniu wzajemnie opisywalne (czas definiuje przestrzeń, a przestrzeń czas). to kwant wyznacza czas i przestrzeń, ilość i jakość – czas-przestrzeń powstają przez odniesienie do zmiany, jako skutek przemieszczania się kwantu "coś" w "nic". czas-przestrzeń to skwantowana ewolucja w toku zachodzenia. co ważne - co chcę bardzo mocno podkreślić, za każdym tak wyróżnionym stanem lub pojęciem - mam kwant, jeden kwant. "jedynkę". nie ma znaczenia, co biorę do analizy (czy do ręki), każdorazowo myślę i operuję kwantem (i kwantowo). ja jestem kwantem, komórka mojego ciała to kwant - planeta jest kwantem oraz wszechświat również; logika (cała) to kwant, jak i jej poszczególne "fakty" (abstrakcje) to kwanty; układ pierwiastków jest kwantem, jednak składa się z kwantów (kwantów-atomów, kwantów-pierwiastków). nie ma znaczenia, czy mówię o jednostce, czy zbiorze - abstrakcji, czy konkrecie o fizycznej budowie - to kwant, zawsze kwant. tylko (i aż) kwant. kwant to fascynujący "wynalazek" rozumu. "kwant" to ustalenie fundamentalne. właśnie - czy wynalazek, czy jednak konstrukcja oddająca coś konkretnego? czy kwant stanowi kres rzeczywisty świata, czy tylko rozumu? po pierwsze, logika się buntuje, kiedy próbować "wepchnąć" coś jeszcze niżej kwantu, poniżej najmniejszego z najmniejszych. nie jest ważne, jakie posiada kwant "rozmiary", co oznacza fizycznie, istotne jest to, że nie można wepchnąć między niego a nicość już absolutnie nic. - owszem, zgadza się, matematyka między zero a jedynkę upchnęła "całą nieskończoność" (ułamków). można by więc na tej podstawie sądzić, że i podobne przejście pomiędzy kwantem a nicością istnieje, takie łagodne, stopniowalne schodzenie w... - gdzie? owszem, można by, gdyby nie to, że ułamki dotyczą innej przestrzeni, są na innym granicznym pasie rozumowania – więc "kwantu logicznego" nie dotykają. dlaczego? ponieważ ułamki odnoszą się do przejścia między jednostką, kwantem ewolucji wyższego poziomu a niższego. czyli, na przykład, między kwantem fizycznym wszechświata a kwantem logicznym (między zakresem nadprogowym, fizycznie rejestrowalnym a obszarem "podprogowym", warunkującym fizykę). można to dokładniej zdefiniować jako opis "poziomy" i "pionowy". w przypadku poziomego ułamki, zgoda, ciągną się w nieskończoność, opisują płaszczyznę i jej kolejne składniki. i ten ciąg musi być "niewyczerpywalny" z zasady. co innego w "pionowym" dzieleniu, tutaj koniec w procesie musi się pojawić - jako kres dzielenia. na takim poziomie rozważań nie ma szansy, żeby coś upchnąć w zakres, który znajduje się między kwantem energii a próżnią. "tam" już nie ma przestrzeni w tutejszym rozumieniu - tam "jest" "kosmiczna przestrzeń". a to, jakby nie spoglądać, coś innego od "tutaj", obok mnie. ba, nawet nie mogę powiedzieć, że coś, jakaś przestrzeń, pomiędzy tymi stanami istnieje. bo nie istnieje - nie może istnieć. kwant i próżnia, kwant energii i nicość stoją na tym poziomie obok siebie i wzajemnie się warunkują. nie ma między nimi stanów pośrednich, jest tylko 1 i 0 – kwant energii i próżnia. inaczej mówiąc, na tym najniższym z możliwych poziomów analizy, kwantu broni już nie fizyka, lecz logika. broni, a raczej uzasadnia jego istnienie. dowód opiera się na tym, że w nieskończoność rzeczywistości dzielić nie można, że musi wystąpić kres kawałkowania. fakt, zagadnienie posiada różne historycznie rozwiązania, podzielność skończona lub nieskończona to ujęcia konkurujące, ale, jak widać z wyżej wspomnianego przyszeregowania analizy raz do pionowego, a raz do poziomego działania - okazuje się, że można tak rozbieżne obrazy i poglądy na świat połączyć. i to na zasadzie koniecznej jedności. czyli dawny problem, skończone czy nieskończone, w ujęciu kwantowym, traci sens: podział jest skończony, ale materia jest ciągła. 30
    • - kwant(y) - kres logiki? wyjaśnienie: zastosowane w tekście pojęcie "zjawiska podprogowe" na oddanie faktów zachodzących poniżej strefy granicznej fizycznego eksperymentu (więc które są "poza" pomiarem, ale zawsze pozostają w ramach Fizyki) – oraz pojęcie "zjawiska nadprogowe", które odnosi się do przedziału (kręgu) wewnętrznego w ewolucji, te pojęcia zostały wprowadzone w analogii i na podobieństwo terminów występujących w psychologii – i są niezbędne w analizie. procesy podprogowe to stany konieczne i istniejące realnie (fizycznie), jednak nie uświadamiane, które nie są doznawane (mierzone) przez obserwatora znajdującego się w ramach mocno skomplikowanej i rozbudowanej struktury. i to dlatego "kwant fizyczny" w takim ujęciu jest najmniejszą "porcją" energii, która tworzy fizycznie, już w pomiarze dostępny zakres "nadprogowy" ("świadomy fizycznie"), a "logiczny kwant" to wielkość najmniejsza z możliwych, która z tego tytułu zawiera się w zakresie "podprogowym" (podświadomym) – warunkuje procesy i pomiary, ale sama już nie podlega rejestracji. - fizycznie ustalam w obserwacji zawsze zbiór, logicznie "postrzegam" jednostkę. odpowiadając na pytanie, czy kwant(y) to pojęcie graniczne w ujmowaniu oraz postrzeganiu (wszech)świata, wydaje się, że tak. - więcej, trzeba powiedzieć, że to konieczność. musi tak być, ponieważ logika nie może wykazać, że mogłoby być inaczej, że jest coś jeszcze mniejszego od najmniejszego z możliwych. - "kwant" to fundament analizy, i to dwustronny: najmniejszy i największy "fakt" w otoczeniu. co więcej, każdy wyróżniony i postrzegany element rzeczywistości to kwant. każdy. nie ma znaczenia, co wyróżniam w otoczeniu (mierzę-doznaję), to zawsze i tylko kwant. ale użyte w tym kontekście słowo "musi" oznacza, że choć stwierdzam niemożność innego obrazu, nie do końca daję przyzwolenie na opracowany – rezygnuję, bo mam świadomość, że inaczej nie mogę postąpić. a taki stan wytwarza psychiczny dyskomfort. przecież wszelkie granice mają to do siebie, że od razu prowokują pytanie: co jest dalej? a kiedy nie ma żadnych szans na poznanie "dalszego", powstaje "naturalne" zniechęcenie i odrzucenie (albo straceńcza ciekawość, która produkuje chimery). swoją drogą to ciekawe, że rozumowi nie wystarcza nawet nieskończoność i wieczność, że dopytuję się, co jest dalej. to "skaza" bycia w obszarze "ewolucyjnym", w świecie zmian oraz granic nigdy dokładnie zdefiniowanych. wypada jednak, trzeba (chcąc nie chcąc) pogodzić się z myślą o nieprzenikliwości tego, co z samej zasady jest nie do przeniknięcia, i to nigdy. przyznaję, nie widzę szansy, żeby ktoś mógł w "kwantowej powłoce" coś ulepszyć, a tym bardziej ją przebić (logicznie). kwanty to kres poznania, acz kres poznania "pionowego". kwanty to kres badania "w górę" lub "dół" natury. co innego badanie "poziome", na/w poziomach, to będzie nie-skończone. jednak to smutna prawda: nauka w badaniu przemieszcza się "w poziomie" (w poziomach), dlatego nigdy nie wyczerpie swoich badawczych "pokładów". ewolucja oraz jej nieskończoność, w przestrzeni również nieskończonej, kształtują możliwości nieskończone. świadomość niewyczerpywalnego poznania dla rozumu jest tak samo porażką, jak świadomość ograniczonego trwania i skończonych możliwości (które ciągle się osobniczo zmniejszają). ech... poznanie pionowe, podążające w głąb lub w górę świata, na/w teorii kwantowej (filozofii kwantowej) ustanawia swoje granice. w tym ujęciu najważniejsze nie jest pytanie o fizyczny sens zmian, ale o ich logiczne, zwłaszcza filozoficzne konsekwencje. "teoria kwantów" to nie jest teoria fizyczna, ale w najgłębszym znaczeniu filozoficzna. to teoria rodem z logiki, nie fizyki. i choć pokazuje, że można ją doskonale na każdym kroku uzasadnić i zastosować w praktycznych zliczeniach - to jednak nie nabiera przez to sensu wyłącznie fizycznego, ale pozostaje ujęciem przede wszystkim logicznym. i dla przyszłych pokoleń nie ma już miejsca w tym obrazie na "ulepszanie". - kwantów nie można ulepszyć, można uszczegółowić. 31
    • kosmologia 1.2. 32
    • - kwant, kwantowanie ewolucji - "cebulowaty" kształt zmiany, poziomy ewolucji - ujęcie aktualne i historyczne kolejne zagadnienie w nawiązaniu do kwantów. ważne i prezentujące, jak wygląda ewolucja w obu ujęciach: chwili obecnej i jej historii. ewolucja to (co bez głębszego w tej chwili definiowania uznaję za ewolucję, generalnie chodzi o zmianę według stałego rytmu i reguły), ewolucja to zjawisko wielopoziomowe - i nie tylko. może poprzednie zdanie brzmi w pierwszym odczycie niepoważnie i pozornie zawiera mało głębokich odniesień, ale tylko pozornie. ponieważ jest rzeczywiście poważnym odwołaniem się do reguły zmiany ewolucyjnej, że proces przebiega jednocześnie "w poziomie" (i poziomach) - i pionie, czyli pomiędzy poziomami. a to posiada fundamentalne znaczenie dla zrozumienia zachodzących zjawisk, i także dla samej ewolucji. zmiana jest poziomo-pionowa. do tej pory wybijałem na plan pierwszy zdarzenia aktualne, czyli energetyczne poziomy, które się "dzieją teraz" (również na tę chwilę bez określania, czym są konkretne poziomy w konkretnej ewolucji, chodzi o sam fakt wielopoziomowego toku zmiany). i choć, co zrozumiałe, nigdy nie można powiedzieć o toczącym się procesie, że jest wyłącznie "teraz", czy że był "kiedyś", ponieważ to zawsze jest ciąg aktualno-historyczny (zbiór stanów przeszłych-obecnych-przyszłych), to jednak nie podkreślałem tego tak istotnego związku, ale obecnie trzeba to wyróżnić jako zasadę - wręcz jako cechę ewolucji. doskonałym przykładem na istnienie (i zwłaszcza funkcjonowanie) w/na różnych poziomach - jest mózg z jego kolejnymi warstwami. układ energetyczny, tu jako konstrukcja fizyczno-biologiczna pod nazwaniem "mózg", to jakby "narośl", a więc dodatek do już istniejących form, dobudowany i nabudowywany w stosunku do wcześniej występujących. to kolejne poziomy, coraz bardziej skomplikowane oraz zwiększające swoje rozmiary (reprezentację w środowisku - w środowisku "wewnętrznym" czaszki, ale również "na zewnątrz" osobnika, czyli jako efekt operacji na pojęciach; oba procesy, co zrozumiałe, wzajemnie się sprzęgają). "rozum" to zmiana w toku zachodzenia, ciągła i idąca od "małych", praktycznie "punktowych" faktów (z oczywistym zastrzeżeniem, że w ewolucji postrzeganej napdrogowo nie ma stanu punktu, zawsze jest zbiór), aż do rozbudowanych form o skomplikowanej strukturze i spełnianych funkcjach. identycznie przedstawia się sprawa z innymi narządami, zawsze ustalam ten sam charakter zachodzącej zmiany i funkcjonowanie: wielopoziomowo (i wielowymiarowo). wielopoziomowo - co istotne - nie tylko w ujęciu "chwili obecnej" (jako stan wielu poziomów energetycznych, które przebiegają łączenie i są wyróżnialne w otoczeniu jako całościowa jednostka /w jakoś zdefiniowanej "jednej chwili"/) - ale również jako istnienie, jako proces różnych "poziomów historycznych". czyli następujących po sobie "faktach" związanych z tą ewolucją. "jedynka" w postaci elementu (stanu, jednostkowej zmiany) buduje prostą (nieskończoną), a ewolucję tworzy "na co dzień" jest "poziomy" stan chwilowy, "kwant chwili". ja, moje ciało w każdym jego elemencie, to całość - ale jednocześnie całość złożona z poziomów, warstw, zakresów, elementów, które łącznie, dopełniając się oraz przeplatając, tworzą moją, dla mnie w rejestracji (odbiorze) zborną jedność. tylko że w realności wielość różnych, jakże różnych procesów się na takie "zborne" odczucie składa. energia ogromnych ilości i ewolucja licznych poziomów, proces idący "z przeszłości do przyszłości" - to jestem "ja" w tej obecnej chwili, dla mnie krótkiej chwili "teraz". nigdy fizycznie "punktowy", zawsze rozwleczony "pionowo-poziomo" po/w/na kwantach zachodzącej zmiany. - "ja" – to, co uznaję za moje "ja", to "rozmyta" po/w czasie-przestrzeni fala zdarzeń (wielopoziomowa i wielowymiarowa), którą dla ułatwienia sobie sprawy i jako skutek mojej "powierzchownej" obserwacji, nazywam łącznie jednostką. i którą wyróżniam z tła, usamodzielniam. - na początku mojego (za)istnienia był kwant, który kolejnymi dobudowaniami energii stał się mną w dzisiejszym wydaniu – również kwantem. i "na końcu" to będzie tylko kwant. jeden kwant. 33
    • - kwanty - kwanty logiczne, ich istnienie w każdej chwili "cebula" ewolucji – warstwy kwantowe. jeszcze jeden element kwantowania wymaga doprecyzowania: chodzi o to, czy kwanty logiczne, pojmowane jako najmniejsza "porcja zdarzenia", jako "elementarny fakt" (jednostka energetyczna, jedynka), występują w każdej chwili? czy tworzą ciało, zdarzenie w każdym momencie, czy też są obecne jako "wymiar historyczny" (były gdzieś-kiedyś)? czy kwanty logiczne budują rzeczywistość w jej najniższym wymiarze, i budują zawsze (i zawsze indywidualnie), czy też budują jej historię, a konkretna już chwila ciała (energii, materii) jest jedynie zlepkiem tych chwil i "cebulą" (wielowarstwowym zdarzeniem), której obraz mam za "stabilne ciało"? - mówiąc inaczej, czy "piramida kwantowa", różne poziomy kwantowe, występują łącznie i działają wspólnie, czy są w ujęciu aktualnym nieobecne i można wspominać o nich tylko w ujęciu historycznym (że były kiedyś tam w ewolucji)? czy, mówiąc obrazowo, na moje ciało składają się również tak nazwane przeze mnie "kwanty logiczne" – czy jedynie "kwanty logiczne"-komórki życia (ponieważ to są dla mnie, dla mego ciała kwanty logiczne)? czy moja cielesna konstrukcja w danej chwili jest realizacją całej kwantowej piramidy i wszystkie rodzaje kwantów je tworzą, czy też jest przestrzennym tworem, które jedynie tworzą komórki? czy kwanty logiczne, "elementarne zdarzenia", wchodzą w skład aktualnych dla mojego ciała procesów (ciał skomplikowanych, z wyższych poziomów), czy nie? jaką rolę pełni kwant logiczny w ewolucji? po ilości formułowanych pytań widać, że odpowiedź nie jest łatwa. a nie jest łatwa z tej przyczyny, że ewolucja, ciało, zdarzenie w ramach energetycznego pola, to nic innego, jak "cebula" zjawisk idących "z głębin" "w górę" - i "z przeszłości" "w przyszłość" - i obecne na/w każdym "poziomie". to struktura w formie "nawarstwienia", fakt aktualno-historyczny. nigdy jednostka, zawsze zbiór, który odbieram-postrzegam jako np. stan jednostkowy mojego ciała. to, podkreślam ten wniosek, w dostępnym dla mnie obszarze nie ma "elementarnych" bytów (procesów), to zawsze złożenie. - ale dla mnie czy w ogóle? kwant logiczny to najmniejsza "porcja" ("jedynka") energii uczestnicząca w ewolucji – w każdej ewolucji. ponieważ każda zmiana ewolucyjna posiada własny stan "kwantu logicznego", czyli najmniejszą "porcję", która ją tworzy. i nie jest ważna nazwa, która określa niepodzielne już do niczego zdarzenie tworzące dane zjawisko (proces, ewolucję). można kwant logiczny definiować "atomem", "monadą", kwantem (logicznym) - jednak to zawsze oznacza tylko "elementarne zdarzenie" i najmniejsze z najmniejszych występujące w wyróżnionym procesie. identycznie ma się sprawa ze zrozumieniem fotonów, atomów, elektronów – itp. elementów materii. nie zrozumiem ich, jeżeli potraktuję jako formy i byty od otoczenia oddzielone. nie będą mógł wyjaśnić, jak i dlaczego istnieją fotony światła (i co to są "fotony"), o ile nie "rozłożę" ich na zdarzenia jeszcze niższe (kwanty fizyczne, jak je określiłem, czyli kwanty wszechświata). ale i ich nie pojmę w przemianach, nie zrozumiem, dlaczego i jak istnieją, jeżeli nie odniosę ich do zdarzeń leżących "poza" "tym" światem, "poza tą chwilą". podział kwantów to nie konieczność, to logiczna powinność rozumu. żeby całość prześwietlić, trzeba ów zbiór podzielić (chwilowo), ustalić w nim wzajemne relacje i związki – i ponownie opisać w całości. nie ma innej drogi. każde zdarzenie jest historyczne i aktualne jednocześnie. ma w sobie poziomy kwantów logicznych, ten absolutnie najniższy do pomyślenia poziom "zdarzeń", a jednocześnie posiada, jest zbudowane ze zdarzeń wielkiej skali, które są i zachodzą "teraz". - to tak, jakby do ziarenek piasku, które przesypuje się pojedynczo, co pewien zakres (w pewnej regularności), dodawać kolejne, coraz większe przerwy, ustalać coraz większe cykle. sekundy, godziny, tygodnie, lata - wieki, eony ("wszechświaty") itd. to nic innego, jak ujmowanie tego samego procesu w różnej wielkości. sekundy tworzą i godziny, i tysiąclecia - i są składnikiem "najprostszym", elementarnym, "jedynkowym". kwantem. 34
    • - kwant - istnienie kwantu - subiektywne nieistnienie kwantu logicznego zaznaczam - poniższe sformułowania to nie bełkot czy stan odmienny, ale próba oddania z mojej, więc "wysokiej" (skomplikowanej) ewolucyjnie pozycji faktu, że kwant logiczny istnieje. że musi "istnieć". kiedy staram się opisać "coś" takiego, co znajduje się na poziomie fundamentalnym, nie mogę jednoznacznie i fizycznie określić, że ten fundament istnieje (stąd znak umowności), przecież on tworzy wszelkie moje poznanie (i moje elementy). dlatego - i muszę z tego wyciągać wnioski - z mojej perspektywy znajduje się taki kwant "poza" kręgiem, poza zakresem, w którym się zawieram, jest "faktem podprogowym" i "ukrytym", i to na zawsze. a co więcej, jest również faktem z zasady "ciemnym" (przecież dopiero z niego może się stać światło, i wszelkie inne). istnieje jako stan fundamentalny, jednak kiedy zamierzam go fizycznie zdefiniować – "znika", jest poza "fizyką". nie Fizyką jako taką (w znaczeniu: że coś "jest" i że można to "pomacać"), ale poza fizyką i dostępnym jej pomiarom (eksperymentom), ponieważ pomiar z tych elementów właśnie się składa. jak mam pomierzyć element, który służy mi do pomiaru jako stan fundamentalny? mierzę rzeczywistość, więc taki "element" jest (jakoś "istnieje"), ale jego już pomierzyć (uchwycić metodami fizycznymi) nie mam czym, po prostu brak "narzędzia". - dlatego, kiedy sięgam na/w ten poziom, co trzeba wyraźnie podkreślić, nie "widzę" kwantu logicznego, w takim przypadku zachodzi "subiektywny" fakt nieistnienia kwantu jako bytu samodzielnego, nieistnienia dla mierzącego otoczenie obserwatora (w dowolny sposób mierzącego-doznającego). logicznie taka jednostka "jest" i być musi, żeby fizyka (i ja) mogła istnieć. ale kiedy fizyka (i ja) próbuje uchwycić najmniejszy z możliwych stan, napotyka "ciemność", widzę ciemność. i to nawet dosłownie, bowiem dla mnie jest to zakres ciemny i niepoznawalny fizycznie. dla mnie, w moim wewnętrznym, osobistym i subiektywnym odczytywaniu świata, kwant logiczny nie istnieje, nie ma czegoś takiego. logika mówi, że jest oraz tworzy to wszystko, fizyka (i moje zmysły) temu zaprzecza. dlatego obecne postrzeganie kwantów jest niepoprawne, a jednocześnie poprawne. rzecz ma się tak, że kwant logiczny istnieje i zarazem nie istnieje, jest i go nie ma. kwant to "byt logiczny", to oddanie zmian ewolucji w jej stanach i "porcjach" najmniejszych – ale nie do fizycznego pomiaru (czy do zmysłowego doznania). w sensie logicznym kwant istnieje i ma się dobrze – ale fizycznie go nie ma. i nigdy nie będzie. fizycznie to niezbędna do wyjaśnienia procesów konstrukcja (właśnie logiczna), ale nie-mierzalna. co zrozumiałe, nie neguję, nie odrzucam - a wręcz stwierdzam tu usilnie, że zachodzi konieczność "istnienia" kwantu "jako takiego", jako "bytu w sobie", czy jakby tego składnika Kosmosu nie nazywać. o "czymś" takim nie tylko trzeba myśleć obiektywnie - ale "to" po prostu "jest", dowolnie przemieszcza się po Kosmosie tu i tam, buduje mnie i całą tę resztę – i "istnieje". tylko że, z poziomu mojej rozbudowanej ewolucji oraz w obserwacji z wnętrza świata, tego czegoś nie ma. kwant w zakresie "poza" (podprogowym) dla ewolucji nie istnieje - jest tłem. a tła-płaszczyzny nie można przecież zdefiniować. to logiczne konieczne dopełnienie, jednak fizycznie stan zewnętrzny. "Fizycznie" kwant jest, ale zarazem nie ma go fizycznie, ponieważ znajduje się poza tutejszą (dla mnie dostępną) fizycznością. więcej, wspomniane fizyczne "nieistnienie" dotyczy każdego kwantu logicznego, każdego poziomu, każdej w tle wyróżnionej ewolucji. kwant logiczny tworzy proces, ale znajduje się poza nim. "kwanty rodzicielskie" są składnikiem mojego istnienia, ale zawsze są "poza" moim istnieniem-ewolucją - warunkują każdą moją cechę (fizyczną), ale są poza kręgiem (sferą) procesu mi dostępnego. - kwant "tam" i "tu" jest, to warunek konieczny wszystkiego, fundament, ale nie istnieje dla analizującego go obserwatora, który zawsze znajduje się w ramach rozbudowanego poziomu. kwant logiczny może "dojrzeć" tylko logika - nigdy fizyka. 35
    • - kwant - "obecny" przez historię pojęcie "kwantu" pojawiło się niedawno i jest kolejnym "wcieleniem" tego, co starożytni nazywali atomem, a inni jeszcze inaczej. chodzi mi w tym miejscu o podkreślenie, że, tak naprawdę, "kwant" był zawsze obecny w myśleniu oraz opisywaniu świata, "objawiał" się we wszelkich rekcjach i analizach, i różnie był nazywany, ale w głębokim ujęciu chodziło o to samo – o "kwant(y)". wyodrębniając coś z otoczenia (dowolny fakt, ciało, proces), byt-obserwator dostrzega "kwant", nadaje mu nazwę i definiuje - oraz przydziela symboliczną formułę. i już może przystąpić do operacji na tak zdefiniowanej formule. w takim działaniu każde słowo (pojęcie) to nic innego, jak kwant świata (samo słowo jest kwantem języka). określenia, które się pojawiały, są albo będą - to kwanty rzeczywistości. każda istota-byt, działając na/w pojęciach, działa na/w kwantach (i sama jest kwantem). jeżeli myślę (lub ktoś inny), to procesy zachodzące w układzie odpowiedzialnym za operacje umysłowe są kwantowe, to z zasady i cech fizycznego świata "porcje" energii w trakcie przemieszczania się w środowisku (tu akuratnie mózgu). osobnik operuje takimi "elementami" energii, którym nadaje (w moim, człowieczym przypadku) postać "dźwiękową" - lub innych zmysłów (kwant obrazu czy węchu przecież również istnieje itd.). przebiegające operacje zawsze są kwantowe, mają swój maksymalnie najmniejszy poziom energetyczny. - mówiąc inaczej, myśląc o "pierdułkach" i tak działam kwantowo i na kwantach. procesy w mojej głowie są identyczne, jak u tytanów myślenia i największych geniuszy, którzy byt i niebyt analizowali – ale, na tej samej zasadzie, moje operacje myślowe są również zbieżne z rozbudowanymi analizami świata idioty za ścianą, między nami nie ma żadnej różnicy w stylu działania mózgu (w znaczeniu fizycznym). jedynie ilość energii zaangażowanej oraz operacje na niej czynione ("przeplecenia", które się kryją za każdym z kwantów), odróżnia imbecyla od geniusza. jeden stosuje minimalne "porcje" i "tycie" kwanty, drugi maksymalne ("porcje" energii, "czegoś", tu w znaczeniu symbolicznym, co zrozumiałe - w ujęciu fizycznym wszelkie "porcje" kwantowe są równoważne). - myślenie, biologiczno-fizyczna funkcja centralnego układu nerwowego, jest w swej fundamentalnej, więc fizycznej strukturze identyczne u wszystkich form, które taką funkcję posiadają. "myślenie" to energetyczne zjawisko o bardzo małej skali potencjału (przyrównując do procesów świata), ale zarazem o bardzo dużym potencjale logicznego modelowania tegoż świata. jedynie skutki gromadzenia oraz podkładania pod pojęcia (symbole) fizycznych (rzeczywistych i konkretnych) elementów energii, to nadaje - tworzy różnicę w wykorzystywaniu "kwantów", ale także buduje różnych "osobników" (ewolucje). dla jednego pojęcie "kosmos" oznacza krąg zdarzeń, które otaczają go bardzo blisko, w promieniu do najbliższego punktu sprzedaży piwa - ale dla innego, bardziej "zasobnego" w kwanty, Kosmos to pojęcie maksymalne (też maksymalne logicznie) i zawierające w sobie takich "budek" maksymalną ilość (nie może być więcej "punktów sprzedaży" energii). to samo dotyczy, na tej samej zasadzie, wszelkich "języków", które zostały wytworzone na oddanie obserwowanych w otoczeniu (lub w sobie) procesów, to są kwanty, czyli elementy ogólnego "języka" (ewolucji), zawsze i tylko kwanty. a tłumaczenia pomiędzy nimi, to szukanie bardziej zrozumiałej formuły wyrażeń. "zrozumiałej", to znaczy bardziej zasobnej w energię dla danego "słuchacza". żeby w konkretnym języku coś wyjaśnić, muszę jedno pojęcie opisać innym – a dokładniej zbiorem pojęć, które odwołują się do zasobu odbiorcy. czyli jednej kwantowej formie, jednemu kwantowi muszę przypisać wiele dla "nadającego" i "odbierającego" wspólnych elementów, żeby dialog był w ogóle możliwy. innymi słowy, muszę nadać "tłumaczeniu" (rozkwantowaniu i przebiegającej ewolucji) charakter "regularny", ująć ów rozpad kwantu-pojęcia w reguły – w "system", ponieważ to jest podstawą porozumienia, a nie chaotyczny zbiór danych. każdy język ("język"), każde zjawisko posiada "składnię", zasadę swojej ewolucji. 36
    • - dwa poziomy ewolucji - zakres poznania każda ewolucja to jeden kwant, jednostka - i posiada, obejmuje dwa poziomy: generalny oraz podpoziom. czyli całość układu jakoś wyróżniona z tła – i jego składniki, które otaczają i warunkują istnienie struktury (ciała, bytu). język składa się ze słów, ale całość "językowa" to również kwant (wszystkie języki opisu otoczenia to także jednostka). każdy język to jedność-"jedynka" kwantowa w ramach zbioru podobnych "języków", ale zarazem zbiór języków w tym ujęciu jest kwantem, tylko że w ramach zbioru do niego nadrzędnego, czyli ewolucji jako takiej (świata po prostu). słowo jest kwantem, ale składa się z liter, a wypowiadane ze zgłosek – więc kwantów. moje ciało to kwant, ale składa się z kwantów-narządów, elementów, a te budują kwanty niższych poziomów. cały układ okresowy to kwant, ale składa się z kwantów: z pierwiastków - a te z atomów, jak najbardziej kwantów. atom to kwant, ale i on składa się z kwantów. itd. itp. i zawsze-wszędzie. czyli: kwant składa się z kwantów. jest poziom, jako całościowe ujęcie zmiany – i jest podpoziom, czyli składnik tego poziomu. jest poziom generalny, kwant ogólny – i podpoziom, więc składniki, kwanty wyróżnionego poziomu generalnego (za taki uznawany), które tworzą, kształtują wyodrębnioną w środowisku całość. jak ja mogę zdefiniować siebie jako strukturę kwantową i potraktować się jako kwant, czyli samodzielną cząstkę w jedności i rejestrować taki "całościowy" fakt – tak samo mogę obserwować kwanty mnie tworzące. ale, co ważne, tylko do pewnej granicy postrzegania, do pewnego poziomu. mogę obserwować narządy i ich pracę, ale już nie elementy je tworzące. - mówiąc inaczej, kwanty kwantów są dla mnie w bezpośredniej obserwacji "ukryte", są poza zakresem postrzegania. jednostka, kwant ewolucji może poznać swoje kwanty, ale nie kwanty następnego poziomu (podpoziomu "drugiego stopnia", czy kolejnych). kwant ewolucji, jednostkowo i całościowo pojęty byt (fakt, element) postrzega trzy poziomy: siebie - podpoziom i nadpoziom. może wpisać się w poziom wyższy w stosunku do własnego istnienia lub dojrzeć składnik go tworzące, ale dalej "osobiście" nie "zajrzy". "dalsze" jest poza jego kręgiem postrzegania, to już obszar do spenetrowania przez "pośrednika", czyli innego obserwatora (w formule np. przyrządu czy innego bytu). na/w tej rozpiętości rozciąga się poznanie. z tym zastrzeżeniem, że postrzega się "na co dzień" raczej dwa poziomy, nie trzy. one istnieją jako granice i strefy maksymalne mojej ewolucji, ale otoczenie ujmuję się praktycznie przez dwa stany. mówiąc inaczej, albo widzę w głąb swojej struktury, albo wzwyż – albo wyróżniam składniki budujące moją cielesną strukturę, albo sam uznaję się za składnik zachodzącej nadrzędnej zmiany i stan chwilowy. pojmowanie biegnie tak: określam siebie jako element złożony z "cząstek" (co istotne, w skali historii to były różne "cząstki", ale logicznie oznaczały to samo, "jedynkę" czegoś) - i jednocześnie pojmuję siebie jako element większej całości, przerastającej mnie skalą czasu i przestrzeni, np. jestem "cząstką" w zbiorze definiowanym jako społeczeństwo. (samo)wyodrębnienie się w postaci kwantu, jako mnie i jako osobowości (bytu "z nazwiskiem"), dokonuje się przez rozpoznanie takiego przedziału, z umieszczenia się pomiędzy dwoma poziomami w stosunku do mnie skrajnymi. środek tego zakresu, czyli moje ciało, a przede wszystkim i zwłaszcza osobowość, to kwant – jeden kwant, zborna "jednostka". w fundamentach mojego istnienia jest kwant – "ja" jestem kwantem i sam należę do kwantu (ewolucji, rzeczywistości) – i wszystko wokół razem postrzeżone i pojęte (fizycznie i logicznie) to kwant. zawsze-i-tylko kwant. na każdym poziomie w analizie jest jeden kwant. zawsze jeden kwant. - ale, co podkreślam, wyróżniam, zaznaczam - różny kwant. to każdorazowo jest kwant, ale to od obserwatora zależy (od jego zdolności postrzegania), do jakiego poziomu przypisze obserwowany fakt-kwant. to byt doznający-postrzegający dzieli jeden i ciągły tok procesu na kawałki - żeby go zrozumieć. ale to zawsze kwant. 37
    • kosmologia 1.3. 38
    • - kwant - "kształt" kwantu - geometria kwantu - geometria kwantowa już samo podniesienie sprawy - kształtu kwantu - wydaje się dziwaczne, a co najmniej zaskakujące. jak rozważać coś, co samo nadaje, samo wchodzi w skład kształtu (w takim pojmowaniu, w jakim odbywa się to na co dzień). są kwanty składnikami ciał, zdarzeń, mojego myślenia - to z ilości (wielości) kwantów powstają kształty, chwilowe konfiguracje przestrzenne, które są przez umysł postrzegane jako posiadające "kształt". natomiast nie są kwanty (logiczne), w tym rozumieniu, niczym - "niczym" w sensie kształtu. pytać, jak wygląda, jak "zbudowany" jest kwant, to pytać się o to, jak wygląda próżnia. i choć kwant energii "zdecydowanie różni" się od próżni (logicznie i intuicyjnie jest to uchwytne), to w obu przypadkach trudność jest natury zasadniczej i po prostu fundamentalna: nie można powiedzieć nic ponad to, że próżnia, NIC, "istnieje" (jakby słowo "istnieje" nie brzmiało dziwacznie w odniesieniu do próżni, ale znów "intuicyjnie" jest to łatwo przyswajalne) – oraz że energia istnieje. oba podstawowe (logiczne) stany tworzą nierozłączną parę zdarzenia, które z kolei wchodzi w skład zdarzeń "tutejszych", czyli ciał (konstrukcji) wyższego rzędu, rozbudowanych i skomplikowanych. - kwantu jako samodzielnego bytu opisać nie można. trzeba sięgać, i to jest konieczność logiczna, do drugiego stanu – do próżni. tylko przez wzajemne dopełnianie się jest możliwe ujecie i opisanie tych "bytów", ograniczenie się w analizie (czy pojmowaniu) do jednej strony prowadzi do fundamentalnych sprzeczności. kwant z zasady nie posiada znaku lub jakości, to bezpośrednio wynika z tego pojęcia - natomiast potencjał jest pochodną ilości, jest skutkiem istnienia sumy elementów, wielości kwantowych zdarzeń. "jedynka" (co by pod tym pojęciem nie rozumieć) nie ma właściwości – "jest". jest w parze z "zerem", i tylko w ten sposób. jeżeli jednak stawiam sprawę "kształtu" kwantu i formułuję pytanie, jak ten "fakt" wygląda, to podnoszę problem, czym "jest" i jak kwant? i jest to tym samym pytanie o postać "zdarzenia granicznego" - o "wygląd" i "formę" "zjawiska", które zachodzi na granicy logiki. że "kwant", jako "zdarzenie elementarne", musi posiadać trzy wymiary, pewien kształt - i musi się wyróżniać w "przestrzeni próżni" swoim "istnieniem", to oczywiste, to wynika bezpośrednio z samego kwantu, że "jest". coś jest, więc posiada "kształt", jest inne od "nic". natomiast nie już oczywistym, i o to w tym pytaniu chodzi, jaki to będzie kształt. przecież nie dowolny, ponieważ wówczas o żadnej łącznej (łączącej się) zmianie ewolucyjnej nie można mówić - kiedy wszystko jest inne, nie ma żadnego sposobu to ze sobą powiązać. kwant fundamentalnie podstawowy (logiczny, jedynka, jednostka liczenia) nie może, po prostu nie może być inny od "sąsiada" - właśnie dlatego, że istnieje obok mnie i we mnie zmiana. że ja istnieję. oczywiście teoretycznie i w powierzchniowo prowadzonej analizie mógłbym już w tej chwili spokojnie zapisać ostateczny wniosek (który powinien logicznie pojawić się na końcu tego rozumowania): że nic powiedzieć na temat kształtu kwantu nie można, że to sprawa "spoza" dociekań i już w ewolucji (zmianie) się nie mieści (że "tam" można się dostać zupełnie inną drogą). ale... zgoda, z wnętrza obserwowanej zmiany energetycznej nic o tym powiedzieć nie mogę, to rzeczywiście temat znajdujący się "poza" procesem – przecież każda "jedynka" z zasady jest poza zmianą, buduje, wchodzi w skład zmiany, ale sama nie jest zmianą. i dlatego właśnie jest poza definiowaniem "od środka". ale ja na dziś i w tej chwili przeskakuję w opisie od razu do granic - nie fizyki i jej skrajnego badania otoczenia, lecz logiki. i pytam o "postać" tego czegoś w moim otoczeniu (dowolnie pojętym), co nazywam "kwantem logicznym". już nie rozpatruję, jak wygląda kwant fizyczny, kwant tego konkretnego dostępnego mi w oglądzie-doznaniach wszechświata (co jest oczywiście istotne, ale na pewno nie wyczerpuje sprawy), ale kieruję wzrok "dalej" – do podstaw. 39
    • - fundamentalne w tym rozumowaniu jest to, że bez "rozpoznania" (spenetrowania) zakresu tworzącego wszystko, co by tym poziomem i elementem nie było, nie mogę – nie mam szans zdefiniować, zrozumieć otaczającej mnie struktury w zmianie. kiedy nie wiem, co i jak "wszystko" wokół buduje, każde poznane w otoczeniu zdarzenie jest z zasady niepełne, nie znam jego "fundamentów". oczywiście w takim (od wewnątrz) działaniu mogę uzyskać poprawne wyniki, nawet będą się w konfrontacji z otoczeniem eksperymentalnie potwierdzały – ale to nie jest i nie może być wiedza pełna, z zasady nie sięga "podstaw". jeżeli zapominam o tym lub pomijam w rozumowaniu, na pewno, to pewnik tego dowodu, moja wiedza nie jest całościowa – nie może być. dlatego opisuję, zamierzam opisać kwant logiczny, to konieczność. ale, co tu istotne, również ostateczność rozważań, granica dolna, maksymalnie dolna już "strefa" możliwych elementarnych "zdarzeń" (z zastrzeżeniem, że użyte słowo "zdarzenie" do jednostki pasuje na zasadzie umowności, jakoś ten "fakt" muszę określić - jedynka się nie zmienia, buduje zmianę, ale sama się nie zmienia). intuicyjnie jest uchwytne (a logicznie pewne), że ten "elementarny przypadek" musi posiadać swój "wymiar" i "kształt" – to nie wydaje się sprawą sporną w oglądzie logicznym. nie można o tym kształcie nic (mądrego) powiedzieć na tę chwilę, ale negować jego występowania nie można. po co zajmować się czymś, co nie może być ujęte z definicji? dlaczego pragnę opisać kwant? sprawa jest ważna, i nie rozchodzi się wyłącznie o naturalną w tych okolicznościach "czystą ciekawość" (jak może wyglądać "stworzenie" zwane kwantem). chodzi o to, że skoro kwanty tworzą ewolucję, czyli nadają kształt wszelkim jej produktom, zasadne jest pytanie, jak wygląda i jak przebiega to "podstawowe zdarzenie", jakie posiada kształty? to znaczy, czy jest kuliste, czy płaskie? więcej: czy jest sens mówić o kształtach kwantów? że ewolucja, w wyniku kwantowych procesów, uzyskuje postać kulistą, obrazuje się w postaci sfery maksymalnie - o tym mówiłem sporo (i jeszcze więcej powiem). wynika to z samego procesu (kwantowania). sferyczność ewolucji, jako jej maksymalne i skrajne opisanie (i rozumienie), to oczywiście ujęcie poprawne na wszystkich poziomach rzeczywistości – jednak definiowanie początków ewolucji w formule "płaszczyzny" jest również poprawne. dlaczego? ponieważ postrzegając fakty w otoczeniu czy sobie (jako ewolucja oraz zmiana), widzę je u/na początku jako płaszczyznę, jako "ścianę", która stanowi kres mojego obserwowania – "dalej" nie widzę, bo dalej nie ma dla mnie zmiany. nie jest ważne, co i jak analizuję, mój początek czy świata, zawsze ostatecznie natrafiam w działaniu poznawczym na "płaski" stan i jednorodne, już do niczego nie redukowalne "tło" (kwanty logiczne tworzące taką zmianę). podkreślam, w takim logicznym definiowaniu "stanu początkowego" (tła) nie ma znaczenia, jak ono "rzeczywiście" (fizycznie) wygląda. to może być "dowolny" teoretycznie kształt tego, co traktuję za tło – jednostki tworzące muszą być "jednakowe", ale budowane przez nie płaszczyzna-ściana-tło może posiadać już dowolny kształt (choć, co zrozumiałe, deformowany - odkształcany przez stan środowiska). jednak z mojej, więc dalekiej od tej chwili formy istnienia, to jest "płaszczyzna", jednorodna płaszczyzna (zdarzeń). dla mnie to jest ściana "jednokwantowych zjawisk". jakbym się nie starał jej (logicznie) przebić, nie dokonam tego. ponieważ elementami mojego działania (tu myślenia), są kwanty budujące tę "płaszczyznę". dotarłem do bariery absolutnej mojego analizowania – czyli do "płaskiego" stanu początkowego. i kwantu logicznego. początkiem zdarzeń dla mnie, jako elementu ewolucji, jest świat definiowany, opisywany – nazywany "płaskim", "dwuwymiarowy". początkiem wszelkich przeze mnie postrzeganych-doznawanych procesów jest płaszczyzna kwantowa. - że owa "płaszczyzna" jest taką jedynie dla mnie, a dla składników, dla "tamtejszych" zdarzeń jest jak najbardziej przestrzenna (rozciągnięta) - a kwanty, które w tej strefie zaistnieją, są obdarzone wymiarami - to sprawa jasna, oczywista, zrozumiała. (prawda?) 40
    • - ważne w tym spojrzeniu jest to, że to z mojej perspektywy (stąd w "dal-głąb") płaszczyzna musi być bezwymiarowa, jednak z punktu tamtejszego obserwowania (warto przeprowadzić taki eksperyment myślowy), płaszczyzna przekształca się w strukturę, staje się "przestrzenią". więcej, nie mogę, aby poszerzyć listę konwencjonalizmów, symbolicznych ujęć ewolucji - nie mogę określić logicznie pojęcia płaszczyzny (zdefiniować). coś, co nazywam "płaszczyzną", co potocznie określa się jako posiadający dwa wymiary układ zdarzeń (choć raczej pojmuje się to jako rozłożenie mikrocząstek, kwantów, atomów, punktów nieskończenie małych itp.) - nawet odnosząc to do poszerzonych dookreśleń np. matematycznych czy fizycznych - nawet taka "płaska przestrzeń" nie może być postrzeżona i zdefiniowana, po prostu "coś" takiego nie istnieje. wspomaga rozumowanie, to fakt, ale nie istnieje. nie posiadający wymiarów "punkt", płaszczyzna złożona z takich punktów i posiadająca jedynie dwa wymiary - takie coś nie istnieje. nie można sobie czegoś takiego wyobrazić. - nie ma płaszczyzny zbudowanej z punktów jednowymiarowych. nie ma. ja nie potrafię, jako element z tej ewolucji i logiki wyrosły, wyobrazić sobie płaskiego świata - lub próbować tego. kiedy twierdzę, że widzę płaski świat, czy też że istnieje płaski byt, mówię nieprawdę. każda "płaszczyzna" w moim umyśle posiada postać złożoną, już z tego tylko choćby powodu, że nie można pojąć niczego jako formy jednostkowej i bez porównania do innych podobnych układów. - płaszczyzna, czy raczej to, co za płaszczyznę mój umysł traktuje, jest złożeniem energetycznych stanów, które powstają w trakcie jego szalenie rozbudowanej w czasie-i-przestrzeni pracy (przemian kwantowych przebiegających wielowymiarowo). po drugie, taka płaszczyzna musi być zbudowania nie z czegoś, co się określa punktem, ale ze zdarzeń elementarnych, z pojedynczych, ale w skład całości wchodzących zdarzeń elementarnych pola energetycznego (czyli nie z jednostek - ale jednostek w trakcie przemieszczania się, w ruchu, a to zasadniczo zmienia okoliczności tego eksperymentu i uzyskanego obrazu). czyli musi posiadać kwant-punkt trzy wymiary i pewną "zajętość przestrzeni". mogę określić pojęciem "płaszczyzny" zdarzenia "podprogowe" (nieoznaczone), i tak to będzie wyglądało z mojego punktu obserwacji, jednak w przeprowadzanych a dotyczących tego zakresu analizach muszę uwzględnić i ciągle o tym pamiętać, że to jest "płaszczyzna ewolucyjna" (fizyczna) – nie "absolutna" (logiczna). że posiada wymiary, trzy wymiary. plus ruch (zmianę) jako wymiar czwarty. żeby płaszczyzna ewolucyjna zaistniała, muszą mieć najmniej dwa stany, czyli dwie warstwy, dwa zajścia elementarne. tylko taką płaszczyznę jestem zdolny zrozumieć, tylko taka płaszczyzna jest w ewolucji obecna i może być realnie postrzegana. jedna warstwa to stan zerowy ewolucji, poziom, który co prawda istnieje, ale nie wchodzi w zakres odbierania. i nie ma tu sprzeczności: może coś istnieć, ale zarazem nie być. kwanty (tu jako płaszczyzna kwantowa) tworzą zdarzenia, tworzą przestrzenie przez swoje złożenia, ale nie poddają się same opisowi, są poza opisem. mogę być pewien, że istnieją, ponieważ wytłumaczyć inaczej zjawisk nie potrafię (i się nie da) - ale opisać tej "strefy", tego zerowego poziomu nie można (opisać w znaczeniu pomierzyć – przecież, to wszak zrozumiałe, opis logiczny jest możliwy). dlatego jest to tak paradoksalne (na pozór), ponieważ analizowanie przedziału granicznego zjawisk, procesów leżących na granicy ewolucji (na jej krańcach logicznych i zachodzenia) jest co najmniej trudne, po prostu wytwarza w ujęciu "prostym" (geometryczno tutejszym) paradoksy. o procesach z/na granicy (jako takich), nie można nic powiedzieć z wnętrza ewolucji. - nie można powiedzieć, że mają takie lub inne cechy, jednak można twierdzić, przez analogię, że są - "płaszczyzna kwantowa" i kwanty istnieją, muszą istnieć. nawet jeżeli pojęcia, które umysł wytwarza (żeby zdefiniować takie strefy), są tylko symbolami, to jednak są symbolami, za którymi coś stoi. że stoi, to potwierdza eksperyment. jestem. - są kwanty, mówiąc dosadnie, bytem koniecznym, aby wyjaśnić świat i jego zmienne trwanie. a to już wystarcza, żeby istniały. 41
    • - pytanie o "kształt" kwantów posiada charakter "akademicki", trochę przypomina zabieg dowodzenia, jak i ile diabłów mieści się na łebku szpilki - ale tylko trochę. przecież pytanie o kształt "elementarnego zdarzenia" to równocześnie pytanie, jak i dlaczego łączą się ze sobą kwanty (lub rozpadają)? co dzieje się, co powoduje, że kwanty łączą się w ilościowe "mikrocząstki" – a co dalej skutkuje ich jakością? jak to połączenie się odbywa? jeżeli jest kwant tylko sferą, a więc nie ma żadnych "haków", "wypustek", "zaczepów", czy innych tego rodzaju ciekawych form połączeniowych (o czym tak barwnie starożytni prawili), to jak to się odbywa? jakie siły wiążą ten elementarny "fakt" z innym? - nie jest tak prosto wyjaśnić, co decyduje, że kwanty są łączą. że się łączą, to oczywiste, ale dlaczego? - czy je coś do tego "zmusza"? czy też nacisk pola, ochładzanie się jest warunkiem wystarczającym, żeby kwanty – jako obojętne - mogły się dowolnie łączyć, formować zdarzenia, budować kształty? generalny proces w ramach pola energetycznego jest rozpadem (wybuchem), ale przecież w pewnym okresie energia pola, lokalnie czy jako całość, łączy się i sumuje w jeden kwant, dlaczego się łączy-i-rozpada? dlaczego? zaznaczam i mocno podkreślam, że "w tym momencie" nie ma żadnych zewnętrznych sił, które by tym "sterowały" - rozważam tutaj "jedynkę" energii plus "zero" próżni. jak w takich okolicznościach coś swobodnego i niezależnego zawsze i wszędzie wchodzi w "związki" (długotrwałe), dlaczego "coś" się łączy? na tym poziomie nie mogę mówić ani o masie, ani siłach, ani o jakichkolwiek innych przyczynach. "tu" jest "czysta energia" i czysta logika - do fizyki daleko. więc dlaczego "to" się łączy? - dlaczego? dlaczego z taką łatwością dochodzi do obu kierunków ewolucji - dlaczego raz może to przybierać postać rozpadu, a raz łączenia się kwantów? do tego punktu opisywałem, jak to się dzieje, że kwanty się łączą i rozpadają, obecnie, w tym momencie analizy, wypada zapytać, dlaczego tak się dzieje? i choć wyżej użyte określenie, że ewolucja przebiega "łatwo", zostało wprowadzone bardziej dla efektu (literackiego), ponieważ rozpad kwantowy nie przebiega ani szybko, ani łatwo (stąd możliwość istnienia przez pewien czas ewolucji) - jednak to, że przebiega, to fakt nie podlegający dyskusji. można zarzucić temu "dlaczego?", że chcę rozważać zdarzenia, które nie dadzą się opisać (z tej samej przyczyny co kwanty - ponieważ same tworzą inne procesy, że są na, a nawet poza granicą logicznego ujęcia), ale pytać, dlaczego kwanty się łączą (lub rozpadają), to oczywiście można. więcej: trzeba. przecież jakaś odpowiedź zawsze się pojawi. w tym przypadku powód jest identyczny z samym zjawiskiem, przyczyna i skutek są z tej samej ewolucji, jej zdarzeniem. w tym miejscu rozważań stykają się i przyczyna zdarzenia, i jej skutek. i nie ma niczego, co by było tutaj jakimś "zewnętrznym" (za)działaniem, pierwszą przyczyną – albo "czymś podobnym". to zaistnienie zjawiska powoduje, że powstają kwanty, ale zarazem zaistnienie kwantów (w formie zbioru i jego zmiany) powoduje, że zachodzi zjawisko (jakiś obserwowany fakt). zjawisko jest kwantowe, kwanty należą do zjawiska. ewolucja tworzy pytanie (i pytającego) - ale pytanie o ewolucję kształtuje proces tworzący ewolucję (samo zadanie pytania zmienia mnie, pytającego, a zarazem kształtuje postać tej ewolucji-pytania – oraz ewolucji jako takiej, buduje moje wyobrażenie procesu). pytać, dlaczego istnieją kwanty - to pytać o ewolucję, a pytać, dlaczego i jak istnieje ewolucja - to pytać o kwanty. w tym obszarze logiki - co można nawet podkreślić – fundamentalne w świecie pytanie "dlaczego?" staje się tożsame z "jak?". w/na granicznej i kwantowej strefie oba pytania, jak zresztą wszystko, co zachodzi w logice, przybiera identyczny, więc łączny charakter. jak kwanty jednocześnie tworzą i czas, i przestrzeń - tak i pytanie o kwanty tworzy łączny stan "dlaczego-jak". i nie można rozerwać tych pojęć, ponieważ warunkują się wzajemnie. nie można opisać "dlaczego" bez "jak", ani "jak" bez "dlaczego". to kolejny fakt wynikający z dwoistego stanu ewolucji, z istnienia 1 i 0. nie ma sensu pytać, dlaczego się dzieje ewolucja, bez opisania, jak się dzieje. 42
    • - "jak" i "dlaczego" - współzależność to jest na tyle ciekawe i ważne sumaryczne ustalenie, że można je wyodrębnić w osobny akapit. oto okazuje się, że przy krańcach logiki pytanie "jak" oraz "dlaczego" coś się dzieje, posiada jednakową odpowiedź: ponieważ się dzieje. - i nie jest to, wbrew pozorom, banalne ustalenie. pytać o to, dlaczego zachodzą zjawiska, to jednocześnie, jak z tego wynika, pytać, jak one zachodzą. więcej, nie można rozłączyć obu pytań. co było do tej pory (przynajmniej przeze mnie) pojmowane jako oddzielne zagadnienia, czy też traktowane jako poszukiwanie "pierwszej przyczyny", okazuje się być pytaniem wzajemnie zależnym, sumarycznym - nie można pytać "dlaczego" bez "jak". nie można, ponieważ tylko fakt zachodzenia zjawisk (jak one zachodzą) wpływa na to, że pytanie, "dlaczego" one zachodzą, ma sens. bez dziejącego się procesu pytania by nie było i również pytającego. pytanie o to, dlaczego realizuje się proces, współistnieje obok samego procesu i jest pochodną zachodzenia zjawisk, a zarazem zachodzenie zjawisk, czyli jak one zachodzą, jest powodowane tym, dlaczego zaszły. nie można w analizie wyodrębnić tylko jednej strony, ponieważ popadnie się w sprzeczność – mam powiązanie, jedność dlaczego-jak. co zrozumiałe, owa sumaryczna zależność dotyczy każdego poziomu ewolucji i nie ogranicza się wyłącznie do najniższych, fundamentalnych zjawisk kwantowych. przecież każda wyróżniona ewolucja posiada swoje logiczne kwanty, najmniejsze tworzące ją składniki – a te, właśnie jako podstawa i fundament, są w relacji do siebie na zasadzie "dlaczego-i-jak". czyli, idąc dalej, każda ewolucja na granicy (swojej) logiki przebiega w ten sam sposób, posiada swoją, ale też z całością powiązaną rytmikę przemian. każda ewolucja posiada strefę, w której pytanie o to, jak przebiega, oraz pytanie, dlaczego przebiega, jest łącznym. - zmiana dlatego przebiega, że zachodzi - a zachodzi dlatego, ponieważ jest zmianą. w każdej ewolucji jest najmniejszy składnik, który łączy w sobie te pytania - zaistniał jako jednostka, więc proces tworzy, a dlatego tworzy, że zaistniał. filozoficzne, logiczne konsekwencje sprowadzenia pytania "jak" do "dlaczego" (i na odwrót) powodują, że pytania te stają się współzależne i powiązane ze sobą w sposób fundamentalny (poprzez wspólny fundament kwantowy). do tej pory były traktowane oddzielnie, jednak okazują się łączne - okazuje się, że nie można zjawisk opisywać (definiować) w oderwaniu od ich zachodzenia, od tego, "jak" następują (według jakiego rytmu-reguły). zjawiska jednocześnie się stają i zarazem następuje ich stan początkowy. i nie ma znaczenia, co analizuję, fizyczne ciało, proces abstrakcyjny, "byt pojęciowy" (np. pozornie samoistne symbole matematyczne), zawsze ustalam jedność zmiany i jej reguły. nie można mówić o rytmie procesu bez tego procesu – ale również nie ma procesu bez jego reguły. jedno i drugie zachodzi jednocześnie. w każdym przypadku ustalam współwystępowanie pytania "dlaczego" proces biegnie i "jak" biegnie. z powodu? zasadniczy jest tu fakt, że bez elementów nośnych, na/w których proces istnieje i się regularnie toczy, bez fizycznego nośnika (co by nim nie było) nie ma zmiany oraz nie ma pytań o zmianę. pustka (nicość) niczego w sobie nie koduje i żadnych pytań nie stawia. - NIC "jest" - i nic poza tym. występuje jednocześnie i powód zjawiska, i samo zjawisko. przyczyna i skutek są nierozerwalne, to jedność. nie można ich rozdzielać bez poważnych, logicznie dramatycznych konsekwencji (niezrozumienia wydarzeń). - w ujęciu kwantowym "przyczyna" współistnieje ze "skutkiem", jest doń współbieżna, równoległa, jednoczesna. przyczyna (zmiana) powoduje, że pojawiają się kwanty, że pojawia się ewolucja - a zarazem zmiana (zachodząca ewolucja), która się zaczęła (objawia się), zachodzi w postaci i w rytmie zdarzeń kwantowych. jedno i drugie (kwanty i ewolucja, przyczyna oraz skutek) są nierozdzielne. - ewolucja to kwanty, kwanty to ewolucja. 43
    • - nie można powiedzieć, że przyczyna poprzedza skutek (czy jakoś inaczej, np. że skutek poprzedza przyczynę). więcej, można powiedzieć wyłącznie (zawsze i na każdym poziomie), że zachodzi proces jednoczesny: skutek pojawia się jako wynik przyczyny, która go powołała do życia - ale i przyczyna jest zarazem skutkiem. kwanty tworzą się jako skutek, ale i zarazem tworzą przyczynę: ewolucję. nie ma tak, że obserwując zachodzące zjawiska, choćby moje istnienie, mógłbym w takim wydarzeniu wyodrębnić coś jako przyczynę mego istnienia. to, co traktuję za przyczynę (nawet w najdokładniejszym pomiarze i oglądzie), jest zawsze i tylko faktem, który zaczynał, był równoznaczny z rozpoczęciem się ewolucji, tu mojego istnienia. jednak w szerszym ujęciu to tylko jeden, chwilowo i ze względu na moje możliwości wyodrębniony element z ogromnego zdarzenia, fakt w ramach zbioru. że można w taki sposób cofać się do początku wszechświata, aż po nieskończoność zjawisk w Kosmosie? - ależ tak. i, co więcej, nie można z tego łańcucha niczego wyłączyć czy wyrzucić – nie można, ponieważ nie ma w nim niczego zbędnego, każde "ogniwo" tych zdarzeń było potrzebne, abym w zaistniał tej formie. nie było przyczyny w znaczeniu czegoś odrębnego czy pierwszego, istniejącego "poza" wydarzeniem - nie było, ponieważ wszystkie w tym procesie (nieskończonym-wiecznym) "fakty" były-są jednym i powiązanym ze sobą ciągiem ewolucji (i Ewolucji), której jestem małym "ogniwkiem". każda z cząstkowych przyczyn była początkiem mojego istnienia – i myślenia. mogę, co zrozumiałe, wręcz na niektórych etapach analizowania otoczenia to po prostu konieczność (nie wszystko mogę dojrzeć, nie mam narzędzi do badania, nie mogę od razu każdego szczegółu w analizie uchwycić itd.) - mogę niektóre z tych zjawisk potraktować jako leżące poza moim życiorysem i zdefiniować jako przyczynę mojego istnienia - ale (ale!) to będzie zawsze i wyłącznie zabieg logiczny i dzielący jedność. to rozróżnienie na poziomy zdarzeń czegoś, co nie jest podzielnym zjawiskiem w sensie fizycznym (i Fizycznym). wyodrębnienie z łącznego tła przedziałów zmiany jest możliwe i odpowiada pewnym uśrednionym stanom ewolucji, jednak zawsze jest opisem "elementu" z "łańcucha" ewolucji, jego chwilowym pokawałkowaniem (skwantowaniem) dla zrozumienia. i muszę o tym pamiętać. - ponieważ kiedy pomijam cząstkowość i chwilowość obserwacji, albo popadam w sprzeczności nie do pokonania - albo muszę w strefach granicznych radykalnie "ciąć" zakresy "wystające" poza moje zrozumienie – albo, to już z bezradności, odwoływać się do "pierwszej przyczyny". i mam problemy. przyczyna współistnieje ze skutkiem - skutek współistnieje z przyczyną – a całość jest ewolucją (regularną zmianą w toku). opisywanie w inny sposób postrzeganych w rzeczywistości (czy w sobie) procesów – to oznacza (informuje otoczenie), że tak mówiący nie zanalizował głęboko i w pełni zjawisk, o których się wypowiada, że nadaje im osobny, wyodrębniony ze świata charakter, czyli rozdzielny od środowiska i tym samym cząstkowy. może to być powodowane przyjęciem jakiejś zasady porządkującej, ale także skutkiem niedostrzegania elementów "pośredniczących", brakami w oprzyrządowaniu (tak technicznym, tak logicznym). jednak kwantowo, w ramach jednorodnej płaszczyzny zdarzeń, nie można wykazać, że jeden kwant był pierwszy (zaistniał "przed"), a następny, który widzę, to w kolejności drugi. w "płaszczyźnie" wszystko jest sobie równe i posiada tę samą postać. w takim odniesieniu skutek nie jest po przyczynie ani przyczyna przed skutkiem - są razem, występują w jednym czasie - zachodzą w jednym obszarze, tworzą parę, której nie można rozłączyć. w najszerszym, logicznie maksymalnym ujęciu, biegnącym z nieskończoności w nieskończoność, nie ma niczego (i być nie musi), co należałoby określać jako przyczynę procesów. mogę lokalnie określić, zawsze arbitralnie, że coś jest faktem wcześniejszym i poprzedza zaistnienie konkretnego bytu, jednak jest to moje, obserwatora, zawsze chwilowe ustalenie. w ewolucji zaistnienie kwantów jest przyczyną procesu zmiany – ale zmiana oznacza zarazem, że mam skutek w postaci zaistnienia kwantów. i dlatego można w uproszczeniu powiedzieć: skutek jest przyczyną - a przyczyna jest skutkiem. 44
    • - kwant - geometria kwantu - geometria kwantowa - logika kwantowa konsekwencją ujęcia zaistniałego oraz obserwowanego "kształtu" (dowolnego w otoczeniu wyróżnionego stanu-faktu) jako procesu (ewolucji, zmiany w trakcie jej zachodzenia) jest to, że trzeba wszystkie ewolucje traktować jako proces – wszystkie, nawet jeżeli pozornie dotyczy to form czy kształtów "danych" i "odwiecznych". mam w tej chwili szczególnie na uwadze i myśli wszelkie "zjawiska logiczne", czyli logikę i inne symboliczne opisy świata. logikę, filozofię, ale również (a nawet przede wszystkim) matematykę z jej abstrakcjami. ponieważ wszystko jest ewolucją - z tej zasady wynika i to, że logika jest procesem - że jest wytworem ewolucji (zachodzącej zmiany). czyli że, mówiąc inaczej, nie jest i nie może być formą absolutną, daną jakby z zewnątrz, odwiecznie, gdzieś-tam "bytującą", a którą obserwator czy badający "odkrywa" (wydobywa, "przywołuje" z niebytu /spoza jaskini/). błąd. błąd logiki. więcej - w odniesieniu do wyżej powiedzianego, nie mogę wyodrębnić z jedności świata logiki, czyli zasady tworzącej rzeczywistość, poza tę rzeczywistość - nie mogę jej "usamodzielnić", wyprowadzić "poza". dlaczego? ponieważ takiego "poza" nie ma. jeżeli nie ma skutku bez przyczyny i przyczyny bez skutku, to, na tej samej zasadzie, nie ma i logiki bez świata, w którym ona funkcjonuje. przecież, powtarzam (i to jest fundamentalnie ważny argument), w pustce, w absolutnej (logicznej) pustce nic - nic nie może istnieć. również logika. nie może, ponieważ nie ma "logiki próżni" (reguły odmieniania się nicości). można logicznie się odnosić do nic(ości), można analizować relacje między nic a coś – ale tylko zawierając się w ramach ewolucji, więc jako fakt już zaistniały. może być logika ewolucji (reguła ją tworząca), ale nie może logika istnieć w niczym – musi być nośnik, na/w którym abstrakcje logiki się usadowią. logika, każda reguła zmiany, jest elementem współwystępującym wobec procesu, który opisuje – i nigdy poza nim. nigdy. ewolucja biegnie według reguły, ale reguła powstaje dlatego, że jest ewolucja. jedno warunkuje drugie. i jest jednością, jest nie-rozerwalne. swoją drogą (nawiasem) potrzebna jest "logika kwantowa", czyli oparcie zasad logiki o zjawiska wypływające ze zrozumienia procesów kwantowych. do chwili obecnej logika jest "kwantowa" z przypadku, musi operować kwantami, jednak ich nie uwzględnia. jedną z konsekwencji opisu symbolicznego świata w logice kwantowej będzie to, że geometrię, a więc "sztywne" ("suche") wyobrażenie procesów przestrzennych, również trzeba zrewidować. - to znaczy, wszelkie pojęcia geometrii, wszelkie płaszczyzny, figury, czy w kolejności wymieniając bryły, wszystko staje się procesem, zmianą w trakcie przeobrażeń – i, co istotne, uzyskuje (odzyskuje) swoją czaso-i-przestrzenną historię (formowania się). pojęcia płaskich figur, tylko do dwu wymiarów zredukowanych abstrakcji, prezentują się w zobrazowaniu kwantowym, w świetle pojęcia "skwantowana ewolucja" zjawiskami, i to zjawiskami "narastającymi". nie ma w świecie niczego, co by było "płaskie", "punktowe" ("jednowymiarowe"). rysując kwadrat na kartce papieru, żadnym sposobem nie uda mi się przecież narysować całości "za jednym zamachem", to zawsze jest proces, zawsze ewolucja złożona z wielu elementarnych zjawisk. tak samo i w pojmowaniu. to nic, że "postrzegam" w moim odczuciu "kwadrat" "momentalnie" i "od razu". warto się zadumać nad faktem, ile wysiłku kiedyś wymagało, żebym zrozumiał, że to jest figura o takiej nazwie i ile wysiłku było potrzeba, żebym połączył wyobrażenie (widok) z pojęciem słownym oraz je następnie praktycznie zastosował. a i dziś, choć pozornie jest to czynność automatyczna i zachodzi "łatwo" skutkiem doświadczenia, jest to rozbudowany proces, ustalenie takiego "kwadratowego istnienia" jest dynamiczną ewolucją. żadna myśl nie jest "dana", każdy przebieg w szarych komórkach to ewolucja. 45
    • - kwant - "geometria kwantowa" – odniesienia do geometrii - pojęcia punkt. wypada rozpocząć od tego elementarnego pojęcia w geometrii - "punkt", czyli co? podkreślenia, już na wstępie tego (nomem omen) punktu analizy wymaga fakt, że tradycyjna ("szkolna") geometria praktycznie nie ma szansy zdefiniowania, co to jest punkt i czym jest. dlaczego? ponieważ takiego stanu nie sięga w swoich "suchych" ustaleniach. operuje takim pojęciem, jest to "byt" wyprowadzony ze świata i jego własności poprawnie, ale czym jest realnie punkt, tego nigdy z geometrii się nie dowiem. "punkt" jest poza - to już fizyka. historycznie różnie do zagadnienia podchodzono, różnie starano się wyjaśnić znaczenie tego niezastąpionego niczym w wyobrażaniu zjawisk oraz zależności świata "elementu". punkt występuje w każdym geometrycznym sposobie ujmowania rzeczywistości - i nie tylko geometrycznym. nie można się bez niego obejść, ale zdefiniowania także nie daje się przeprowadzić. takie sformułowania, jak: "nieskończenie mały punkt przestrzeni", czy "stan jednostkowy" albo podobne, to wszystko opisowe ujęcia symbolu punktu, który przecież "intuicyjnie" jest doskonale "pojmowany". niby wszystko jasne, czym jest punkt, jednak wyjaśnić trudno, stąd "uniki". - w ujęciu kwantowym można to zrobić. przynajmniej tak się wydaje. punkt to kwant. - "punkt" to jedynka energii, coś jednostkowego. a mówiąc inaczej - elementarne zdarzenie, ponieważ kwant (jednostka, "coś"), to "elementarne zdarzenie" w nieskończonej "przestrzeni" Kosmosu. najmniejszy stan. - z zastrzeżeniem, że pojęcie "zdarzenie" jest konieczną umowa, żeby oddać taki stan, ale "realnie" "jedynka" tylko "jest", to fakt, a nie zmiana (a "zdarzenie" to zmiana). ale ponieważ chodzi o różne poziomy ewolucji, nie mogę inaczej tego zdefiniować – "jedynka", kwant w ruchu to "zdarzenie" dla mnie elementarne, podstawa wszelkich zjawisk. utożsamienie punktu z kwantem prowadzi do ciekawego wniosku: są różne punkty. - jak są różne kwanty, tak są różne punkty. i dlatego w ujęciu logicznym, ale w odniesieniu do kwantów (realnych faktów), następujący zapis a = b oraz a ≠ b - te wyrażenia są sobie równoważne! chodzi o to, że choć kwanty "rozmiarami", więc posiadanymi "w sobie" zasobami energii różnią się od siebie, niekiedy wręcz dramatycznie, jednocześnie dalej są kwantami, czyli jedynką, "elementarnym zdarzeniem", które tworzy ewolucję. nie ma czegoś takiego, jak różne kwanty (pojęcie) - choć zarazem każdy kwant jest różny od występującego w zdarzeniu (fizycznie). kwanty budujące proces "w poziomie" są sobie równoważne (fizycznie) – ale kwanty "w pionie" są wobec siebie różne ("rozmiarem"). jednak zawsze są to kwanty (jako pojęcie). wyjaśnienie, dlaczego w geometrii (w pojmowaniu) musiał się pojawić punkt, w ujęciu kwantowym jest stosunkowo proste. logicznie dalej jak jedynka i zero, czyli punkt i brak punktu, zejść w ujmowaniu zjawisk nie można. ale że to w ewolucji przybiera postać "elementarnego zdarzenia", to już tylko tłumaczenie zjawisk logicznych na formę fizyczną. geometria nie pyta, jak wygląda punkt, bo punkt - jak w logice kwant, a w matematyce jedynka – tworzy wszystko inne. z sumowania punktów powstają wszelkie inne formy. i nie można opisać punktu inaczej, jak przez fakt jego istnienia - lub jego zaprzeczenie. natomiast, co ciekawe, w ujęciu kwantowym (ewolucyjnym) pytanie o wielkość punktu posiada głęboki sens. więcej - jest konieczne. okazuje się, że punkt w kwantowaniu posiada "różne" wielkości, że posiada co prawda zawsze charakter punktu (kwantu) - ale równocześnie jest zależnym od konkretnej formy, w której przychodzi mu być związanym. kwant składający się na ewolucję, ją tworzący (w geometrii "punkt"), posiada własny zasób energii, własny potencjał – i jest każdorazowo czymś innym. innym wobec kwantu "obok", w innej ewolucji. nie ma dwu jednakowych punktów, jak nie ma dwu jednakich kwantów w ewolucji (powyżej kwantu logicznego, co zrozumiałe). 46
    • - jak kwant pola energetycznego jest inny od kwantu życia, choć przez cały czas jest to kwant (i dla każdej z tych ewolucji jest to kwant logiczny), na tej samej zasadzie i "punkt" wydarzeń w polu (dowolnym) będzie punktem różnym od punktu w innym polu. logicznie to analogiczny, tożsamy punkt – ale Fizycznie inny, odrębny. funkcjonalnie punkt od punktu niczym się nie różni (to zawsze punkt), jednak logicznie jest to tylko-i-zawsze konkretny punkt na/w prostej nieskończonej ("znumerowany"). to znaczy, nazwa "punkt" (chodzi tu w końcu tylko o nazwę-słowo, abstrakcję, pojęcie) dotyczy tak samo punktu mojego ciała (czyli kwantu mego ciała) oraz tak samo dotyczy "punktu" całego pola energetycznego. moje ciało jest faktem punktowym, punktem – ale również całe pole energetyczne jest punktem. z tej przyczyny, że w geometrii nastąpiło logiczne "stopienie" (zlanie) się pojęć punktu i kwantu, mam takie trudności z operowanie "punktem" i przypisaniem mu rzeczywistych, więc fizycznych wielkości ("wymiarów" i rozmiarów). - mówiąc inaczej, w geometrii "najmniejsze zdarzenie" (a tylko ono jest dostępne dla takiego opisu) stało się najmniejszym z najmniejszych do pomyślenia składników rzeczywistości, jedynką logiczną. fakt wywiedziony z procesów świata, punkt właśnie, w geometrycznej analizie uzyskał postać (bezwymiarową), ale przecież inaczej nie mógł się "zaprezentować". jednak, jak już zaistniał w analizie, możliwe stało się wyobrażanie sobie, a dalej sprawdzanie eksperymentalne zjawisk wyprodukowanych w jej trakcie (więc potwierdzać w badaniu słuszność wyobrażeń). dlatego mogę, stosując "płaskie" pojęcia, opisać wielowymiarową "geometrię ewolucji", choć nigdy jej na własne oczy nie zobaczę. i dlatego także mogę opisać ("zobaczyć") kształt i przebieg zjawisk w przestrzeni wielkiej grawitacji, choć nigdy się w czarnej dziurze nie znajdę itd. - "punkt" to konieczne i bardzo użyteczne pojęcie w analizie, ale oderwane od fizyki, usztywnione. a przez to trudne do interpretacji. geometria, posługując się pojęciem "punktu", co jest koniecznością i pochodną (bezpośrednią) istnienia w świecie kwantów, mogła przejść do działań na tychże punktach i tworzenia z nich różnych wielkości (konstrukcji) – jednak dziś to geometria musi od filozofii oraz fizyki zaczerpnąć uzupełnienie do pojmowaniu punktu, to krok oczywisty. a "punkt", choć dalej niezbędny, staje się w ujęciu kwantowym jedynie symbolem ewolucji, tej najmniejszej z najmniejszych "porcji" zdarzenia. jako symbol, jako pojęcie i abstrakcja zawsze jest punktem, jednak różni się od siebie w poszczególnych wydarzeniach. - jeżeli płaszczyzna jest zbudowana z punktów, czyli logicznie identycznych kwantów, o tyle w złożeniach ewolucyjnych występuje już "różny" "punkt", kwanty różnią się między sobą – w ujęciu kwantowym są "różne" punkty, różne wielkości punktu. co do tej pory nie było możliwe do powiedzenia, a wręcz było logiczną sprzecznością, okazuje się w/na poziomie kwantowym jak najbardziej zasadne. - więcej nawet, okazuje się niezbędne. dlatego, że bez "gabarytowej" różnorodności punktów wielu spraw nie można zrozumieć i wyjaśnić (np. "wielkości" "stanu osobliwego" w ewolucji). "punkt" jest jeden - ale każdorazowo inny. zaprezentowanie, na gruncie kwantowania, że punkty są różne, to sprawa ważna dla geometrii i wymaga głębszego ujęcia. dlaczego? powód jest zasadniczy, oto okazuje się, że u podstaw, w/na samym fundamencie zjawisk, leży coś, co choć nominalnie, z nazwy jest zawsze tym samym ("punktem", "jednostką"), w ujęciu fizycznym posiada bardzo różne "wielkości i formy" istnienia (objawiania się w świecie). geometria to "wypreparowana" ewolucja kwantowa, "usztywniona" - ale dobrze o tym fakcie wiedzieć i odpowiednio stosować. dobrze jest (roz)poznać "głębię" powstania geometrii (jak i innych "języków" opisujących rzeczywistość), co i z czego wypływa, co konkretnie opisuje – i, co najistotniejsze, co może opisać w kolejnych krokach. przez dodanie "fundamentu" kwantowego, jestem przekonany o tym, uzyskuje geometria swoje miejsce w Kosmosie. nie "czysta logika", ale fizyczna realność za "kropkami", "kreskami" i "kółkami" się kryje. 47
    • - jak wygląda punkt? pytanie w geometrii "absurdalne", w pierwszym spojrzeniu nawet "niepotrzebne" – a na pewno "dziwaczne. przecież, to odruch w takiej analizie, nie ma czegoś takiego w logice, co by było "różną", inną jedynką. ale, podkreślam, odnosi się to i dotyczy tradycyjnego pojmowania kwantu, punktu czy jedynki – oraz, co zrozumiałe, "fundamentu", "kwantu logicznego", najmniejszego stanu energii z najmniejszych ("drobiny" maksymalnie już podzielonej – czy jakby tego nie określać, po prostu kwantu "coś"). tutaj, na/w tym brzegowym zakresie, punkt i jego tradycyjne pojmowanie się sprawdza – tylko że, zwracam na to uwagę, w geometrii czy dzisiejszej fizyce (procesie nadprogowym z zasady, w wewnętrznym kręgu w Fizyce) w takim rozumieniu punktu nigdy nie ma, tu są zawsze-i-tylko złożenia, zbiory, mogę oczywiście potraktować je za "jedynkę", nawet muszę, ale to zbiór, nigdy "kropka" kwantowa. dlatego czas zmienić podejście. jeżeli okazuje się w ewolucyjnym ujmowaniu i w odwołaniu do kwantów, że mogą istnieć różne "jedynki", kwanty, punkty – to czas zmienić postrzeganie, rozumienie i wykorzystanie "punktów". skoro na/w kwantowym "klepisku" występują elementy, które mają różny wygląd oraz różne wartości, to czas im się przyjrzeć detalicznie – przecież tutaj (a dla mnie "tam") opowieści rodem z bajek są wielce zasadne. więc jak wygląda "punkt"? punkt "wygląda" dokładnie tak, jak kwant. jak kwant na danym, wyróżnionym w analizie poziomie zdarzeń. podkreślam, zawsze jest to kwant i tylko kwant (w tym opisie punkt), jednak za każdym razem jest to inny kwant (punkt). każdorazowo to inne, oddzielne, więc "samodzielne" "zdarzenie punktowe" (kwantowe) – ale to kwant-punkt. poniżej już nic nie ma, to kres, granica logiki - i również fizyki. inaczej prezentują się fizycznie punkty ciała znajdującego się w polu życia, a inne są w polu energetycznym (choć jedno wypływa z drugiego), ale to zawsze jest kwant. nie mają znaczenia "gabaryty" rozpatrywanego i postrzeganego (w dowolny sposób) kwantu, to zawsze jedynka, punkt – kwant. logiczna jednostka w postaci kwantu. figura geometryczna w kwantowym zdefiniowaniu, to ewolucja (zmiana) zbudowana z "kwantów prostych". natomiast bryła to ewolucja (i struktura) zaistniała ze złożenia "kwantów-figur". a "bryły-ewolucje", już na poziomie dostępnym dla mnie, tworzą ewolucję jako kwanty. te symbole i abstrakcje to nic innego, jak ujęcie w postaci geometrycznych form (tu nazw) zjawisk ewolucji na/w różnych poziomach. - opisanie procesów energetycznych i kwantowych (skwantowanych) w różnej "przestrzeni", to "wyabstrahowanie", "zatrzymanie", "sfotografowanie" ewolucji-zmiany w wybranym momencie oraz kształcie (w "punkto-chwilach") – i operacje na tak pozyskanych symbolach. działanie użyteczne, jak wspomniałem, uprawnione i poprawne – ale z definicji "spłaszczone". a przez to "zamykające" obserwatora w również spłaszczonej rzeczywistości. podkreślam ten wniosek: to jest płaszczyzna, "widzę" płaszczyznę oraz działam w ramach "płaskiej kartki papieru" (nawet wówczas, kiedy wyobrażam to sobie jako mnogość "zagięć", czy fizycznych wymiarów). - jestem tym, co jem - pojmuję i postrzegam świat według tego, czym operuję w umyśle. za każdym razem, kiedy wypadnie mi mówić o kwancie, o "punkcie", o jedynce, o "elementarnym składniku" danego, wyróżnionego poziomu - choć logicznie będzie to zawsze "punkt" (kwant), to fizycznie będzie posiadał różną "postać" oraz będzie wewnętrznie odmiennie zabudowany ("zapełniony" "jedynkami") – będzie zawierał w sobie różną ilość energii. logiczne byty (pojęcia, abstrakcje) są "twarde" (sztywne) - jednak pamiętać trzeba, że za nimi stoją (kryją się w/na niżej lub wyżej leżących poziomach) fizyczne, konkretne ciała i skomplikowane relacje między nimi, czyli fakty o rozbudowanej w czasie-i-przestrzeni strukturze. - logika jest "umięśniona" fizyką - ma krew i ciało (i inne ekskrementy). 48
    • - prosta na drugim krańcu geometrii, jako dopełnienie logiczno-pojęciowe - oraz jako dopełnienie punktu (kwantu; skończoności i chwilowości), znajduje się prosta (płaszczyzna kwantowa w ewolucji; nieskończoność i wieczność). nie przypadkiem prosta biegnie z nieskończoności w nieskończoność – i także nie przypadkiem jest zbiorem nieskończonym punktów, najmniejszych "faktów" w geometrii. prosta to suma wydarzeń, to "ewolucja" (zmiana w toku zachodzenia) – podkreślam, to symbol procesu, który rozciąga się, biegnie "w przestrzeni" bez zdefiniowanego początku i określonego końca. to pojęcie maksymalne zmiany wyrażone w sformułowaniach geometrii. jak punkt jest odpowiednikiem kwantu - tak prosta jest odpowiednikiem samej Ewolucji, która nie ma początku i nie ma końca, która rozciąga się, dzieje w przestrzeni Kosmosu z jedynie punktowymi ("chwilowymi") wydarzeniami. jak występuje to w ewolucji, lokalne "wymiary" kwantu (tutaj: punktu) wyznaczają "rozmiary" ewolucji (tutaj: prostej) i jej zajętość w przestrzeni. - dlatego też prosta, symbol zmiany (choć pozostaje zawsze "prostą" i zbudowana jest tylko z punktów) w ujęciu kwantowym raz się "po-grubia" - a raz staje się "kwantową nitką", którą definiuje "szerokość" jednego punktu-kwantu. co ważne, o prostej można już co nieco powiedzieć. punkt tylko jest, natomiast prosta, jako suma kwantowych punktów, jako zdarzenie biegnące (i realizujące się) w nieskończoności, kiedy zobrazować ją za pomocą kwantów (więc zmiennych w historii punktów) staje się niezwykle ciekawym "układem", obrazuje ewolucję – a co więcej, pozwala ją zrozumieć. o ile kwant-punkt może być tylko zawsze kwantem i punktem (ale zarazem posiadać różne, lokalne "wymiary", różnić się zauważalnie od siebie) - o tyle po zsumowaniu, "prostym" połączeniu takich jednostkowych, "miejscowych" zdarzeń punktowych, uzyskana w ten sposób prosta okazuje się obrazem ewolucji - jest geometrycznym obrazem ewolucji. symbolem ewolucji (Ewolucji w Kosmosie). tak "wygląda" prosta w ujęciu kwantowym. - to nic innego jak ewolucja, tyle że o różnej "rozpiętości" kwantu w danej chwili. w każdym punkcie istnieje, po zsumowaniu, inny stan, inny kwant. o ile w "płaszczyźnie prostej", czyli w obrębie jednego punktu, istnieje zawsze tylko punkt i nie ma go do czego równać (inne punkty płaszczyzny, w której znajduje się otoczenie wyróżnionego w tle punktu, do tak budowanej prostej nie należą, aczkolwiek stanowią "punkt odniesienia" - są "podobne", jednak obok) - o tyle w ciągu punktów (sumie) punktów, występują "różnice". każdy następny po sobie punkt, każdy następny z punktów prostej różni się od poprzedniego. posiada inne "wymiary" (postać), jest zasobniejszy energetycznie lub mniej ubogacony (realnie, w wielkości o "namacalnej" postaci, czy jako miraż-ułuda, więc potencjalnie). po dodaniu do siebie tych stanów, po zsumowaniu wszystkich punktów kształtujących prostą w ewolucyjnym ujęciu wychodzi na to, że taka prosta staje się falą. - posiada maksymalne i minimalne wielkości, które definiują proces, staje się zjawiskiem falowym, dynamicznym, przestrzennym. przy czym kolejne "zgrubienia" na/w fali zdarzeń, na prostej nie muszą być do siebie podobne (i będzie to przypadek wyjątkowy). w "historii" prostej każda pojawiająca się fala-moment może być innej wielkości niż ją poprzedzająca. każda jest jedna i lokalna. i dopiero w sumie tworzą całość wydarzenia. czyli nieskończony ciąg Ewolucji. 49
    • - mówiąc inaczej, w geometrii nastąpiła faktyczna ewolucja w ramach używanych abstrakcji. jak punkt uzyskał "absolutną", "sztywną" postać, tak prosta, jako "suma" (nieskończony zbiór) takich niewymiernych wielkości, również uzyskała postać absolutną. o ile w ujęciu logicznym jest to zrozumiałe, wszak prosta biegnie przez nieskończoność (i wieczność) - to w ujęciu fizycznym, realnym, okazuje się, że "prostych" nie ma. dlaczego nie ma prostych, dlaczego tak intuicyjnie oczywisty fakt geometrii okazuje się abstrakcją bez "głębokiej" treści? podkreślam, chodzi o "prostą" biegnącą w tej samej postaci przez nieskończoność, nie o chwilowo postrzegany stan przez umysł. wyobrażenie, że w Kosmosie są proste (podobnie w "płaskim świecie" kartki papieru, czyli że wypracowane pojęcie urzeczywistnia się w takiej postaci nieskończenie), jest nieporozumieniem. to "namacalny", wręcz modelowy przykład tego, jak poprawna myśl, która coś oddaje ze świata, może przesłonić głęboką treść. - przecież "prosta" jest oczywiście sensownym oraz potrzebnym elementem opisu otoczenia, tylko nie w takiej bezpośredniej, tak "płaskiej" postaci. logicznie to konieczność w analizie, pozwala skutecznie opisywać procesy – tylko drobiazg, trzeba to jeszcze "przetłumaczyć" na fakty realnie występujące w zjawiskach. a te nie są "jednowymiarowo proste". w przestrzeni wszechświata, jako układzie fizycznym, wystarczy się tylko po okolicy rozejrzeć, nie ma prostych – każdorazowo wyróżniony zbiór elementów podlega odkształceniu, zakrzywieniu w swoim przemieszczaniu się przez inne zbiory elementów. zachodzi "załamanie" prostej w interakcji między stanem tak przebiegającej zmiany a innymi bytami "w okolicy". przypominam, kiedy traktuję fakt (dowolny) jako coś samoistnego, musi on się w analizie "usztywnić" – i w efekcie uzyska "kształt" i znaczenie absolutne. poprawne logicznie, jednak fizycznie bardzo odległe od treści, którą "koduje" (oznacza). nie ma faktów oderwanych i samoistnych, zawsze istnieje jakieś do nich środowisko, "aktywne" otoczenie. aktywne nawet wówczas (a nawet szczególnie wówczas), jeżeli jest postrzegane logicznie w postaci pustki absolutnej. dlatego nie mogę twierdzić, że prosta realnie istnieje – bo nie istnieje. w mojej głowie tak, jako "fakt" logiczny istnieje (i ma się doskonale), ale nie realnie. proces logicznie prosty (od "prostej") faktycznie wytwarza koło (a raczej, by być dokładnym, spiralę zjawisk, jako że wszechświat się rozszerza lub zapada). czyli prosta w ewolucji istnieje – tylko że ma wygląd fali. punkt jest abstrakcją kwantu, prosta jest abstrakcją samej ewolucji – zmiany zbudowanej z kwantów. nie ma niczego, co by było w przestrzeni "prostą", ale istnieje odpowiadający prostej (jako symbolowi), jej "treściwy" fakt. prosta to nie-kończąca się ewolucja. "zjawisko" ("zmiana"), które biegnie w wiecznym i nieskończonym Kosmosie, uzyskuje w prostej swój analog. Ewolucja, kiedy ją przedstawić jako konstrukcję logiczną, stanowi taką prostą, proces bez początku i zakończenia. punkt jest symbolem kwantu - prosta to symbol ewolucji. ale jedna prosta nie istnieje samodzielnie, ewolucja jest zawsze zjawiskiem zbiorowym. dlatego każda prosta (fala) występuje w zbiorze podobnych zjawisk, w otoczeniu innych fal-prostych. razem tworzą przestrzeń, "płaszczyznę zdarzeń" - składają się na płaszczyznę, na/w jakiej zachodzi zjawisko. któraś z fal ma największe, inne mniejsze "wielkości" i razem tworzą płaszczyznę o różnych poziomach (i "zgrubieniach"). kwanty znajdujące się w tej samej płaszczyźnie zdarzenia, ale w różnych prostych-falach, tworzą różne poziomy - różne na/w płaszczyźnie "wybrzuszenia". każda "fala" to przechodzenie kwantowe (czyli punktowe), wyróżnianie się z tła, z płaszczyzny ewolucji. fala to zdarzenie i jego "ślad", łączny stan, który "wynurza" się z płaskiego kwantowego zakresu i tak długo istnieje, jak długo istnieje siła podtrzymująca. i ginie następnie w płaszczyźnie, wtapia się w tło (przestrzeń jednorodną), gdzie nic nie jest wyróżnione. - każda ewolucja (tutaj prosta) to zjawisko wpisane w zdarzenie większego poziomu, większej całości, jest prostą-nieskończoną "samo dla siebie" - ale w "poza"-ewolucyjnym ujęciu staje się "odcinkiem" prostej. 50
    • - prosta - półprosta ciekawym elementem geometrii jest półprosta. ciekawym w ujęciu kwantowym – w odniesieniu do tego, co symbolizuje. półprosta, w ujęciu tradycyjnym i dziś obowiązującym, to "połowa" prostej. dlatego, posiadając "punkt zaczepienia", czyli zdefiniowany początek, biegnie w nieskończoność. przy czym, istotne a ciekawe, nie jest zdefiniowany kierunek półprostej. to znaczy, w takim ujęciu nie jest wyznaczony tor, po którym takowe "zjawisko" biegnie. dlatego równie dobrze może przemieszczać się "w przód", ale również "w tył", "bok" też jest zasadny. - jednak rzeczywiście ciekawe i logicznie brzemienne w konsekwencje pojmowanie półprostej pojawia się dopiero w opisie kwantowym, w połączeniu z "jednostkami" energii (i ich przemieszczaniem się). otóż pół-prosta, jako element, czyli "połówka" prostej, okazuje się być tak samo symbolem ewolucji (zmiany), jak prosta - jednak w tym przypadku ewolucji biegnącej "od teraz" (stąd do nieskończoności /wieczności/). półprosta staje się w zobrazowaniu kwantowym zjawiskiem, które zaczyna się w chwili obecnej, żeby "skończyć" się w/na granicy nieskończoności. przy czym, co zrozumiałe, w tak opisywanym "procesie" wyróżniony jest szczególnie "punkt zaczepienia", to on decyduje o wyborze kierunku obserwacji i "wyceny" zachodzącej zmiany. zapewne nie muszę pisać, czym - a raczej, kim jest ten punkt. żeby wyjaśnić, w czym rzecz, trzeba odwołać się do mojej obserwacji. czyli do mnie jako obserwatora, konkretnego zjawiska, które postrzega oraz wyznacza w otaczającej przestrzeni (rzeczywistości) regularności i nadaje takim stanom (ewolucjom) postać geometryczną (lub inną). - to ja, byt zanurzony w świecie, mój rozum i jego możliwości (zasób posiadanych danych o otoczeniu) wytycza, na podstawie obserwacji i przeprowadzonych eksperymentów, fakt "istnienia" i przebiegania prostej. tak samo, na tej samej zasadzie, wyznacza, przez swoją chwilowość, odcinki, czyli składowe prostej. - i podobnie, identycznie ma się sprawa z półprostą: to moja obecność, to moje postrzeganie nadaje jej cechy i charakter. i dlatego nie jest półprosta wyłącznie "mechanicznym" podziałem prostej na dwie części, ponieważ ten podział jest zależny od mojej obserwacji (i decyzji). - co czynię, kiedy w przebiegu ewolucyjnym, który symbolizuje dla mnie prosta, wyznaczam punkt (wyróżniam jeden i konkretny kwant z dostępnego zbioru zmiany)? jeżeli wyróżniam punkt w przestrzeni, jeżeli tak oznakowany punkt należy do prostej, którą współtworzy - to wyznaczając go i nadając mu "szczególny" charakter, poprzez mój wybór (świadomy albo nie), wyznaczam w przebiegu całej ewolucji "chwilę" ("punkt-chwilę"), nadaję tak dookreślonej moją decyzją "chwili" wyróżniony stan. jeżeli cała prosta jest symbolem "pełnej", więc nie kończącej się ewolucji, to przez fakt wyróżnienia jakiegoś punktu tej prostej, czyli nadanie pewnemu kwantowi znaczenia wyjątkowego, tworzę, ustanawiam półprostą. i ta półprosta biednie, "ciągnie" się od tego punktu w kierunku, który jako obserwator także wyznaczam. efekt? tak podzielona prosta, co tu ważne, uzyskuje dwa kierunki: z nieskończoności do tego punktu - oraz od punktu w nieskończoność. wyróżniając pewien kwant, wyróżniłem w/na prostej, czyli w ewolucji, pewien "moment", wyróżniłem także kierunki i nadałem owej ewolucji cechy ze względu na mnie. na mnie jako obserwatora - lub na jakąś inną ewolucję, którą z tła wyodrębniłem. oczywiście takie wyróżnienie dotyczyć może każdej, dowolnej w otoczeniu zmiany i każdego punktu, jednak istotne jest to, że w taki sposób półprosta staje się opisywalna. opisywalna ze względu na mnie jako szczególny stan (byt). dlatego mogę obecnie "zjawisko" (ewolucję), które z definicji nie posiada początku ani końca, ująć, opisać ze względu na ten wyróżniony kwant. co może być takim wyróżnionym stanem? - zawsze najlepiej definiować otoczenie ze względu na siebie, na siebie jako byt i obserwatora - przecież to jedyny "w tym wszystkim" pewny punkt prostej. inne mogą, ale nie muszą wystąpić. jestem - więc prosta istnieje. 51
    • - punktem początkowym półprostej może być dowolna ewolucja, każde wyodrębnione w przestrzeni zjawisko (fakt, proces, byt). najlepiej opisać, ze względu na obserwowalność, taki punkt na podstawie własnego ciała lub zjawisk (rzeczy), które należą do poziomu mojego postrzegania (ponieważ są najlepiej widoczne, po prostu). inaczej zresztą zrobić nie mogę. muszę w poznawaniu świata wyjść od swego istnienia, od swoich najbliższych okolic. i kolejnymi "podejściami" przemieszczać się ("czołgać"...) na następne poziomy. czyli przesuwać coraz dalej "koniec" półprostej. - półprostej w maksymalnym ujęciu, bowiem w wielu przypadkach (bardzo wielu) zasięg takiej "półprostej" jest mocno ograniczony i skończony, dramatycznie zamyka się w lokalnym kręgu (pogłosek i plotek, a więc wiedzy o byle czym) - sięga "do najbliższego horyzontu". choć, z drugiej strony, żeby być dokładnym, żaden umysł postrzegający świat nie może mieć swojej "półprostej poznania" ograniczonej. może nie wiedzieć, że istnieje Kosmos, ale jego umysł, na zasadzie koniecznego dopełnienia stanu kwantowego, wytworzy pojęcie drugiego krańca świata. i nie jest ważne, czy to się będzie nazywało "bóg" czy inaczej - na przykład "kosmos". w każdym tak przebiegającym działaniu (jak najbardziej logicznym) każdy obserwator musi posiadać swoją "półprostą" poznania. może nie być świadom, że opisał świat i zdefiniował jego zmianę w postaci "półprostej", ale ją posiada. przecież to, co myśli, jego całe pojmowanie biegnie w nieskończoność, i to jednocześnie w obu kierunkach przez niego pojmowalnej "półprostej". to konkretna chwila, dany obserwator z cechami mu przynależnymi, nadaje prostej "wymiar". nadaje przez podzielenie wiecznej i nieskończonej ewolucji, której symbolem jest prosta, na dwa stany, na dwa leżące "po obu stronach" jego istnienia zakresy. - to moja decyzja i moje istnienie (ja, jako kwant "prostej ewolucji") nadaje znaczenie zmianie i ją opisuje. to ja wyznaczam, że ewolucja-prosta biegnie i że "COŚ" istnieje. dlatego mam prawo (oraz konieczność) powiedzieć: gdyby nie ja, nie świeciłoby słońce, gdyby nie moja obecność, ewolucji by nie było. to ja, tylko ja, jako kwant procesu i jako obserwator, mogę to stwierdzić - gdyby nie moje istnienie słońca (nieba i ziemi, i myśli) by nie było. kiedy brak dopełnienia do zachodzącej zmiany (faktu), kiedy nie ma drugiego stanu ewolucji, który w sobie rejestruje zdarzenia - nie ma niczego (kiedy obserwatora nie ma, nie ma ewolucji). NIC nie mędrkuje... jeżeli teraz, po takim wyznaczeniu (podziale prostej), chcę opisać przebieg zjawisk w nieskończonym zachodzeniu, jest to oczywiście proste (odpowiednio dobrane słowo): opis taki jest możliwy. oczywiście nie byłby możliwy, gdyby nie moje istnienie i gdyby nie wyróżnienie w taki sposób pewnego stanu w ramach ewolucji (i prostej). kiedy żaden punkt nie jest wyróżniony i wszystkie kwanty są sobie równe, to nie ma niczego, wobec czego i w odniesieniu do czego można by ująć zdarzenia. to moje istnienie, ja jako kwant wyróżniony decyduję, że taki zabieg, taki opis staje się możliwy. - po pierwsze, jestem obserwatorem. a po drugie, co znacznie ważniejsze w ujęciu ewolucyjnym, mam oto dwa stany: "za sobą" i "przed sobą". a jeżeli mam dwa stany, mogę już dokonać porównań, mam, co do czego równać. mogę równać obie "strony" prostej, czyli to, co było, i to, co dopiero będzie, mogę również porównywać stany obu stron do siebie. mówiąc inaczej, muszę podzielić prostą na dwa "fakty" składowe, ponieważ taki zabieg umożliwia mi dokonanie rozróżnień, umożliwia klasyfikowanie elementów otoczenia - oraz celowe przeszukiwanie świata. żeby poznać ewolucję, musi istnieć "półprosta" - czyli "zjawisko", któremu nadaje się stan "początkowy", musi istnieć punkt, od którego zaczyna liczyć się zdarzenia (lub do którego się liczy). rezygnacja z takiego "wyróżnika" jest niemożliwa: traci się punkt oparcia. i to w znaczeniu dosłownym. żeby istnieć (i zaistnieć), muszę rzeczywistość podzielić i pokawałkować, ponieważ w jednolitym tle, w ramach nieskończonych nie ma życia. życie to (chwilowe, zgoda) - ale jednak zakwestionowanie nieskończonej prostej. zakwestionowanie tylko i aż "punktowe". niech żyje punkt! 52
    • - prosta - punkt - przejście prostej przez punkt przechodzenie prostej (prostych) przez punkt jest ciekawym potwierdzeniem ustalenia, że ewolucja musi zawierać w swoim stanie początkowym dwa stany, że nie wystarcza jeden kwant do zdefiniowania ewolucji. przecież to "dogmat" w geometrii - przez jeden punkt w przestrzeni można przeprowadzić nieskończoną ilość prostych, ale przez dwa konkretne punkty, które w ten sposób wyróżniają przestrzeń i ją "cechują", przez dwa fakty może przejść tylko jedna prosta. przy czym tak dookreślona prosta to nic innego, jak ewolucja, wyróżniona z tła ewolucja. to oznacza, że do zapoczątkowania ewolucji (i do jej opisania) potrzebne są dwa punkty, nie jeden. przez jeden może przemieszczać się wiele ewolucji, a nawet nieskończenie wiele prostych - dlatego nie można żadnej z nich opisać. żeby jednak tego dokonać, muszę w przestrzeni wyróżnić jeszcze jeden punkt i je ze sobą w analizie powiązać. żeby wyróżnić w przestrzeni jakąś ewolucję i nadać jej charakter regularności, nie można operować jednym punktem - jedynka może posłużyć do opisu nieskończonej ilości zjawisk, jednak nie wyróżnia w płaszczyźnie żadnej, która już posiada "twarz" (a czasami i nazwisko). prosta, która przechodzi przez dwa punkty, to ważne i godne podkreślenia, nie jest "prostą bezimienną", to nie jest byt wszechmożliwy - jest wyróżnioną i konkretną prostą. właśnie ten przypadek (dwupunktowości opisu) wystąpił, kiedy trzeba było ująć prostą "od wewnątrz", od strony obserwatora. musiałem wówczas w prostej (w ewolucji) wyznaczyć dwa stany, czyli określić w odniesieniu do swojego istnienia przeszłość i przyszłość. i to były dwa niezbędne do opisu punkty, które odkreślają mnie jako kwant prostej. muszą w/na ramach prostej istnieć dwa punkty, żebym mógł się opisać jako zjawisko. czyli musi być chwila obecna i chwila ją poprzedzająca, kwant obecny oraz poprzedni (kwant obecny w formie fizycznej, kwant poprzedni w mojej pamięci). to są dwa kwanty prostej, które wyznaczają jej charakter - z bezimiennej, każdej możliwej, którą można by przeprowadzić przez jeden punkt, powstaje tylko konkretna, ta moja. czyli moje życie. jeden kwant, jeden punkt w przestrzeni może być początkiem nieprzeliczalnej, nieskończonej ilości ewolucji. a raczej, dokładniej to wyrażając, mogą przez niego przechodzić nieskończone ilości zjawisk. jednak żeby opisać konkretne wydarzenie, tylko to jedyne w nieskończonej zmianie (które mnie interesuje), muszę dysponować dwoma miejscami w przestrzeni, muszę ujmować ewolucję w co najmniej dwu stanach (jakoś określonych), i tylko w taki sposób. mogę to na zasadzie "odcinka" przeprowadzić, czyli ujmować zdarzenie w/na jego "początku" i "końcu" - ale ze świadomością, że tak wyróżnione punkty są takimi jedynie dla mnie. pojawiły się na moim poziomie postrzegania jako już ukształtowane formy, stały się elementami mojego horyzontu zdarzeń przez ich uśrednienie, ale te same punkty dla innego obserwatora mogą oznaczać coś innego, mogą być postrzegane odmiennie lub będą doznawane zupełnie inaczej. - ważne jednak w tym ujęciu jest to, że dla konkretnego obserwatora fakty niejako wyłaniają się z niebytu, z leżącego poza horyzontem obszaru. to powoduje, że traktuje je (muszę je tak traktować, ponieważ nie dostrzegam ich pomniejszych stanów) – jako pełne i skończone, posiadające początek oraz koniec. zrozumiałe i oczywiste jest, że z jednego punktu (Kosmosu) mogę wyprowadzić "pęk" półprostych, ponieważ z jednego kwantu, przez fakt jego "rozkwantowania", może zaistnieć wiele różnych torów ewolucji. także z każdego następnego punktu (kwantu) można wyprowadzić kolejne "pęczki" półprostych - pęczki fal, które będą tworzyły kolejne "konary" ewolucji. w tym życia. w rezultacie tworzy się "siatka", nieskończona siatka powiązań, której składniki, kwanty energii (a w geometrii punkty) współtworzą wszelkie możliwe byty. w takim logicznym oraz maksymalnym ujęciu Kosmos to "fakt" skrajnie "zagęszczony". - a fizycznie? o tym przyjdzie się jeszcze wiele (w różnej tonacji) powiedzieć. 53
    • - prosta - półprosta - "pęk" półprostych, prostych - przejście przez punkt nad tym zagadnieniem również warto się zatrzymać, i to szczegółowo. dlaczego? ponieważ ujęcie zjawisk w postaci kwantowej, w "pęczkach" półprostych, posiada swoje (niezwykle) ciekawe obrazowanie. oto widać wyraźnie, że z każdego, więc dowolnego punktu, jednego i konkretnego punktu w przestrzeni (kwantu energii w "przestrzeni"), można wyprowadzić (albo przeprowadzić przez niego) wiele, a maksymalnie nieskończenie wiele półprostych. - a to oznacza, że jeden kwant przestrzeni może być początkiem nieprzeliczonej ilości zdarzeń ewolucyjnych. zdarzeń, które tylko przez dodanie drugiego punktu, drugiej "identycznej" w ramach przestrzeni wartości-stanu Kosmosu, uzyskują charakter oraz "nazwę" - nazwisko. jednak w tak rozpoczętej ewolucji, czyli w wyznaczonej w taki sposób półprostej, w każdym dosłownie kolejnym punkcie - w każdym kolejnym kwancie ewolucji, zaczyna się, może potencjalnie rozpocząć się ten sam proces (o tych samych cechach). to znaczy, że może się zacząć kolejna "paczka" fal, które tu określam jako "półproste". i jest to oczywiste. oczywiste z tej przyczyny, że kwant rozpada się (lub łączy) - a tym samym z tego samego punktu dadzą się wyprowadzić bardzo różne ewolucje (ale do pewnej skończonej ilości zdarzeń, wszak podział nie może biec w nieskończoność). to tak, jak z jednego "protoplasty" rodu po pewnej ilości pokoleń tworzy się w środowisku cała genealogia - identycznie z "protoplasty" kwantowego tworzą się liczne zdarzenia (nie-przeliczona ilość, kiedy zjawiska rozpatrywać w skali pola energetycznego i nieskończona w Kosmosie). ile takich rozkwantowań może być? w ujęciu kwantowym oraz w odwołaniu się do wielkości ważnych wspominam o występowaniu siedmiu poziomów, a każdy z nich posiada siedem podpoziomów - i wydaje się, że ma to w tym przypadku zastosowanie. dlaczego? przecież nie można z jednego kwantu, nawet najbardziej rozbudowanego, wyprowadzić bezlik, nieskończoną ilość linii ewolucyjnych (w końcu zasoby energetyczne każdego, nawet największego kwantu kiedyś się kończą). nie da się od/z jednego punktu wywodzić nieskończonej ilości ewolucji, może ich być nieprzeliczona ilość, ale na pewno będzie to ilość skończona. no, chyba że rozpatrywać punkt jako już wielkość "absolutną" - jako Kosmos lub punkt nieskończonego-wiecznego Kosmosu. w tym ujęciu nieskończoność wydarzeń jest oczywista. to tylko w energetycznym polu ilość możliwych rozkwantowań, ilość półprostych wywodzących się z tego kwantu jest nieprzeliczalna – ale na pewno skończona. - jeszcze coś – niezwykle ważne w kwantowym widzeniu procesów, z czego i warto, i trzeba – i koniecznie muszę zdawać sobie sprawę (ponieważ to fundament myślenia): przez jeden konkretny punkt w przestrzeni można przeprowadzić nieskończenie wiele prostych - zgoda – prawda – tak jest – to logicznie poprawne. - ale... ale nie jednocześnie! - nie w tym samym momencie! - to jest ustalenie dodatkowe, właśnie kwantowe, którego "jednowymiarowa", więc "sucha" ("wypreparowana" z rzeczywistości) geometria wypracować nie może. i to nigdy. - ponieważ geometria analizuje i uznaje zachodzenie zjawisk (czyli w tym przypadku przebieg, przeprowadzenie prostych) za oderwane od obecnego, aktualnego stanu ewolucji (traktuje je "wiecznie" oraz "sztywno"), nie może dostrzec, nie dostrzega ograniczeń w takim podejściu. kiedy logicznie pewne ustalenia odnieść do fizycznego, kwantowego konkretu okazuje się, że nie ma nieskończonego i jednoczesnego przejścia prostych przez punkt-kwant, w takim kwantowym obrazie jest to niemożliwe. nie mogą "jednocześnie" dwa kwanty (stany, ewolucje) zajmować "tego samego miejsca", w jedynkę już nic "wcisnąć" nie można. - może być proces o jeden kwant "przesunięty" - ale nie może być równoczesny! 54
    • - więcej - przez jeden punkt nie można w jednym stanie ewolucji, a więc przez ten sam kwant i "ten sam moment", przeprowadzić więcej niż jednej prostej. nigdy i nigdzie w jednostkę niczego więcej wprowadzić nie można, jedynka to kres podziału, stan fundamentalny i podstawa rozumowania. zgoda, można tego dokonać, jeżeli w miejscu, gdzie do tej pory był poprzedni kwant, znajdzie się kwant następny. w takim rozumieniu, niejako uznając punkt w przestrzeni za absolutny i oderwany od ewolucji – można w takim przypadku rzeczywiście przeprowadzić przez to "abstrakcyjne" i postrzegane ponad "czasem i przestrzenią" "miejsce", nieskończoną ilość zdarzeń. to oczywiste, a dlatego oczywiste, że przez "punkt" próżni, i do tego rozumiany "niezależnie" (czyli idealnie i w oderwaniu od okoliczności), może przechodzić w nieskończoności nieskończona ilość wydarzeń. nic nie stoi na przeszkodzie, a logicznie nawet wszystko to potwierdza w "wypreparowanym" oglądzie, żeby przez próżnię co rusz przemieszczała się jakaś ewolucja. - tylko że, zwracam uwagę, takie ujęcie i podejście do zagadnienia posiada w sobie oczywistą a ukrytą przed spojrzeniem "od środka" "pułapkę": zgadza się jako zdefiniowanie logiczne, na tym poziomie jest w pełni poprawne (więcej, inaczej "w spłaszczeniu" tego nie można sobie wyobrazić) – dlatego też umożliwia przeprowadzenie przez punkt umiejscowiony w próżni nieskończenie wiele przebiegów najróżniejszych, dowolnych ewolucji. ewolucji, czyli prostych, jako ich symbolu. tylko że, i to jest problem oraz wspomniany dylemat, jak w próżni wyznaczyć "punkt"? oto jest pytanie. po drugie, w takim rozumowaniu jest zawarta następna pułapka logiczna, która przez odwołanie do podejścia w formule "jednoczesności", po prostu wyklucza praktycznie, już na poziomie reakcji fizycznych takie postrzeganie "przejścia przez punkt". przecież, zwracam na to uwagę, ponieważ to jest istotny argument w tym ciągu rozumowania, nie przemieszczę przez "punkt próżni" w "tym samym momencie" (jednocześnie) różnych procesów. następczo, w kolejności, jeden po drugim - zgoda, jako zachodzenie w formie uporządkowanej, jakoś "ponumerowanej" (przez osobnika względem procesu wyodrębnionego, obserwatora), też prawda - ale nie łącznie i jednocześnie. przecież w to "puste" miejsce, kiedy w nim już znajduje się jakiś stan kwantowy (jedynka energii), nic więcej nie wcisnę, bo miejsce jest zajęte. zajęte "na jeden kwant" ("czasu" oraz "przestrzeni"), ale zajęte. i dlatego nie przeprowadzę "jednocześnie" przez to "punktowe miejsce" niczego więcej. - przez kwant próżni, identycznie jak przez kwant "czegoś", przez zero nie przepuszczę w "tym samym czasie" więcej niż jednej ewolucji i jednego elementu. jeżeli miejsce "zera" zagospodaruje (wypełni) jedynka, to ten "teren" jest aktualnie i całościowo "użytkowany", czyli nic więcej już się tutaj nie ulokuje, nie ma jak. "za moment" owszem, ale nie "teraz". - nie ma takiej możliwości fizycznej ani logicznej. nigdy. kwant, więc wyobrażenie punktu, stanowi o początku zjawisk, ale kwant zawsze jest wielkością skończoną i jednostką. można od niego (z niego) wyprowadzić maksymalną (nieprzeliczalną) ilość zdarzeń (w ramach Kosmosu nieskończoną) - ale przez niego nie można przeprowadzić więcej, jak jednego procesu w jednym momencie. dlaczego? ponieważ jeden kwant jest zawsze obecny tylko i wyłącznie w jednej ewolucji. i nie można tego ominąć – nie można w poszerzonym ujęciu logicznym (poszerzonym o poziom kwantów) tego ignorować, ponieważ kiedy tak się czyni, popada się w sprzeczności, a co najmniej postrzega zjawiska jako "jednowymiarowe" (w spłaszczeniu) - więc błędnie. kwant próżni czy energii w "konkretnym momencie" może znajdować się tylko w jednej prostej (ewolucji). następczo (jako elementarny składnik) może-musi przechodzić nieskończoną ilość wcieleń, znajdować się w nieprzeliczalnej ilości faktów, ale nie jednocześnie. kwant jest jeden, więc niepodzielny już do niczego. - konkretny kwant na całe kwantowe tyknięcie przypisany jest swoim pełnym stanem do jednej i konkretnej ewolucji, nie może być jednocześnie obecny w nieprzeliczalnej, czy tylko wielu ewolucjach. przez punkt abstrakcyjny można przeprowadzić nieskończoną ilość zdarzeń, ale przez konkretny punkt-kwant można przepuścić tylko jedno. 55
    • - proste - proste równoległe - proste prostopadłe proste prostopadłe. i przecinające się pod kątem prostym. to fundament, wręcz "dogmat" geometrii, jedno z jej podstawowych ujęć. przy czym geometria wprost nie określa, nie definiuje (zresztą na jakiej podstawie miała by to czynić), w jakim punkcie, a zwłaszcza jak się proste przecinają. a to w zobrazowaniu kwantowym posiada (zasadnicze) znaczenie. przed chwilą padło (mam nadzieję wyraźnie i jednoznacznie), że kiedy opisuje się przechodzenie prostych i analizuje zmianę w realnej przestrzeni, to mówi się o przechodzeniu ewolucji w próżni i mówi się o przemieszaniu się kwantu energii – i jest to zawsze "fakt jednostkowy", już logicznie do niczego niżej nie redukowalny. a to oznacza skutki. właśnie logiczne, istotne dla geometrii i jej ujęć. - otóż, jeżeli stwierdzam, że można przez ściśle określony punkt przestrzeni przeprowadzić nieskończoną ilość prostych (ewolucji), to tym samym jednocześnie stwierdzam, że w Kosmosie istnieje, że w takim "obiekcie" "bez kresu" zachodzi nieskończona ilość zjawisk (przemian energii) - oraz że jest tym samym nieskończona-wieczna Ewolucja. pojęciu "punkt" nadaje geometria, a szerzej "usztywniona" analiza logiczna, dwoiste znaczenie: jest punkt zarazem i próżnią, i energią - zerem i jedynką - i nie ma pomiędzy takimi "punktami" różnicy. oczywiście ten dwoisty stan (charakter) "punktu" jest w takim działaniu konieczny, ale nieświadomy. musi się pojawić w opisie i w efekcie deformuje postrzeganie (i rozumienie), ale jest nie do wychwycenia w oglądzie "od środka" procesu. a taką sytuację mam właśnie w przypadku opisu geometrycznego (czy matematycznego) – to zawsze jest i musi być opis zawarty wewnątrz zjawiska. przecież nie można wyjść w takim działaniu poza obiekt badany (opis musi dotyczyć "czegoś") - to przeprowadzić może tylko i wyłącznie refleksja filozoficzna. jeżeli stwierdzam, że przez "0" przechodzi nieskończenie wiele "jedynek", to ustalam, że ewolucja przebiega w nieskończonym Kosmosie i w próżni. ale nigdy nie może zajść, przejść przez jeden kwant (w rozumieniu: energia czy próżnia) więcej, jak jedna i konkretna prosta. przez jeden "stan" energii lub próżni nie może przejść więcej jak jedna prosta. nie może jednocześnie. - to znaczy, nie można opisywać zjawisk w oddzieleniu od ich "fizycznego", więc realnego i "namacalnego" zachodzenia. geometria operując "punktem", pojęciem kwantu, nadaje mu znaczenie "wypadkowe": i próżni, i energii, ponieważ nie może tego od wewnątrz podzielić. dopiero spojrzenie zewnętrzne (obiektywne) pozwala fakt podziału zrealizować i wyjaśnić, w jakim momencie jest analizowany proces. nie można ani rozerwać tych elementarnych pojęć, ani też ich scalać, czy łączyć w jedność pojęciową. brak rozgraniczenia prowadzi do nieporozumień. w ewolucji istnieją dwoiste stany - ale dopełniające się, nie sumujące. i dopiero na tak wyznaczonym tle można zająć się prostymi prostopadłymi, ten wstęp był tu niezbędny. dlaczego? oto geometria powiada, że dwie proste mogą się przeciąć. "przeciąć", czyli przejść przez ten sam punkt. bez definiowania, jak "wygląda" ten "punkt" i co oznacza pojęcie "przeciąć". prawda czy fałsz? na/w płaszczyźnie prawda, jednak w podejściu kwantowym rzecz prezentuje się odmiennie i bardzo ciekawie - oraz posiada zasadnicze znaczenie. okazuje się, że nie ma czegoś takiego, jak dwie proste przecinające się - i to prostopadle. nie ma czegoś takiego - nie ma prostopadłych przecięć. sprawa w pojęciach, w rozumieniu zjawiska "prostopadłe". bo oczywiście mogą ewolucje przebiegać w przestrzeni względem siebie prostopadłe, ale nie mogą się przecinać w jednym punkcie (i dokładnie prostopadle). dlaczego? ponieważ nie mogą przechodzić "jednocześnie" przez ten sam punkt w przestrzeni (jedynki czy zera). a jak nie mogą jednocześnie znaleźć się w tym samym miejscu, jeżeli ten sam element z zasady nie może przynależeć w tym samym momencie do dwu różnych procesów – to tak wyróżnione w ogólnym zdarzeniu ewolucje-proste nie mogą się przecinać. nie ma prostopadłych, czy innych, przecięć w ewolucji. nigdy-i-nigdzie. 56
    • - jak się ma sprawa z prostymi prostopadłymi? przez żaden kwant (czy to absolutny, czyli próżnię, czy przez kwant energii, również absolutną jedynkę), przez żaden stan jednostkowy w Kosmosie nie można jednocześnie przeprowadzić dwu zdarzeń. - nie ma czegoś takiego, żeby jeden kwant, "pełne" zdarzenie ewolucji, było obecne, wchodziło w zakres dwu wobec siebie odrębnych procesów. to tak, jakby powiedzieć, że jestem jednocześnie sobą i sąsiadem, że tworzę swoją ewolucję oraz rodziny za ścianą (pomijam tu "dwuznaczne" fakty...). - mówiąc prosto: nie mogę być jednocześnie sobą oraz kimś innym. mogę, to zrozumiałe, wpływać na przebieg tamtej innej ewolucji, oddziaływać na jej zachodzenie, jednak nie jestem żadnym "dwoistym" bytem (w rozumieniu: obecnym w dwu miejscach). żyję, jestem, działam tylko w jednym i ściśle (maksymalnie ściśle) określonym punkcie przestrzeni. dlatego czegoś takiego w kwantowaniu, co opisuje i definiuje geometria jako proste przecinające się (w jakiś tam sposób, pod pewnym kątem) – ewolucyjnej sytuacji "przecięcia" nie ma. czy więc geometria się myli? niekoniecznie. w tym przypadku znów ustalam zbiegnięcie się faktów realnych w jedność, zachodzi redukowanie fizycznej złożoności w logicznym (sztywnym) obrazie. i to, co w ewolucji jest tylko "minięciem" się na wielkość-stan kwantu, uzyskuje – musi uzyskać formę jednoczesności i pokrywania się. w "utwardzonej" abstrakcji, co prawda oddającej przebieg rzeczywisty, nie dojrzę "przerwy" (pustki), bo jej w tym ujęciu dla mnie nie ma. fizycznie jest – logicznie jednak wypada z tak wypracowanego obrazu. i mam problem interpretacyjny. pojawia się "płaski" w analizie świat – i są tego rozliczne konsekwencje. geometria opisując "proste prostopadłe" powiada tylko tyle, że dwie proste (ewolucje), "dzieją" się w "przestrzeni" w ujęciu "płaskim" - więc takim, w którym nie ma wymiarów, i działają na siebie pod kątem prostym (lub innym). chodzi o to, że ich przebiegi (fale) przecinają się - ale w jednym wymiarze (na płaszczyźnie), prostopadle dla obserwatora. - kiedy ująć takie zdarzenia kwantowo i przestrzenie, okazuje się, że te ewolucje nie przecinają się. nie przecinają się, a jedynie "mijają". - mogą dwie ewolucje toczyć się względem siebie nawet prostopadle, ale one nigdy się nie przetną - miną się "o jeden kwant", ale nie przetną. mogą dwie fale do siebie przechodzić pod kątem, ale nie mają szans, aby ich punktem przecięcia był ten sam kwant. to wykluczone. każdy kwant jest inny, każda ewolucja ma inny elementarny stan, więc nie mogą być kwanty "współdzielone". jedynie po "usunięciu" przestrzennego charakteru zjawiska (redukcji czasoprzestrzeni), po zsumowaniu wymiarów do płaszczyzny, następuje ich łączny, płaski dla mnie stan przejścia. "widzę" płaszczyznę, a pod nią kryje się nieskończoność zjawisk. - w rzeczywistości (realnie) takim najmniejszym "przedziałem", który oddzieli oba procesy, to będzie szerokość kwantu. nie może być mniejsza, nie może większa. dwie proste będą względem siebie prostopadłe, ale będą się mijały, nigdy się nie przetną. owszem, będą prostopadłe - ale na innych poziomach (jedna "wyżej" druga "niżej"). jeżeli zajdzie "trafienie" jednej prostej w drugą, jedna ewolucja "wstrzeli" się w przebieg aktualny drugiej ewolucji i jeden kwant zderzy się z drugim kwantem, nie powstanie żadna lokalna strefa przecięcia się tych dwu ewolucji - a tylko nastąpi "kolizja", zderzenie dwu torów kwantowych. i taki wypadek będzie "skutkował" wydarzeniami dla obu linii. tzn. może dojść do nagłego i wybuchowego podzielenia się ewolucji, jednej czy obu. a na pewno dojdzie do odkształcenia torów i ich deformacji. każde zderzenie niesie skutki, raczej mało przyjemne. kto zderzył się kiedyś ze ścianą (lub czymś innym), ten wie, co to znaczy kolizja. wypadkowa będzie pochodną tego, jak wyglądają oraz jaką mają siłę. inny skutek będzie, kiedy zdarzą się ciężarówka z motylem, a inny, kiedy dwie ciężarówki, itd. ale to zawsze będzie katastrofa (kosmiczna). dlatego tworząc układ współrzędnych, zestawiając dwie proste prostopadłe do siebie, nie robię nic innego, jak opisuję przestrzeń w ujęciu czasowym – bo "układ współrzędnych" jest abstrakcją ewoluującej czaso-przestrzeni. 57
    • - poziomy kwantowe "wyższe" - kwant(y) w układach ewoluujących dla kwantów, tworzących zjawiska na poziomach wyższych od kwantu logicznego, zachodzi kolejna ciekawa sytuacja: kwant może być składnikiem, przynależeć do jednego tylko przebiegu (jednej prostej) - a jednocześnie (!) być elementem, uczestnikiem dwu lub wielu procesów w ewolucji. dlaczego? - wynika to z faktu, że połączenie dwu kwantów logicznych tworzy nową jakość i nową ewolucję, tworzy nowy poziom wydarzeń ewolucyjnych. jak dwa stany, próżnia oraz energia w Kosmosie, składają się na kwant zdarzenia, tak samo powtarza się sprawa na każdym innym poziomie: dwa kwanty (a cztery wraz z próżnią) tworzą "kwant ewolucyjny", konkretny byt, który oznacza już nową jakość. kwant logiczny, jednostka logiczna zmiany (np. energii), może i musi uczestniczyć w dwu procesach, najmniej dwu procesach. logicznie znajduje się jednocześnie w Ewolucji Kosmicznej i ewolucji danego przebiegu. - że to jest wyróżnienie, rozróżnienie przeprowadzone z uwagi na obserwatora, który się w ewolucji zawiera (jako odcinku Ewolucji), to prawda. jednak jest to zabieg, który pozwala na zdefiniowanie lokalnego zdarzenia, ale to rzeczywiście jest stan chwilowy i ograniczony. może być wobec obserwatora niebywale rozbudowany oraz sięgać w jego obserwacji do horyzontu zdarzeń, ale w szerszym ujęciu to tylko i zawsze fragment z całości, i nigdy inaczej. jestem bytem logicznym i jestem sam dla siebie ewolucją, ale jednocześnie składam się na kolejne, od dwu kwantów logicznych poczynając, poziomy ewolucji czy to Kosmicznej, czy społecznej, należę jednocześnie do dwu (lub więcej) poziomów wydarzeń. i to od mojej decyzji zależy, do ilu zakresów rzeczywistości się przypiszę, czy jednego (Kosmicznego), czy całego ich zbioru ("piramidy poziomów"). i w takim poszerzonym rozumieniu ten sam kwant może być jednocześnie w dwu miejscach, w dwu procesach. lecz, co ważne, zawsze jest to ten sam kwant, konkretna jednostka energii, a zmienia się tylko punkt odniesienia, zmienia jego zdefiniowanie. czyli mogę być kwantem logicznym dla prostej składającej się z mojego istnienia (mojego życiorysu dzień po dniu), mogę być także elementem prostej ludzkości – mogę być równie dobrze elementem prostej rozumów, tak tutejszych, z tej planety - tak w skali Kosmicznej (czy tylko obecnego wszechświata). ale zawsze to będzie prosta, zawsze też będę elementem tych prostych. przy czym, co oczywiste, w Kosmicznej Ewolucji i tak zawsze to do jednej generalnej prostej-kosmicznej ewolucji się zbiega. w maksymalnym ujęciu to i tak jedna prosta-Ewolucja. to tylko wyróżnienie (obserwatora) decyduje, że mogę zaliczyć kwant raz do jednej prostej, tylko jednej fali - a raz ujmować go w różnych wydarzeniach. kiedy na przykład wypowiadam się o kwancie logicznym energii, energetycznej jedynce, wówczas taki kwant może być obecnym w bardzo licznych potencjalnie ewolucjach, w wielu falach. i będzie elementem w "tym samym" czasie. tylko że definiuję "ten sam czas" jako okres istnienia różnych ewolucji – oraz, co tu ważne a zasadnicze, z poziomu rozbudowanego już stanu. dla mnie nigdy nie ma w odbiorze "jednostkowego faktu", widzę-doznaję-mierzę zawsze zbiór zdarzeń. a więc, pozornie, na skutek skończonego (ograniczonego w obserwacji) czasu, rejestruję zawieranie się elementu badanego ("w pudełku z kotem") w wielu, i to jednocześnie, punktach. tylko że to nie kwant ("czegoś") znajduje się w różnych (super)pozycjach w "tym samym momencie", ale to moje, skomplikowane i powolne rejestrowanie tego faktu "widzi" "rozmyty" wielopunktowy stan łącznie, w postaci złożenia (np. elektronu w atomie). nie kwant jest w wielu punktach – to ja jednocześnie doznaję wiele punktów. - i w tak szeroko zdefiniowanym "tym samym czasie" będzie kwant-punkt obecnym w fakcie na poziomie Kosmicznym (kwantem poziomu logicznego, najmniejszego) – i jednocześnie złoży się w stan fotonu, elektronu, atomu, komórki, mój umysł - dalej mnie całego, a jeszcze dalej wszechświat i całe pole. i na koniec znów Kosmos, jako jego elementarny zawsze stan (wszystko "kołuje", również analizy). 58
    • - proste równoległe - zakres wspólny kolejnym ciekawym układem (połączeniem logicznym), który mogą współtworzyć dwie proste (dwie ewolucje), to układ równoległy – występowanie "obok siebie" dwu zmian energetycznych. co poniekąd już zaistniało przy omawianiu "prostych prostopadłych". przecież "prostopadłość", czego głębiej uzasadniać nie trzeba, czyli "mijanie się" linii ewolucyjnych w przestrzeni, to jedynie szczególny przypadek równoległości, w zobrazowaniu i odniesieniu kwantowym staje się to oczywiste. otóż w przypadku prostopadłości dwu prostych "równoległe" są w stosunku do siebie dwa kwanty z tak wyróżnionych przebiegów. i nic więcej. - to znaczy, z dwu "prostopadłych" wobec siebie prostych, z dwu prostopadłych do siebie oraz mijających się na stan jednego kwantu w przestrzeni ewolucji, zachodzi w tym samym czasie i przez cały okres takiego "mijania" się procesów sytuacja, że dwa kwanty, po jednym kwancie z każdej ewolucji, zajmują równoległy, ten sam w przestrzeni poziom kwantowy. poziom jest ten sam, ale położenie w nim już "w przesunięciu" o jednostkę, to są różne kwanty (fakty, byty). równoległość w tym przypadku jest więc krańcowa: mniej równoległych w przestrzeni punktów już być nie może. nie ma mniejszej "równoległości", jak jeden kwant z każdej prostej (czyli dwa łącznie, cztery z próżnią). "niżej" występuje już jedynie nicość i nie ma żadnej równoległości, żadnego powiązania wydarzeń (choć, co zrozumiałe i logiczne, zero i jeden, próżnia i energia to również stany wobec siebie "równoległe", to stan równoległości "absolutny" i podstawowy.) drugim krańcowym przypadkiem równoległości ewolucji jest granica maksymalna: wszystkie punkty (kwanty) z obu prostych (ewolucji) są równoległe w stosunku do siebie i przebiegają "lustrzanie". czyli każdemu wyróżnionemu (i również wyodrębnionemu, samodzielnemu w tle) zjawisku kwantowemu odpowiada w drugim zdarzeniu ten sam poziom przebiegania (istnienia) oraz panujące warunki – a do tego występuje analogiczny kierunek zmiany (jednak to już niekoniecznie, przecież ewolucje mogą być skierowane w przeciwnym kierunku). ważny jest tu identyczny w obu przebiegach stan (i w każdej chwili). - przy takim, jak widać mocno rozbudowanym zdefiniowaniu, postrzegam i wyznaczam sytuację maksymalnego stanu równoległego. to oczywiście teoria, takiego doskonałego odwzorowania dwu ewolucji nie ma i być nie może – przecież proste, czyli symbol zmiany (ewolucji) nie są płaskie i "zawsze" jednorodnie niezmienne. tak jest w "spłaszczonej" geometrii, tak jest w sytuacji, kiedy symbolizuję na kartce papieru proces – ale realnie, w konkretnie dziejących się zjawiskach jest, po pierwsze, właśnie zmiana, to cecha fundamentalna - a po drugie kwant, stan "teraz" prostej różni się od stanu "po"-teraz, różni się o jeden kwant (położenia w czasie-przestrzeni), ale się różni. na/w karce papieru (na/w płaszczyźnie) logicznie to jest dla mnie zawsze "to samo" – ale fizycznie, na/w "płaszczyźnie fizycznej" to jest już inny fakt. proste całkowicie równoległe są logicznym tworem, dopełnieniem, stanem, który mógłby zachodzić, gdyby ewolucja była przebiegiem doskonałym. że tak nie jest, to wynika z lokalnych zdarzeń i losowych rozkładów energii w przestrzeni. równoległość absolutna to wniosek, pojęcie "absolutne" i jest granicą logiczną. i w tym ujęciu "występuje" tylko w jednej postaci: 1 i 0, energii i próżni, COŚ i NIC. to rzeczywiście jest równoległość doskonała – i łączna. tych podstawowych elementów-pojęć nie można rozdzielać, tłumaczą się na siebie i dopełniają. jednym brzegiem logiki jest przypadek prostych prostopadłych, gdzie pojawia się jeden kwant "równoległości" i współdziałania ze sobą dwu prostych – a na przeciwnym końcu jest stan maksymalny, kiedy to wszystkie elementy-kwanty ze sobą współdziałają. a pomiędzy rozciąga się całe spektrum możliwości, zbiór rzeczywistych przypadłości ewolucyjnych i ich wzajemnych, zawsze "na chwilę" powstających" "równoległości" – czyli moja realność. 59
    • - czyli istnieją proste (ewolucje), których przebieganie posiada wiele wspólnych cech z innymi, ale są i takie, których współwystępowanie jest żadne lub bardzo ograniczone (lub trudno to określić). jednym krańcem jest brak występowania równoległości w ewolucjach, a drugim maksymalnie równoległy byt dwu zjawisk. jednak realnie i praktycznie tylko fakty pośrednie między tymi granicznymi w naturze objawiają swoją reprezentację. co i miłe, bowiem "absolut", absolutny stan to nic przyjemnego. skrajności mają to do siebie. inna sprawa, i to jest ciekawe zagadnienie, czy mogą być ewolucje zupełnie nie mające ze sobą kwantów równoległych? czy mogą istnieć dwie ewolucje, dwa tory rożnych procesów, które nie posiadają nigdy ze sobą nawet jednego równoległego (współwystępującego) sobie kwantu? tzn., czy mogą istnieć przebiegi w świecie (i w Kosmosie), których tory nigdy się nie miną w tej samej, jakoś do siebie "bliskiej" "przestrzeni"? z pobieżnego oglądu zdarzeń w otaczającym świecie, na przykład ludzi, trzeba stwierdzić, że praktycznie do wyjątków należy stan, kiedy dwie ewolucje się ze sobą w jednej przestrzeni i jednym czasie mijają. zazwyczaj takie istnienia realizują się w oderwanych, oddzielnych strefach (i jest zagadką dla fizyków czy astronomów, dlaczego, mimo wszystko, życiorysy ich są tak podobne) – więc nie mam żadnych szans, żeby "minąć się" z kimś na drugiej półkuli mieszkającym (o ile tam nie pojadę). jako "skromny odcinek" w rzeczywistości mogę z wieloma (nawet większością) podobnych kwantów świata nigdy się nie spotkać, nie mam siły, środków i ochoty na takie, może nawet i ciekawe (chwilowo), schadzki. jestem "odcinkiem" na/w prostej, ale wynika z tego, że z dokładnie wyznaczonymi brzegami. a to w dalszej kolejności oznacza (niestety), że poza ten odcinek czasu-przestrzeni się nie wychylę. jednak sprawa się komplikuje w rozważaniach, jeżeli do tych odcinków dopisać ich "prostą". czyli ująć zdarzania ewolucje skończone i chwilowe w przebiegu nieskończonym. w takim ujęciu, biegnącym z nieskończoności w nieskończoność, spotkanie się dwu torów ewolucji jest jak najbardziej zasadne. więcej nawet, konieczne. nie można wyobrazić sobie, aby jakieś ewolucje w nieskończoności nigdy się nie minęły, nie weszły sobie w paradę lub nie kolidowały ze sobą w jednej "czaso-przestrzeni". odcinki-kwanty takiej możliwości praktycznie nie mają, to wydarzenie z pogranicza cudu, ale proste, czyli ewolucje, muszą się w nieskończonym "czasie i przestrzeni" spotykać lub mijać. takim wydarzeniem jest spotkanie dwu kwantów, dwu ciał w jednej przestrzeni i czasie, które mogą zapoczątkować istnienie następnego osobnika. aby spotkały się dwie komórki rozrodcze, aby ich stany były zgodne na tyle, że może dojść do zapoczątkowania procesu, musi być spełniony szereg, niezwykle długi szereg zdarzeń losowych, które ten stan umożliwiają. nie jest możliwe zdeterminowane spotkanie, nie ma czegoś takiego. każdy przypadek spotkania się, minięcia w przestrzeni dwu ewolucji, z których może zaistnieć następna ewolucja, czyli spotkanie się w tej samej czasoprzestrzeni kwantów, które posiadają do siebie analogiczne, a co najmniej podobne stany kwantowe, takie spotkanie to wyjątek od zasady. jednak, co okazuje się tu wnioskiem zasadniczym, a z mojego punktu widzenia najważniejszym, jest to fakt konieczny w nieskończoności. w Kosmosie wszystko ze wszystkim się spotyka (nieskończoną ilość razy). żeby dwa ciała zapoczątkowały następną ewolucję, żeby się rozpoczął następny rzut zjawisk, muszą spotykać się ("kolidować") kwanty ze sobą analogiczne. - to znaczy, nie mogą być antagonistyczne, nie mogą posiadać energetycznie wielkiej różnicy, muszą się dopełniać. a co najmniej z takiego spotkania nie może wynikać rozpad energii. w przypadku spotykania się ciężarówki z motylem żadna stabilna ewolucja nie wyniknie, zderzenie się takich procesów będzie brzemienne w konsekwencje, lecz nie brzemienne nowymi układami. zaistnieje rozpad ewolucji o mniejszej skali energetycznego potencjału. aby "minięcie" (się) w przestrzeni, "kolizja" była "owocna", musi istnieć powiązanie między stanem energetycznym (budową) dwu ewolucji. tylko z takiej "kolizji" może - a i to w losowych zdarzeniach wielkiej skali - coś (krzyczącego) zaistnieć. 60
    • - proste równoległe - "równoległość okresowa" na pytanie, czy mogą istnieć przebiegi nie posiadające styczności, odpowiedzieć trzeba, że mogą. ale dotyczy to jedynie faktów skończonych, faktów zawartych wewnątrz prostej (ewolucje-"odcinki"). w przypadku analizowania procesu "w całości", jako "prostej"-Ewolucji, takie spotkanie w nieskończonym wymiarze jest zasadą. energie z jednej ewolucji istnieją w innej, tworzą, wchodzą w skład zjawisk, które nie mają ani początku, ani końca. i tu pojawia się inne ciekawe pytanie: ile może być "równoległych" punktów w ewolucji (prostej)? i odpowiedź: od jednego - do wszystkich. to już padło, ale warto podkreślić, że powstały tak zbiór możliwości jest zakresem, w którym realizują się procesy. a że praktycznie będzie to tylko "fragment" tego zbioru, że zawsze tylko pewna ilość powiązań się zrealizuje, to oczywiste. ilość takich "odniesień" między ewolucjami będzie zależała od poziomu zjawisk, na/w którym równoległości się rozpatruje. - czyli maksymalna w przypadku kwantów logicznych, które tworzą równoległości (są bytami do siebie maksymalnie równoległymi), ale minimalna w przypadku pól energetycznych (wszechświatów). z tym, że ponieważ struktura pola składa się z kwantów, a te zawierają się w jednym nadrzędnym wobec nich Kosmosie, to takie równoległości będą miały charakter piramidy, więc zakres wspólny będzie malał w miarę komplikacji rozpatrywanego układu. jednak w tym najszerszym rozumieniu są to fakty do siebie równoległe – przecież "są obok", a co więcej, powstają według tej samej zasady (są równoległe logicznie). jest jeszcze coś ciekawego w ujęciu równoległości prostych (ewolucji), co nie może występować w geometrii, a pojawia się w ujęciu kwantowym: chodzi o fakt "lokalnego" i powtarzalnego stanu równoległości. w geometrii, jeżeli coś jest równoległe, to jest tym "zawsze", nie może być rozbieżne (gdzieś, kiedyś tam). w ujęciu kwantowym, falowym, można powiedzieć jak najbardziej, że pewne fragmenty procesu są lokalnie równoległe, posiadają analogiczne stany w pewnych zakresach - lub, w ramach tych samych procesów, zachodzą do siebie "pod kątem". fala ewolucji (jej symbol, prosta) posiadać może nie tylko lokalny stan równoległości (w rozumieniu jednego zdarzenia i nie powtarzalnego), ale może taka sytuacja zachodzić wielokrotnie. może dwie ewolucje łączyć nie jeden, ale wiele równoległych względem siebie kwantowych stanów cząstkowych. to, co w geometrii nie jest możliwe (z powodu "płaskiego" opisu), w fali kwantowej zachodzi często. więcej, dopiero takie "powtórzenia z rozrywki" są w ewolucji jej sednem (np. tworzenie się życia). równoległość, analogiczność zachodzenia zjawisk w dwu przebiegach, zwłaszcza kiedy należą jeszcze do tego samego poziomu zdarzeń i posiadają podobny punkt "rozpoczęcia" ("pra-kwant") - to w takim przebiegu możliwe jest wyznaczenie wielu równoległych zjawisk. zaistnieje wówczas nie jeden odcinek równoległy, ale będzie ich więcej, nawet bardzo dużo. w jednej fali znajdzie się odbicie i równoległość podobnych procesów, które mają miejsce w drugiej fali. szczyt ("szczytowanie") jednej fali odpowie w podobny sposób w drugiej – "dołowi", dół, itd. - geometria "sztywna" nie potraktuje takich równoległych ani jako proste, ani tym bardziej jako równoległe, a przecież, co mam nadzieję widać w tym opisie dobrze, te zjawiska takie sobie będą - i proste, i równoległe. okazuje się, że w rzeczywistym (fizycznym) procesie energetycznym proste mogą być "zafalowane", a równoległości "okresowe" - więcej nawet, że mogą być także "zakręcone" w "koło" (spiralę). a mimo tego będą prostymi. mogą działać na siebie "prostopadle", a będą równoległym zdarzeniem. jako zjawiska analogiczne, równoległość musi być w "prostych geometrycznych" stałą, a nie okresowo pojawiającą się cechą, ale w ujęciu falowym (kwantowym) można mówić o "nawrotach", o "cyklicznym" (lub nie) pojawianiu się równoległych własności i parametrów w przebiegu zmiany, o zjawiskach "odcinkowo" i lokalnie podobnych – w geometrii kwantowej równoległe mogą być odcinki (jednostki), ale nie proste (ewolucje). 61
    • - a skoro dwie proste (symbol zmiany) nie są w ujęciu kwantowym równoległe "w nieskończoność", jako wniosek oczywisty i konieczny pojawia się zobrazowanie wszechświata w formule co najwyżej okresowej równoległości w relacji do innego tego typu "obiektu" – jednak nigdy jako faktu "wiecznie trwałego" w zmianie. mówiąc inaczej, nie ma równoległych wszechświatów - w znaczeniu identyczne. każdy tak wyróżniony (logicznie) w Kosmosie fakt powstaje zawsze na tej samej zasadzie (skoro są jednakie kwanty tworzące to reguła musi być jedna) - ale jednostkowo i niepowtarzalnie. takie struktury są równoległe w zdefiniowaniu jako "proste", ale nie są czymś identycznym, nie są takie same. tworzą się i przebiegają "obok", ale zawsze "na własną rękę". po pierwsze dlatego, że jest to struktura maksymalnie skomplikowana (choćby z tego względu, że ja się w niej zawieram /lub nie/), a po drugie, występuje "gabarytowe" zróżnicowanie takich kwantów – oraz ich następowanie w innym "punkcie-momencie" (przecież nie założę, że zawsze i wszędzie wszystko dzieje się tak samo i w tym samym okresie). "wszechświat równoległy", czyli abstrakcja powstałe na podbudowie "kartki papieru", to kolejny wymowny przykład "spłaszczenia" postrzegania i rozumienia zjawisk. konieczność logiczna, ale odległa od treści fizycznej. i dlatego błędna. można nawet powiedzieć inaczej: dwie "proste równoległe" nigdy w przestrzeni Kosmosu się nie spotkają, nie ma takiej możliwości w ujęciu kwantowym. czy to niesprzeczność z wyżej zapisanymi twierdzeniami? nie. to jest właśnie skutek logicznego ujmowania tego, co się nazywa prostymi, punktami, kwantami. otóż w ujęciu geometrycznym (punktowym) została pomieszana, a w każdym razie nie została rozdzielona próżnia od energii. w tym ujęciu oba stany są tym samym: punktem (w zastępstwie kwantu). czyli, jeżeli teraz oznaczam "próżnię" oraz "energię" jednym pojęciem "punktu", to w konsekwencji podzielić, postrzegać tego funkcjonalnie w inni sposób nie mogę (a przecież to inne fakty). efekt? rozróżnienie nie jest możliwe. i poprawny opis również. kwantowo (i logicznie) jest to sensowne, jednak fizycznie (i logicznie) tworzy "węzeł", i umysł się "supłuje". już przy omawianiu przechodzenia prostych przez punkt ta trudność się pojawiła i zachodziła konieczność rozgraniczenia. tutaj, przy omawianiu prostych "odnoszących" się do siebie, także ma to znaczenie. przez "punkt", pojmowany jako próżnia, można przeprowadzić nieskończoną ilość prostych - ale w różnym czasie (następczo), przez jeden punkt (kwant) energii również można przeprowadzić wyłącznie jedną-prostą. czyli, wniosek, konkretna ewolucja może być "obsłużona" przez jeden i konkretny kwant. to samo powtarza się obecnie, kiedy rozważać, czy spotykają się, czy też nie spotykają proste równoległe w przestrzeni. jeżeli prostymi określać ewolucje wyłącznie "energetyczne", czyli analizę prowadzić w odniesieniu tylko do COŚ, odnosić się do przebiegów zdarzeń energetycznych - to tak wyróżnione stany ewolucje jak najbardziej się spotykają. te półproste, ewolucje energetyczne w przestrzeni spotkać się muszą. są rozbiegłym w "przestrzeni" Kosmosu tylko chwilowo "pękiem" zjawisk, które po pewnym okresie i tak muszą się ponownie spleść (zbiec) w jedność. dlatego w tym ujęciu stwierdzenie (rozumienie), że proste równoległe (wszystkie proste) kiedyś się spotykają, łączą, schodzą - jest jak najbardziej poprawne, koniczne, logiczne. ale na pewno "chwilowe". i zawsze chwilowe. jednak takie "zbieganie się" (czy "rozbieganie") nie może trwać wiecznie. - ponieważ ja jestem. jeżeli teraz pod pojęcie "prosta" podłożyć dwa stany ewolucji, czyli dwa stany kwantowe Kosmosu: próżnię i energię, to te dwie proste nie spotkają się nigdy. nie mogą się spotkać, nie są tym samym. są do siebie na nieskończoność oraz wieczność równoległe, razem tworzą dwoisty stan Kosmosu, Ewolucji. pojęte tak proste nie przetną się, nie mogą się ani się zbiec, ani rozbiec. to proste, które nie mogą istnieć bez siebie. te dwie równoległe, jedynka i zero, nie zespolą się - to fakty absolutnie równoległe. wniosek? proste równoległe spotykają się i nie spotykają w przestrzeni. 62
    • - proste styczne - pojęcie "styczności" innym ciekawym zagadnieniem, które wiąże się z prostymi (oraz z pojmowaniem ewolucji), to "styczność", "dotykanie" się dwu układów (ewolucji prostych). potocznie pojmuje się i definiuje "styczność" jako połączenie dwu lub więcej elementów "bez żadnej przerwy" - "stykanie" się to stan "bez oddzielającej fakty przestrzeni", bez-przerwowo. jednak w ujęciu kwantowym sprawa wygląda nieco inaczej, a na pewno komplikuje ten codzienny ogląd, który przeprowadza obserwator o skomplikowanej budowie. dlaczego? ponieważ w kwantach nie ma i być nie może żadnej "styczności". przyczyna takiego ustalenia? zawiera się w rozumieniu kwantów, i to głęboko. wypada więc sięgnąć do rozważań, jak wygląda układ, który się "styka" w ujęciu kwantowym, jak przedstawia się ewolucja i jej "styk" z inną (sąsiednią). biorę dwie ewolucje, na przykład dwa ciała, które jakoś się stykają ze sobą w pewnym przedziale przestrzeni – a przynajmniej tak to postrzegam (nawet za pomocą przyrządów czy na bazie ustaleń "płaskiej geometrii"). czyli nie mogę wyróżnić żadnych wolnych zakresów (odległości) między analizowanymi faktami. nie może ich być, przecież "styk" uważa się za maksymalny wówczas, kiedy nic "pomiędzy" nie zachodzi. - jednak sytuacja zmienia się, kiedy będą rozważał, a zwłaszcza fizycznie próbował rejestrować coraz mniejsze odległości, coraz mniejsze odcinki zmiany ewolucyjnej, czyli "drobił" (np. w zderzeniach) dla mnie dostępna czaso-przestrzeń. wówczas okaże się, że dojdę w tym działaniu do takiej wielkości - którą określając kwantem - już żadnym sposobem nie mogę przekroczyć. kwant, jako pojęcie elementarne (i "elementarne zdarzenie"), nie może być w tak ujmowanym świecie niczym zastąpiony. dlatego, kiedy rozpatrywać "styczność" dogłębnie i fundamentalnie (logicznie i fizycznie), to okazuje się, że w rzeczywistości nie ma czegoś takiego - okazuje się, że "styczność" dwu ciał nie istnieje. na końcu otrzymuje się zawsze wielkość, której niczym już nie można zastąpić (przeskoczyć) – ani logicznie, ani fizycznie. w moim, nadprogowym zakresie jest to wykonalne – "na dole" Fizyki nie. "tam" nie ma styczności. dlaczego kwant nie może stykać się z drugim kwantem tak, aby nie było między nimi żadnej "wolnej" przestrzeni? sprawa jest prosta: gdyby kwanty "stykały" się (w pojęciu potocznym), nie byłoby między nimi różnicy. dlaczego? kiedy kwant, który łączy się "bez żadnej przerwy" z innym kwantem, przestaje być w tle wyróżnialnym – i tym samym nie ma takiego kwantu. dopiero "czynność" w postaci wyodrębnienia kwantu w przestrzeni wydobywa go z niebytu – po prostu zachodzi oddzielenie od całości-jedności energetycznej. i to właśnie decyduje o tym, że kwant się pojawia ("objawia" w tle). dopóki dwa kwanty stanowią ze sobą całość, są połączone przez jedność zachodzenia zjawiska, tym samym ich nie ma jako stanów rozdzielnych, jako jednostek odróżnialnych. można tłumaczyć co prawda, że w takim kwancie następuje "wyżynanie", "zarysowywanie" się nowej struktury (np. nowego bytu w łonie matki), jednak nie można powiedzieć, że taki kwant już istnieje. - a po drugie, wspomniane "wyodrębnianie" się z tła nie dotyczy kwantów logicznych, tylko wyższych poziomów. na tym najniższym z możliwych może być wyłącznie "elementarny fakt", który tworzy, wchodzi w skład wydarzeń wyższego rzędu. kwant, który łączy się z innym kwantem, nie istnieje. i to stanowi decydujący argument na rzecz stwierdzenia, że nie ma styczności ciał w formie absolutnej. jaka jest? odległość między układami (ewolucjami) musi najmniej wynosić jeden kwant. i to "kwant" próżni. układy wyodrębnione z otoczenia muszą się wyróżniać, oddzielać od siebie co najmniej na kwantowy "ruch" - na jeden kwantowy "skok" ewolucji. styczność w potocznym rozumieniu nie ma racji bytu na poziomie kwantowym, nie ma racji bytu na żadnym poziomie. każde ciało musi oddzielać od drugiego jakaś przestrzeń, nie może być "zlania" się (ujednolicenia) dwu ciał. dwa odrębne byty są, zawsze muszą być od siebie w oddaleniu - ponieważ inaczej tracą tożsamość. 63
    • - to jest warte podkreślenia: kwant, który "zlewa" się z drugim kwantem (zespala maksymalnie w logicznym ujęciu, że brak jakiejkolwiek przerwy między nimi), taki kwant, wcześniej byt samodzielny (nawet samorządny), traci tożsamość – po prostu przestaje istnieć. tłumacząc to na "geometrię płaszczyzny", prosta (ewolucja), która traci odrębność w przestrzeni i "styka" się z inną prostą - przestaje być wyodrębnialna z tła (tu płaskiego stanu, np. kartki papieru). czyli traci swoje istnienie. żadne ciało, żaden proces (byt), który uzyskuje na którymś poziomie zmian konkretne kształty, nie może dokładnie, w potocznym rozumieniu, stykać się z innym ciałem. ponieważ wówczas przestaje być, to już nie jest inne ciało, to nowy stan (nowa jakość). "tamto" ciało nie istnieje, pełny "styk" oznacza zatratę, zniszczenie. można jedynie mówić (głębiej analizując pojęcie "styku"), że takie ciała są sobie maksymalnie bliskie w czasie i w przestrzeni, że ich wzajemna odległość jest maksymalnie małą, jest maksymalnym zbliżeniem odrębnych przemian. czyli o jeden kwant. ale nigdy to nie może być "stykanie" się, zlania dwu układów. jeżeli coś takiego następuje, ewolucja (ciało) traci swoją indywidualność i przestaje się zmieniać, wtapia się w tło. staje się elementem tego tła. choć słowo "staje" się, co trzeba podkreślić, w tym przypadku nie pasuje, to jest proces, który znajduje się już poza samą ewolucją. to tak, jakby powiedzieć, że trup "staje" się cząstką przyrody. on - choć i "on" już nie pasuje – podlega dalszej ewolucji, ale już nie jako człowiek, tylko jako "trup". dla istoty, która przestała istnieć w łącznej, wielopoziomowej formie, z punktu widzenia człowieka wcześniej reagującego, a teraz zamarłego, jest to proces leżący poza jego istnieniem, poza jego granicą poznawania i działania. i na dobrą sprawę, żeby zachować logiczny tok rozumowania, musiałbym każde słowo z tego zdania ująć w znak umowności, ponieważ chodzi już o proces "zewnętrzny" w stosunku do zmiany wcześniejszej. wtapianie się w tło, stykanie się z otoczeniem, to już zawsze znajduje się poza ewolucją – "styk" zachodzi, ale, co tu istotne, w innej skali odniesienia. postrzegając jakiś kształt, na dowolnym poziomie, poznaje się, doświadcza i odbiera istnienie pewnego kwantu (zdarzeń) do tego poziomu przypisanego (oraz jako uśrednienie zjawisk niższych). tylko że postrzega się odrębność, która manifestuje się swoim istnieniem, a nie zlany z otoczeniem układ. owo "zlanie" się z otoczeniem istnieje na niższych poziomach, "na dole" mam jedność tła, wspólnego dla wszystkich procesów tła, ale samo "ciało" stanowi odrębność - odrębność w ramach zbioru podobnych. znajduje się w płaszczyźnie podobnych sobie zjawisk, ale jest odrębnością, jest kwantem, jednostką, "kimś". i tylko tak, jako odrębność i kwant może być postrzegane. zawsze jako kwant z całości i w ramach kontekstu, ale jako kwant. - dlatego o "styczności" nie może być mowy. pytanie: co mógłbym zrobić, żeby opisać siebie (wpierw wyodrębnić z tła), w sytuacji, kiedy musiałbym ujmować swoje istnienie jako stan "styczny" wobec innych ciał? odpowiedź: nic. ponieważ mnie by nie było. byłaby "masa". jedna wielka (nieskończona) masa energii, żadnych indywidualnych cech oraz żadnej indywidualnej osobowości, która mnie stanowi. jeżeli już bardzo się upierać przy słowie "styczność", to trzeba-wypada powiedzieć, że każde ciało w ujęciu kwantowym jest styczne - ale z próżnią. każde ciało i każdy jego element. to znaczy z drugim "elementarnym bytem", który powoduje, że jedynka jest "czymś" innym od zera. próżnia stanowi "składnik" rzeczywistości, który wyodrębnia, pomaga wyodrębnić kwant, zdarzenie, ewolucję, ciało. - oczywiście wszelkie słowa w rodzaju "pomaga", "powoduje" to tylko przeniesione nazwania z jednej strefy ewolucji na drugi stan, który jest z natury "pasywny" i tylko "jest", ale to właśnie z próżnią "stykają" się ciała, to próżnia, wchodząc w zakres kwantowania (wciskając, pojawiając się) powoduje, że w przestrzeni wyodrębnić się mogą fakty, ciała, wszelkie byty. - dlatego zasadne jest stwierdzenie, że próżnia jest "osnową" istnienia - fundamentem bytu jest NIC. 64
    • - jak dwie proste się stykają? nie stykają się "bezpośrednio", to wniosek z poprzednich zapisów. dwie wobec siebie odrębne ewolucje nie mogą się "ściskać" idealnie w przestrzeni świata bez zatraty osobowości. stykają się przez próżnię, przez/na odległość jednego kwantu zdarzenia. żeby dwie proste były maksymalnie do siebie blisko położone, żeby styczność była maksymalna, musi zachodzić między nimi kwantowa odległość zdarzeń, musi być choć jeden kwant (pustki), który oddziela je od siebie. - tylko w takim przypadku, tylko właśnie tak można mówić o styczności dwu ciał. w tradycyjnym i codziennym rozumieniu stykania się nie mówi się o prostych stycznych – ale o zbieżnych, podobnych. oczywiście okresowo, na dystansie czasu-przestrzeni wyznaczonych przez obserwatora, ale to zawsze jest działanie "zgrubne" oraz chwilowe, i trzeba mieć tego świadomość. innymi słowy, kiedy jakieś ewolucje (proste) uznaje się za styczne, oznacza to, że w analizie pojawia się już ich suma, jest wówczas mowa o ich zlaniu się w przestrzeni, połączeniu wcześniej odrębnych procesów. czyli w takim przypadku mówi się o jednej prostej, która zaistniała jako wypadkowa z dwu lub więcej prostych-ewolucji poprzedzających wyróżniony moment. to już nowy fakt. kolejne ciekawe, o styczności zazwyczaj mówi się w ujęciu "chwilowym". - to znaczy, przez ileś tam kwantów procesu (czy jednostek zliczania zjawiska) w przestrzeni zachodzi zbieżność zjawisk i pojawia się ten maksymalnie bliski punkt styczności zdarzeń. ale i w tym ujęciu nie ma styczności w kwantowym, więc głębokim rozumieniu procesów. jeżeli jakaś ewolucja stopiła się z inną, czyli dwie proste utworzyły jedną, to pojawiła się jedna wypadkowa ewolucja, jest tylko jeden kwant i jedna prosta. i można tylko opisać tę jedną prostą (o ile będzie naturalnie obecna w tle, w zbiorze podobnych) - ale nie można twierdzić, że to są dwie ewolucje, dwie proste, które są styczne. jest tylko i wyłącznie jedność - jako pochodna poprzedniego stanu (czyli dwu ewolucji i w tym momencie już faktów historycznych). kiedy natomiast przedłużyć te dwie proste, kiedy je zsumować, a następnie ponownie nadać im charakter prostych rozbieżnych, więc zrobić to, co pojmuje się potocznie jako styk dwu prostych w przestrzeni (czyli "styknąć" je "na chwilę") - to w takim zadziałaniu nie robi się niczego innego, jak wznawia się ewolucję i prowadzi dalej, ale już jako nowy proces. istotne jest to, że pojawiający się po takim zsumowaniu (a w tu prowadzonej terminologii "po styknięciu") byt, to nie jest stan, który "wyłania" się jako dalszy ciąg poprzedniego, ale jest to już nowe jakościowo zdarzenie (a raczej dwie nowe, rozchodzące się w przestrzeni ewolucje skoro opis dotyczy rozdzielenia składników). stan uprzedni decyduje, co oczywiste, jakie te ewolucję mają kształty, jakie energetyczne zapasy, jak przebiegają, ale jest to już nowy stan, który "wykwantował" się z tej sumarycznej, obecnie już zanikłej prostej-ewolucji (jednego pra-kwantu). - w "czasie" "stykania" się nie było dwu ewolucji, była jedna - i to ona następnie rozpada się na dwie dalsze (lub zbiór podobnych). więcej - nawet styk, czyli zlanie się dwu ewolucji na wielkość jednego kwantu i na "czas elementarnego zdarzenia" (tyknięcia kwantowego), już to oznacza, kiedy ujmować kwantowo, że wyróżniam trzy stany: przed takim zdarzeniem (dwa kwanty), samo zdarzenie (jeden kwant) – i po zdarzeniu (dwa lub więcej kwanty oddalające się od siebie). i zawsze są to odrębne wielkości i odrębne ciała. ciągłość ich zachodzenia wynika z łączenia zdarzeń w łańcuch, ale one są od siebie odrębne. muszą być takie, żeby je można było z przestrzeni wyróżnić. te zdarzenia oczywiście wpływają na przebieg tak zsumowanej ewolucji, jednak zawsze są odrębnymi stanami i postaciami. - to jedynie "bezwładność" reakcji obserwatora, ograniczony czasem i przestrzenią zakres postrzegania przemian kwantowych powoduje, że byt (wysokiego stopnia skomplikowania) dostrzega w otoczeniu połączone oraz zsumowane fakty, kiedy to tylko zawsze-i-wyłącznie zmiana w trakcie zachodzenia. tylko kwantowa zmiana. i nic więcej. 65
    • - kształt kwantu, kulistość kwantu logicznego (każdego) - skończoność i nieskończoność prostych - obserwator – punkt postrzegania to, że kwant jest kulisty i że musi tyć kulisty - że proste są jednocześnie skończonymi i nieskończonymi w przebiegach, to tak ważne ustalenie, że wypada do tego głębiej w analizie sięgnąć, przecież obie strony tego rozumowania są od siebie zależne, czyli kwant oraz jego kształt tworzą prostą - ale prosta zawiera kwant(y). mówiąc inaczej, pytanie o kształt kwantu bezpośrednio łączy się z pytaniem o kształt ewolucji (prostej). dlaczego kwant jest kulisty, dlaczego musi być sferą? żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę jeszcze raz przeprowadzić analizę w formule "geometrycznej", poprzez odwołanie się do "naturalnego" (wyuczonego) pojmowania prostej. otóż jeżeli przypisałem "prostej", biegnącej z nieskończoności w nieskończoność, znaczenie ewolucji, skoro ustawiłem znak równości między prostą a ewolucją - to tym samym ewolucję (i to każdą ewolucję – acz w postaci regularnej, która jest podległa regule) opisałem jako prostą. a ponieważ prosta, wyprowadzona ze świata i "utwardzona" logicznie abstrakcja jest z definicji nieskończona, to przypisana do niej, utożsamiona z nią ewolucja (zmiana) również posiada ten "wyznacznik", jest nieskończona. jedno z drugiego wynika. ale – jednocześnie - i to jest tu najważniejsze, wszelkie postrzegane przeze mnie w otoczeniu ewolucje, ustalam jako skończone (więc z brzegami, ze stanem początkowym, środkowym i końcowym). owszem, przynależą do nieskończonego ciągu zjawisk, ale są zawsze i tylko fragmentem, są stanem chwilowym i lokalnym. i dotyczy to nawet struktury w stosunku do mnie maksymalnej, czyli wszechświata (skoro się zmienia, to znaczy, że miał początek i że nastanie jego koniec). w tym kontekście ważne, fundamentalne pytanie: czy więc jest to sprzeczność, czy proste-ewolucje są faktami skończonymi czy nieskończonymi? czy ustalenie logiczne jest w niezgodzie z ustaleniem fizycznym? czy dowolna ewolucja jest dla jej wewnętrznego obserwatora przebiegiem nieskończonym, a zewnętrznie już postrzegana skończonym? jeżeli tak - to dlaczego? pojęcie obserwatora, które się tutaj pojawia jako konieczność (a raczej jego umieszczenie), to jedno z podstawowych w tym dowodzeniu zagadnień. dlaczego? ponieważ to obserwator, jego miejsce obserwacji wyznacza, czy rejestrowana skończoność zjawisk występuje, czy to "złudzenie" – to obserwator ustala, ze względu na siebie (i swoje możliwości), czy procesy są skończonymi, czy też nieskończonymi (energetyczno-próżniowymi). dla mnie, jako bytu jednostkowego, atom (oraz jego przemiany) są oczywiście skończone. jednak, co tu jest sednem rozumowania, jednocześnie, jako ewolucja, jako przyrównanie jej do prostej, czyli z założenia nie-kończącej się ewolucji, taki atom jest nieskończony w swojej (i dla siebie) wewnętrznej ewolucji. - mówiąc inaczej, dla obserwatora wewnętrznego, umieszczonego w atomie (czy dowolnej ewolucji), taka zmiana jest nim. jest mu równorzędna, tworzy go i jest nim w kolejnych przemianach. nie kończy się. obserwator wewnętrzny, czy to moje istnienie, czy obserwatora na poziomie atomowym - czy w obrębie ewolucji wszechświata, czy maksymalnie w Ewolucji - dla każdego wewnętrznego obserwatora, który jest równorzędny wobec zachodzących wydarzeń - dla kogoś takiego ewolucja nie może nigdy dobiec do brzegu, nie może się skończyć! i przyjmuje wielkość nieskończoną. po prostu, kiedy proces trwa, kiedy tworzą się stany lokalne, które tworzą jednocześnie obserwatora, wówczas i ewolucja się toczy, i obserwator postrzega zmiany. ale kiedy ustaje, zdarzenia się kończą i obserwator zanika, wtapia się w tło - przestaje postrzegać otoczenie i siebie. a kiedy zanika zdolność postrzegania, zanika możliwość mówienia o obserwatorze. i dla konkretnego obserwatora jego ewolucja się wypełniła. ale, ale - co ważne - to, że ona się wypełniła, jest wiadome dla obserwatora umieszczonego "na zewnątrz", postrzegającego tamtego "z oddalenia". to, że ustała ob